Dyrdymały Filmowo-Serialowe

Dyrdymały Filmowo-Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Filmy Przeróżne, Prosto z Kina:

Papierowo-celuloidowy Mars

Marsjanin / The Martian

Zamie­rza­łam zro­bić dwa wpi­sy o Mar­sja­ni­nie – jeden o książ­ce, a dru­gi o fil­mie. Ale ponie­waż jak wie­cie jestem leniem, będzie tyl­ko jeden Dyr­dy­mał. Oczy­wi­ście głów­nym tema­tem będzie recen­zja ekra­ni­za­cji, ale z dużą ilo­ścią odnie­sień i porów­nań do papie­ro­we­go ory­gi­na­łu. Coś w sty­lu książ­ka kon­tra film. Ale nie do koń­ca.

We wpi­sie mogą poja­wić się drob­ne spo­ile­ry, przy czym napi­sa­łam je tak, by oso­by nie zna­ją­ce fabu­ły Mar­sja­ni­na i tak za bar­dzo nie wie­dzia­ły, o co cho­dzi.

Długa droga na Marsa

Ta część wpi­su skie­ro­wa­na jest do tych, któ­rzy są scep­tycz­nie nasta­wie­ni do powie­ści Andy’ego Weira (tak, jak ja jesz­cze mie­siąc temu). Być może macie podob­ne wąt­pli­wo­ści co ja i uda mi się je za chwi­lę roz­wiać. A jeśli jeste­ście już po lek­tu­rze książ­ki, może­cie prze­sko­czyć do kolej­ne­go śród­ty­tu­łu.

Kie­dy zoba­czy­łam zwia­stun Mar­sja­ni­na – wzru­szy­łam ramio­na­mi. Zapo­wia­dał się pełen pato­su dra­mat z masą filo­zo­ficz­nych prze­my­śleń.

Ale potem prze­czy­ta­łam u Gawi­tha, że powieść jest spo­ko, i że war­to ją poznać. W swo­jej not­ce Gawith zamie­ścił cytat, któ­ry (poza tym, że był wiel­kim spo­ile­rem – nie­ład­nie, Gawith!) poka­zy­wał, że Weir pisze mądrze, ale jed­no­cze­śnie bar­dzo na luzie. To spra­wi­ło, że pomy­śla­łam: „hmm, jak kie­dyś znaj­dę czas, to prze­czy­tam Mar­sja­ni­na”.

Potem powieść poja­wi­ła się w audio­bo­oku i w sie­ci, w ramach pro­mo­cji umiesz­czo­no jej pierw­szy roz­dział:

Po odsłu­cha­niu nagra­nia stwier­dzi­łam: „jej­ku, muszę się dowie­dzieć, co wyda­rzy­ło się dalej!”. I posta­no­wi­łam, że jeśli e-book z Mar­sja­ni­nem będzie w faj­nej pro­mo­cji, to na pew­no go kupię. A kil­ka dni póź­niej taka wła­śnie prze­ce­na mia­ła miej­sce (czy wspo­mi­na­łam już, że e-booki są super?).

Nie czy­tam szyb­ko i bar­dzo rzad­ko zda­rza mi się prze­brnąć przez wszyst­kie stro­ny książ­ki w mniej, niż tydzień. Mar­sja­ni­na prze­czy­ta­łam w jeden dzień (jak dobrze, że zaczę­łam czy­tać w sobo­tę rano, a nie na przy­kład w nie­dzie­lę wie­czór – wte­dy pew­nie zarwa­ła­bym noc i ponie­dzia­łek był­by dla mnie cięż­szy, niż nor­mal­nie). Co praw­da książ­ka nie była jakimś mega arcy­dzie­łem, ale jej akcja wcią­ga­ła. I to napraw­dę moc­no.

Lek­tu­ra powie­ści spra­wi­ła, że film z cze­goś, co zupeł­nie mnie nie obcho­dzi­ło, zmie­nił się w chy­ba naj­bar­dziej wycze­ki­wa­ną prze­ze mnie pre­mie­rę tego roku. Nie bałam się, że Ridley Scott całość spie­przy, że – jak oba­wia­li się nie­któ­rzy inter­nau­ci – zro­bi z Mar­sja­ni­na dru­gie­go Pro­me­te­usza (zwłasz­cza, że mi Pro­me­te­usz cał­kiem się podo­bał). Mar­twi­łam się tyl­ko, że ekra­ni­za­cji nie uda się w peł­ni oddać faj­no­ści pier­wo­wzo­ru. Ale znacz­nie bar­dziej byłam cie­ka­wa, jak to wszyst­ko będzie w kinie wyglą­dać.

