Dyrdymały Filmowo-Serialowe

Dyrdymały Filmowo-Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Filmy Przeróżne, Słynne Serie Filmowe, Wpisy Archiwalne - Blogspot:

Zawsze na czasie!

Powrót do przyszłości / Back to the Future

Daw­no, daw­no temu, gdy w fil­mach liczył się przede wszyst­kim pomysł, sce­na­riusz i wart­ka akcja. Wte­dy, gdy efek­ty spe­cjal­ne two­rzy­ło się głów­nie przy pomo­cy hydrau­licz­nych pod­no­śni­ków, odpo­wied­nio odmie­rzo­nej daw­ki środ­ków piro­tech­nicz­nych, spryt­ne­go foto­mon­ta­żu i ope­ro­wa­nia per­spek­ty­wą, a po rze­czy wyge­ne­ro­wa­ne kom­pu­te­ro­wo się­ga­ło tyl­ko w osta­tecz­no­ści. W cza­sach, kie­dy Ste­ven Spiel­berg oraz Robert Zemec­kis byli jesz­cze mło­dzi i two­rzy­li fil­my po to, by widza zachwy­cić, a nie na nim zaro­bić.

Wte­dy wła­śnie powsta­ła try­lo­gia, od któ­rej chciał­bym zacząć moje zesta­wie­nie Słyn­nych Serii Fil­mo­wych.

Back to the Future by Tom Ryan’s Studio

źró­dło: Tom Ryan’s Stu­dio

Wróćmy do przeszłości

Mówi się, że obia­dy przy­go­to­wy­wa­ne przez nasze mamy sma­ku­ją nam naj­le­piej nie dla­te­go, że są dobre, tyl­ko ponie­waż nasz mózg wią­że z tymi posił­ka­mi miłe wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. Dzię­ki temu wydzie­la­ją się hor­mo­ny szczę­ścia i dla­te­go czu­je­my się świet­nie, gdy jemy takie danie.

Nie wiem, czy z fil­ma­mi jest podob­nie, jed­nak­że dokład­nie pamię­tam, jak pew­ne­go zimo­we­go wie­czo­ru, w 1995 roku razem z rodzi­ca­mi zasia­dłam do oglą­da­nia pierw­szej czę­ści Powro­tu do przy­szło­ści. I ponie­waż w pamię­ci zapi­sał się nie tyl­ko film, ale całe wspo­mnie­nie tam­te­go wie­czo­ru, to teraz, za każ­dym razem gdy widzę DeLo­re­ana czu­ję się tak samo, jak wte­dy – jak mała, szczę­śli­wa dziew­czyn­ka. Może więc wła­śnie dla­te­go tak bar­dzo lubię tą try­lo­gię? A może jest to spo­wo­do­wa­ne tym, że cała seria jest po pro­stu świet­na? A może jed­no i dru­gie?

Ale wystar­czy już tego sen­ty­men­tal­ne­go wstę­pu. Przejdź­my do wła­ści­wej czę­ści wpi­su! Aha, może­cie sobie jesz­cze odpa­lić sound­track tak, dla lep­sze­go nastro­ju:

Część I

Back to the Future, Part I Poster

źró­dło: Futu­re­pe­dia

Mar­ty McFly, dok­tor Emmett Brown i DeLo­re­an. Trzy posta­ci, któ­re dzię­ki Powro­to­wi do przy­szło­ści sta­ły się iko­na­mi popkul­tu­ry. Chri­sto­pher Lloyd, bez wzglę­du na to, jak bar­dzo by się nie sta­rał, dla mnie zawsze będzie sza­lo­nym naukow­cem z burzą siwych wło­sów na gło­wie. Podob­nie jest z Micha­el J. Foxem, któ­ry wcie­lił się w Marty’ego McFly’a. Przy czym w jego przy­pad­ku war­to dodać, iż dobrze, że twór­cy fil­mu zmie­ni­li zda­nie, bo prze­cież na począt­ku Marty’ego grał Eric Stoltz, któ­ry zupeł­nie do tej roli nie paso­wał. No i wresz­cie DeLo­re­an, samo­chód, któ­re­go moż­na uznać za trze­cią postać w fil­mie. Maszy­na, któ­ra mie­wa pro­ble­my z zapło­nem więk­sze, niż Fiat 126p w zimie. Ale hej, gdy się go w koń­cu odpa­li­ło, to moż­na nim było doje­chać abso­lut­nie wszę­dzie. Nawet do 1955 roku.

A swo­ją dro­gą, czy zna­cie inny film, w któ­rym zro­bio­no by tak sil­nie dzia­ła­ją­cy na widza pro­duct pla­ce­ment? Gdy­by Powrót do przy­szło­ści nigdy nie powstał, współ­cze­śnie, sły­sząc hasło „DeLo­re­an” stwier­dzi­ła­bym zapew­ne „hmm, to chy­ba jakiś fran­cu­ski filo­zof. Sor­ry, ale nie inte­re­su­ję się filo­zo­fią. Poga­daj­my lepiej o fil­mach”.

