Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wielka Geekowa Przygoda:

Ostat­nie, bry­tyj­skie przy­go­dy

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień piąty

Wszyst­ko, co dobre, szyb­ko się koń­czy. Zwłasz­cza Wiel­kie, Geeko­we Przy­go­dy. Po połu­dniu, pią­te­go dnia moje­go poby­tu w Wiel­kiej Bry­ta­nii, samo­lot miał mnie zabrać z powro­tem do Pol­ski. Ale zanim to nastą­pi­ło – mia­łam całe przed­po­łu­dnie, któ­re mogłam poświę­cić na zwie­dza­nie. Dla­te­go, nie cze­ka­jąc ani chwi­li, zarzu­ci­łam ple­cak na ple­cy i wyru­szy­łam na ostat­nią wyciecz­kę po Lon­dy­nie.

Chiń­skie zup­ki łączą ludzi

Wróć­my na moment do hoste­lu.

Kie­dy wyjeż­dża­łam z Pol­ski, nie­mal poło­wę moje­go baga­żu zaj­mo­wał pro­wiant – masa bato­ni­ków i dru­gie tyle zupek chiń­skich. Oka­za­ło się jed­nak, że z powo­du wra­żeń zwią­za­nych ze zwie­dza­niem czę­sto zapo­mi­na­łam o jedze­niu i więk­szość zupek pozo­sta­ła nie­tknię­ta. Szko­da było mi zabie­rać je z powro­tem do Pol­ski, dla­te­go posta­no­wi­łam poda­ro­wać je współ­lo­ka­to­ro­wi z hoste­lu (w dwu­na­sto­oso­bo­wym poko­ju noco­wa­łam tyl­ko ja i on).

Wytłu­ma­czy­łam więc jego­mo­ścio­wi, moją pięk­ną, łama­ną angielsz­czy­zną, cze­mu czę­stu­ję go jedze­niem. Gość wysłu­chał mnie w mil­cze­niu, na zmia­nę patrząc to na mnie, to na zup­ki. Im dłu­żej tak zer­kał, tym bar­dziej byłam prze­ko­na­na, że nie do koń­ca rozu­mie, co pró­bu­ję mu powie­dzieć, więc sta­ra­łam się mu to wyja­śnić jesz­cze dokład­niej, po dro­dze coraz bar­dziej jąka­jąc się i beł­ko­cząc.

Kie­dy w koń­cu skoń­czy­łam swój mono­log, współ­lo­ka­tor zapy­tał:

– Prze­pra­szam, czy ty jesteś z Pol­ski? – i pyta­nie to zadał cał­ko­wi­cie po pol­sku, bez żad­ne­go obce­go akcen­tu.

– Tak, skąd pan wie? – nie kry­łam zdzi­wie­nia.

– Bo po opa­ko­wa­niach zupek widzę, że pocho­dzą z Pol­ski.


Oka­za­ło się, że jego­mość, w odróż­nie­niu ode mnie, nie był ubo­gim tury­stą, tyl­ko pre­ze­sem jakiejś fir­my! Wyja­śnił mi, że lubi podró­żo­wać i choć stać go na pobyt w hote­lach, woli noco­wać w hoste­lach. Nie zale­ża­ło mu bowiem na wygo­dach i jak stwier­dził – w hote­lo­wych i hoste­lo­wych łóż­kach śpi mu się dokład­nie tak samo. A w hoste­lach moż­na dodat­ko­wo poznać cie­ka­wych ludzi.

Muzeum Zra­bo­wa­nych Skar­bów

Celem mojej ostat­niej wyciecz­ki było Bri­tish Museum. Przy­je­cha­łam w jego oko­li­ce metrem, a póź­niej zda­łam się na GPSa w tele­fo­nie. Smart­fon pro­wa­dził mnie tro­chę dziw­ną tra­są, przez co zaczę­łam się mar­twić, że znów pró­bu­je spro­wa­dzić mnie na manow­ce. Na szczę­ście oka­za­ło się, że pro­gram dzia­łał dobrze, a nawet lepiej, niż przy­pusz­cza­łam, bo zamiast do głów­ne­go wej­ścia do Muzeum, skie­ro­wał mnie do takie­go z boku, przy któ­rym sta­ła dużo mniej­sza kolej­ka ludzi. Choć w Wiel­kiej Bry­ta­nii – o czym zdą­ży­łam się już nie­raz prze­ko­nać – nawet w na pozór masa­krycz­nie dłu­gich kolej­kach stoi się bar­dzo krót­ko.

