Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wpisy z tagiem: społeczeństwo

Blogowanie i Internety, Głupie Dyrdymalenie:

Ból dupy i inne hejterstwa

Jak krytyczna powinna być krytyka?

Zwy­kle nie zaglą­dam na stro­ny inter­ne­to­we peł­ne nie­na­wi­ści, głu­pot i inny­ch strasz­no­ści. Nie czy­tam też komen­ta­rzy (inny­ch, niż te na Dyr­dy­ma­ła­ch :). To powo­du­je, że żyję w błęd­nym, ale zapew­nia­ją­cym spo­kój ducha prze­świad­cze­niu, iż w sie­ci więk­szo­ść ludzi jest mądra, miła i tole­ran­cyj­na. Cza­sem jed­nak natknę się na coś, co psu­je tą ilu­zję. I wte­dy dopa­da mnie szok i nie­do­wie­rza­nie. Przede wszyst­kim nie­do­wie­rza­nie.

Dziś podzie­lę się z wami takim wła­śnie nie­do­wie­rza­niem. Ostat­nio parę rze­czy zabu­rzy­ło bowiem moją ilu­zję „dobre­go inter­ne­tu”. Co praw­da wiem, że to, co napi­szę, dla nie­któ­ry­ch z was może nie być Dyr­dy­ma­łem, tyl­ko zwy­kłym bana­łem. Jed­nak z dru­giej stro­ny cza­sem kon­cep­ty zro­zu­mia­łe dla jed­nej oso­by są zupeł­nie obce dla kogoś inne­go. Może więc te oczy­wi­ste oczy­wi­sto­ści z dzi­siej­sze­go Dyr­dy­ma­ła nie będą dla wszyst­ki­ch aż tak oczy­wi­ste?

Okiem Niepoczytalnego Bibliotekarza Cyfrowego:

Dlaczego warto uczestniczyć w konferencjach naukowych

i jak się na nich dobrze bawić

Daw­no, daw­no temu, kie­dy stu­dio­wa­łam na INi­Bie, wzię­łam udział w kil­ku stu­denc­ki­ch kon­fe­ren­cja­ch nauko­wy­ch. Impre­zy te jed­nak bar­dziej mnie stre­so­wa­ły i nudzi­ły, niż cie­szy­ły. Zupeł­nie nie rozu­mia­łam więc ludzi, któ­rzy twier­dzi­li, że uczest­ni­cze­nie w wyda­rze­nia­ch tego typu to faj­na zaba­wa. Ale czas minął, a ja doro­słam (i przy oka­zji może tro­chę się zesta­rza­łam) i wie­cie co? Teraz też zali­czam się do osób, któ­re lubią brać udział w kon­fe­ren­cja­ch nauko­wy­ch!

Tydzień temu uczest­ni­czy­łam, w takiej wła­śnie, orga­ni­zo­wa­nej przez Uni­wer­sy­tet Peda­go­gicz­ny, kon­fe­ren­cji. Nie podej­mę się tu zre­la­cjo­no­wa­nia tego wyda­rze­nia, bo – powiedz­my sobie szcze­rze – Dyr­dy­ma­ły nie są odpo­wied­nim miej­scem, na takie pod­su­mo­wa­nie. Zamia­st tego, z dużym przy­mru­że­niem oka, wyja­śnię wam, cze­mu kon­fe­ren­cje nauko­we są cool i dla­cze­go war­to brać w nich udział.

Bardziej Poważnie:

Kilka prostych prawd

Niefilmowo-serialowe przemyślenia po finałowym odcinku Broadchurch

Tydzień temu wyemi­to­wa­no ostat­ni odci­nek bry­tyj­skie­go seria­lu Bro­ad­chur­ch. A dzi­siaj znów, tak samo, jak ósme­go mar­ca, chcia­łam podzie­lić się z wami moimi prze­my­śle­nia­mi na temat tej pro­duk­cji. I podob­nie, jak przy oka­zji Dnia Kobiet, piszę tutaj, a nie na Dyr­dy­ma­ła­ch Fil­mo­wo-Seria­lo­wy­ch, ponie­waż tema­tem nie będzie serial sam w sobie, tyl­ko waż­ne kwe­stie, jakie zosta­ły w nim poru­szo­ne. Rze­czy na pozór oczy­wi­ste, a o któ­ry­ch w dzi­siej­szy­ch, dziw­ny­ch cza­sa­ch, wie­lu ludzi z jakie­goś powo­du zapo­mi­na.

