Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wpisy z tagiem: recenzja

Okiem Niepoczytalnego Bibliotekarza Cyfrowego:

Dlaczego warto uczestniczyć w konferencjach naukowych

i jak się na nich dobrze bawić

Daw­no, daw­no temu, kie­dy stu­dio­wa­łam na INi­Bie, wzię­łam udział w kil­ku stu­denc­kich kon­fe­ren­cjach nauko­wych. Impre­zy te jed­nak bar­dziej mnie stre­so­wa­ły i nudzi­ły, niż cie­szy­ły. Zupeł­nie nie rozu­mia­łam więc ludzi, któ­rzy twier­dzi­li, że uczest­ni­cze­nie w wyda­rze­niach tego typu to faj­na zaba­wa. Ale czas minął, a ja doro­słam (i przy oka­zji może tro­chę się zesta­rza­łam) i wie­cie co? Teraz też zali­czam się do osób, któ­re lubią brać udział w kon­fe­ren­cjach naukowych!

Tydzień temu uczest­ni­czy­łam, w takiej wła­śnie, orga­ni­zo­wa­nej przez Uni­wer­sy­tet Peda­go­gicz­ny, kon­fe­ren­cji. Nie podej­mę się tu zre­la­cjo­no­wa­nia tego wyda­rze­nia, bo – powiedz­my sobie szcze­rze – Dyr­dy­ma­ły nie są odpo­wied­nim miej­scem, na takie pod­su­mo­wa­nie. Zamiast tego, z dużym przy­mru­że­niem oka, wyja­śnię wam, cze­mu kon­fe­ren­cje nauko­we są cool i dla­cze­go war­to brać w nich udział.

A w Krakowie, Wspominki z Wycieczek:

Strachy na Floriańskiej

Lost Souls Alley

Jestem w ciem­nym poko­ju. Jedy­ne źró­dło świa­tła – kiep­ska latar­ka. Drzwi wyj­ścio­we zamknię­te na kłód­kę z kodem. Razem z Sio­strą i jej chło­pa­kiem – Domi­ni­kiem, roz­glą­da­my się po pomiesz­cze­niu – kod powi­nien gdzieś tutaj być zapi­sa­ny. W koń­cu go znaj­du­je­my. Zaczy­na­my maj­stro­wać przy kłód­ce, ale jest cięż­ko, bo dło­nie lek­ko nam drżą i pocą się ze stra­chu. Nagle sły­szy­my nie­po­ko­ją­cy dźwięk za ple­ca­mi. Sio­stra kie­ru­je stru­mień świa­tła w tam­tą stro­nę. Nie jeste­śmy sami. W naszą stro­nę powo­li zmie­rza ubra­na w bia­łą, obdar­tą sukien­kę zjawa.

- Poświeć na kłód­kę, bo jej nie widzę! – wołam do Eli.

Sio­stra speł­nia moją proś­bę. Przez chwi­lę przy kiep­skim świe­tle dalej wybie­ram kod, ale mro­żą­cy krew w żyłach szept spra­wia, że Ela z powro­tem kie­ru­je latar­kę w inną stro­nę. Sły­szę jak Sio­stra gło­śno wcią­ga powie­trze, cofa się, napie­ra­jąc na mnie plecami.

- Jest coraz bli­żej, pośpiesz się! – krzyczy.

- Świeć na kłód­kę, świeć na kłód­kę! – odkrzy­ku­ję jej spa­ni­ko­wa­na, ze zgro­zą spo­glą­da­jąc na czła­pią­cą w naszą stro­nę postać.

Kłód­ka ustę­pu­je w ostat­niej chwi­li. Zja­wa rzu­ca się na nas wrzesz­cząc upior­nie. Prze­bie­ga­my przez próg i zamy­ka­my za sobą drzwi. Jeste­śmy w kolej­nym, jesz­cze strasz­niej­szym poko­ju nawie­dzo­nej kamie­ni­cy na Flo­riań­skiej 6.

Czytanki:

Jesteś tym, do czego przywykniesz

Siła nawyku Charlesa Duhigga

Nigdy nie prze­pa­da­łam za książ­ka­mi moty­wa­cyj­ny­mi. Ale ponie­waż na wio­snę posta­no­wi­łam wziąć się za sie­bie, a Siła nawy­ku była aku­rat w pro­mo­cji, stwier­dzi­łam „a co mi tam” i kupi­łam ebo­oka. Zaczę­łam czy­tać i bar­dzo szyb­ko doszłam do wnio­sku, że to było jed­no z naj­le­piej wyda­nych 9,99 zło­tych w moim życiu.

