Dyrdymały Filmowo-Serialowe

Dyrdymały Filmowo-Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Filmy Przeróżne, Prosto z Kina:

Katastrofalne przeskalowanie

Independence Day: Resurgence / IDR / Dzień Niepodległości: Odrodzenie

Zna­cie to wku­rza­ją­ce uczu­cie, kie­dy wybie­ra­cie się na film, o któ­rym wie­cie, że będzie kiep­ski, ale jed­no­cze­śnie z całe­go ser­ca chcie­li­by­ście, żeby był wspa­nia­ły? Mnie towa­rzy­szy­ło ono od jakie­goś cza­su. Ponie­waż nie lubię się tak czuć, posta­no­wi­łam obej­rzeć Dzień Nie­pod­le­gło­ści: Odro­dze­nie (dalej tytuł będę zapi­sy­wać skró­tem IDR) moż­li­wie jak naj­szyb­ciej. I tak zasia­dłam w kinie na ostat­nim sean­sie w dniu pre­mie­ry. Nie­ste­ty uczu­cie roz­ter­ki nie znik­nę­ło, tyl­ko przy­bra­ło na sile. Bo IDR jest fil­mem peł­nym zarów­no dobrych, jak i złych pomy­słów, i przede wszyst­kim: masy zmar­no­wa­nych szans.

Stare wygi

Jeśli stę­sk­ni­li­ście się za boha­te­ra­mi pierw­sze­go Dnia Nie­pod­le­gło­ści, IDR na pew­no was nie zawie­dzie. Jeff Gold­blum, Bill Pul­l­man, Judd Hirsch i Brent Spi­ner cią­gle gra­ją boha­te­rów, któ­rym miło się kibi­cu­je. Podo­ba­ło mi się, że po pierw­szym ata­ku kosmi­tów, ich życie nie zawsze poukła­da­ło się dobrze. Naj­lep­szym przy­kła­dem jest gra­ny przez Pul­l­ma­na pre­zy­dent Whit­mo­re, któ­ry z powo­du drę­czą­cych go wizji ata­ku­ją­cych nas kosmi­tów popadł w obłęd. Dobrym pomy­słem było też ponow­ne poka­za­nie dok­to­ra Oku­na (w tej roli Brent Spi­ner) – przed fil­mem myśla­łam, że postać ta będzie nie­po­trzeb­na i wpro­wa­dzo­na na siłę, tym­cza­sem jego wątek był nie tyl­ko cie­ka­wy, ale też towa­rzy­szy­ła mu bar­dzo sym­pa­tycz­na i chwy­ta­ją­ca za ser­ce histo­ria miło­sna.

Przy oka­zji bar­dzo podo­ba­ły mi się nawią­za­nia do pierw­sze­go Dnia Nie­pod­le­gło­ści takie, jak na przy­kład zafun­do­wa­nie kosmi­cie pra­we­go sier­po­we­go albo rato­wa­nie pie­ska. Widać, że Roland Emme­rich miał spo­ro dystan­su do swo­je­go poprzed­nie­go dzie­ła.

Nowa gwardia

IDR to nie tyl­ko sen­ty­men­tal­ne spo­tka­nie z posta­cia­mi z 1996 roku. Film wpro­wa­dził masę nowych, głów­nie mło­dych boha­te­rów. Natknę­łam się w inter­ne­cie na opi­nie, że ci są drew­nia­ni, ale zupeł­nie się z nimi nie zga­dzam.

Świet­nie zapre­zen­to­wał się Liam Hem­sworth w roli Jake’a Mor­ri­so­na – nie­po­kor­ne­go, ale mega sym­pa­tycz­ne­go pilo­ta. Podo­ba­ło mi się to, że nie był on typem kobie­cia­rza, któ­ry dopie­ro w fil­mie pozna­je miłość swo­je­go życia. Zamiast tego Mor­ri­son miał już dziew­czy­nę i to nie byle jaką, bo była nią cór­ka Whitmore’a. Gra­ją­ca ją aktor­ka tak­że zapre­zen­to­wa­ła się dobrze, choć nie­ste­ty w dra­ma­tycz­nych sce­nach nie wypa­da­ła do koń­ca wia­ry­god­nie. Co nie zmie­nia fak­tu, że jej postać tak­że uda­ło mi się polu­bić.

Na tle tam­tej dwój­ki nie­co bla­do wypadł, syn zna­ne­go z pierw­szej czę­ści, gra­ne­go przez Wil­la Smi­tha, kapi­ta­na Hil­le­ra. Twór­cy fil­mu nie mogli się chy­ba zde­cy­do­wać, czy mło­dy Hil­ler ma być posta­cią poważ­ną, czy też wylu­zo­wa­ną. I tak w poło­wie scen boha­ter wyglą­dał, jak­by połknął kij od mio­tły, a w dru­giej poło­wie sta­rał się być rów­nie cool, co Mor­ri­son, ale (chy­ba z powo­du tego kija) nie do koń­ca mu to wycho­dzi­ło.

