Dyrdymały Filmowo-Serialowe

Dyrdymały Filmowo-Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Wpisy z tagiem: science-fiction

Szaleństwo Serialowe:

O trzech mnichów za daleko

Doctor Who / Doktor Who, sezon 10, odcinki 6-8

Dzie­sią­ta seria Dok­to­ra Who była pierw­szym od kil­ku lat sezo­nem, któ­re­go oglą­da­nie spra­wia­ło mi ogrom­ną fraj­dę. I cie­szy­łam się na myśl o tym, że po fina­ło­wym odcin­ku będę mogła napi­sać roz­en­tu­zja­zmo­wa­ną not­kę, w któ­rej stwier­dzę, że oto wró­cił Dok­tor, któ­re­go kochałam.

Nie­ste­ty trzy naj­now­sze odcin­ki spra­wi­ły, że cała moja radość wypa­ro­wa­ła i pla­no­wa­na pochwal­na not­ka na cześć dzie­sią­tej serii sta­nę­ła pod zna­kiem zapy­ta­nia. A ponie­waż muszę z sie­bie wyrzu­cić te wszyst­kie nega­tyw­ne emo­cje, któ­re nagro­ma­dzi­ły się w moim ser­du­chu przez ostat­nie trzy tygo­dnie, dzi­siej­szy wpis będzie o tym, cze­mu te trzy odcin­ki Dok­to­ra Who tak strasz­nie mnie rozczarowały.

Aha – tekst jest skie­ro­wa­ny do fanów seria­lu (nie będę tłu­ma­czyć kim jest Dok­tor, czym jest TAR­DIS i tak dalej) i poja­wią się w nim więk­sze (zakry­te) oraz mniej­sze spo­ile­ry. O ile spo­ile­rem moż­na nazwać coś, cze­go moż­na się domy­ślić na dłu­go przed obej­rze­niem opi­sy­wa­nych prze­ze mnie odcinków.

Filmy Przeróżne, Stare, ale jare:

Do dna!

Otchłań / The Abyss

Są trzy typy fil­mów kul­to­wych. Pierw­sze to takie, któ­re nie były popu­lar­ne zaraz po pre­mie­rze i zyska­ły ją dopie­ro, kie­dy „odkrył je” inter­net (tak było na przy­kład z Fight Club). Dru­gie teraz są kul­to­we tak samo, jak w cza­sach ana­lo­go­wych. Nato­miast trze­cie, kie­dyś cie­szy­ły się więk­szą popu­lar­no­ścią, niż obec­nie. I choć nie popa­dły w cał­ko­wi­te zapo­mnie­nie i moż­na je cza­sem zoba­czyć w tele­wi­zji, w sie­ci raczej nie uświad­czy­my wie­lu cyta­tów, memów oraz fanow­skiej twór­czo­ści zwią­za­nej z tymi dziełami.

Dziś opo­wiem wam o jed­nym z fil­mów tego trze­cie­go rodza­ju. Bo jeśli cho­dzi o twór­czość Jame­sa Came­ro­na, inni mogą chwa­lić go za Ter­mi­na­to­ra, Obce­go, Tita­ni­ca lub Ava­ta­ra. Dla mnie naj­więk­szym dzie­łem tego reży­se­ra zawsze będzie Otchłań.


UWA­GA! Tekst zawie­ra spo­ile­ry, któ­rych nie zakry­wam, ponie­waż zakła­dam, że zna­cie fabu­łę Otchła­ni.


UWA­GA, UWA­GA, UWA­GA!!! Na koń­cu wpi­su znaj­du­je się nie­spo­dzian­ka zupeł­nie nie­zwią­za­na z dzi­siej­szym tema­tem. Zer­k­nij­cie na nią koniecznie. 🙂

Filmy Przeróżne, Prosto z Kina:

Katastrofalne przeskalowanie

Independence Day: Resurgence / IDR / Dzień Niepodległości: Odrodzenie

Zna­cie to wku­rza­ją­ce uczu­cie, kie­dy wybie­ra­cie się na film, o któ­rym wie­cie, że będzie kiep­ski, ale jed­no­cze­śnie z całe­go ser­ca chcie­li­by­ście, żeby był wspa­nia­ły? Mnie towa­rzy­szy­ło ono od jakie­goś cza­su. Ponie­waż nie lubię się tak czuć, posta­no­wi­łam obej­rzeć Dzień Nie­pod­le­gło­ści: Odro­dze­nie (dalej tytuł będę zapi­sy­wać skró­tem IDR) moż­li­wie jak naj­szyb­ciej. I tak zasia­dłam w kinie na ostat­nim sean­sie w dniu pre­mie­ry. Nie­ste­ty uczu­cie roz­ter­ki nie znik­nę­ło, tyl­ko przy­bra­ło na sile. Bo IDR jest fil­mem peł­nym zarów­no dobrych, jak i złych pomy­słów, i przede wszyst­kim: masy zmar­no­wa­nych szans.

