Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wpisy z tagiem: Lon­dyn

Wielka Geekowa Przygoda:

Bagaż doświad­czeń

Wielka Geekowa Przygoda: BONUS

Wspo­min­ki z mojej Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy dobie­gły koń­ca, ale mam dla was nie­spo­dzian­kę – jesz­cze jeden wpis z tej serii. Jest bowiem parę kwe­stii, któ­re chcia­łam poru­szyć, a któ­re jed­no­cze­śnie nie paso­wa­ły do tre­ści wcze­śniej­szych Dyr­dy­ma­łów. Dla­te­go dzi­siaj mam dla was kil­ka prak­tycz­nych porad, garść prze­my­śleń oraz zbiór przy­dat­nych lin­ków. Być może przy­słu­żą się wam, kie­dy będzie­cie pla­no­wać swo­ją wła­sną, Wiel­ką, Geeko­wą Przy­go­dę.

Wielka Geekowa Przygoda:

Ostat­nie, bry­tyj­skie przy­go­dy

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień piąty

Wszyst­ko, co dobre, szyb­ko się koń­czy. Zwłasz­cza Wiel­kie, Geeko­we Przy­go­dy. Po połu­dniu, pią­te­go dnia moje­go poby­tu w Wiel­kiej Bry­ta­nii, samo­lot miał mnie zabrać z powro­tem do Pol­ski. Ale zanim to nastą­pi­ło – mia­łam całe przed­po­łu­dnie, któ­re mogłam poświę­cić na zwie­dza­nie. Dla­te­go, nie cze­ka­jąc ani chwi­li, zarzu­ci­łam ple­cak na ple­cy i wyru­szy­łam na ostat­nią wyciecz­kę po Lon­dy­nie.

Wielka Geekowa Przygoda:

Świa­tła nad Tami­zą

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień czwarty, część III

Mój pobyt w Car­diff dobiegł koń­ca, ale Wiel­ka, Geeko­wa Przy­go­da trwa­ła nadal! Pod­czas kil­ku­go­dzin­nej podró­ży auto­bu­sem ze sto­li­cy Walii do Lon­dy­nu nała­do­wa­łam bate­rie. Ponie­waż godzi­na była mło­da, a pogo­da pięk­na – wyru­szy­łam na zwie­dza­nie sto­li­cy Anglii wie­czo­ro­wą porą.

Wielka Geekowa Przygoda:

W Kró­le­stwie Nie­sa­mo­wi­to­ści

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień drugi, część I

Kil­ka dni na zwie­dza­nie Lon­dy­nu to sta­now­czo za mało cza­su. Ale co zro­bić, jeśli nie ma się go wię­cej? Cóż, moż­na w bie­gu i pocie czo­ła sta­rać się zoba­czyć jak naj­wię­cej. Nie­ste­ty to praw­do­po­dob­nie skoń­czy się tym, że będzie­my zmę­cze­ni i nie do koń­ca zado­wo­le­ni z wyciecz­ki. Ale moż­na też na samym począt­ku pogo­dzić się z tym, że nie zoba­czy się wszyst­kie­go. A potem na spo­koj­nie obej­rzeć tyle Lon­dy­nu, na ile star­czy nam cza­su.

Ja wybra­łam tę dru­gą opcję, zwie­dza­nie Lon­dy­nu w try­bie slow-life. I pod­czas dru­gie­go dnia moje­go poby­tu w sto­li­cy Anglii, nie­śpiesz­nie zawę­dro­wa­łam do Muzeum Histo­rii Natu­ral­nej.

Wielka Geekowa Przygoda:

Lon­dyn nie­zna­ny?

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień pierwszy, część III

Opi­sa­ny wczo­raj spa­cer z prze­wod­ni­kiem po Lon­dy­nie śla­da­mi Dok­to­ra Who był jed­ną z dwóch zor­ga­ni­zo­wa­nych wycie­czek, w jakich mia­łam wziąć udział w trak­cie mojej Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy. Resz­ta była w mniej­szym lub więk­szym stop­niu impro­wi­za­cją, bez­tro­skim wędro­wa­niem tam, gdzie ponio­są mnie nogi lub tłum ludzi na uli­cy. I wła­śnie taka spon­ta­nicz­na podróż po Lon­dy­nie roz­po­czę­ła się dla mnie spod Pomni­ku RAF, pod któ­rym roz­sta­łam się z Cra­igiem – uro­czym prze­wod­ni­kiem z Brit Movie Tours.

