Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wpisy z tagiem: literatura

Blogowanie i Internety, Techno-Bełkot:

Posprzątaj swój feed

Trudna sztuka „odlubiania”

Gdy­by na górze wasze­go ekra­nu w tele­fo­nie lub kom­pu­te­rze znaj­do­wa­ła się dru­kar­ka, któ­ra dru­ko­wa­ła­by wszyst­ko, co prze­wi­nę­li­ście pod­czas prze­glą­da­nia Face­bo­oka, to po roku wyszedł­by z tego wydruk dłu­go­ści ośmiu kilo­me­trów. Ile z tych tre­ści napraw­dę was zain­te­re­so­wa­ło, a ile bez­re­flek­syj­nie prze­wi­nę­li­ście dalej? Pytam o to, ponie­waż ostat­nio dużo mówi się o post-praw­dzie (któ­ra zosta­ła sło­wem roku 2016), nato­miast mało kto wspo­mi­na o innej zmo­rze inter­ne­tu, jaką jest nad­miar infor­ma­cji, któ­re docie­ra­ją do nas każ­de­go dnia.

Czy­tam teraz Magię sprzą­ta­nia Marie Kon­do i odkry­łam, że wie­le roz­wią­zań zawar­tych w tym porad­ni­ku od daw­na, intu­icyj­nie sto­su­ję w przy­pad­ku inter­ne­tu. A sko­ro Marie Kon­do napi­sa­ła kil­ka ksią­żek o tym, jak sprzą­tać miesz­ka­nie, to stwier­dzi­łam, że ja rów­nież mogę spi­sać swo­je przemyślenia.

AutoPromocja, Drobna Prywata:

Sadystyczne Natchnienie

i inne pisarskie problemy

Wena to wred­na baba. Ukry­wa się, jeśli jej szu­kasz. Igno­ru­je, gdy pro­sisz ją o pomoc. Cza­sem pod­su­wa ci świet­ny pomysł, ale jak tyl­ko zasią­dziesz do pisa­nia, opusz­cza cię i już nie wraca.

Naj­gor­sze jest jed­nak to, że kie­dy brak ci cza­su, masz inne pla­ny i waż­ne rze­czy do zro­bie­nia – wła­śnie wte­dy Wena zsy­ła Natchnie­nie. I czło­wiek zapo­mi­na o wszyst­kim innym. Pisze nie przej­mu­jąc się tym, że już daw­no wybi­ła pół­noc, oczy pie­ką od wpa­try­wa­nia się w moni­tor, a pal­ce bolą od stu­ka­nia w kla­wia­tu­rę. Pisze nie zwa­ża­jąc na to, że rano będzie nie­wy­spa­ny, że będzie sie­dział w pra­cy, jak bez­mó­zgie zom­bie. Powta­rza sobie, że już dość, że wystar­czy – trze­ba zerwać z tym nie­zdro­wym nało­giem, wyspać się i wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści. A potem, po całym dniu, zmę­czo­ny przy­cho­dzi do domu i znów zaczy­na pisać.

AutoPromocja, Blogowanie i Internety, Szybki Wpis, Zapiski Administracyjne:

Czytam i ćwierkam

Uwaga, jest akcja na Twitterze!

Muszę się wam do cze­goś przy­znać. Nie do koń­ca kumam, o co cho­dzi w Twit­te­rze. To zna­czy: znam teo­rię, ale kiep­sko mi wycho­dzi prak­ty­ko­wa­nie ćwier­ka­nia. Tyl­ko raz poczu­łam, że ćwier­kacz może być lep­szym nośni­kiem new­sów, niż Face­bo­ok. Kie­dy czy­ta­łam Mar­sja­ni­na i komen­to­wa­łam go na bie­żą­co. Bo choć pisa­łam wte­dy i na ćwier­ka­cza, i na mor­dok­siąż­kę, to jed­nak Twit­ter paso­wał mi bardziej.

Przy czym cięż­ko jest ćwier­kać, mając przy tym świa­do­mość, że pra­wie nikt cię nie słucha.

Posta­no­wi­łam więc połą­czyć przy­jem­ne z poży­tecz­nym. Jak być może wie­cie (z Twit­te­raFace­bo­oka) sta­łam się szczę­śli­wą posia­dacz­ką książ­ki Bestia­riusz Sło­wiań­ski. I w związ­ku z tym od dziś, do prze­czy­ta­nia, co wie­czór, mię­dzy godzi­ną 22.00 a pół­no­cą, na moim ćwier­ku będzie rela­cja na żywo z czy­ta­nia. Z obraz­ka­mi! A wszyst­ko pod tagiem #Bestia­riusz­Sło­wiań­ski.