Filmy Przeróżne, Stare, ale jare:

We will not vanish without a fight!

Independence Day / Dzień Niepodległości

Jest rok 1996. R.E.M. śpie­wa weso­łą pio­sen­kę o koń­cu świa­ta. Na orbi­cie Zie­mi zatrzy­mu­je się sta­tek kosmicz­ny. Obcy zaczy­na­ją inwa­zję. Ludz­kość sta­je na skra­ju zagła­dy. Na szczę­ście dla nas, kosmi­ci popeł­nia­ją tak­tycz­ny błąd – ata­ku­ją tuż przed ame­ry­kań­skim dniem nie­pod­le­gło­ści. Nie bio­rą pod uwa­gę tego, że to wku­rzy Ame­ry­ka­nów, w tym Wil­la Smi­tha, Jef­fa Gold­blu­ma i Bil­la Pul­l­ma­na. A z taką trój­ką – co wie każ­dy miesz­ka­niec Zie­mi – nie nale­ży zadzierać.

Filmy Przeróżne, Prosto z Kina, Szybki Wpis:

Nowa nadzieja

Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy /
Star Wars: The Force Awakens

Nie pamię­tam, kie­dy ostat­ni raz widzia­łam film, któ­re­go oglą­da­nie spra­wi­ło­by mi radość w tak czy­stej posta­ci. Któ­ry dał­by mi tyle pozy­tyw­nej ener­gii i spra­wił, że po wyj­ściu z kina chcia­łam ser­decz­nie uści­skać każ­dą napo­tka­ną osobę.

Nie pamię­tam też, kie­dy ostat­nim razem coś wywo­ła­ło we mnie tak skraj­ne uczu­cia – z jed­nej stro­ny dając gigan­tycz­ną fraj­dę, z dru­giej spra­wia­jąc, że kil­ka razy łza zakrę­ci­ła mi się w oku. Nawet teraz, gdy o tym piszę jed­no­cze­śnie uśmie­cham się i czu­ję ucisk w dołku.

Ogólnie Rzecz Ujmując:

Multifandomowa historia ludzkości

O prawdzie ukrytej w popkulturze

Dozna­łam oświe­ce­nia! Połą­czy­łam krop­ki, prze­czy­ta­łam mię­dzy wier­sza­mi. Zro­zu­mia­łam, że nic nie jest przy­pad­kiem. Książ­ki, komik­sy, fil­my i seria­le, sta­ra­ją się nam prze­ka­zać wię­cej, niż się spo­dzie­wa­my. I dziś zdra­dzę wam, jaki skry­wa­ją sekret!

Filmy Przeróżne, Prosto z Kina:

Papierowo-celuloidowy Mars

Marsjanin / The Martian

Zamie­rza­łam zro­bić dwa wpi­sy o Mar­sja­ni­nie – jeden o książ­ce, a dru­gi o fil­mie. Ale ponie­waż jak wie­cie jestem leniem, będzie tyl­ko jeden Dyr­dy­mał. Oczy­wi­ście głów­nym tema­tem będzie recen­zja ekra­ni­za­cji, ale z dużą ilo­ścią odnie­sień i porów­nań do papie­ro­we­go ory­gi­na­łu. Coś w sty­lu książ­ka kon­tra film. Ale nie do końca.

We wpi­sie mogą poja­wić się drob­ne spo­ile­ry, przy czym napi­sa­łam je tak, by oso­by nie zna­ją­ce fabu­ły Mar­sja­ni­na i tak za bar­dzo nie wie­dzia­ły, o co chodzi.