Wesoły Marsjanin

Treść książ­ki skła­da się przede wszyst­kim z wideo-dzien­ni­ków głów­ne­go boha­te­ra – Mar­ka Wat­neya. Co jest świet­nym roz­wią­za­niem z dwóch powo­dów. Po pierw­sze Wat­ney prze­ka­zu­je nam swo­ją wie­dzę, dzię­ki cze­mu moż­na się od nie­go dowie­dzieć masy cie­ka­wych rze­czy o kosmo­sie, Mar­sie, che­mii lub fizy­ce*. A po dru­gie – i jesz­cze waż­niej­sze – boha­ter ma prze­ogrom­ne poczu­cie humo­ru. Dzię­ki temu prze­by­wa­nie z nim na Mar­sie nie jest nud­ne.

Fan­ta­stycz­ne było to, że ten mega opty­mi­stycz­ny nastrój Wat­neya pod­czas lek­tu­ry udzie­lał się tak­że mi. Ale jed­no­cze­śnie spra­wiał on, że jakoś nie czu­łam dra­ma­tu tego boha­te­ra. Owszem, Wat­ney cza­sem stwier­dzał, że się boi albo że ma prze­chla­pa­ne, ale zaraz potem mówił coś iro­nicz­ne­go i cały dra­ma­tycz­ny nastrój zni­kał. Bra­ko­wa­ło mi też pew­nej głę­bi tej posta­ci – wie­dzia­łam, że Wat­ney jest astro­nau­tą z poczu­ciem humo­ru i wła­ści­wie nic poza tym.

Ridley Scott chy­ba miał z Wat­ney­em podob­ny pro­blem, jak ja. I dla­te­go w fil­mie poka­zał nie­co więk­szy dra­mat głów­ne­go boha­te­ra. Czy­li owszem – Wat­ney wciąż nagry­wał weso­łe wideo-dzien­ni­ki. Ale poka­za­no też, co dzia­ło się poza kadrem, gdy kame­ra wideo-dzien­ni­ka była wyłą­czo­na. To, jak boha­ter się mar­twi, wście­ka, tra­ci nadzie­ję. Co moim zda­niem spra­wi­ło, że fil­mo­wy Wat­ney był praw­dziw­szy. I mogłam się z nim bar­dziej utoż­sa­miać. W koń­cu, gdy­bym ja utknę­ła na Mar­sie, to też przed kame­rą bym się wygłu­pia­ła, a gdy nikt by nie patrzył – pła­ka­ła w kącie.

Nie­ste­ty Scott zre­zy­gno­wał z wideo-dzien­ni­ków nie­co za bar­dzo. Bo jak już pisa­łam, Wat­ney nie tyl­ko opo­wia­dał, jak mu minął dzień… prze­pra­szam – sol, ale też tłu­ma­czył pew­ne nauko­we rze­czy. I tego mi w fil­mie bra­ko­wa­ło. Bo na przy­kład w sce­nie prze­ra­bia­nia pali­wa rakie­to­we­go na wodę, aż chcia­ło się usły­szeć z offu głos głów­ne­go boha­te­ra tłu­ma­czą­ce­go, co w danej chwi­li robi. Z resz­tą gło­su Wat­neya-nar­ra­to­ra bra­ko­wa­ło mi tak­że, w sytu­acjach, w któ­rych mógł on w śmiesz­ny spo­sób sko­men­to­wać to, co poka­zy­wa­no na ekra­nie. Przy­kła­do­wo w sce­nie, w któ­rej boha­ter prze­mie­rzał Mar­sjań­skie pust­ko­wia i kame­ra poka­zy­wa­ła wszyst­ko w taki spo­sób, że mia­łam wra­że­nie, iż zaraz w kadrze poja­wi się Czło­wiek Pusty­ni z Gwiezd­nych Wojen – wte­dy wspa­nia­le było­by usły­szeć Wat­neya stwier­dza­ją­ce­go, że ma nadzie­ję, że nie natknie się na wro­gich Mar­sjan.


* Para­dok­sal­nie, jest to jed­no­cze­śnie naj­mniej wia­ry­god­ny ele­ment powie­ści. Bo astro­nau­ta, któ­ry w swo­ich dzien­ni­kach zwra­cał­by się do inne­go astro­nau­ty lub naukow­ca z NASA, raczej nie tra­cił­by cza­su na tłu­ma­cze­nie wszyst­kie­go „na chłop­ski rozum”.

