Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wpisy z tagiem: Wielka Brytania

Wielka Geekowa Przygoda:

Bagaż doświadczeń

Wielka Geekowa Przygoda: BONUS

Wspo­min­ki z mojej Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy dobie­gły koń­ca, ale mam dla was nie­spo­dzian­kę – jesz­cze jeden wpis z tej serii. Jest bowiem parę kwe­stii, któ­re chcia­łam poru­szyć, a któ­re jed­no­cze­śnie nie paso­wa­ły do tre­ści wcze­śniej­szych Dyr­dy­ma­łów. Dla­te­go dzi­siaj mam dla was kil­ka prak­tycz­nych porad, garść prze­my­śleń oraz zbiór przy­dat­nych lin­ków. Być może przy­słu­żą się wam, kie­dy będzie­cie pla­no­wać swo­ją wła­sną, Wiel­ką, Geeko­wą Przy­go­dę.

Wielka Geekowa Przygoda:

Ostatnie, brytyjskie przygody

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień piąty

Wszyst­ko, co dobre, szyb­ko się koń­czy. Zwłasz­cza Wiel­kie, Geeko­we Przy­go­dy. Po połu­dniu, pią­te­go dnia moje­go poby­tu w Wiel­kiej Bry­ta­nii, samo­lot miał mnie zabrać z powro­tem do Pol­ski. Ale zanim to nastą­pi­ło – mia­łam całe przed­po­łu­dnie, któ­re mogłam poświę­cić na zwie­dza­nie. Dla­te­go, nie cze­ka­jąc ani chwi­li, zarzu­ci­łam ple­cak na ple­cy i wyru­szy­łam na ostat­nią wyciecz­kę po Lon­dy­nie.

Wielka Geekowa Przygoda:

Światła nad Tamizą

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień czwarty, część III

Mój pobyt w Car­diff dobiegł koń­ca, ale Wiel­ka, Geeko­wa Przy­go­da trwa­ła nadal! Pod­czas kil­ku­go­dzin­nej podró­ży auto­bu­sem ze sto­li­cy Walii do Lon­dy­nu nała­do­wa­łam bate­rie. Ponie­waż godzi­na była mło­da, a pogo­da pięk­na – wyru­szy­łam na zwie­dza­nie sto­li­cy Anglii wie­czo­ro­wą porą.

Wielka Geekowa Przygoda:

Przygody w czasie i przestrzeni

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień czwarty, część II

Zarów­no fani, jak i twór­cy Dok­to­ra Who powta­rza­ją jak man­trę, że dla oso­by, któ­ra nigdy nie oglą­da­ła seria­lu, jego fabu­ła brzmi jak stek absur­dal­nych bzdur. Ten Dyr­dy­mał (a zwłasz­cza zdję­cia w nim zawar­te) może momen­ta­mi wyglą­dać podob­nie. Miej­cie jed­nak na uwa­dze, że sta­ra­łam się go napi­sać tak, by oso­by nie zna­ją­ce Dok­to­ra czu­ły się moż­li­wie jak naj­mniej zagu­bio­ne. Mam nadzie­ję, że dotrwa­cie do koń­ca tek­stu. I kto wie – może w jakiś spo­sób zachę­ci on was do zer­k­nię­cia na serial? Bo znów, jak to mówią fani tej pro­duk­cji – moż­na żyć nie wie­dząc, czym jest Doctor Who, ale kie­dy zna się serial – życie jest dużo lep­sze.

PS. Przy­po­mi­nam, że tutaj macie play­li­stę z Dok­to­ro­wą muzy­ką! 🙂

Wielka Geekowa Przygoda:

Zanim otworzą się drzwi TARDIS

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień czwarty, część I

Głów­nym celem mojej podró­ży do Car­diff było Doctor Who Expe­rien­ce (dalej będę cza­sem uży­wać skró­tu DWE), czy­li muzeum poświę­co­ne seria­lo­wi. A głów­nym powo­dem, któ­ry pchnął mnie do wyru­sze­nia na Wiel­ką, Geeko­wą Przy­go­dę aku­rat w sierp­niu – to, że DWE mia­ło zostać we wrze­śniu na amen i nie­odwo­łal­nie zamknię­te. W koń­cu nic nie moty­wu­je czło­wie­ka do dzia­ła­nia bar­dziej, niż świa­do­mość „teraz albo nigdy”.

PS. Przy­po­mi­nam, że na YouTu­be zro­bi­łam play­li­stę z muzy­ką z Doctor Who – gdy­by­ście chcie­li, może­cie ją odpa­lić, żeby umi­la­ła wam lek­tu­rę. 🙂

Wielka Geekowa Przygoda:

Miasto na miarę człowieka

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień trzeci, część II

W dzi­siej­szym wpi­sie, podob­nie jak w poprzed­nim Dyr­dy­ma­le opo­wiem wam nie tyle o moich wra­że­niach, co o Car­diff samym w sobie (znów bez poda­wa­nia szcze­gó­ło­wych dat, nazwisk oraz innych kon­kret­nych danych).