Aha, nawet jeśli nie widzie­li­ście seria­lu, może­cie spo­koj­nie czy­tać, bo Dyr­dy­mał raczej nie zawie­ra spo­ile­rów.

Bardziej Poważnie:

Nie chcę myśleć o Broadchurch

Kilka poważnych przemyśleń na Dzień Kobiet

Widzia­łam w kinie i tele­wi­zji wie­le nie­po­ko­ją­cy­ch rze­czy. W tym sce­ny mor­der­stw, tor­tur i gwał­tów. Ale nic nigdy nie poru­szy­ło mnie tak bar­dzo, jak obej­rza­ny w ponie­dzia­łek tydzień temu, pierw­szy odci­nek trze­cie­go sezo­nu, bry­tyj­skie­go seria­lu Bro­ad­chur­ch.

Były to sce­ny, w któ­ry­ch nie poka­za­no ani kro­pli krwi. Nie doko­na­no naj­mniej­sze­go aktu prze­mo­cy. Nie padł ani jeden strzał. Zamia­st tego zoba­czy­łam prze­ra­żo­ną kobie­tę, któ­ra przy­szła na poste­ru­nek poli­cji by zgło­sić, że zosta­ła zgwał­co­na.

Wiem, że świat w tele­wi­zji jest wyide­ali­zo­wa­ny. Praw­do­po­dob­nie nikt nie spoj­rzy na ofia­rę prze­mo­cy sek­su­al­nej z takim współ­czu­ciem jak Oli­via Col­man i David Ten­nant. Praw­dzi­wi poli­cjan­ci mogą w wyni­ku błę­du postą­pić nie­zgod­nie z przy­ję­ty­mi pro­ce­du­ra­mi. A same pro­ce­du­ry, jakie w taki­ch sytu­acja­ch obo­wią­zu­ją w Wiel­kiej Bry­ta­nii, być może róż­nią się od tych poka­za­ny­ch w seria­lu.

Mimo, iż zda­ję sobie z tego wszyst­kie­go spra­wę, od tam­te­go ponie­dział­ku wciąż koła­cze mi się w gło­wie jed­no pyta­nie: czy gdy­by mi przy­da­rzy­ło się coś rów­nie strasz­li­we­go, mogła­bym liczyć na podob­ną pomoc i wspar­cie, jak kobie­ta z Bro­ad­chur­ch?

Czy poli­cjan­ci zapew­nia­li­by mnie na każ­dym kro­ku, że nie jestem win­na temu, co mnie spo­tka­ło, czy może popa­trzy­li­by na mnie z pogar­dą i stwier­dzi­li, że sama się o to pro­si­łam, bo zało­ży­łam bluz­kę ze zbyt dużym dekol­tem?

Czy bada­ją­cy mnie leka­rz zapro­po­no­wał­by mi tablet­kę wcze­sno­po­ron­ną, czy może zasło­nił się klau­zu­lą sumie­nia? Czy gdy­by na taką tablet­kę było za póź­no, mogła­bym doko­nać abor­cji, czy też było­by to zabro­nio­ne przez pra­wo, a „na pocie­sze­nie” dosta­ła­bym gwał­ci­ko­we?

Czy mogła­bym liczyć na pomoc porząd­ne­go psy­cho­lo­ga? I czy poli­cja zro­bi­ła­by wszyst­ko, co w jej mocy, by zła­pać oso­bę, któ­ra mnie skrzyw­dzi­ła?

Przy­zna­ję, nie mam poję­cia, jak w Pol­sce postę­pu­je się z ofia­ra­mi gwał­tu. Może mamy rów­nie wyso­kie stan­dar­dy, jak Bry­tyj­czy­cy? A może nie? Nie chcę jed­nak badać tema­tu – za bar­dzo mnie on prze­ra­ża.