Zawsze uwa­ża­łam, że dobry film, to taki, któ­ry bez prze­wi­ja­nia obej­rzy się sto razy, a potem, gdy tyl­ko nada­rzy się oka­zja, będzie chcia­ło się go zoba­czyć po raz sto pierw­szy. Powrót do przy­szło­ści jest takim wła­śnie fil­mem. Co wię­cej – jest w nim kil­ka scen, pod­czas oglą­da­nia któ­rych wciąż zawzię­cie kibi­cu­ję głów­nym boha­te­rom, mimo iż dokład­nie wiem, jak wszyst­ko się skoń­czy. Ale z dru­giej stro­ny, czy moż­na obo­jęt­nie przejść choć­by wobec fina­łu? Czy DeLo­re­an odpa­li? Czy dok­tor Brown zdą­ży pod­łą­czyć kabel? Czy Marty’emu uda się doje­chać pod ratusz w chwi­li ude­rze­nia pio­ru­na? I do tego wszyst­kie­go w tle roz­brzmie­wa jesz­cze muzy­ka Ala­na Silvestri’ego, któ­ra dodat­ko­wo potę­gu­je napię­cie. Za każ­dym razem, gdy to oglą­dam, czu­ję się jak­bym cof­nę­ła się do roku 1995, gdy pierw­szy raz widzia­łam to wszyst­ko. I emo­cje, któ­re mi towa­rzy­szą, są zawsze takie same, jak wte­dy.

Back to the Future, Part II Poster

źró­dło: Futu­re­pe­dia

Część II

Jest to nie­ste­ty naj­gor­sza część z całej serii. Wiem, że twór­cy chcie­li poka­zać, że histo­ria lubi się powta­rzać, ale patrze­nie na te same pości­gi i potycz­ki co wcze­śniej, tyle że w wyda­niu futu­ry­stycz­nym wca­le nie jest zabaw­ne. Zwłasz­cza gdy oglą­da się dru­gą część fil­mu zaraz po pierw­szej.

Tak na mar­gi­ne­sie – ze wszyst­kich futu­ry­stycz­nych rze­czy z 2015 roku do tej pory uda­ło się nam urze­czy­wist­nić chy­ba tyl­ko duży na całą ścia­nę tele­wi­zor z pła­skim ekra­nem… A ja jako dziec­ko zawsze marzy­łam o tym, że jak doro­snę, to będę mia­ła wła­sny, lata­ją­cy samo­chód… ech…

Wróć­my jed­nak do fil­mu. Po wyciecz­ce w przy­szłość, głów­ni boha­te­ro­wie tra­fia­ją do alter­na­tyw­nej wer­sji 1985 roku, w któ­rej nie­ste­ty tak­że wie­je nudą. Naj­cie­kaw­szy moim zda­niem jest powrót do 1955, gdzie oglą­da­my wyda­rze­nia z pierw­szej czę­ści Powro­tu do przy­szło­ści z innej per­spek­ty­wy.

Jed­nak to nie powta­rzal­ność i nuda dener­wu­je mnie w tym fil­mie naj­bar­dziej. Naj­gor­sze jest to, że Mar­ty, któ­ry w pierw­szej czę­ści był po pro­stu odważ­ny, w dru­giej zaczął mieć jakieś kom­plek­sy i zawsze strasz­nie się jeżył, gdy ktoś nazwał go tchó­rzem. A szko­da, bo przez to McFly stał się posta­cią bar­dzo prze­wi­dy­wal­ną i tro­chę wku­rza­ją­cą.

Część III

Back to the Future, Part III Poster

źró­dło: Futu­re­pe­dia

DeLo­re­an, India­nie, kow­bo­je i Clint Eastwo­od. Czy może być pięk­niej­sze połą­cze­nie?

W ostat­niej czę­ści try­lo­gii pew­ne histo­rie zno­wu się powta­rza­ją, ale takich odgrze­wa­nych kotle­tów nie ma aż tak wie­lu, jak w poprzed­nim fil­mie. Z tego też powo­du trze­cią część Powro­tu do przy­szło­ści lubię tak samo, jak pierw­szą… A może nawet tro­chę bar­dziej?

W każ­dym razie – cały film jest genial­ny. Dzi­ki zachód został tutaj świet­nie spre­zen­to­wa­ny. Zako­cha­ny Emmett Brown wzru­sza, a reak­cja dok­tor­ka na mik­stu­rę wytrzeź­wia­ją­cą zawsze tak samo roz­ba­wia mnie do łez. Z kolei fina­ło­wa sce­na roz­pę­dza­nia LeDo­re­ana loko­mo­ty­wą, wgnia­ta mnie w fotel rów­nie moc­no, jak koń­ców­ka czę­ści pierw­szej. Nic też nie łamie mi ser­ca tak bar­dzo jak widok DeLo­re­ana miaż­dżo­ne­go przez roz­pę­dzo­ny, współ­cze­sny pociąg.

Ale na szczę­ście samo zakoń­cze­nie jest bar­dzo hap­py-endo­we i moty­wu­ją­ce. Nasza przy­szłość nie zosta­ła nigdzie zapi­sa­na i my sami jeste­śmy kowa­la­mi wła­sne­go losu. Pro­ste, ale jak­że budu­ją­ce, praw­da?


To już pra­wie wszyst­ko. Jesz­cze na koniec:

I final­ly invent some­thing that works!

doctor Emmett Brown
Nie bądź pirat - kliknij tutaj i sprawdź, gdzie tą produkcję możesz obejrzeć legalnie

Wpis pocho­dzi z poprzed­niej odsło­ny blo­ga.

Został zre­da­go­wa­ny i nie­znacz­nie zmo­dy­fi­ko­wa­ny.

Ory­gi­nal­ny tekst możesz zoba­czyć w ser­wi­sie Blog​spot​.com.

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: JD Han­cock