Piątek, godzina 10:30 rano, czasu londyńskiego – to był jedyny pasujący mi termin, organizowanej przez Brit Movie Tours, pieszej wycieczki po Londynie, śladami Doktora Who. Podczas planowania mojej wyprawy do Wielkiej Brytanii bałam się, że nie uda mi się stawić w miejscu zbiórki na czas, ale jak mogliście przeczytać we wczorajszym Dyrdymale – wszystko poszło po mojej myśli, a nawet lepiej! I dzięki temu nie tylko miałam przyjemność uczestniczyć w tej wycieczce, ale też dziś mogę wam opisać, jak ona wyglądała!
PS. Dla lepszego efektu podczas czytania możecie włączyć (złożoną przeze mnie) playlistę ze ścieżką dźwiękową z Doktora Who. 😉
Kraina Caffè Nero
Zanim przejdę do konkretów, muszę wspomnieć o czymś innym, trochę ku przestrodze. Punkt zbiórki wycieczki śladami Doktora Who znajdował się na stacji kolejowej London Bridge, pod kawiarnią Caffè Nero. Stawiłam się w wyznaczonym punkcie jakiś kwadrans przed czasem, zadowolona z siebie, że się nie spóźniłam. Dobry humor nie trwał jednak długo, bo minuty mijały, a poza mną pod Caffè Nero nie pojawiał się nikt inny. W końcu nieco zaniepokojona zapytałam jedną z ekspedientek w kawiarni, czy to stąd wyruszają wycieczki śladami Doktora Who. Pani ekspedientka stwierdziła, że nigdy nawet nie słyszała o takich wycieczkach. A potem dodała, że na stacji London Bridge znajduje się jeszcze jedno Caffè Nero!!!
Z prędkością błyskawicy przebiegłam przez cały dworzec i tak – okazało się, że punkt zbiórki był pod tym drugim Caffè Nero.
W Londynie Caffè Nero znajduje się bowiem niemal na każdym rogu. Nawet zagęszczenie budek z kebabami w Krakowie jest mniejsze od częstotliwości z jaką na londyńskich ulicach można zobaczyć kawiarnie tej firmy. Dlatego, jeśli kiedykolwiek będziecie się z kimś umawiać w Londynie na spotkanie, lepiej nie mówcie „widzimy się pod Caffè Nero”. A jeśli ktoś umówi się na spotkanie pod Caffè Nero z wami – dwa razy sprawdźcie, czy trafiliście pod właściwą kawiarnię tego typu!
Craig i spółka
Tak więc nieco zmachana, dotarłam w ostatniej chwili do punktu zbiórki. Grupa wycieczkowiczów składała się z około dziesięciu osób, niemal samych dziewczyn. W ich gronie wyglądałam na największą fankę Doktora, bo jako jedyna miałam koszulkę nawiązującą do serialu.
Nasz przewodnik – młody, chudy*, uśmiechnięty od ucha do ucha i uzbrojony w śrubokręt soniczny Dwunastego Doktora**, chłopak imieniem Craig, na początku pouczył nas (po angielsku) „uważajcie podczas przechodzenia przez jezdnię – głupio by było, gdyby ktoś z was wpadł pod samochód i reszta musiała potem czekać, aż się zregenerujecie”. A to był zaledwie pierwszy z jego wielu absurdalno-doktorowych żartów. Innymi słowy – Craig był spoko!