British Museum Lion Mosaic from Nebuchadnezzar II's Babylon

Jeśli spo­dzie­wa­cie się dużej ilo­ści zdjęć, to nie­ste­ty muszę was roz­cza­ro­wać. Ciem­ne pomiesz­cze­nia, szkla­ne gablo­ty odbi­ja­ją­ce świa­tło i tłum ludzi spra­wia­ły, że w wie­lu miej­scach w ogó­le nie wycią­ga­łam apa­ra­tu, bo wie­dzia­łam, że nie uda mi się zro­bić dobre­go zdję­cia. A z tych foto­gra­fii, któ­re zro­bi­łam – więk­szość wyszła nie­wy­raź­nie i nie­wie­le na nich widać, więc nie będę ich tu poka­zy­wać.

Nie będę owi­jać w baweł­nę i od razu napi­szę wam o pew­nej rze­czy. Uwiel­biam histo­rię i histo­rię sztu­ki, dla­te­go spo­dzie­wa­łam się, że ze wszyst­kich muze­ów, któ­re zoba­czę w Lon­dy­nie, wła­śnie to ostat­nie naj­bar­dziej mnie zachwy­ci. Nie­ste­ty Bri­tish Museum nie tyl­ko zupeł­nie nie speł­ni­ło moich ocze­ki­wań, ale też – było miej­scem, któ­re naj­bar­dziej mnie roz­cza­ro­wa­ło.

Przy­zna­ję, czę­ścio­wo sama sobie byłam win­na. Mia­łam bar­dzo wyso­kie ocze­ki­wa­nia. Na doda­tek byłam tro­chę nie­do­in­for­mo­wa­na i myśla­łam, że w zbio­rach Bri­tish Muzeum będą znaj­do­wać się głów­nie skar­by z Gre­cji i Rzy­mu, tym­cza­sem prze­wa­ża­ły tam zabyt­ki ze sta­ro­żyt­nej Mezo­po­ta­mii, czy­li miej­sca i cza­su w histo­rii, któ­re nie­zbyt mnie inte­re­su­je.

Wina nie leża­ła jed­nak tyl­ko po mojej stro­nie. Wspo­mi­na­łam o tym przy oka­zji Natio­nal Gal­le­ry, ale tu napi­szę jesz­cze raz – od każ­de­go muzeum ocze­ku­ję dwóch rze­czy: żeby nie było prze­ła­do­wa­ne eks­po­na­ta­mi i by wysta­wa zosta­ła zapla­no­wa­na w spo­sób ergo­no­micz­ny, by czło­wiek nie musiał się zasta­na­wiać dokąd iść, żeby wszyst­ko zoba­czyć. Bri­tish Museum nie speł­nia­ło żad­ne­go z tych wymo­gów.

Co praw­da przy wej­ściu roz­da­wa­no dar­mo­wy plan Muzeum, ale nawet z nim czu­łam się zagu­bio­na. Czę­sto tra­ci­łam cen­ne minu­ty na stu­dio­wa­nie mapy z ulot­ki i zasta­na­wia­nie się, gdzie jestem oraz dokąd powin­nam pójść dalej. Co się zaś tyczy samej wysta­wy – na pew­no jest ona nie lada grad­ką dla naukow­ca, któ­ry na doda­tek na zwie­dza­nie Bri­tish Museum ma kil­ka dni, a nawet – tygo­dni. Tym­cza­sem ja, po kwa­dran­sie i obej­rze­niu któ­rejś z kolei gigan­tycz­nej gablo­ty po brze­gi wypeł­nio­nej eks­po­na­ta­mi – czu­łam się prze­ła­do­wa­na infor­ma­cja­mi oraz zmę­czo­na. A świa­do­mość tego, że w Muzeum mogę spę­dzić zale­d­wie kil­ka godzin i na pew­no nie uda mi się w tym cza­sie zoba­czyć wszyst­kie­go – przy­tła­cza­ła mnie i stre­so­wa­ła.

Dodat­ko­wo – nie mam poję­cia, dla­cze­go – choć w każ­dym ze zwie­dza­nych prze­ze mnie Lon­dyń­skich muze­ów, znaj­do­wa­ła się masa ludzi, tyl­ko w Bri­tish Museum tłum dawał mi się we zna­ki i mnie iry­to­wał.

