Dyrdymały Filmowo-Serialowe

Dyrdymały Filmowo-Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Szaleństwo Serialowe:

Jeden zły element, który psuje wszystko

Crossing Lines / Przekraczając Granice, sezon 2

Pierw­szy wpis na blo­gu po prze­pro­wadz­ce (o samej prze­pro­wadz­ce pisa­łam tutajtutaj). Wypa­da­ło­by więc zacząć od jakie­goś dobre­go, war­te­go pole­ce­nia tytu­łu. Ale tak się nie sta­nie. Zamiast tego będzie o Cros­sing Lines – seria­lu, któ­ry darzę wiel­ką sym­pa­tią, bo dzię­ki nie­mu (i jego akcji pro­mo­cyj­nej) uda­ło mi się speł­nić jed­no z moich wiel­kich marzeń. Ale para­dok­sal­nie, to wca­le nie ozna­cza, że samą pro­duk­cję lubię. Bo ta, nie­ste­ty, do dobrych nie nale­ży. I dziś napi­szę, dla­cze­go tak myślę.

Aha – spo­ile­ry zosta­ły zakre­ślo­ne na czar­no, żeby je zoba­czyć, wystar­czy naje­chać na nie kur­so­rem myszy.

Prawie wszystko gra

Nie mogę napi­sać, że Cros­sing Lines jest seria­lem po pro­stu złym. Bo to była­by nie­praw­da. Akto­rzy spi­sa­li się wyśmie­ni­cie, zdję­cia były krę­co­ne w pięk­nych ple­ne­rach, co jakiś czas poja­wia­ły się wybu­chy, strze­la­ni­ny i pości­gi, niczym z hol­ly­wo­odz­kich super­pro­duk­cji. I gdy­by tyl­ko to się liczy­ło, Prze­kra­cza­jąc Gra­ni­ce było­by seria­lem napraw­dę dobrym, któ­ry mogła­bym pole­cić każ­de­mu. Ale jest jed­na rzecz, któ­ra wszyst­ko psu­je, spra­wia, że wyżej wymie­nio­ne zale­ty prze­sta­ją mieć jakie­kol­wiek zna­cze­nie: sce­na­riusz.

Dramat nie do końca na serio

Twór­cy Cros­sing Lines ewi­dent­nie sta­ra­ją się two­rzyć serial poważ­ny i moż­li­wie jak naj­bar­dziej reali­stycz­ny. Co praw­da w dru­gim sezo­nie nie­co spu­ści­li z tonu, ale kli­mat Prze­kra­cza­jąc Gra­ni­ce wciąż bar­dziej przy­po­mi­na ten z Per­son of Inte­rest niż Castle’a. Nie­ste­ty momen­ta­mi Cros­sing Lines rezy­du­je z tej kon­wen­cji i wte­dy popa­da w śmiesz­ność. Wra­ca­jąc do Castla – gdy­bym tam zoba­czy­ła, że mor­der­ca ma w piw­ni­cy śre­dnio­wiecz­ny, pokry­ty paję­czy­na­mi i oświe­tlo­ny świe­ca­mi loch, w któ­rym trzy­ma zmu­mi­fi­ko­wa­ne zwło­ki jed­nej ze swo­ich ofiar, bez dwóch zdań zaśmia­ła­bym się rado­śnie i pogra­tu­lo­wa­ła sce­na­rzy­stom pomy­sło­wo­ści. Bo serial jest krę­co­ny z przy­mru­że­niem oka, takie nie­spo­dzie­wa­ne i nie­co absur­dal­ne rze­czy są w nim na porząd­ku dzien­nym. Ale kie­dy ujrza­łam coś takie­go w jed­nym z odcin­ków Cros­sing Lines – wca­le nie było mi do śmie­chu. Bo śre­dnio­wiecz­ne lochy po pro­stu nie pasu­ją do cze­goś, co z zało­że­nia ma być poważ­ne i dra­ma­tycz­ne.