Czytanki:

Ostatni komiks, który powinniście przeczytać

Kaznodzieja / Preacher

Są fil­my, seria­le oraz książ­ki tak wtór­ne i mało anga­żu­ją­ce, że nie­mal natych­miast ula­tu­ją z pamię­ci. Ale są też dzie­ła, któ­re nie tyl­ko się zapa­mię­tu­je, ale też – jak­kol­wiek donio­śle by to nie zabrzmia­ło – zmie­nia­ją nasze życie. O ile w przy­pad­ku ksią­żek, fil­mów i seria­li, nie potra­fię jed­no­znacz­nie stwier­dzić, któ­re tytu­ły są dla mnie naj­waż­niej­sze (i praw­do­po­dob­nie nigdy nie udzie­li­ła­bym dwa razy takiej samej odpo­wie­dzi), tak zapy­ta­na o komiks, zawsze bez zasta­no­wie­nia wymie­niam jeden tytuł: Kazno­dzie­ję.

Ponie­waż ostat­nio coraz czę­ściej sły­szę plot­ki mówią­ce, że ma powstać serial na pod­sta­wie komik­su (nie­któ­re źró­dła poda­ją nawet, że ma się poja­wić jesz­cze w tym roku), posta­no­wi­łam odświe­żyć sobie całą histo­rię. Bałam się tro­chę, że kil­ka lat oraz kil­ka­dzie­siąt fil­mów i seria­li póź­niej, losy tytu­ło­we­go kazno­dziei nie poru­szą mnie tak samo, jak za pierw­szym razem. Na szczę­ście nic takie­go nie mia­ło miej­sca. I w związ­ku z tym dziś będzie (bez spo­ile­rów) o tym, dla­cze­go uwiel­biam ten komiks i cze­mu wy rów­nież powin­ni­ście go prze­czy­tać. Ale jed­no­cze­śnie o tym, dla­cze­go być może lepiej będzie, jeśli odpu­ści­cie sobie jego lekturę.

Słuchając Audiobooka:

Mój pierwszy raz z audio-komiksem

Thorgal w wersji czytanej

Nie pamię­tam, jaki był pierw­szy komiks, któ­ry prze­czy­ta­łam. Obsta­wiam, Kaczo­ra Donal­da lub coś w podob­nym sty­lu. Z tego jed­nak powo­du przez dłu­gi czas żyłam w prze­ko­na­niu, że wszyst­kie inne komik­sy są do Kaczo­ra Donal­da podob­ne. Czy­li zabaw­ne, łatwe w lek­tu­rze, ale jed­no­cze­śnie nie będą­ce jakimś poważ­nym i ambit­nym źró­dłem roz­ryw­ki. Dodat­ko­wo nauczy­cie­le w szko­le, jak man­trę powta­rza­li, że komik­sy, podob­nie jak tele­wi­zja ogra­ni­cza­ją wyobraź­nię i obni­ża­ją inte­lekt. Od tele­wi­zji nie potra­fi­łam się ode­rwać, nato­miast od komik­sów przez kil­ka lat trzy­ma­łam się z dale­ka, myśląc przy tym, że to w jakiś spo­sób czy­ni mnie mądrzej­szą i bar­dziej dorosłą.

Aż tu pew­ne­go pięk­ne­go dnia Kasia Lew­cun przy­nio­sła do szko­ły kil­ka zeszy­tów Thor­ga­la. Naj­pierw ją wyśmia­łam. Bo prze­cież komik­sy są głu­pie i dla dzie­ci, i mnie – poważ­nej czy­tel­nicz­ce Tol­kie­na i Sap­kow­skie­go, nie przy­stoi nawet spo­glą­dać na takie bzdu­ry. Ale Kasia była upar­ta: to wca­le nie jest głu­pie i jak poczy­tasz, to na pew­no ci się spodo­ba – mówi­ła. W koń­cu więc ustą­pi­łam i… wow! Thor­gal stał się pierw­szym komik­sem, w któ­rym się zako­cha­łam. I któ­ry poka­zał mi, że histo­rie w obraz­kach wca­le nie są gor­sze od tych książkowych.

Wspo­mi­nam o tym, bo ostat­nio znów posta­no­wi­łam prze­żyć z Thor­ga­lem swój „pierw­szy raz”, ale w nie­co innej for­mie. Się­gnę­łam bowiem po audio-komiks będą­cy adap­ta­cją przy­gód dziel­ne­go wikinga.

Czytanki:

Kopciuszek w świecie show-biznesu

Celebrytka Katarzyny Lewcun

Kie­dy Kasia wyda­ła swo­ją dru­gą książ­kę i chcia­ła dać mi w pre­zen­cie jeden z egzem­pla­rzy, zatrzy­ma­łam ją: „nie, dzię­ku­ję – wybio­rę się do skle­pu i kupię two­je dzie­ło”. Bo wie­cie – wypra­wa do księ­gar­ni i naby­cie książ­ki, któ­rą napi­sał ktoś ci bli­ski, jest taką dodat­ko­wą atrak­cją. Nie ma zna­cze­nia, że kasjer dziw­nie się na cie­bie patrzy, gdy uśmie­chasz się od ucha do ucha poda­jąc mu pie­nią­dze i gdy po doko­na­niu zaku­pu tulisz naby­ty egzem­plarz do pier­si, niczym naj­cen­niej­sze­go na świe­cie bia­łe­go kruka.