Kolo­sy ogra­bio­ne z nie­ba

Kie­dy myślę o zabyt­kach takich, jak te, któ­re pre­zen­tu­je Bri­tish Museum, mam mie­sza­ne uczu­cia. Z jed­nej stro­ny chcia­ła­bym, by spra­wie­dli­wo­ści sta­ło się zadość i Bry­tyj­czy­cy odda­li skar­by, któ­re zra­bo­wa­li, do kra­jów, z któ­rych pocho­dzą. Z dru­giej stro­ny wiem, że wie­le arte­fak­tów – zwłasz­cza tych, pocho­dzą­cych z Bli­skie­go Wscho­du – prze­trwa­ło do naszych cza­sów tyl­ko dzię­ki temu, że w przy­tul­nej gablo­cie, w muzeum takim, jak to w Lon­dy­nie, omi­nę­ła je nie­jed­na wojen­na zawie­ru­cha.

Ale jest jesz­cze trze­cia stro­na tego pro­ble­mu, z któ­rej ist­nie­nia wcze­śniej nie zda­wa­łam sobie spra­wy.

British Museum Lion Hunt of Ashurbanipal fragment British Museum Lion Hunt of Ashurbanipal detail dog

Te zdję­cia nie mają nic wspól­ne­go z tre­ścią ota­cza­ją­cych je aka­pi­tów. To frag­ment słyn­ne­go relie­fu „Polo­wa­nie na lwy”. Pod­czas jego oglą­da­nia bar­dzo zadzi­wi­ło i jed­no­cze­śnie roz­ba­wi­ło mnie to, że sta­ro­żyt­ni Asy­ryj­czy­cy nie­zbyt przy­kła­da­li się do rzeź­bie­nia ludzi, nato­miast zwie­rzę­ta poka­zy­wa­li z nie­mal foto­gra­ficz­nym reali­zmem.

O ile drob­ne rze­czy, któ­re podzi­wia­łam w gablo­tach nie wywo­ły­wa­ły we mnie żad­nych uczuć, tak ser­ce łama­ło mi się, kie­dy widzia­łam zamknię­te w Bri­tish Museum monu­men­tal­ne posą­gi, indiań­skie tote­my, a nawet – fasa­dy budyn­ków. Kie­dy patrzy­łam na kamien­ne kolo­sy pocho­dzą­ce z cza­sów fara­onów lub Per­sów, któ­re zamiast gorą­cym pia­skiem pusty­ni i bez­chmur­nym, błę­kit­nym nie­bem, były oto­czo­ne bez­dusz­ny­mi, bia­ły­mi ścia­na­mi – czu­łam taki sam smu­tek jak wte­dy, kie­dy widzi się dum­ne, dzi­kie zwie­rzę, zamknię­te w cia­snej, cyr­ko­wej klat­ce. Jak­by tego było mało, kil­ka z tych maje­sta­tycz­nych rzeźb „znie­wo­lo­no” jesz­cze bar­dziej, wmu­ro­wu­jąc je bez­po­śred­nio w ścia­ny Muzeum.

British Museum totems

Myślę, że indiań­skie tote­my pra­gną wol­no­ści na pre­rii i nie powin­no się ich zamy­kać w muze­al­nej klat­ce.

To powo­du­je nato­miast, że w obec­nej chwi­li jesz­cze bar­dziej nie wiem, co o zbio­rach miejsc takich, jak Bri­tish Museum myśleć. Czy to dobrze, że te wszyst­kie zabyt­ki będą trwa­ły bez koń­ca, uwię­zio­ne w bez­piecz­nych, bia­łych murach? Czy może lepiej było by dla nich, gdy­by roz­sy­pa­ły się w proch, ale przy­naj­mniej prze­szły do histo­rii w miej­scu, z któ­re­go pocho­dzą?

British Museum Nereid Monument

Oprócz błę­kit­ne­go nie­ba…

Pokle­pu­jąc histo­rię

Naj­cen­niej­szym eks­po­na­tem Bri­tish Museum jest Kamień z Roset­ty. Tak przy­naj­mniej wyni­ka z tego, co moż­na zna­leźć w tam­tej­szym skle­pi­ku z pamiąt­ka­mi. Przy­ci­ski do papie­ru, magne­sy, kub­ki, mate­ria­ło­we tor­by, kalen­da­rze, port­fe­le – gadże­ty z Kamie­niem z Roset­ty sta­no­wią tam ponad poło­wę asor­ty­men­tu.