Rze­cz w tym, że rok temu praw­do­po­dob­nie nie zada­wa­ła­bym sobie podob­ny­ch pytań. Bo choć pol­skie pra­wo nie jest ide­al­ne, zawsze wyda­wa­ło mi się w mia­rę logicz­ne i hmm… spra­wie­dli­we. Teraz mam co do tego coraz więk­sze wąt­pli­wo­ści.

Wła­śnie dla­te­go dzi­siaj z tysią­ca­mi inny­ch ludzi – mło­dy­mi i sta­ry­mi, kobie­ta­mi i męż­czy­zna­mi – w godzi­na­ch szczy­tu zablo­ko­wa­łam jed­ną z głów­ny­ch ulic w Kra­ko­wie, prze­szłam w pocho­dzie na Rynek i zdar­łam gar­dło na skan­do­wa­niu.

Cze­mu?

Bo nie chcę się zasta­na­wiać nad tym, „co by było gdy­by”. Chcę mieć pew­no­ść, że gdy­bym potrze­bo­wa­ła pomo­cy pań­stwa, będę mogła na nią liczyć. I że w kra­ju, któ­re­go jestem dum­ną oby­wa­tel­ką, będę mogła w peł­ni decy­do­wać o swo­im cie­le i swo­im życiu.

PS. Tym, któ­rzy uwa­ża­ją, że oso­by bio­rą­ce udział w dzi­siej­szy­ch pro­te­sta­ch były jedy­nie ban­dą głu­pi­ch femi­ni­stek, pole­cam poświę­cić moment na prze­czy­ta­nie postu­la­tów Straj­ku Kobiet. Czy o więk­szo­ść z wymie­nio­ny­ch tam rze­czy nie powi­nien wal­czyć każ­dy z nas, bez wzglę­du na prze­ko­na­nia poli­tycz­ne, wyzna­wa­ną reli­gię i przede wszyst­kim – PŁEĆ?

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: Metro UK

Prawo i Piraci:

Dziękuję, nie zapłacę!

Czasem nie warto wydawać kasy na dostęp do kultury

Zapew­ne kie­dyś przy­da­rzy­ło się wam coś takie­go lub też sły­sze­li­ście o podob­nej sytu­acji. Chcie­li­ście zapła­cić za legal­ny dostęp do jakie­goś dobra kul­tu­ry lub ser­wi­su inter­ne­to­we­go. Krzyk­nę­li­ście Shut up and take my money! i wte­dy oka­zy­wa­ło się, że nie może­cie kupić tego, cze­go pra­gnie­cie. Zaku­py albo w ogó­le nie były moż­li­we, albo co gor­sza – wasza geo­lo­ka­li­za­cja czy­ni­ła z was inter­nau­tów gor­szej kate­go­rii, któ­rym danej rze­czy nie chcia­no sprze­dać. I nie pozo­sta­wa­ło wam nic inne­go, jak tyl­ko zadać reto­rycz­ne pyta­nie: dla­cze­go nie chce­cie moich pie­nię­dzy?

Zna­cie to? Praw­do­po­dob­nie tak. Ja jed­nak poru­szę tutaj nie­co inny pro­blem. Sytu­ację, w któ­rej mogę za coś zapła­cić, ale z pew­ny­ch wzglę­dów nie mam zamia­ru tego robić.

Blogowanie i Internety, Techno-Bełkot:

Posprzątaj swój feed

Trudna sztuka „odlubiania”

Gdy­by na górze wasze­go ekra­nu w tele­fo­nie lub kom­pu­te­rze znaj­do­wa­ła się dru­kar­ka, któ­ra dru­ko­wa­ła­by wszyst­ko, co prze­wi­nę­li­ście pod­czas prze­glą­da­nia Face­bo­oka, to po roku wyszedł­by z tego wydruk dłu­go­ści ośmiu kilo­me­trów. Ile z tych tre­ści napraw­dę was zain­te­re­so­wa­ło, a ile bez­re­flek­syj­nie prze­wi­nę­li­ście dalej? Pytam o to, ponie­waż ostat­nio dużo mówi się o post-praw­dzie (któ­ra zosta­ła sło­wem roku 2016), nato­mia­st mało kto wspo­mi­na o innej zmo­rze inter­ne­tu, jaką jest nad­miar infor­ma­cji, któ­re docie­ra­ją do nas każ­de­go dnia.

