Dyrdymały Filmowo-Serialowe

Dyrdymały Filmowo-Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Filmy Przeróżne, Stare, ale jare:

We will not vanish without a fight!

Independence Day / Dzień Niepodległości

Jest rok 1996. R.E.M. śpie­wa weso­łą pio­sen­kę o koń­cu świa­ta. Na orbi­cie Zie­mi zatrzy­mu­je się sta­tek kosmicz­ny. Obcy zaczy­na­ją inwa­zję. Ludz­kość sta­je na skra­ju zagła­dy. Na szczę­ście dla nas, kosmi­ci popeł­nia­ją tak­tycz­ny błąd – ata­ku­ją tuż przed ame­ry­kań­skim dniem nie­pod­le­gło­ści. Nie bio­rą pod uwa­gę tego, że to wku­rzy Ame­ry­ka­nów, w tym Wil­la Smi­tha, Jef­fa Gold­blu­ma i Bil­la Pul­l­ma­na. A z taką trój­ką – co wie każ­dy miesz­ka­niec Zie­mi – nie nale­ży zadzie­rać.

Dwadzieścia i trochę mniej lat temu

Kie­dy Dzień Nie­pod­le­gło­ści miał swo­ją pre­mie­rę, byłam za mała, by mnie to obcho­dzi­ło. Film obej­rza­łam dopie­ro kil­ka lat póź­niej i… nie pamię­tam, jak go ode­bra­łam. Praw­do­po­dob­nie zachwy­ci­łam się efek­ta­mi spe­cjal­ny­mi, bo te robi­ły wra­że­nie. Ale Inde­pen­den­ce Day nie stał się jed­nym z ulu­bio­nych fil­mów mojej mło­do­ści, któ­ry oglą­da­ła­bym w kół­ko, aż do zerwa­nia taśmy w kase­cie wideo.

Nie pamię­tam też, kie­dy ostat­ni raz widzia­łam Dzień Nie­pod­le­gło­ści. Na pew­no było to jesz­cze zanim poszłam na stu­dia, kie­dy aku­rat puści­li go w tele­wi­zji. Upływ cza­su spra­wił, że koja­rzy­łam ogól­ny zarys fabu­ły fil­mu, ale zapo­mnia­łam więk­szo­ści szcze­gó­łów. Przy­kła­do­wo wie­dzia­łam, że Jeff Gold­blum grał naukow­ca (tego naukow­ca to aku­rat źle zapa­mię­ta­łam) i wymy­ślił wirus kom­pu­te­ro­wy, dzię­ki któ­re­mu poko­na­no kosmi­tów; ale wyle­cia­ło mi z pamię­ci, jaka była oso­bo­wość gra­ne­go przez Gold­blu­ma boha­te­ra.

A teraz?

Z racji tego, że jutro kosmi­ci zaata­ku­ją nas jesz­cze raz (i ponow­nie popeł­nią błąd, robiąc to w ame­ry­kań­ski dzień nie­pod­le­gło­ści), posta­no­wi­łam przy­po­mnieć sobie ich poprzed­nią inwa­zję. Ponie­waż pierw­szy Dzień Nie­pod­le­gło­ści nigdy nie stał się dla mnie dzie­łem kul­to­wym i god­nym zapa­mię­ta­nia, zało­ży­łam, że z fil­mem Rolan­da Emme­ri­cha musi być coś nie tak. I moc­no się zdzi­wi­łam, kie­dy „odkry­łam”, że Inde­pen­den­ce Day to bar­dzo dobra pro­duk­cja!