Spo­dzie­wa­łam się więc, że sam Kamień będzie wyeks­po­no­wa­ny w moż­li­wie jak naj­lep­szy spo­sób. Wie­cie – na pod­wyż­sze­niu, oświe­tlo­ny spe­cjal­nym świa­tłem i jesz­cze z muzy­ką chó­rów aniel­skich sączą­cą się z pobli­skich gło­śni­ków… A nie, prze­pra­szam – to ostat­nie powin­no doty­czyć Deka­lo­gu, a nie Kamie­nia z Roset­ty.

Dla­te­go dość moc­no zdzi­wi­łam się, kie­dy odkry­łam Kamień z Roset­ty cał­ko­wi­cie przy­pad­kiem, w muze­al­nej biblio­te­ce (pięk­nie z resz­tą urzą­dzo­nej). Zupeł­nie nie zwró­ci­ła­bym na nie­go uwa­gi, gdy­by nie ota­cza­ją­cy go ludzie. Otórz przy Kamie­niu sta­ła grup­ka Azja­tów z prze­wod­ni­kiem. To ten ostat­ni przy­kuł mój wzrok. Opo­wia­dał on bowiem o Kamie­niu z Roset­ty z wiel­ką pasją, moc­no przy tym gesty­ku­lu­jąc i co chwi­lę… doty­ka­jąc pal­cem eks­po­nat i poka­zu­jąc na nim pew­ne rze­czy. Sta­nę­łam jak wry­ta i przy­glą­da­łam się poczy­na­niom prze­wod­ni­ka z sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi. I kie­dy w pew­nej chwi­li Azja­ta zapę­dził się tak bar­dzo, że zaczął zama­szy­ście pokle­py­wać Kamień, nie wytrzy­ma­łam i zwró­ci­łam mu uwa­gę, że nie powi­nien tak robić.

Rosetta Stone

Tak wyglą­da Kamień z Roset­ty, któ­ry moż­na oglą­dać w biblio­te­ce w Bri­tish Museum.

źró­dło zdję­cia: Wiki­pe­dia

Pan prze­wod­nik zastygł w bez­ru­chu, spoj­rzał na mnie zdzi­wio­nym i – z racji tego, że wyrwa­łam go z mono­lo­gu – moc­no roz­ko­ja­rzo­nym wzro­kiem. A potem wska­zał na tablicz­kę znaj­du­ją­cą się na coko­le, na któ­rym stał Kamień. Napis na niej gło­sił: „Ory­gi­nał wypo­ży­czo­no do Luw­ru”.

Tym razem to ja potrze­bo­wa­łam chwi­li na prze­two­rze­nie infor­ma­cji. Zer­ka­łam na zmia­nę na pana prze­wod­ni­ka i na tablicz­kę. I w koń­cu nie­śmia­ło zapy­ta­łam: „czy to zna­czy, że ja też mogę go dotknąć?” Tak, mogłam i tak też zro­bi­łam. Dla­te­go, jak­by ktoś pytał: zga­dza się, pokle­pa­łam Kamień z Roset­ty. To, że nie był praw­dzi­wy, niech pozo­sta­nie naszą wspól­ną tajem­ni­cą.

Zanim nastą­pi odlot

Bri­tish Museum było jedy­ną bry­tyj­ską atrak­cją, któ­rą opu­ści­łam z myślą „uff, jak dobrze, że to już koniec”. Przy czym nie żału­ję, że spę­dzi­łam czas w tym miej­scu. Po pro­stu gdy­bym mia­ła je zoba­czyć ponow­nie, to tyl­ko z prze­wod­ni­kiem, poza godzi­na­mi szczy­tu i w trak­cie zwie­dza­nia roz­ło­żo­ne­go na co naj­mniej kil­ka dni.