Nie­ste­ty, jestem kiep­ską przy­ja­ciół­ką. Mija­ły dni, tygo­dnie i mie­sią­ce, a ja nie wywią­zy­wa­łam się ze swo­jej obiet­ni­cy. Wciąż bra­ko­wa­ło cza­su i dobre­go nastro­ju, a księ­gar­nia, choć mija­na codzien­nie, zawsze zda­wa­ła się być nie­wy­god­nie nie po dro­dze. Przy­po­mnia­łam sobie o książ­ce Kasi w ostat­nie waka­cje i posta­no­wi­łam w koń­cu po nią się­gnąć. I rany, aż mi się głu­pio zro­bi­ło, gdy zoba­czy­łam datę wyda­nia: rok 2012. Jak ten czas szyb­ko leci! Myśla­łam, że dopie­ro ubie­głej jesie­ni piłam z Kasią piwo, świę­tu­jąc jej nowy sukces.

Dziś, jak się już pew­nie domy­śla­cie, tema­tem wpi­su będzie książ­ka Kasi – Cele­bryt­ka. Nie w ramach zadość­uczy­nie­nia, za moje guz­dra­nie się z lek­tu­rą. Tyl­ko po pro­stu – ponie­waż jest to książ­ka god­na polecenia.

Czytanki, Wpisy Archiwalne - Blogspot:

Uwierz w tygrysa

Yann Martel: Życie Pi / Life of Pi

Okład­ka, na któ­rej w małej, bia­łej łód­ce, pośrod­ku bez­kre­su morza znaj­du­je się samot­ny czło­wiek oraz tygrys. I tytuł suge­ru­ją­cy, że głów­nym boha­te­rem książ­ki będzie licz­ba Pi. Było w tym wszyst­kim coś absur­dal­ne­go, ale jed­no­cze­śnie intry­gu­ją­ce­go i przyciągającego.

Kil­ka lat temu, kie­dy nie­mal każ­de­go dnia widzia­łam książ­kę za szy­bą witry­ny nie­wiel­kiej księ­gar­ni, któ­rą mija­łam w dro­dze do szko­ły, nie mia­łam cza­su na czy­ta­nie. Ale zarów­no obraz okład­ki, jak i tytuł książ­ki moc­no utkwi­ły mi w pamię­ci. A sama powieść zna­la­zła na liście rze­czy, któ­re chcia­łam pew­ne­go dnia przeczytać.

Ostat­nio zoba­czy­łam zwia­stun fil­mu Życie Pi i stwier­dzi­łam, że przed pój­ściem do kina muszę w koń­cu zapo­znać się z tre­ścią książki.

Słuchając Audiobooka, Wpisy Archiwalne - Blogspot:

Na wojnie nie ma wygranych

Bogusław Linda czyta Helikopter w ogniu

Po odsłu­cha­niu Gry o TronSprze­daw­cy bro­ni posta­no­wi­łam spró­bo­wać audio­bo­oka z lite­ra­tu­rą fak­tu. Począt­ko­wo się­gnę­łam po Sen­sa­cje XX wie­ku Bogu­sła­wa Woło­szań­skie­go, ale jakoś nie słu­cha­ło mi się tego dobrze. Już nie­co mniej pew­nie, bojąc się, że powie­ści tego typu jed­nak nie są dla mnie pisa­ne (albo prę­dzej: czy­ta­ne), odpa­li­łam Heli­kop­ter w ogniu Mar­ka Bow­de­na. I tym razem oka­zał się to być strzał w dzie­siąt­kę. Bo obok tej książ­ki nie moż­na przejść obo­jęt­nie. Powieść jest niczym lecą­cy nisko nad pusty­nią heli­kop­ter – syp­nie ci pia­skiem w oczy, potar­ga wło­sy oraz ubra­nie i ogłu­szy dźwię­kiem wirników.

Słuchając Audiobooka, Wpisy Archiwalne - Blogspot:

Hugh Laurie nie przeczytałby tego lepiej

Sprzedawca broni czytany przez Jarosława Rabendę

Moje­go eks­pe­ry­men­to­wa­nia z audio­bo­oka­mi ciąg dal­szy. Tym razem posta­no­wi­łam spraw­dzić, jak słu­cha się książ­ki, któ­rą – jak­kol­wiek głu­pio by to nie brzmia­ło – wcze­śniej prze­czy­ta­łam na wła­sne oczy. Czy­li Sprze­daw­cę bro­ni Hugh Lau­rie­go. I było to w pew­nym sen­sie rzu­ce­nie się na głę­bo­ką wodę, bo czy­ta­jąc książ­kę, przez cały czas wyobra­ża­łam sobie, że głów­ny boha­ter prze­ma­wia do mnie peł­nym sar­ka­zmu gło­sem Lau­rie­go. Audio­bo­ok musiał więc nie tyl­ko zmie­rzyć się z tym, że nie jestem prze­ko­na­na do ksią­żek czy­ta­nych, ale tak­że z moimi wyobra­że­nia­mi doty­czą­cy­mi gło­su narratora.