Na wypadek, jakbyście chcieli wiedzieć: tak wyglądał przewodnik wycieczki – Craig, jego śrubokręt soniczny i moja, doktorowa koszulka. 😉
Martwiłam się, że nie będę kojarzyła wszystkich miejsc, jakie zobaczę podczas wycieczki, ale Craig miał ze sobą plik print-screenów z serialu, które pokazywał jako dowód, że dane miejsce naprawdę pojawiło się w Doctor Who. To bardzo odświeżało pamięć.
Bałam się też, że będziemy zwiedzać jakieś zakamarki Londynu, tymczasem okazało się, że jeśli już Doktor odwiedza stolicę Anglii, chodzi głównymi ulicami, dzięki czemu podczas wycieczki zobaczyłam masę charakterystycznych punktów miasta. A nasz przewodnik opowiadał nam nie tylko o serialu, ale też o historii otaczających nas miejsc.
* Zauważyłam, że w Wielkiej Brytanii wielu ludzi jest szczupłych, ale w taki ładny, nieco arystokratyczny sposób.
** Co było trochę dziwne, bo jak się potem dowiedziałam – ulubionym Doktorem Craiga był Jedenasty. A ulubionymi towarzyszami – Pondowie.
Doktor i wieżowce
Na początku wycieczki dowiedziałam się od Craiga, że choć londyńskie drapacze chmur mają swoje oficjalne nazwy, to nikt ich nie używa, bo mieszkańcy miasta nadali każdemu z tych budynków przezwisko. Nad Londynem górują więc wieżowce takie jak Konserwa Mięsna (Can of Ham), Korniszon (Gherkin), Tarka do Sera (Cheesegrater) albo Walkie-Talkie. Z tego też powodu budowniczowie wspomnianego wczoraj The Shard nie nadali budynkowi poważnie brzmiącej nazwy, tylko od razu nazwali go przezwiskiem – shard oznacza bowiem odłamek szkła.

Na zdjęciu widać Tarkę do Sera i Walkie-Talkie.
Ciekawie było się też dowiedzieć jak kręcenie Doktora Who w Londynie wygląda od kulis. Przykładowo kiedy w serialu widzimy ludzi przechadzających się po ulicy, zazwyczaj są to prawdziwi przechodnie, bo BBC w takich przypadkach nie marnuje pieniędzy na zatrudnianie statystów. Chyba, że przechodnie mają za zadanie uciekać przed kosmitami – w takiej sytuacji przed kamerą musza pojawić się prawdziwi aktorzy, bo z jakiegoś dziwnego powodu zwykłych londyńczyków zupełnie nie przeraża widok potworów na ulicy.
A czy twórcy serialu nie martwią się o to, że podczas kręcenia zdjęć w plenerze wyciekną jakieś spoilery? Jak się okazuje, ciężko jest bez znajomości kontekstu (czyli fabuły całego odcinka) domyślić się znaczenia pojedynczej sceny. I przykładowo kiedy Matt Smith, czyli Jedenasty Doktor, jeździł na motorze pod The Shard, świadkowie tego zdarzenia byli przekonani, że odcinek, w którym pojawi się ta scena, będzie opowiadał o Igrzyskach Olimpijskich, które w 2012 roku miały miejsce w Londynie. Tymczasem ujęcia z motocyklem wykorzystano w epizodzie The Bells of Saint John, który z Igrzyskami nie miał niczego wspólnego!

Urocze było to, że Craig co jakiś czas mówił rzeczy w stylu „Tak naprawdę Matt Smith nie jeździł na motorze po ścianie The Shard”.
Doktor nad Tamizą
Spod The Shard poszliśmy w stronę Tamizy, po drodze mijając kilka innych miejsc związanych z Doctor Who. W przejściu podziemnym obejrzeliśmy płaskorzeźbę upamiętniającą odbywające się od XV do XIX wieku zimowe jarmarki na zamarzniętej Tamizie. Potem zatrzymaliśmy się pod Katedrą w Southwark, która teoretycznie pojawiła się w serialu (w trzeciej serii, w odcinku The Lazarus Experiment), choć praktycznie zagrał ją jeden z budynków w Cardiff, któremu komputerowo doklejono górną część prawdziwej katedry.

Zazwyczaj filmy i seriale podkręcają rzeczywistość. W przypadku Katedry w Southwark prawdziwy budynek wyglądał ładniej, niż w Doctor Who.
Dalej, deptakiem wzdłuż południowego brzegu Tamizy, wędrowaliśmy na zachód. Pogoda była idealna – nie za ciepło, nie za zimno, a błękitne, upstrzone niewielkimi, postrzępionymi chmurami niebo sprawiało, że Londyn prezentował się pięknie. Gapiłam się na rozpościerającą się przede mną panoramę miasta z rozdziawionymi ustami – tak wspaniale i wręcz nierealnie to wszystko wyglądało!