Wielka Geekowa Przygoda:

Tro­pem Dok­to­ra

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień pierwszy, część II

Pią­tek, godzi­na 10:30 rano, cza­su lon­dyń­skie­go – to był jedy­ny pasu­ją­cy mi ter­min, orga­ni­zo­wa­nej przez Brit Movie Tours, pie­szej wyciecz­ki po Lon­dy­nie, śla­da­mi Dok­to­ra Who. Pod­czas pla­no­wa­nia mojej wypra­wy do Wiel­kiej Bry­ta­nii bałam się, że nie uda mi się sta­wić w miej­scu zbiór­ki na czas, ale jak mogli­ście prze­czy­tać we wczo­raj­szym Dyr­dy­ma­le – wszyst­ko poszło po mojej myśli, a nawet lepiej! I dzię­ki temu nie tyl­ko mia­łam przy­jem­ność uczest­ni­czyć w tej wyciecz­ce, ale też dziś mogę wam opi­sać, jak ona wyglą­da­ła!

PS. Dla lep­sze­go efek­tu pod­czas czy­ta­nia może­cie włą­czyć (zło­żo­ną prze­ze mnie) play­li­stę ze ścież­ką dźwię­ko­wą z Dok­to­ra Who. ;)

Wielka Geekowa Przygoda:

Spon­ta­nicz­ny pre­zent, któ­ry trze­ba było zapla­no­wać

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień pierwszy, część I

Kie­dy kil­ka mie­się­cy temu (jakieś pół roku przed „ter­mi­nem”!) rodzi­ce zapy­ta­li mnie: „co chcesz w pre­zen­cie na trzy­dzie­ste uro­dzi­ny?”. Wes­tchnę­łam wte­dy cięż­ko: „czy może­my uda­wać, że nie mam trzy­dzie­stych uro­dzin?”. Bo choć sta­ram się tego nie poka­zy­wać, od jakie­goś cza­su cier­pię na „kry­zys wie­ku przed­śred­nie­go”. I per­spek­ty­wa tego, że już nie­dłu­go dołą­czę do gro­na trzy­dzie­sto­lat­ków moc­no mnie dołu­je.

Mama, widząc moją stra­pio­ną minę, wysu­nę­ła więc nie­co inną pro­po­zy­cję: „to może w ramach pre­zen­tu fund­nie­my ci z Tatą jakąś podróż?”. Pomysł wydał mi się świet­ny. Począt­ko­wo. Szyb­ko oka­za­ło się, że nie potra­fi­łam wybrać miej­sca, któ­re chcia­ła­bym zwie­dzić. Cie­płe kra­je brzmia­ły zbyt sztam­po­wo (nie wspo­mi­na­jąc o tym, że nie lubię się opa­lać), a kra­iny wyglą­da­ją­ce na bar­dziej eks­cy­tu­ją­ce, takie jak Tran­syl­wa­nia lub Czar­no­byl (serio, podob­no wyciecz­ki do tego miej­sca są super!), choć wzbu­dza­ły cie­ka­wość, jed­no­cze­śnie nie przy­pra­wia­ły mnie o szyb­sze bicie ser­ca.

Przez kil­ka mie­się­cy z coraz więk­szym zre­zy­gno­wa­niem prze­glą­da­łam ofer­ty biur podró­ży, a moje zdo­ło­wa­nie oraz roz­pacz spo­wo­do­wa­ne kry­zy­sem wie­ku przed­śred­nie­go nara­sta­ły. I nagle, pew­ne­go pięk­ne­go, sło­necz­ne­go, lip­co­we­go dnia dozna­łam olśnie­nia. „Mamo, Tato, chcę pole­cieć do Anglii!”