Pierw­sze, co rzu­ci­ło mi się w oczy, to boha­te­ro­wie. Wystar­czy­ło kil­ka chwil, bym ich polu­bi­ła. Przy czym skra­dli oni moje ser­ce w nie­na­chal­ny, wręcz nie­dba­ły spo­sób. Ina­czej, niż sta­ra się to zro­bić wie­lu pro­ta­go­ni­stów we współ­cze­snych fil­mach, któ­rzy zda­ją się machać ręka­mi i krzy­czeć: „spójrz na mnie, jestem głów­nym boha­te­rem i jestem tak cool, że musisz mnie lubić!”, a ich losy i tak mnie nie obcho­dzą. W przy­pad­ku Dnia Nie­pod­le­gło­ści nikt nie musiał udo­wad­niać, że jest cool, bo po pro­stu taki był.

Dodat­ko­wo, choć wie­le posta­ci jest bar­dzo arche­ty­picz­nych (cha­ry­zma­tycz­ny przy­wód­ca, dziel­ny żoł­nierz, mądry koleś w oku­la­rach), nie kłu­je to w oczy. Przy­kła­do­wo wyide­ali­zo­wa­ny do gra­nic moż­li­wo­ści pre­zy­dent, któ­ry w każ­dym innym fil­mie moc­no by iry­to­wał, w Inde­pen­den­ce Day jest posta­cią, któ­rej nie da się nie lubić.

Dru­gą waż­ną spra­wą jest fabu­ła. Pomi­mo tego, że wie­dzia­łam, jak Dzień Nie­pod­le­gło­ści się skoń­czy, kto prze­ży­je, a kto zgi­nie, to oglą­da­nie fil­mu i tak było emo­cjo­nu­ją­ce. Żar­ty – bawi­ły, sce­ny akcji – cie­szy­ły, a dra­ma­tycz­ne momen­ty – smu­ci­ły. Kil­ka razy zła­pa­łam się na tym, że trzy­ma­łam kciu­ki za nie­któ­rych boha­te­rów, choć wie­dzia­łam, że cze­ka ich szczę­śli­wie zakoń­cze­nie.

I na koniec: efek­ty spe­cjal­ne. Pod tym wzglę­dem Dzień Nie­pod­le­gło­ści zali­cza się do fil­mów, któ­re pre­zen­tu­ją się lepiej od wie­lu współ­cze­snych pro­duk­cji. I niko­mu nie uda­ło się wysa­dzić Bia­łe­go Domu tak ład­nie, jak Emme­ri­cho­wi.

Co dalej?

Nie wiem, czy musia­łam doro­snąć, żeby Dzień Nie­pod­le­gło­ści mi się spodo­bał, czy też zadzia­łał tu upływ cza­su i na wie­le ele­men­tów fil­mu spoj­rza­łam z przy­mru­że­niem oka, na zasa­dzie „ach, te sza­lo­ne lata dzie­więć­dzie­sią­te!” (uzbro­je­ni w mac­ki kosmi­ci, któ­rzy wte­dy praw­do­po­dob­nie prze­ra­ża­li widzów, dziś wyda­ją mi się śmiesz­ni). Waż­ne jest to, że obej­rze­nie Inde­pen­den­ce Day przy­nio­sło mi nie­spo­dzie­wa­ną fraj­dę.

Jesz­cze wczo­raj jedy­nym, co spra­wia­ło, że wybie­ra­łam się do kina na dru­gą część fil­mu było to, że wystę­pu­je w nim Wil­liam Ficht­ner*. Dziś, po obej­rze­niu pierw­sze­go Dnia Nie­pod­le­gło­ści, niczym Osio­łek ze Shre­ka krzy­czę „ja chcę jesz­cze raz!” i nie mogę się docze­kać jutrzej­szej pre­mie­ry.

Nie chcę tutaj gdy­bać nad tym, czy nowy Inde­pen­den­ce Day** będzie dobrym fil­mem. Chcia­ła­bym, żeby był, ale obsta­wiam, że będzie to jed­na z tych pro­duk­cji, któ­ra spodo­ba się tyl­ko poło­wie widzów. Chcia­ła­bym też, żeby IDR*** spodo­bał się mnie – i to w trak­cie oglą­da­nia, a nie dwa­dzie­ścia lat po pre­mie­rze. A jeśli i to nie nastą­pi, to pozo­sta­je mieć nadzie­ję, że przy­naj­mniej Ficht­ner da popis swo­ich umie­jęt­no­ści aktor­skich****.