Czy­tam teraz Magię sprzą­ta­nia Marie Kon­do i odkry­łam, że wie­le roz­wią­zań zawar­ty­ch w tym porad­ni­ku od daw­na, intu­icyj­nie sto­su­ję w przy­pad­ku inter­ne­tu. A sko­ro Marie Kon­do napi­sa­ła kil­ka ksią­żek o tym, jak sprzą­tać miesz­ka­nie, to stwier­dzi­łam, że ja rów­nież mogę spi­sać swo­je prze­my­śle­nia.

Głupie Dyrdymalenie, Techno-Bełkot:

Przyszłość jest dziś!

Ile jest teraźniejszości, w drugiej części Powrotu do przyszłości?

Od rana wyglą­dam na nie­bie lata­ją­ce­go DeLo­re­ana. Albo cho­ciaż desko­lot­ki. Ludzie na uli­ca­ch ubra­ni tak zwy­czaj­nie, sza­ro – żad­ny­ch wystrza­ło­wy­ch kolo­rów, śmiesz­nej biżu­te­rii, czy dzi­wacz­ny­ch nakryć gło­wy. Wyj­ście do kina na Szczę­ki 19 skoń­czy­ło się fia­skiem. Z resz­tą na ekra­nie uświad­czy­ła­bym jedy­nie 3D, żad­ny­ch holo­gra­mów.

Inny­mi sło­wy: przy­szło­ść nie wyglą­da tak, jak nam to obie­cy­wa­no w Powro­cie do przy­szło­ści. Tyl­ko, czy aby na pew­no?

Blogowanie i Internety, Głupie Dyrdymalenie:

Straszliwy doktor Google

Kilka słów o akcji Internet nie leczy

9 na 10 Pola­ków szu­ka w Inter­ne­cie infor­ma­cji na temat zdro­wia – mówi ogól­no­pol­ska akcja edu­ka­cyj­na Inter­net nie leczy, któ­ra ma na celu uświa­do­mie­nie ludziom, że porad medycz­ny­ch nale­ży szu­kać u leka­rzy, a nie wśród nie­zna­jo­my­ch w inter­ne­ta­ch. Akcja moim zda­niem słusz­na, bo war­to co jakiś czas przy­po­mnieć wszyst­kim, że pierw­sza zasa­da korzy­sta­nia z inter­ne­tu to „nie wie­rz we wszyst­ko, co znaj­dzie­sz w inter­ne­cie”.

Mam jed­nak z tą kam­pa­nią jeden pro­blem – wyda­je mi się, że ktoś tu sta­ra się leczyć obja­wy cho­ro­by, a nie jej przy­czy­nę. Bo powiedz­my sobie szcze­rze: czy nie jest tak, że wie­lu ludzi wybie­ra dok­to­ra Google, bo zawie­dli się wcze­śniej na praw­dzi­wy­ch leka­rza­ch?

Blogowanie i Internety, Głupie Dyrdymalenie:

Otwartość czy inwigilacja?

W pewnym kraju ochrona danych osobowych prawie nie istnieje. I ludzie nie mają z tym problemu

Wszę­dzie powta­rza­ją, że powin­ni­śmy chro­nić naszą pry­wat­no­ść. Bo infor­ma­cje na nasz temat mogą zostać wyko­rzy­sta­ne prze­ciw­ko nam. Wszak gdzieś tam czai się oszu­st, zło­dziej lub inny zły haker, dla któ­re­go nasze dane tele-adre­so­wo-oso­bo­we były­by łako­mym kąskiem.

Dla­te­go zapew­ne zdzi­wi was, gdy napi­szę, że ist­nie­ją kra­je, w któ­ry­ch ochro­na dany­ch oso­bo­wy­ch nie­mal nie ist­nie­je. I gdzie – co jest napraw­dę zadzi­wia­ją­ce – chy­ba niko­mu do tej pory nie sta­ła się z tego powo­du krzyw­da.