Inna spra­wa, że kie­dy sce­na­rzy­ści nie sta­ra­ją się zasko­czyć widzów swo­ją fan­ta­zją i poczu­ciem humo­ru, serial jest strasz­nie sche­ma­tycz­ny. I to ponow­nie do tego stop­nia, że aż popa­da w śmiesz­ność. Zupeł­nie, jak­by był pisa­ny wedle książ­ki „1001 rze­czy, któ­re powin­ny zna­leźć się w każ­dym seria­lu sen­sa­cyj­nym”. I tak, jeśli poli­cjan­ci będą gonić pie­szo jakie­goś zło­czyń­cę, ten ostat­nio obo­wiąz­ko­wo:

  • wytrą­ci jakie­muś czło­wie­ko­wi z rąk kosz pełen poma­rań­czy,
  • pra­wie prze­wró­ci wózek z dziec­kiem,
  • prze­wró­ci regał pełen poma­rań­czy (serio, to muszą być poma­rań­cze – grusz­ki, ogór­ki lub ziem­nia­ki się do takich rze­czy nie nada­ją!),
  • prze­bie­gnie przez tłum ludzi, popy­cha­jąc kil­ku z nich,
  • zde­rzy się z czło­wie­kiem na wóz­ku inwa­lidz­kim,
  • wpad­nie na maskę prze­jeż­dża­ją­ce­go samo­cho­du,
  • wbie­gnie do restau­ra­cji i:
    • wytrą­ci kel­ner­ce tacę z ręki,
    • poobi­ja się o sto­li­ki, dener­wu­jąc przy tym sie­dzą­cych przy nich gości,
    • zde­mo­lu­je kuch­nię,
  • na koń­cu przy­po­mni sobie, że prze­cież ma na ramie­niu zawie­szo­ny kara­bin maszy­no­wy i zastrze­li poli­cjan­tów.

I znów – gdy­by takie rze­czy wyda­rzy­ły się w seria­lu o innej sty­li­sty­ce, oglą­da­ła­bym to wszyst­ko z roz­ba­wie­niem. Tutaj jed­nak przez cały czas myśla­łam: WTF, czy sce­na­rzy­ści napraw­dę nie mogli wymy­ślić cze­goś lep­sze­go?!

Brytyjscy policjanci zawsze są wspaniali

Wie­cie jed­nak, co jest w Cros­sing Lines naj­gor­sze? To, że wie­le wąt­ków lub posta­ci, począt­ko­wo pre­zen­to­wa­ła się bar­dzo dobrze. Ale póź­niej, pod sam koniec zosta­ła popsu­ta. Co widza takie­go, jak ja, dener­wu­je podwój­nie.

Weź­my na przy­kład sze­fa Sco­tland Yar­du. Nie mam poję­cia, ile w tym zasłu­gi gra­ją­ce­go go akto­ra – Raya Ste­ven­so­na, a ile samych sce­na­rzy­stów, w każ­dym razie – gdy tyl­ko facet poja­wił się w pre­mie­ro­wym odcin­ku dru­gie­go sezo­nu, natych­miast przy­kuł moją uwa­gę. Miał w sobie to, za co uwiel­biam boha­te­rów bry­tyj­skich seria­li – cha­ry­zmę, poczu­cie humo­ru, zadzior­ność. Zapo­mnia­łam o Ficht­ne­rze i przez nie­mal cały odci­nek kibi­co­wa­łam Bry­tyj­czy­ko­wi. Facet poja­wił się jesz­cze w kil­ku odcin­kach i za każ­dym razem był rów­nie wspa­nia­ły. Aż do ostat­nie­go epi­zo­du, w któ­rym wystą­pił. Bo wte­dy coś się popsu­ło. Zupeł­nie jak­by do piszą­ce­go pod natchnie­niem sce­na­rzy­sty pod­szedł pro­du­cent, trzep­nął go w tył gło­wy i stwier­dził: „Ej, my tu two­rzy­my serial dra­ma­tycz­ny, nie możesz pisać o takich bez­tro­skich ludziach. A poza tym to postać dru­go­pla­no­wa, widzo­wie nie mogą lubić jej bar­dziej, niż głów­nych boha­te­rów”. Sce­na­rzy­sta, wes­tchnął więc cięż­ko i pod naci­skiem sze­fa napi­sał szyb­ko: „Nie lubi Irland­czy­ków tak bar­dzo, że uwa­ża ich za isto­ty niż­sze­go gatun­ku, gor­sze od ludzi. A wszyst­ko dla­te­go, że jego żona wie­le lat temu zgi­nę­ła w zama­chu bom­bo­wym zor­ga­ni­zo­wa­nym przez IRA”. Pro­du­cent pogra­tu­lo­wał sce­na­rzy­ście pomy­sło­wo­ści i zosta­wił go w spo­ko­ju. Ja nato­miast, kie­dy póź­niej wszyst­ko oglą­da­łam, zacho­dzi­łam w gło­wę, jak to moż­li­we że boha­ter, któ­re­go darzy­łam sym­pa­tią, zmie­nił się nagle w ostat­nie­go buca. I gdy padło sakra­men­tal­ne „moją żonę zabi­ła bom­ba”, zro­bi­łam face­palm, a potem nie­mal­że krzyk­nę­łam ku nie­bu „DLA­CZE­GO?!!”