Na dru­gim pla­nie poja­wił się nato­miast naj­lep­szy kum­pel Mor­ri­so­na, któ­ry jak na side­kic­ka przy­sta­ło, był zabaw­ny, wyga­da­ny i sym­pa­tycz­nie nie­po­rad­ny. Nie­ste­ty przez to, że postać ta powie­la­ła nie­mal każ­dą zna­ną mi kli­szę, koleś iry­to­wał, zamiast bawić. Szko­da, bo gdy­by było w nim coś nie­sztam­po­we­go, mógł­by z nie­go wyjść bar­dzo cie­ka­wy boha­ter.

Ziemia 2.0

Po inwa­zji w 1996 roku, ludzie prze­ję­li tech­no­lo­gię kosmi­tów i adap­to­wa­li ją do wła­snych potrzeb. W IDR widzi­my więc cuda takie, jak pozba­wio­ne śmi­gieł heli­kop­te­ry, myśliw­ce wypo­sa­żo­ne w lase­ro­we dział­ka albo bazę na Księ­ży­cu. Na wszyst­ko to miło się patrzy, aż chcia­ło­by się spę­dzić na takiej uno­wo­cze­śnio­nej Zie­mi nie­co wię­cej cza­su. Zako­cha­łam się też w desi­gnie kosmicz­ne­go stat­ku-holow­ni­ka. Na zwia­stu­nach wyglą­dał on głu­pio, ale po tym, jak w fil­mie zoba­czy­łam jego zasto­so­wa­nie, muszę nie tyl­ko zwró­cić honor jego pro­jek­tan­tom, ale też pogra­tu­lo­wać, bo jest to jeden z naj­le­piej prze­my­śla­nych stat­ków kosmicz­nych, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam.

Zno­wu bar­dzo podo­ba­ło mi się to, że po 1996 nie wszy­scy żyli dłu­go i szczę­śli­wie. Wte­dy jeden ze stat­ków kosmicz­nych wylą­do­wał w Afry­ce, a zamiesz­ku­ją­ce tam­te tere­ny ludzie nie chcie­li pomo­cy innych i posta­no­wi­li na wła­sną rękę toczyć dłu­gą, wynisz­cza­ją­cą kraj wal­kę z kosmi­ta­mi. A poka­za­ny w IDR wódz afry­kań­skich wojow­ni­ków był kolej­ną posta­cią, któ­rą polu­bi­łam.

Inwazja obcych? I co z tego?

Tym, co naj­bar­dziej nie­po­ko­iło mnie w zwia­stu­nach IDR był roz­miar stat­ku obcych. Ten miał być wiel­ko­ści Oce­anu Atlan­tyc­kie­go, co wyda­wa­ło mi się być dużą prze­sa­dą. Liczy­łam jed­nak na to, że film jakoś się z tego wybro­ni, ale tak się nie sta­ło.

Naj­więk­szym pro­ble­mem wszel­kie­go typu fil­mów kata­stro­ficz­nych jest to, że w ostat­nich latach tak wie­le razy widzia­łam jak świat zosta­je zrów­na­ny z zie­mią, że nie robi to już na mnie duże­go wra­że­nia. Taki sam pro­blem mam z IDR. Co praw­da Emme­rich praw­do­po­dob­nie zda­wał sobie spra­wę z tego, że widza nie będą obcho­dzi­ły losy kom­pu­te­ro­wo wyge­ne­ro­wa­nych, wybu­rza­nych metro­po­lii, tyl­ko znaj­du­ją­cy się w nich boha­te­ro­wie, któ­rym się kibi­cu­je. I kil­ka razy się do tego odniósł – wte­dy nie­waż­ne były walą­ce się budyn­ki, tyl­ko to, kto nich prze­by­wał. Tego typu scen było jed­nak za mało, a szko­da, bo w całej tej demol­ce one jako jedy­ne były poru­sza­ją­ce.

Dużym roz­cza­ro­wa­niem był tak­że spo­sób, w jaki kosmi­ci zosta­li poko­na­ni. Nie będę zdra­dzać, jak to nastą­pi­ło. Napi­szę jedy­nie, że w 1996 obcy prze­gra­li, bo byli­śmy od nich spryt­niej­si, a tym razem zwy­cię­ży­li­śmy, bo oni byli od nas głup­si.

Generał Adams nie jest moim prezydentem

Tak, jak się spo­dzie­wa­łam, Wil­liam Ficht­ner miał nie­wie­le do zagra­nia, nie­ste­ty wbrew temu, na co liczy­łam – sce­ny z jego udzia­łem nie powa­la­ły. Przez więk­szość cza­su gra­ny przez Ficht­ne­ra gene­rał Adams po pro­stu stał w cen­trum dowo­dze­nia i wyda­wał roz­ka­zy, a pod koniec fil­mu dodat­ko­wo odli­czał ile cza­su zosta­ło do znisz­cze­nia Zie­mi.