W związ­ku z tym, jeśli posia­da­cie kon­to na Twit­te­rze, zapra­szam was do doda­nia mnie do obser­wo­wa­nych. A jeśli nie ćwier­ka­cie (i kon­ta na Twit­te­rze zakła­dać nie zamier­za­cie ;) może­cie po pro­stu co wie­czór zaglą­dać na moje­go Twit­te­ra (do pod­glą­da­nia nie trze­ba się reje­stro­wać). Albo tutaj, na Dyr­dy­ma­ły – trzy ostat­nie twe­ety wyświe­tla­ją się w bocz­nej kolum­nie (albo gdzieś na dole stro­ny, jeśli korzy­sta­cie z inter­ne­tu na komórkach).

Bądź­cie więc czuj­ni. Bo czy­tać (i ćwier­kać) zaczy­nam już dzisiaj!

Bestiariusz słowiański możecie kupić między innymi w tych księgarniach:

Bestiariusz słowiański okładka

Czytanki:

Jesteś tym, do czego przywykniesz

Siła nawyku Charlesa Duhigga

Nigdy nie prze­pa­da­łam za książ­ka­mi moty­wa­cyj­ny­mi. Ale ponie­waż na wio­snę posta­no­wi­łam wziąć się za sie­bie, a Siła nawy­ku była aku­rat w pro­mo­cji, stwier­dzi­łam „a co mi tam” i kupi­łam ebo­oka. Zaczę­łam czy­tać i bar­dzo szyb­ko doszłam do wnio­sku, że to było jed­no z naj­le­piej wyda­nych 9,99 zło­tych w moim życiu.

Czytanki:

Kopciuszek w świecie show-biznesu

Celebrytka Katarzyny Lewcun

Kie­dy Kasia wyda­ła swo­ją dru­gą książ­kę i chcia­ła dać mi w pre­zen­cie jeden z egzem­pla­rzy, zatrzy­ma­łam ją: „nie, dzię­ku­ję – wybio­rę się do skle­pu i kupię two­je dzie­ło”. Bo wie­cie – wypra­wa do księ­gar­ni i naby­cie książ­ki, któ­rą napi­sał ktoś ci bli­ski, jest taką dodat­ko­wą atrak­cją. Nie ma zna­cze­nia, że kasjer dziw­nie się na cie­bie patrzy, gdy uśmie­chasz się od ucha do ucha poda­jąc mu pie­nią­dze i gdy po doko­na­niu zaku­pu tulisz naby­ty egzem­plarz do pier­si, niczym naj­cen­niej­sze­go na świe­cie bia­łe­go kruka.

Nie­ste­ty, jestem kiep­ską przy­ja­ciół­ką. Mija­ły dni, tygo­dnie i mie­sią­ce, a ja nie wywią­zy­wa­łam się ze swo­jej obiet­ni­cy. Wciąż bra­ko­wa­ło cza­su i dobre­go nastro­ju, a księ­gar­nia, choć mija­na codzien­nie, zawsze zda­wa­ła się być nie­wy­god­nie nie po dro­dze. Przy­po­mnia­łam sobie o książ­ce Kasi w ostat­nie waka­cje i posta­no­wi­łam w koń­cu po nią się­gnąć. I rany, aż mi się głu­pio zro­bi­ło, gdy zoba­czy­łam datę wyda­nia: rok 2012. Jak ten czas szyb­ko leci! Myśla­łam, że dopie­ro ubie­głej jesie­ni piłam z Kasią piwo, świę­tu­jąc jej nowy sukces.

Dziś, jak się już pew­nie domy­śla­cie, tema­tem wpi­su będzie książ­ka Kasi – Cele­bryt­ka. Nie w ramach zadość­uczy­nie­nia, za moje guz­dra­nie się z lek­tu­rą. Tyl­ko po pro­stu – ponie­waż jest to książ­ka god­na polecenia.

Czytanki, Wpisy Archiwalne - Blogspot:

Uwierz w tygrysa

Yann Martel: Życie Pi / Life of Pi

Okład­ka, na któ­rej w małej, bia­łej łód­ce, pośrod­ku bez­kre­su morza znaj­du­je się samot­ny czło­wiek oraz tygrys. I tytuł suge­ru­ją­cy, że głów­nym boha­te­rem książ­ki będzie licz­ba Pi. Było w tym wszyst­kim coś absur­dal­ne­go, ale jed­no­cze­śnie intry­gu­ją­ce­go i przyciągającego.