Ach, ci Amerykanie!

Poza Ray­em Ste­ven­so­nem, w seria­lu gościn­nie poja­wi­ła się też Car­rie-Anne Moss i jej występ tak­że był jed­nym z lep­szych ele­men­tów dru­gie­go sezo­nu. Moss zagra­ła Aman­dę Andrews, poli­cjant­kę z Nowe­go Jor­ku, byłą part­ner­kę Hick­ma­na. I znów – nie wiem, ile w tym zasłu­gi akto­rów, a ile sce­na­rzy­stów (obsta­wiam jed­nak to pierw­sze), ale poczy­na­nia duetu Andrews-Hick­man oglą­da­ło mi się napraw­dę nie­źle. I to nie tyl­ko dla­te­go, że poło­wę tej pary sta­no­wił Ficht­ner. Z resz­tą Wil­liam dzię­ki Car­rie-Anne Moss zyskał nowe pole do popi­su, mógł poka­zać swo­je­go boha­te­ra w nie­co inny spo­sób niż wcze­śniej. Bo Hick­man w towa­rzy­stwie Andrews był bar­dziej wylu­zo­wa­ny i nawet żar­to­wał ze swo­je­go kalec­twa (co w pierw­szym sezo­nie pra­wie wca­le się nie zda­rza­ło). Ale jed­no­cze­śnie spra­wiał wra­że­nie nie­co bar­dziej nie­po­rad­ne­go – jak­by zda­wał sobie spra­wę z tego, że Andrews zna go lepiej, niż kole­dzy z Euro­py i nie ma sen­su zgry­wać przed nią twar­dzie­la.

Inna spra­wa, że nie było wia­do­mo, czy „part­ner­stwo” tej dwój­ki w prze­szło­ści ogra­ni­cza­ło się jedy­nie do ich życia zawo­do­we­go, czy może wykra­cza­ło tak­że poza nie. Momen­ta­mi Hick­man i Andrews zacho­wy­wa­li się jak para dobrych kum­pli. Ba, ona trak­to­wa­ła go tro­chę jak młod­sze­go bra­ta, któ­re­mu moż­na dać kuk­sań­ca, gdy nabroi. Cza­sem jed­nak Hick­man robił maśla­ne oczy, wzrok Andrews rów­nież sta­wał się dziw­nie roz­ma­rzo­ny. I wte­dy poja­wia­ło się pyta­nie, czy wcze­śniej było mię­dzy nimi coś wię­cej, czy też w ramach zasa­dy, że nie wol­no wią­zać się z kole­gą z pra­cy – oby­dwo­je zawsze ogra­ni­cza­li się jedy­nie do takich czu­łych spoj­rzeń. Bar­dzo mi się to roz­wią­za­nie podo­ba­ło. I szcze­rze mówiąc byłam nim nawet nie­co zasko­czo­na. Bo twór­cy seria­lu zazwy­czaj tego typu infor­ma­cje poda­wa­li widzo­wi pro­sto z mostu. Tu nato­miast zosta­wi­li spo­ro nie­do­po­wie­dzeń, miej­sca na gdy­ba­nia i róż­ne­go rodza­ju inter­pre­ta­cje.

Ale nie­ste­ty w tym przy­pad­ku tak­że pod koniec się coś popsu­ło. Już myśla­łam, że uda się tego unik­nąć. Ale nic z tego. W ostat­niej sce­nie, w któ­rej poja­wi­ła się Andrews, poli­cjant­ka wysko­czy­ła z tek­stem: „Hick­man utnij sobie łapę i zastąp ją mecha­nicz­ną pro­te­zą.” W tym wypad­ku nie rwa­łam ze zło­ści wło­sów z gło­wy tyl­ko dla­te­go, że przy­po­mniał mi się jeden z odcin­ków The IT Crowd, w wyni­ku cze­go nie mogłam prze­stać się śmiać. Cóż, zna­jąc fan­ta­zję twór­ców Cros­sing Lines, gdy­by Hick­man skoń­czył z mecha­nicz­ną pro­te­zą, zapew­ne zosta­ła­by ona dodat­ko­wo wypo­sa­żo­na w ska­ner linii papi­lar­nych, wykry­wacz meta­lu i wyrzut­nię rakiet zie­mia-powie­trze.