Szaleństwo Serialowe:

Dwanaście jest większe od jedenastu, ale mniejsze niż dziewięć lub dziesięć

Doctor Who / Doktor Who, sezon 8

Ósma seria Dok­to­ra Who była jed­no­cze­śnie pierw­szą, któ­rą oglą­da­łam na bie­żą­co. Mia­łam wiel­kie nadzie­je i jesz­cze więk­sze oba­wy. Liczy­łam na to, że nowe­go, Dwu­na­ste­go Dok­to­ra polu­bię bar­dziej od Jede­na­ste­go. Ale jed­no­cze­śnie, mając na uwa­dze to, że za ste­ra­mi seria­lu wciąż sie­dzi Mof­fat, bałam się, że sce­na­riu­sze nowych przy­gód Dok­to­ra mogą nie przy­paść mi do gustu. I pod­mie­nie­nie akto­ra gra­ją­ce­go głów­ną rolę na now­szy (a wła­ści­wie star­szy) model tak napraw­dę na nic się nie zda. Jak się oka­za­ło, przez cały sezon Dok­tor Who balan­so­wał na gra­ni­cy pomię­dzy ocza­ro­wy­wa­niem i roz­cza­ro­wy­wa­niem widza. Przez co nawet po zoba­cze­niu fina­ło­we­go epi­zo­du nie jestem w sta­nie jed­no­znacz­nie oce­nić jako­ści tej serii.

Aha: tekst jest w 99% wol­ny od spo­ile­rów. A te, któ­re się poja­wia­ją są zasło­nię­te. Oso­by któ­re nie widzia­ły jesz­cze ósmej serii mogą więc czy­tać bez obaw. A następ­nie, obo­wiąz­ko­wo, zabrać się za oglądanie.

Filmy Przeróżne, Wpisy Archiwalne - Blogspot:

Bez ambicji, ale z rozmachem

Prometeusz / Prometheus

Rozu­miem, że ci, któ­rzy spo­dzie­wa­li się po tej pro­duk­cji arcy­dzie­ła, któ­re wgnie­cie ich w fotel i spra­wi, że wyj­dą z kina, poty­ka­jąc się o wła­sne szczę­ki – mogli poczuć się moc­no zawie­dze­ni. Ale ja nie ocze­ki­wa­łam od tego fil­mu abso­lut­nie nicze­go i otrzy­ma­łam dzie­ło może nie genial­ne, ale napraw­dę świet­nie nakrę­co­ne. No dobrze, zga­dza się – było kil­ka głu­pich zagrań (dla przy­kła­du: któ­ry sce­na­rzy­sta mógł być aż takim idio­tą, by wymy­ślić, że naukow­cy, jak tyl­ko odkry­ją, że wokół nich jest tlen, krzyk­ną „hur­ra”, i zdej­mą heł­my?!). Nie­mniej jed­nak, w porów­na­niu z taką Kró­lew­ną Śnież­ką i Łow­cą lub Spi­der-Manem, tutaj czu­ło się, że za kame­rą nie sie­dział byle kto. I może to głu­pie, ale pod­czas oglą­da­nia Pro­me­te­usza czu­łam się tak, jak­bym nagle odkry­ła jakiś świet­ny, sta­ry, zapo­mnia­ny film z lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Takich rze­czy już po pro­stu się nie krę­ci. A szko­da, bo Pro­me­te­usz to kawał napraw­dę świet­ne­go kina. I cie­szę się, że być może nastą­pi ciąg dalszy.

Nie bądź pirat - kliknij tutaj i sprawdź, gdzie tą produkcję możesz obejrzeć legalnie

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: Man, I Love Films

Post jest frag­men­tem wpi­su pocho­dzą­ce­go z po­przed­niej od­słony bloga.

Tekst został zre­da­go­wany i nie­znacz­nie zmodyfikowany.

Ory­gi­nalny wpis mo­żesz zo­ba­czyć w ser­wi­sie Blog​spot​.com.

Filmy Przeróżne, Słynne Serie Filmowe, Wpisy Archiwalne - Blogspot:

Zawsze na czasie!

Powrót do przyszłości / Back to the Future

Daw­no, daw­no temu, gdy w fil­mach liczył się przede wszyst­kim pomysł, sce­na­riusz i wart­ka akcja. Wte­dy, gdy efek­ty spe­cjal­ne two­rzy­ło się głów­nie przy pomo­cy hydrau­licz­nych pod­no­śni­ków, odpo­wied­nio odmie­rzo­nej daw­ki środ­ków piro­tech­nicz­nych, spryt­ne­go foto­mon­ta­żu i ope­ro­wa­nia per­spek­ty­wą, a po rze­czy wyge­ne­ro­wa­ne kom­pu­te­ro­wo się­ga­ło tyl­ko w osta­tecz­no­ści. W cza­sach, kie­dy Ste­ven Spiel­berg oraz Robert Zemec­kis byli jesz­cze mło­dzi i two­rzy­li fil­my po to, by widza zachwy­cić, a nie na nim zarobić.

Wte­dy wła­śnie powsta­ła try­lo­gia, od któ­rej chciał­bym zacząć moje zesta­wie­nie Słyn­nych Serii Filmowych.