Resz­tę przed­po­łu­dnia spę­dzi­łam na ostat­nim, bez­tro­skim włó­cze­niu się po Lon­dy­nie. Potem musia­łam nie­ste­ty udać się na dwo­rzec, zła­pać auto­bus, któ­ry miał mnie zabrać na lot­ni­sko. Dotar­łam tam nie­co przed cza­sem. Zaczę­łam się zasta­na­wiać, jak wyko­rzy­stać te cen­ne, kil­ka­dzie­siąt minut, jakie mi zosta­ły. Los po raz kolej­ny się do mnie uśmiech­nął i po dru­giej stro­nie uli­cy, dostrze­głam pubo-kawiar­nię. Zda­łam sobie spra­wę z tego, że ani razu nie piłam praw­dzi­wej, bry­tyj­skiej her­ba­ty (bry­tyj­skie­go piwa nie­ste­ty też nie) i posta­no­wi­łam, że spró­bu­ję tą jed­ną zale­głość nad­ro­bić.

Pub wyglą­dał dokład­nie tak, jak w seria­lach. Więk­szość gości leni­wie popi­ja­ła piwo. Na ścia­nach ozdo­bio­nych boaze­rią wisia­ły tele­wi­zo­ry, na któ­rych lecia­ła trans­mi­sja meczu kry­kie­ta. Zapy­ta­łam nie­śmia­ło pani bar­man­ki, czy ser­wu­ją real pro­per english tea. Odpo­wie­dzia­ła mi, uśmie­cha­jąc się przy tym ser­decz­nie, że oczy­wi­ście mają takie coś w menu. Dopy­ta­łam się jesz­cze, czy her­ba­ta na pew­no jest praw­dzi­wa, bry­tyj­ska i z mle­kiem, na co pani bar­man­ka – któ­rą ewi­dent­nie roz­ba­wi­ło moje pyta­nie – potwier­dzi­ła, że tak, dokład­nie taką her­ba­tę ser­wu­ją.

Nie wiem, od cze­go do zale­ża­ło. Czy w grę wcho­dzi­ła woda, mle­ko, gatu­nek her­ba­ty, czy może skład lon­dyń­skie­go powie­trza, tam­tej­sze ciśnie­nie atmos­fe­rycz­ne i wyso­kość nad pozio­mem morza, w każ­dym razie – real pro­per english tea, choć nie wyglą­da­ła ani tro­chę nie­zwy­kle – sma­ko­wa­ła zupeł­nie ina­czej, niż bawar­ka w Pol­sce. I przy tym – o nie­bo lepiej!

real proper english teareal proper english tea with milk

Bry­tyj­ska her­bat­ka przed i po dola­niu mle­ka.

Sączy­łam napój powo­li, jak­by to w jakiś spo­sób mia­ło prze­dłu­żyć mija­ją­ce minu­ty i godzi­nę, o któ­rej mia­łam wsiąść do auto­bu­su. W koń­cu jed­nak z przy­kro­ścią stwier­dzi­łam, że na mnie czas i ocią­ga­jąc się – wró­ci­łam na dwo­rzec.


Wyglą­da­łam przez szy­bę auto­bu­su z jed­nej stro­ny szczę­śli­wa z powo­du tego, że tak cudow­nie spę­dzi­łam ostat­nie kil­ka dni. Ale też tro­chę smut­na, bo z chę­cią zosta­ła­bym w Wiel­kiej Bry­ta­nii dłu­żej.

London bus God is love

Zno­wu zdję­cie zupeł­nie nie zwią­za­ne z tek­stem. Taką for­mę ewan­ge­li­za­cji cał­ko­wi­cie popie­ram!

Na sam koniec Lon­dyn jesz­cze raz mnie zasko­czył. Pogo­da zno­wu była bajecz­nie pięk­na, a auto­bus jechał znaj­du­ją­cą się obok Hyde Par­ku uli­cą Park Lane, przy któ­rej, jak się oka­za­ło – znaj­do­wa­ła się masa pięk­nych pomni­ków. W tym Ani­mals in War Memo­rial, o któ­rym prze­czy­ta­łam kie­dyś w inter­ne­cie i któ­ry zapa­mię­ta­łam, ze wzglę­du na znaj­du­ją­cą się na nim ostat­nią linij­kę inskryp­cji: They had no cho­ice. A to był zale­d­wie jeden z kil­ku, pięk­nie pre­zen­tu­ją­cych się na tle błę­kit­ne­go nie­ba monu­men­tów. Innym, któ­ry zro­bił na mnie rów­nie duże wra­że­nie był koń piją­cy wodę – rzeź­ba niby pro­sta, ale jed­no­cze­śnie nie­zwy­kle pomy­sło­wa.