Ale to nie wszystko

Mogła­bym jesz­cze dłu­go wymie­niać błę­dy tego seria­lu. Zwłasz­cza, że tutaj fatal­ne są nawet pla­ka­ty pro­mo­cyj­ne (na któ­rych wszy­scy są dziw­nie wyfo­to­szo­po­wa­ni, a Hick­man zawsze wyglą­da, jak­by cier­piał na zatwar­dze­nie). Ale czy to ład­nie tak kopać leżą­ce­go?

Nie umiem też stwier­dzić, czy dru­gi sezon jest gor­szy, czy też lep­szy od poprzed­nie­go. Mi oglą­da­ło się go lepiej, ale to głów­nie z powo­du tego, że wie­dzia­łam już, cze­go się spo­dzie­wać i nie mia­łam tak dużych ocze­ki­wań, jak rok temu. Czy mogę ten serial komu­kol­wiek pole­cić? Fanom Ficht­ne­ra, Car­rie-Anne Moss i Ray’a Ste­ven­so­na na pew­no, ale z zastrze­że­niem, że sce­ny bez ich udzia­łu wła­ści­wie moż­na prze­wi­nąć na suwa­ku. I tak wszyst­ko jest tutaj tak prze­wi­dy­wal­ne, że nawet jeśli zacznie się oglą­dać dowol­ny odci­nek w loso­wym momen­cie, po kil­ku minu­tach każ­dy powi­nien się zorien­to­wać, o co w nim cho­dzi. Resz­ta z was Cros­sing Lines może sobie daro­wać. No chy­ba, że chce­cie zoba­czyć, jak nie powin­no się krę­cić seria­li sen­sa­cyj­nych – wte­dy Prze­kra­cza­jąc Gra­ni­ce jest dla was pozy­cją obo­wiąz­ko­wą.

Przy czym – choć ton not­ki może wyda­wać się zło­śli­wy, tak napraw­dę piszę to wszyst­ko tro­chę na smut­no. Bo chcia­ła­bym, żeby Cros­sing Lines było dobre i mogła z dumą powie­dzieć innym, że to wła­śnie w tym super seria­lu gra mój ulu­bio­ny aktor. I przede wszyst­kim – cie­szy­ła­bym się, gdy­by ludzie oglą­da­li tą pro­duk­cję z przy­jem­no­ścią. Bo jak wia­do­mo duża oglą­dal­ność zwięk­sza praw­do­po­do­bień­stwo na poja­wie­nie się następ­ne­go sezo­nu. I tym samym na to, że Ficht­ner kolej­ny rok będzie miesz­kał w Pra­dze i być może jesz­cze raz przy­je­dzie do Pol­ski. Nato­miast w obec­nej chwi­li trze­ci sezon Prze­kra­cza­jąc Gra­ni­ce stoi pod dużym zna­kiem zapy­ta­nia. A jak nie powsta­nie, to na kolej­ną pro­mo­cyj­ną wyciecz­kę objaz­do­wą Ficht­ne­ra po Euro­pie tak­że nie będzie szans.

Na koniec notka administracyjna

Jak już wspo­mi­na­łam we wstę­pie – na temat nowo­ści na stro­nie może­cie prze­czy­tać na zwy­kłych Dyr­dy­ma­łach. Gdy­by jed­nak nie chcia­ło się wam tam zaglą­dać, oto lista nie­któ­rych zmian, któ­re nastą­pi­ły na blo­gu:

  • koniec z tytu­ła­mi fil­mów i seria­li w tytu­le wpi­su – te będą się poja­wiać w pod­ty­tu­le oraz tagach,
  • śród­ty­tu­ły – każ­dy wpis posta­ram się dzie­lić na mniej­sze frag­men­ty,
  • porzą­dek z kate­go­ria­mi – nazwy nie­któ­rych mogą się zmie­nić, inne znik­ną, ale poja­wi się też kil­ka nowych,
  • meta­da­ne w tagach – poza tytu­ła­mi fil­mów i seria­li, w tagach poja­wią się tak­że nazwi­ska akto­rów, reży­se­rów i innych osób, o któ­rych wspo­mi­nam w tek­ście,
  • koniec z comie­sięcz­nym Sza­leń­stwem Seria­lo­wym – ta for­ma wpi­sów mnie męczy­ła, teraz spró­bu­ję pisać tak, jak dziś, czy­li o poje­dyn­czych pro­duk­cjach.

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: Fan­pa­ge AXN Pol­ska