* Obsta­wiam (bar­dzo opty­mi­stycz­nie), że Ficht­ner będzie widocz­ny na ekra­nie przez oko­ło kwa­drans, z cze­go przez poło­wę cza­su będzie w mil­cze­niu stał na dru­gim pla­nie.

** Konia z rzę­dem temu, kto potra­fi bez posił­ko­wa­nia się Google lub innym IMDb zapi­sać angiel­ski pod­ty­tuł sequ­ela.

*** Nie mam zamia­ru męczyć się i pisać tego skom­pli­ko­wa­ne­go, ame­ry­kań­skie­go pod­ty­tu­łu, a pol­ski mi się nie podo­ba.

**** W koń­cu nikt nie potra­fi w mil­cze­niu stać na dru­gim pla­nie tak dobrze, jak Ficht­ner – nomen omen mistrz dru­gie­go pla­nu.

Jedna mądra i jedna głupia uwaga na koniec

W 1996 roku, boha­ter gra­ny przez Jef­fa Gold­blu­ma, z upo­rem mania­ka nama­wiał innych do recy­klin­gu i dba­nia o śro­do­wi­sko. Smut­ne jest to, że dwa­dzie­ścia lat póź­niej wie­lu ludzi wciąż nie wie, jak segre­go­wać śmie­ci i ma w nosie ochro­nę przy­ro­dy.

Nato­miast gra­ny przez Wil­la Smi­tha kapi­tan Ste­ven Hil­ler nie poja­wi się w sequ­elu, a jego nie­obec­ność wyja­śnio­no tak, że dziel­ny żoł­nierz zgi­nął wie­le lat wcze­śniej w wypad­ku lot­ni­czym. Ale tak sobie myślę: co, jeśli Hil­ler nadal żyje, jego śmierć zosta­ła ukar­to­wa­na i – ponie­waż świet­nie mu szło wal­cze­nie z kosmi­ta­mi – został zatrud­nio­ny w super­taj­nej agen­cji moni­to­ru­ją­cej prze­by­wa­ją­ce na naszej pla­ne­cie isto­ty poza­ziem­skie (ta super­taj­na agen­cja nazy­wa się w skró­cie MiB). Wiem, brzmi to sza­le­nie, jed­nak świet­nie wpi­su­je się w moją teo­rię Mul­ti­fan­do­mo­wej Histo­rii Ludz­ko­ści*. A co wy o tym myśli­cie? Czy dziel­ny kapi­tan Hil­ler bie­ga teraz po Nowym Jor­ku w gar­ni­tu­rze, wal­czy z kosmi­ta­mi i oka­zjo­nal­nie wyma­zu­je ludziom pamięć, czy też spo­tka­ło go coś inne­go? I przy oka­zji – jak wspo­mi­na­cie pierw­szy Dzień Nie­pod­le­gło­ści? Czy pro­duk­cja nie obcho­dzi­ła was tak samo, jak mnie, czy wręcz prze­ciw­nie – jest to kul­to­wy film wasze­go dzie­ciń­stwa i zna­cie na pamięć zagrze­wa­ją­cą do boju prze­mo­wę pre­zy­den­ta? Nie bój­cie się napi­sać w komen­ta­rzu!


* Tak, w tym rozu­mo­wa­niu są pew­ne luki, ale wyni­ka­ją one stąd, że podob­nie jak w każ­dej innej teo­rii spi­sko­wej – nie zna­my wszyst­kich ele­men­tów ukła­dan­ki.

Dzień Niepodległości możecie kupić między innymi w tych sklepach:

Dzień Niepodległości okładka

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: JoBlo Posters