Z Adam­sem mia­łam też ten sam pro­blem, co z kapi­ta­nem Hil­le­rem – twór­cy sce­na­riu­sza ewi­dent­nie nie mogli się zde­cy­do­wać, czy Adams ma być opa­no­wa­nym dowód­cą, czy wylu­zo­wa­nym woja­kiem.

Wie­le scen z Ficht­ne­rem było poka­za­ne za szyb­ko albo nie­dba­le. Przy­kła­do­wo w pew­nej chwi­li w cen­trum dowo­dze­nia poja­wi­ło się kil­ku kole­si i stwier­dzi­ło: „pre­zy­dent nie żyje, od teraz ty, Adams, będziesz gło­wą pań­stwa, szyb­ko kładź łapę na Biblii, trze­ba cię zaprzy­się­żyć”. W takiej sce­nie wszyst­kich powin­na zmro­zić infor­ma­cja o śmier­ci pre­zy­den­ta; powi­nien być czas na poka­za­nie szo­ku i nie­do­wie­rza­nia obec­nych na sali osób, ale nie było ani jed­ne­go, ani dru­gie­go. Tyl­ko Ficht­ner wyglą­dał na zasko­czo­ne­go – jak­by chciał zagrać wię­cej, ale Emme­rich mu nie pozwo­lił, bo śpie­szył się do krę­ce­nia kolej­nych scen poka­zu­ją­cych inwa­zję kosmi­tów.

Podob­nie kiep­sko wypa­dła moty­wu­ją­ca prze­mo­wa Adam­sa. Kie­dy kil­ka dni temu słu­cha­łam słów Whit­more’a z 1996 roku, mia­łam ocho­tę chwy­cić za widły i wal­czyć z kosmi­ta­mi (choć nie mia­łam pod ręką ani wideł, ani kosmi­tów). Nato­miast Adams zupeł­nie nie­po­ry­wa­ją­co stwier­dził, iż „faj­nie, że ludz­kość zjed­no­czy­ła się przez ostat­nie 20 lat, a teraz módl­cie się o to, by uda­ło się nam poko­nać obcych”. Tak, dobrze czy­ta­cie – boha­ter Ficht­ne­ra zamiast zagrze­wać ludzi do wal­ki, pro­sił ich o modli­twę.

Odnio­słam też wra­że­nie, że twór­cy IDR nie chcie­li, by w fil­mie była za duża ilość cha­ry­zma­tycz­nych pre­zy­den­tów. Dla­te­go wszyst­kich odważ­nych czy­nów doko­nu­je Whit­more, pod­czas gdy Adams stoi bier­nie z boku i wyda­je roz­ka­zy. Co jest o tyle przy­kre, że w ostat­nich sce­nach, kie­dy cen­trum dowo­dze­nia zosta­ło zaata­ko­wa­ne przez kosmi­tów, aż pro­si­ło się o to, by boha­ter Ficht­ne­ra chwy­cił za broń i ustrze­lił jakie­goś obce­go.

Przy oka­zji war­to wspo­mnieć, że przed pre­mie­rą IDR poja­wił się komiks, któ­re­go głów­nym boha­te­rem był mło­dy Adams i ten (komiks, nie Adams), choć miał nie­skom­pli­ko­wa­ną fabu­łę i był fatal­nie nary­so­wa­ny – pre­zen­to­wał postać Ficht­ne­ra dużo cie­ka­wiej, niż film.

Ciężko ocenić

Nowy Dzień Nie­pod­le­gło­ści nie jest ani dobrym, ani złym fil­mem. Do pięt nie dora­sta ani ory­gi­na­ło­wi z 1996 roku, ani więk­szo­ści tego­rocz­nych block­bu­ste­rów. Ma jed­nak wie­lu cie­ka­wych boha­te­rów i zachwy­ca od stro­ny wizu­al­nej. Na pew­no nie będzie­cie żało­wać, jeśli zoba­czy­cie go w kli­ma­ty­zo­wa­nym kinie, ale też nicze­go nie stra­ci­cie, jeśli zamiast tego pój­dzie­cie się opa­lać.

I jesz­cze jed­no: jeśli podob­nie jak ja, jeste­ście uczu­le­ni na patrio­tycz­ny ame­ry­kań­ski patos wyle­wa­ją­cy się z ekra­nu, to pod tym wzglę­dem IDR jest OK i pra­wie wca­le nie poka­zu­je takich strasz­nych rze­czy.

Dzień Niepodległości: Odrodzenie możecie kupić między innymi w tych sklepach:

Dzień Niepodległości: Odrodzenie okładka

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: JoBlo Posters