Kil­ka lat temu, kie­dy nie­mal każ­de­go dnia widzia­łam książ­kę za szy­bą witry­ny nie­wiel­kiej księ­gar­ni, któ­rą mija­łam w dro­dze do szko­ły, nie mia­łam cza­su na czy­ta­nie. Ale zarów­no obraz okład­ki, jak i tytuł książ­ki moc­no utkwi­ły mi w pamię­ci. A sama powieść zna­la­zła na liście rze­czy, któ­re chcia­łam pew­ne­go dnia przeczytać.

Ostat­nio zoba­czy­łam zwia­stun fil­mu Życie Pi i stwier­dzi­łam, że przed pój­ściem do kina muszę w koń­cu zapo­znać się z tre­ścią książki.

Słuchając Audiobooka, Wpisy Archiwalne - Blogspot:

Na wojnie nie ma wygranych

Bogusław Linda czyta Helikopter w ogniu

Po odsłu­cha­niu Gry o TronSprze­daw­cy bro­ni posta­no­wi­łam spró­bo­wać audio­bo­oka z lite­ra­tu­rą fak­tu. Począt­ko­wo się­gnę­łam po Sen­sa­cje XX wie­ku Bogu­sła­wa Woło­szań­skie­go, ale jakoś nie słu­cha­ło mi się tego dobrze. Już nie­co mniej pew­nie, bojąc się, że powie­ści tego typu jed­nak nie są dla mnie pisa­ne (albo prę­dzej: czy­ta­ne), odpa­li­łam Heli­kop­ter w ogniu Mar­ka Bow­de­na. I tym razem oka­zał się to być strzał w dzie­siąt­kę. Bo obok tej książ­ki nie moż­na przejść obo­jęt­nie. Powieść jest niczym lecą­cy nisko nad pusty­nią heli­kop­ter – syp­nie ci pia­skiem w oczy, potar­ga wło­sy oraz ubra­nie i ogłu­szy dźwię­kiem wirników.

Słuchając Audiobooka, Wpisy Archiwalne - Blogspot:

Hugh Laurie nie przeczytałby tego lepiej

Sprzedawca broni czytany przez Jarosława Rabendę

Moje­go eks­pe­ry­men­to­wa­nia z audio­bo­oka­mi ciąg dal­szy. Tym razem posta­no­wi­łam spraw­dzić, jak słu­cha się książ­ki, któ­rą – jak­kol­wiek głu­pio by to nie brzmia­ło – wcze­śniej prze­czy­ta­łam na wła­sne oczy. Czy­li Sprze­daw­cę bro­ni Hugh Lau­rie­go. I było to w pew­nym sen­sie rzu­ce­nie się na głę­bo­ką wodę, bo czy­ta­jąc książ­kę, przez cały czas wyobra­ża­łam sobie, że głów­ny boha­ter prze­ma­wia do mnie peł­nym sar­ka­zmu gło­sem Lau­rie­go. Audio­bo­ok musiał więc nie tyl­ko zmie­rzyć się z tym, że nie jestem prze­ko­na­na do ksią­żek czy­ta­nych, ale tak­że z moimi wyobra­że­nia­mi doty­czą­cy­mi gło­su narratora.

Słuchając Audiobooka, Wpisy Archiwalne - Blogspot:

Co słychać w Westeros?

Słuchowisko Gra o Tron

Nie mam cza­su czy­tać ksią­żek. Czu­ję się z tego powo­du strasz­nie źle, ale kur­cze – doba musia­ła­by być dłuż­sza, żebym mogła wygo­spo­da­ro­wać tro­chę cza­su na lek­tu­rę. A że nie jest – z czy­ta­niem jest u mnie napraw­dę krucho.

Kil­ka osób, w tym Gawith, pole­ci­ły mi więc, bym zaczę­ła słu­chać audio­bo­oków. Wzbra­nia­łam się jed­nak przed tym, bo już kie­dyś, daw­no temu, pró­bo­wa­łam zaprzy­jaź­nić się z książ­ką czy­ta­ną i nic cie­ka­we­go z tego nie wyszło.

Kole­żan­ka napraw­dę moc­no zare­kla­mo­wa­ła mi jed­nak Grę o Tron, mówiąc, że nie jest to typo­wy audio­bo­ok czy­ta­ny przez jed­ne­go lek­to­ra, ale słu­cho­wi­sko, w któ­rym każ­dej posta­ci gło­su uży­cza inna oso­ba, a w tle roz­brzmie­wa­ją, odpo­wied­nie dla danej sce­ny, odgło­sy bądź też ścież­ka dźwiękowa.

Posta­no­wi­łam więc dać audio­bo­okom jesz­cze jed­na szan­sę. I o dzi­wo – tym razem słu­cha­nie napraw­dę mnie wciągnęło.