Pogoda była tak piękna, że miałam ochotę robić jedno zdjęcie za drugim. Ale nie robiłam, bo po pierwsze wiedziałam, że aparat nie odda, jak ładnie wszystko wyglądało (i miałam rację – nie oddał). Po drugie w internecie jest masa równie ślicznych, a nawet ładniejszych zdjęć od moich (bo jest!). I wreszcie po trzecie – najważniejsze – chciałam oglądać Londyn na własne oczy, a nie przez obiektyw aparatu.
Craig zatrzymał się. Oderwałam wzrok od Tamizy i patrzę – po mojej lewej stoi Teatr Globe! How cool is that?! Wysłucham opowieści naszego przewodnika na temat budynku, w której historyczne fakty znów przeplatały się z ciekawostkami dotyczącymi Doktora (ekipa Doktora Who była pierwszą, jakiej pozwolono na filmowanie wewnątrz Teatru Globe – sceny tam nakręcone pojawiły się w trzeciej serii, w odcinku The Shakespeare Code).

Niby nie jaram się Szekspirem i wiem, że ten budynek jest wybudowaną w 1997 roku repliką (człowiek czuje się staro, kiedy nawet „historyczne” budynki są młodsze od niego!), niemniej fajnie było przebywać w takiej okolicy.
A potem Craig wskazał na budynek znajdujący się po lewej od Globe i powiedział: „a tu David Tennant miał wesele”. I nagle miejsce, które wydawało mi się cool stało się jeszcze bardziej cool!

Kiedy myśli się o ślubach celebrytów, oczami wyobraźni widzi się imprezę na tysiąc osób organizowaną w pałacu lub bardziej po amerykańsku – pod gołym niebem, w dużym parku (lub w wersji combo: w pałacu z dużym parkiem).
Tymczasem Tennant miał wesele w miejscu, które co prawda jest położone w imponującej okolicy (a stolik (nie wspominając o sali weselnej!) trzeba pewnie rezerwować na długo przed terminem), ale jednocześnie prezentuje się bardzo skromnie (i raczej nie pomieści tysiąca osób… no chyba, że w środku jest jak TARDIS 😉
Spod Teatru Globe przeszliśmy na Millennium Bridge. To miejsce także ma swoją nieoficjalną ksywkę – Wobbly Bridge, czyli Rozbujany Most. Czemu? Otóż zaraz po jego otwarciu, chodzący po moście piesi nieumyślnie rozbujali go tak bardzo, że prawie się zawalił. Przez następne dwa lata most był zamknięty, jego konstrukcję poprawiano. Teraz można już po nim chodzić bezpiecznie, choć ciągle czuć, że lekko się buja.

Statyczna Katedra św. Pawła widziana z Rozbujanego Mostu (czy wspominałam już, że podczas mojego pobytu w Londynie była bajecznie piękna pogoda?).
Doktor w centrum Londynu
Deptak z Millennium Bridge prowadzi prosto pod Katedrę św. Pawła. Tutaj Craig także miał dla nas masę historyczno-doktorowych ciekawostek. Po pierwsze, kiedy w finale ósmej serii Doktor spotkał się z Missy na deptaku przed Katedrą, w miejscu tym stała czerwona, londyńska budka telefoniczna. Rzecz w tym, że tak naprawdę taka budka tam nie stoi, przez co fani serialu wysnuli teorię, że budka telefoniczna była TARDIS należącym do Missy. Twórca serialu, Steven Moffat, zdementował jednak tę plotkę, obecność budki telefonicznej tłumacząc tym, że dzięki niej całe ujęcie wyglądało po prostu bardziej brytyjsko.

Niby wyjaśnienie Moffata ma sens, ale z drugiej strony facet jest trollem, któremu nie należy ufać, więc może czerwona budka telefoniczna to naprawdę TARDIS?
źródło: DVDbash
Druga ciekawostka: w tym samym odcinku Doctor Who kopuła Katedry św. Pawła otworzyła się niczym pąk kwiatu, co jak wyjaśnił Craig – nie byłoby możliwe. I to nie z powodu tego, że w Katedrze nie znajduje się tajna kryjówka Cybermanów! Okazuje się bowiem, że w wyniku wstrząsów spowodowanych bombardowaniami Londynu w trakcie II Wojny Światowej, ściany Katedry pękły tuż pod kopułą, przez co w obecnej chwili leży ona na reszcie budynku, ale nie jest z nim połączona. Co z kolei powoduje, że gdyby otworzyła się ona tak, jak w Doctor Who, to odpadłaby od reszty Katedry.