London Still Water sculpture

Pol­ska taka obca

Auto­bus wyje­chał z Lon­dy­nu, samo­lot wystar­to­wał z lot­ni­ska. Przez okno ostat­ni raz spoj­rza­łam w odda­la­ją­cą się i zni­ka­ją­cą we mgle sto­li­cę Anglii. Szum sil­ni­ków mie­szał się ze szczer­bio­tem ludzi mówią­cych po pol­sku. A mnie znów ogar­nę­ło poczu­cie jed­no­cze­snej satys­fak­cji z prze­ży­cia wspa­nia­łej przy­go­dy i smut­ku z tego, że moja podróż wła­śnie dobie­gła koń­ca. Ale wca­le nie zamie­rza­łam z tego powo­du pła­kać. Prze­cież odkry­łam cudow­ne miej­sce, do któ­re­go z chę­cią kie­dyś wró­cę.

London from plane

Tam w odda­li widać Lon­dyn.

Po tym, jak wylą­do­wa­łam w Pol­sce i wyszłam z lot­ni­ska, zatrzy­ma­łam się przed przej­ściem dla pie­szych. W któ­rą stro­nę powin­nam spoj­rzeć? Zasko­czy­ło mnie, że po zale­d­wie pię­ciu dniach poby­tu w Wiel­kiej Bry­ta­nii mia­łam taki pro­blem!


Następ­ne­go dnia, kie­dy cze­ka­łam na przy­stan­ku na auto­bus, na moment znów ogar­nę­ła mnie melan­cho­lia.

Dener­wo­wał mnie hałas z uli­cy i smród samo­cho­do­wych spa­lin, bo jed­no i dru­gie w Lon­dy­nie zda­wa­ło się nie ist­nieć. Nie­bo nad Kra­ko­wem, było rów­nie błę­kit­ne, jak w Wiel­kiej Bry­ta­nii, ale w Pol­sce pano­wał nie­przy­jem­ny sierp­nio­wy zaduch, któ­re­go na Wyspach zupeł­nie się nie odczu­wa­ło. A mimo to, to wła­śnie tam na uli­cach rosną pal­my, a nie u nas.

Jak­by tego było mało, ludzie na przy­stan­ku wyda­wa­li się jacyś tacy… zwy­kli. Bra­ko­wa­ło mi chu­dziel­ców o ary­sto­kra­tycz­nych rysach twa­rzy, rudziel­ców, Hin­du­sów w tur­ba­nach, roz­ga­da­nych Muzuł­ma­nów, osób ciem­no­skó­rych i Azja­tów. Tęsk­ni­łam za wszech­obec­nym bry­tyj­skim akcen­tem. I za tym, że w Wiel­kiej Bry­ta­nii, choć wszy­scy teo­re­tycz­nie spo­glą­da­li na sie­bie obo­jęt­nie, to jed­nak na każ­dym kro­ku dało się zauwa­żyć ich życz­li­wość – usły­szeć rado­sne powi­ta­nia lub zoba­czyć sym­pa­tycz­ne uśmie­chy. W Pol­sce nie czu­ło się takiej pozy­tyw­nej ener­gii. Wszy­scy mie­li skwa­szo­ne miny z powo­du upa­łu. I chy­ba głów­nie dla­te­go, po raz pierw­szy od bar­dzo daw­na, w Kra­ko­wie poczu­łam się obco.

Kry­zys zaże­gna­ny

Potrze­bo­wa­łam kil­ku dni na ponow­ne przy­wyk­nię­cie w Pol­skiej codzien­no­ści. „Zaakli­ma­ty­zo­wa­nie” uła­twia­ła mi masa pozy­tyw­nej ener­gii, któ­rą pod­ła­do­wa­łam w Wiel­kiej Bry­ta­nii swo­je aku­mu­la­to­ry, ogrom­na ilość wspa­nia­łych wspo­mnień* i gigan­tycz­ne poczu­cie satys­fak­cji, że tak wie­le rze­czy uda­ło mi się osią­gnąć samo­dziel­nie.