Houston, nie mamy problemu

W książ­ce na Zie­mię wra­ca­my jedy­nie na kil­ka chwil. W fil­mie nato­miast, wyda­rze­nia te mają mniej wię­cej tyle samo cza­su ante­no­we­go, co przy­go­dy Wat­neya na Mar­sie. Poza tym, co cie­ka­we – jest w nich znacz­nie wię­cej humo­ru, niż na Czer­wo­nej Pla­ne­cie.

Muszę tu pochwa­lić przede wszyst­kim akto­rów. O ile Matt Damon na Mar­sie spi­sał się popraw­nie, ale jego występ jakoś spe­cjal­nie nie powa­lał na kola­na, tak akto­rzy na Zie­mi, jak gdy­by prze­ści­ga­li się w tym, by w swo­ich nie­wiel­kich rolach jak naj­bar­dziej zabły­snąć. I więk­szo­ści napraw­dę się to uda­ło.

W książ­ce nie obcho­dzi­ło mnie, co sta­nie się z boha­te­ra­mi, gdy cała histo­ria dobie­gnie koń­ca. Nato­miast w fil­mie nie inte­re­so­wa­ła mnie jedy­nie przy­szłość astro­nau­tów, nato­miast z chę­cią zoba­czy­ła­bym kolej­ny film lub serial, któ­ry opo­wia­dał­by o innych przy­go­dach ludzi z NASA.


I jesz­cze drob­na uwa­ga doty­czą­ca popraw­no­ści poli­tycz­nej. Prze­czy­ta­łam w kil­ku miej­scach w inter­ne­cie opi­nie, że role kobie­cych posta­ci były za mało roz­bu­do­wa­ne. Tym­cza­sem w porów­na­niu z książ­ką były one napraw­dę duże.

Natknę­łam się też na gło­sy kry­ty­ki mówią­ce, że Mac­ken­zie Davis nie powin­na grać Min­dy Park, bo w książ­ce postać ta była Azjat­ką. Hmm, może nie czy­ta­łam uważ­nie, ale nie przy­po­mi­nam sobie, by Andy Weir wspo­mi­nał gdzie­kol­wiek, jakiej rasy byli poszcze­gól­ni boha­te­ro­wie. I wiem, że moje­go gło­su pra­wie nikt nie usły­szy, ale kur­cze – skończ­my już z tą popraw­no­ścią poli­tycz­ną! To jest głu­pie i robi wię­cej złe­go, niż dobre­go.


A tak na mar­gi­ne­sie: nie wiem, na ile było to celo­we dzia­ła­nie, ale cie­szę się, że w fil­mie poja­wił się Sean Bean, któ­ry spra­wił, że nawią­za­nie do Wład­cy Pier­ście­ni zyska­ło dodat­ko­wy wymiar.

Życie na Marsie (nie) jest łatwe

Jeśli czy­tasz Mar­sja­ni­na i akcja nagle sku­pia się na płót­nie HABu, drga­niu bato­ni­ków w star­tu­ją­cej rakie­cie, lub for­mu­ją­cej się przez tysią­ce lat wydmie na Mar­sie, to wiedz, że coś się dzie­je! Inny­mi sło­wy, naj­więk­szym błę­dem, jaki w swo­jej powie­ści zro­bił Weir było to, że za każ­dym razem, gdy ma się wyda­rzyć coś dra­ma­tycz­ne­go, czy­tel­nik nie­po­trzeb­nie jest o tym infor­mo­wa­ny z wyprze­dze­niem. Nie ma więc zaska­ku­ją­cych zwro­tów akcji. Ridley Scott ten błąd napra­wił i w fil­mie nie­szczę­ścia nastę­pu­ją nagle i zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie. Tyl­ko, że jest ich znacz­nie mniej, niż w książ­ce.

Ujmę to ina­czej: im dłu­żej trwa film, tym mniej wier­ny jest powie­ści. Jak­by Scott fil­mo­wał sobie spo­koj­nie, moż­li­wie jak naj­do­kład­niej wszyst­ko ekra­ni­zu­jąc i w pew­nej chwi­li stwier­dził „Jej­ku, zuży­li­śmy już pra­wie cały budżet i czas prze­zna­czo­ny na krę­ce­nie, a nie jeste­śmy nawet w poło­wie!”. Co dopro­wa­dzi­ło do tego, że fil­mo­wy Watley w dru­giej czę­ści fil­mu nie ma pra­wie żad­nych pro­ble­mów. Tym­cza­sem w książ­ce miał ich napraw­dę spo­ro.