Nie, prawdziwa kopuła nad Katedrą św. Pawła nie potrafi tak zrobić.
źródło: Brian of Morbius
Pod Katedrą św. Pawła wsiedliśmy do autobusu (oczywiście takiego prawdziwego, londyńskiego – czerwonego i dwupiętrowego) i podjechaliśmy pod Trafalgar Square. Z tym miejscem także wiąże się kilka ciekawych historii. Po pierwsze na skraju placu znajduje się niewielki budynek. Teraz służy za składzik, który jest po sufit wypchany kartonami. Kiedyś natomiast był to najmniejszy w Wielkiej Brytanii posterunek policji, który stał się inspiracją dla powstania niebieskich, policyjnych budek telefonicznych.

Zdjęcie wykonałam trochę później, wieczorową porą, ponieważ za dnia na schodkach przed posterunkiem cały czas siedzieli turyści.
Druga ciekawostka jest taka, że kiedy w jednym z odcinków Classic Who (nie mam zielonego pojęcia, w którym) na Trafalgar Square pojawili się Dalekowie, rozstawili się oni na słynnym placu w dość, hmm… specyficzny sposób. Jak potem odkryli fani – każdy z Daleków stał nad studzienką ściekową. Czemu? Ponieważ BBC w tamtych czasach nie do końca przejmowało się przepisami BHP (a zwłaszcza tym, co kryje się za literką „H”) i biedni operatorzy Daleków (czyli członkowie ekipy filmowej, którzy siedzieli wewnątrz Daleków i nimi poruszali) nie mieli przerw na wychodzenie do toalety.

Pracuj w telewizji, mówili. Będzie fajnie – mówili…
źródło: BBC
I ostatnia ciekawostka: artysta, który wykonał rzeźby lwów pod Kolumną Nelsona nigdy nie widział na oczy prawdziwego lwa. I – jak to skomentował Craig – te lwy są tak naprawdę psami w perukach (nawet sapią, jak psy – lwy tak nie robią).

Bez względu na to, jaki to zwierz – wygląda imponująco!
Po chwili na odpoczynek i zdjęcia na Trafalgar Square, Craig poprowadził nas dalej. Po drodze przeszliśmy przez Whitehall Gardens i wspominam o tym tylko po to, by napisać wam o rzeczy, która najbardziej zdziwiła mnie w Wielkiej Brytanii. Albo nie, zanim cokolwiek napiszę, spójrzcie na tę fotografię:

Zagadka: co na zdjęciu nie pasuje do stereotypowego, angielskiego krajobrazu?
Palmy! To najbardziej zaskoczyło mnie w Londynie! Kto by pomyślał, że w Anglii może coś takiego rosnąć! I choć palmy nie są dominującym elementem miejscowej fauny, to jednak rośnie ich tam całkiem sporo. Momentami można poczuć się niemal, jak na Karaibach.
Doktor znowu nad Tamizą
Pod koniec wycieczki z powrotem znaleźliśmy się nad Tamizą. Zatrzymaliśmy się pod Pomnikiem RAF, czyli miejscu, w którym wylądował TARDIS po tym, jak Rose wsiadła do niego po raz pierwszy. I staliśmy tam z pół godziny, słuchając kolejnych, fascynujących opowieści Craiga.
Dowiedziałam się między innymi, że kiedy w pierwszej serii Doctor Who, w odcinku Aliens of London, telewizyjny reporter relacjonował, że statek kosmitów rozbił się na Tamizie, był on kręcony w taki sposób, że kamera była skierowana na północ. Czemu? Ponieważ dziennikarz poinformował, iż obcy uratowany z wraku statku został przewieziony do najbliższego szpitala, który znajdował się gdzieś, w Londynie (choć w rzeczywistości był w Cardiff). Rzecz w tym, że gdyby kamera została odwrócona na południe, okazałoby się, że najbliższy szpital znajdował się… za plecami pana reportera. I przy okazji jest to ten sam szpital, który wylądował na księżycu w pierwszym odcinku trzeciej serii!