Ale wie­cie, co w mojej Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dzie było naj­wspa­nial­sze? W pierw­szym Dyr­dy­ma­le opi­su­ją­cym moją podróż wspo­mnia­łam, że cier­pię na „kry­zys wie­ku przed­śred­nie­go”. Per­spek­ty­wa tego, że skoń­czę trzy­dzie­ści lat, doło­wa­ła mnie od dłuż­sze­go cza­su. I o dzi­wo – pobyt w Wiel­kiej Bry­ta­nii pomógł mi się z tego smut­ku wygrze­bać.

To nie był jeden moment olśnie­nia, poje­dyn­cza sekun­da, w trak­cie któ­rej wszyst­ko się zmie­ni­ło. Po pro­stu, sama nie wiem kie­dy, mój umysł z powro­tem wje­chał na tory bez­tro­skie­go, pozy­tyw­ne­go myśle­nia, któ­ry­mi od bar­dzo daw­na nie jeź­dził. Na pew­no nie sta­ło się to tyl­ko i wyłącz­nie za spra­wą mojej Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy. Ale jed­no­cze­śnie podróż do Wiel­kiej Bry­ta­nii na pew­no jakoś na to wpły­nę­ła.

Good bye UK

Wiel­ka Bry­ta­nio, dzię­ku­ję za gości­nę!

Co było naj­więk­szym powo­dem moje­go kry­zy­su? Tego też nie potra­fię dokład­nie okre­ślić, ale chy­ba roz­cza­ro­wa­nie i sfru­stro­wa­nie. Pod­czas stu­diów myśla­łam, że zosta­nę wiel­kim reży­se­rem albo pisa­rzem lub cho­ciaż­by – „poczy­tal­nym” blo­ge­rem. Albo, że przy­naj­mniej uda mi się zdo­być cie­ka­wą, dobrze płat­ną pra­cę. Kie­dy więc nie osią­gnę­łam żad­nej z tych rze­czy i co wię­cej – dopa­dła mnie ruty­na i sza­rość doro­słe­go życia – czu­łam się przy­tło­czo­na i jed­no­cze­śnie wście­kła na samą sie­bie. Dopie­ro wyciecz­ka do Wiel­kiej Bry­ta­nii uświa­do­mi­ła mi, że choć nie osią­gnę­łam i praw­do­po­dob­nie nigdy nie osią­gnę tego, co sobie w mło­do­ści zało­ży­łam, to jed­no­cze­śnie mogę doko­nać innych, wspa­nia­łych rze­czy, któ­rych wcze­śniej nigdy nie pla­no­wa­łam.

Bo choć jestem jedy­nie biblio­te­ka­rzem cyfro­wym, to poza nie­zli­czo­ną ilo­ścią nud­nych ska­nów widzia­łam tak­że wnę­trze TAR­DIS. I choć piszę blo­ga, któ­re­go pra­wie nikt nie czy­ta, to świa­do­mość tego, że moje Dyr­dy­ma­ły dają radość przy­naj­mniej kil­ku oso­bom – w obec­nej chwi­li w zupeł­no­ści mi wystar­cza.

Przy­by­łam, zoba­czy­łam, wła­sne smut­ki zwy­cię­ży­łam!

* Urzą­dzi­łam dla przy­ja­ciół w pra­cy pokaz zdjęć z wyciecz­ki i bar­dzo zabaw­ne było dla mnie to, że kie­dy na ekra­nie kom­pu­te­ra zaczę­ły się wyświe­tlać foto­gra­fie z Doctor Who Expe­rien­ce, Who­via­nie (bo tak, poza mną w Jagiel­lon­ce pra­cu­ją tak­że inni fani seria­lu ;) zachwy­ca­li się nimi i komen­to­wa­li je z wiel­kim roz­en­tu­zja­zmo­wa­niem, nato­miast resz­ta patrzy­ła na nas, jak na waria­tów.

Great, Geek Adventure

Wiel­ka, Geeko­wa Przy­go­da – pozo­sta­łe wpi­sy:

Wię­cej zdjęć z Wiel­kiej Bry­ta­nii
możesz zoba­czyć w gale­rii!

O ile nie zosta­ło stwier­dzo­ne ina­czej, zdję­cia ilu­stru­ją­ce wpis są moje­go autor­stwa lub też (jeśli ja się na nich znaj­du­ję, a fot­ka nie jest sel­fie), wyko­na­li je ano­ni­mo­wi, dobrzy ludzie, któ­rych spo­tka­łam na swo­jej dro­dze. :)