Ran­kiem, trze­cie­go dnia mojej Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy odkry­łam, jak bar­dzo sto­li­ca Walii jest cie­ka­wa od stro­ny histo­rycz­nej, nato­miast pod­czas połu­dnio­we­go zwie­dza­nia mia­sta – że współ­cze­sne Car­diff rów­nież jest fascy­nu­ją­cym miej­scem.

Wielka Geekowa Przygoda:

W tych kamieniach śpiewa historia*

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień trzeci, część I

Kie­dy powie­dzia­łam Rodzi­com, iż chcę zwie­dzić Car­diff, roz­ba­wi­ło mnie to, że ci zapy­ta­li „a co to takie­go, to Car­diff?” Śmie­szy­ło mnie tak­że, że pod­czas roz­mów tele­fo­nicz­nych pyta­li: „i jak się bawisz w tej Kra­inie Dok­to­ra Who?”, ponie­waż nie potra­fi­li zapa­mię­tać nazwy mia­sta, w któ­rym byłam.

Przy czym była to sytu­acja typu „przy­ga­niał kocioł garn­ko­wi”, bo sama myśla­łam o sto­li­cy Walii jedy­nie jako o miej­scu, w któ­rym krę­ci się serial, któ­ry lubię. Tym­cza­sem, jak się prze­ko­na­łam pod­czas trze­cie­go dnia mojej Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy, spro­wa­dza­nie Car­diff tyl­ko i wyłącz­nie do tema­tu Dok­to­ra Who, jest tro­chę jak twier­dze­nie, że Kra­ków, to takie mia­sto, w któ­rym Hoł­ka pisze Dyr­dy­ma­ły.

W dzi­siej­szym wpi­sie posta­ram się odpo­ku­to­wać moje błęd­ne myśle­nie o sto­li­cy Walii. I spró­bu­ję spra­wić, byście tak­że prze­sta­li myśleć o Car­diff jedy­nie jako o Kra­inie Dok­to­ra Who, i zaczę­li postrze­gać je jako mega cie­ka­we miej­sce, któ­re war­to odwie­dzić.

* Tytuł jest para­fra­zą umiesz­czo­ne­go na Wales Mil­len­nium Cen­tre napi­su In tho­se sto­nes hori­zons sing, czy­li W tych kamie­niach śpie­wa­ją hory­zon­ty.

Wielka Geekowa Przygoda:

W poszukiwaniu tajnej bazy Torchwood

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień drugi, część II

Muszę się wam do cze­goś przy­znać: we wstę­pie do pierw­sze­go Dyr­dy­ma­ła opi­su­ją­ce­go moją Wiel­ką, Geeko­wą Przy­go­dę, tro­chę skła­ma­łam. Albo prę­dzej: nie wyzna­łam wam całej praw­dy. Na począt­ku lip­ca stwier­dzi­łam bowiem: „Mamo, Tato, chcę pole­cieć do Anglii!”. A potem (o czym nie napi­sa­łam na blo­gu) doda­łam: „chcę zwie­dzić Lon­dyn i Car­diff”. Na co moja Mama odpo­wie­dzia­ła: „Lon­dyn OK, ale co to jest Car­diff?”

Jeśli wy rów­nież nie wie­cie czym jest Car­diff (i przy oka­zji nie macie poję­cia, co to takie­go, to wspo­mnia­ne w tytu­le Tor­chwo­od), nie pytaj­cie Googla o co cho­dzi – nie­dłu­go wszyst­ko sta­nie się dla was jasne!

Wielka Geekowa Przygoda:

W Królestwie Niesamowitości

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień drugi, część I

Kil­ka dni na zwie­dza­nie Lon­dy­nu to sta­now­czo za mało cza­su. Ale co zro­bić, jeśli nie ma się go wię­cej? Cóż, moż­na w bie­gu i pocie czo­ła sta­rać się zoba­czyć jak naj­wię­cej. Nie­ste­ty to praw­do­po­dob­nie skoń­czy się tym, że będzie­my zmę­cze­ni i nie do koń­ca zado­wo­le­ni z wyciecz­ki. Ale moż­na też na samym począt­ku pogo­dzić się z tym, że nie zoba­czy się wszyst­kie­go. A potem na spo­koj­nie obej­rzeć tyle Lon­dy­nu, na ile star­czy nam cza­su.

Ja wybra­łam tę dru­gą opcję, zwie­dza­nie Lon­dy­nu w try­bie slow-life. I pod­czas dru­gie­go dnia moje­go poby­tu w sto­li­cy Anglii, nie­śpiesz­nie zawę­dro­wa­łam do Muzeum Histo­rii Natu­ral­nej.