Judoon platoon upon the Moon
– podobno David Tennant miał problem z wypowiedzeniem tego zdania, bo ciągle mówił je ze szkockim akcentem.
A poza tym, jak widzicie – koniec końców szpital został z księżyca teleportowany z powrotem na Ziemię i stoi w Londynie do tej pory. 😉
Najbardziej rozbawiły mnie natomiast informacje dotyczące London Eye. Okazuje się bowiem, że słynny diabelski młyn jest chroniony pewnego rodzaju zastrzeżonym znakiem towarowym. Oznacza to, że jeśli ktoś chce pokazać go w filmie lub serialu musi uzyskać na to zgodę. I jakby tego było mało, pokazywanie London Eye w takich produkcjach wiąże się z pewnymi obostrzeniami. Diabelski młyn nie może zostać między innymi wysadzony w powietrze albo odpaść z rusztowania i toczyć się po Tamizie. Co więcej, w filmach i serialach nie można też pokazywać tego, że w gondolach London Eye ktoś zażywał narkotyki lub został zamordowany. Znów przytaczając słowa Craiga – z London Eye nie można robić żadnych fajnych i zabawnych rzeczy.

Kusiło mnie, by dodać do tego zdjęcia jakieś wybuchy, ale ponieważ chciałabym jeszcze kiedyś odwiedzić Londyn, nie będę drażnić Brytyjczyków, bo jeszcze za taką zniewagę London Eye zabroniliby mi przyjeżdżać do Anglii.
Wracając do Doktora Who – podczas stania pod Pomnikiem RAF i patrzenia na London Eye zdałam sobie sprawę z pewnej śmiesznej rzeczy. Otóż, żeby spod wspomnianego Pomnika przejść pod diabelski młyn, trzeba pokonać dość dużą odległość (Google pokazuje, że około kilometra). Tymczasem w pierwszym odcinku New Who, Doktor i Rose przebiegli tą trasę z uśmiechem na ustach, zupełnie nie łapiąc przy tym zadyszki. Jak widzicie, biegania w tym serialu jest czasem dużo więcej, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. I nic dziwnego, że Doktor ma dwa serducha, skoro musi pokonywać takie maratony!
Ciąg dalszy nastąpi…
Cudowna wycieczka śladami Doktora Who dobiegła końca, ale mój pierwszy dzień pobytu w Londynie minął dopiero w połowie (wycieczka trwała mniej więcej dwie i pół godziny, do pierwszej po południu). Co zwiedziłam później? Chciałabym wam o tym opowiedzieć już teraz, ale jak widzicie – Dyrdymał jest już trochę długi, dlatego z dalszą relacją mojej Wielkiej, Geekowej Przygody muszę wstrzymać się do jutra.
I już zupełnie na koniec: gdybyście chcieli kiedyś przejść Londyn śladami Doktora tak samo, jak ja – tutaj macie trasę wycieczki. Przy czym z całego serca polecam wam wynająć przewodnika z Brit Movie Tours, bo bez niego stracicie połowę zabawy!
PS. Pytanie do osób nie oglądających Doktora Who – jak się wam podobała, ułożona przeze mnie, playlista ze ścieżką dźwiękową z serialu? 🙂
Wielka, Geekowa Przygoda – pozostałe wpisy:
- Dzień pierwszy, część I [Kraków-Londyn]
- Dzień pierwszy, część III [Londyn i National Gallery]
- Dzień pierwszy, część IV [Londyn po południu]
- Dzień drugi, część I [Londyn i Muzeum Historii Naturalnej]
- Dzień drugi, część II [Cardiff nocą]
- Dzień trzeci, część I [Zamek w Cardiff]
- Dzień trzeci, część II [współczesne Cardiff]
- Dzień czwarty, część I [Doctor Who Experience]
- Dzień czwarty, część II [Doctor Who Experience]
- Dzień czwarty, część III [Londyn nocą]
- Dzień piąty [Londyn i British Museum]
- BONUS
Więcej zdjęć z Wielkiej Brytanii
możesz zobaczyć w galerii!
O ile nie zostało stwierdzone inaczej, zdjęcia ilustrujące wpis są mojego autorstwa lub też (jeśli ja się na nich znajduję), wykonali je anonimowi, dobrzy ludzie, których spotkałam na swojej drodze. 🙂