Z resz­tą, Scott uła­twił życie nie tyl­ko Wat­ney­owi, ale tak­że zało­dze stat­ku kosmicz­ne­go Her­mes. W książ­ce co praw­da na Her­me­sie więk­szych dra­ma­tów nie było, ale w jed­nym momen­cie, bli­sko Zie­mi, sytu­acja była nie­co napię­ta.

A sko­ro już przy tym jeste­śmy (ci, co czy­ta­li książ­kę, zaraz zro­zu­mie­ją, o co cho­dzi, a resz­ta… po pro­stu prze­czy­taj­cie książ­kę!). Nie mogę prze­bo­leć tego, że w fil­mie nie poka­za­li trzech, moim zda­niem naj­lep­szych żar­tów. Tego o cyc­kach, o mek­sy­kań­skim jedze­niu i o tym, by Wat­ney przy­go­to­wał się na dzi­ki seks. Przy­zna­ję: wszyst­kie trzy były głu­pie i nie­co pry­mi­tyw­ne. Ale bawi­ły, a o to w nich prze­cież cho­dzi­ło.

Powrót na Ziemię, czyli zakończenie

Nie­ste­ty Ridley Scott chy­ba nie mógł się powstrzy­mać i w fina­ło­wych sce­nach fil­mu zro­bił Pro­me­te­usza. Czy­li nagle boha­te­ro­wie prze­sta­li zacho­wy­wać się jak naukow­cy i zaczę­li robić głu­pie rze­czy. I żeby było śmiesz­niej – robił to na prze­kór książ­ce. I tak na przy­kład w powie­ści Wat­ney zapro­po­no­wał, że zro­bi Iron Mana, ale z tego zre­zy­gno­wał, bo było­by to zbyt nie­bez­piecz­ne. W fil­mie nato­miast – zgad­nij­cie! – Wat­ney zro­bił Iron Mana (znów – nie piszę o co cho­dzi, by nie spo­ile­ro­wać). Co wię­cej Scott na tym nie poprze­stał i do fina­ło­wych scen dorzu­cił kil­ka wła­snych, nie­naj­lep­szych pomy­słów.

Z dru­giej stro­ny, Scott dał mi tak­że to, cze­go w powie­ści bar­dzo mi bra­ko­wa­ło – zakoń­cze­nie mówią­ce, co było dalej. Bo Andy Weir zosta­wił mnie z masą pytań: czy misje na Mar­sa były kon­ty­nu­owa­ne? Co sta­ło się z zało­gą Her­me­sa? Czy ktoś odna­lazł dzien­ni­ki Wat­neya? A to tyl­ko trzy z wie­lu pytań, któ­re mia­łam. Na szczę­ście Ridley Scott czę­ścio­wo zaspo­ko­ił moją cie­ka­wość. I chwa­ła mu za to!

Książka, czy film?

Jak już pisa­łam na począt­ku, powieść Andy’ego Weira nie jest arcy­dzie­łem, ale zachwy­ca. Jed­no­cze­śnie był to mate­riał dość trud­ny do zekra­ni­zo­wa­nia. Ridley’owi Scot­to­wi uda­ło się to zro­bić. Poka­za­ny na fil­mie Mars zachwy­cał, a fabu­ła – pomi­mo, że już ją zna­łam – wciąż była emo­cjo­nu­ją­ca. Jed­nak pomi­mo tego wszyst­kie­go – książ­ka była lep­sza.

Jeśli macie kasę tyl­ko na jeden bilet na Mar­sa – poleć­cie tam na książ­ce. Ale jeśli dys­po­nu­je­cie nie­co więk­szym budże­tem – wybierz­cie się na Czer­wo­ną Pla­ne­tę tak­że w fote­lu kino­wym (przy czym wypra­wa w 3D nie jest obo­wiąz­ko­wa). Nie poża­łu­je­cie ani jed­ne­go, ani dru­gie­go.

Film Marsjanin możecie kupić między innymi w tych sklepach:

Marsjanin film okładka

Książkę Marsjanin możecie kupić między innymi w tych księgarniach:

Marsjanin książka okładka

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: JoBlo Posters