Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wielka Geekowa Przygoda:

Bagaż doświad­czeń

Wielka Geekowa Przygoda: BONUS

Wspo­min­ki z mojej Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy dobie­gły koń­ca, ale mam dla was nie­spo­dzian­kę – jesz­cze jeden wpis z tej serii. Jest bowiem parę kwe­stii, któ­re chcia­łam poru­szyć, a któ­re jed­no­cze­śnie nie paso­wa­ły do tre­ści wcze­śniej­szych Dyr­dy­ma­łów. Dla­te­go dzi­siaj mam dla was kil­ka prak­tycz­nych porad, garść prze­my­śleń oraz zbiór przy­dat­nych lin­ków. Być może przy­słu­żą się wam, kie­dy będzie­cie pla­no­wać swo­ją wła­sną, Wiel­ką, Geeko­wą Przy­go­dę.

Pora­dy baga­żo­wo-ubra­nio­we

Ciu­cho-pacz­ki

W inter­ne­cie roi się od instruk­cji typu „jak zapa­ko­wać dużo rze­czy do małej waliz­ki”, ale zdra­dzę wam, jak ja roz­wią­za­łam ten pro­blem. Otóż na każ­dy dzień przy­go­to­wa­łam sobie zestaw koszul­ka + bie­li­zna, któ­ry następ­nie zwi­nę­łam w nie­wiel­ki rulon i wło­ży­łam do worecz­ka stru­no­we­go. Dzię­ki temu ostat­nie­mu mogłam ści­snąć ubra­nia do bar­dzo małych roz­mia­rów i po zamknię­ciu pozo­sta­wa­ły one „skom­pre­so­wa­ne” przez całą podróż. Dru­gą zale­tą było to, że nie musia­łam każ­de­go ran­ka zasta­na­wiać się „co na sie­bie wło­żyć?”, a trze­cią, że po opróż­nie­niu worecz­ka z czy­stej odzie­ży mogłam do nie­go wło­żyć brud­ne ubra­nia z poprzed­nie­go dnia. I znów wore­czek spra­wiał, że zaj­mo­wa­ły one mało miej­sca (a przy oka­zji nie było czuć, jak pach­nia­ły ;)

Ciuchy w woreczkach strunowych

Czy to nar­ko­ty­ki? Nie, to ciu­chy w worecz­kach stru­no­wych!

Dru­gi ple­cak

Wspo­mi­na­łam już o tym wcze­śniej, ale napi­szę jesz­cze raz. W Wiel­kiej Bry­ta­nii naj­bar­dziej doskwie­rał mi brak dru­gie­go ple­ca­ka. Takie­go małe­go, któ­ry mogła­bym ze sobą zabrać na kil­ku­go­dzin­ny wypad do mia­sta. Bez nie­go musia­łam za każ­dym razem wypa­ko­wy­wać i zosta­wiać w hoste­lu nie­mal wszyst­ko z duże­go ple­ca­ka „pod­sta­wo­we­go”. I potem z tym dużym i jed­nak nie­po­ręcz­nym ple­ca­kiem podró­żo­wać dalej.

Plecak

A przy oka­zji pamię­taj­cie, by na wypra­wy takie, jak moja, zabie­rać wła­śnie ple­cak lub ple­ca­ki, a nie tor­by czy waliz­ki, bo te nie dość że są bar­dziej nie­po­ręcz­ne, to na doda­tek po całym dniu podró­żo­wa­nia ich nosze­nie moc­no daje się we zna­ki.

Ner­ka na wagę zło­ta

Jedy­ną wadą ple­ca­ka jest to, iż nie jest on naj­bez­piecz­niej­szym i naj­wy­god­niej­szym miej­scem, w któ­rym moż­na prze­chwy­wać port­fel, tele­fon i doku­men­ty. Tego typu drob­ne i cen­ne rze­czy naj­le­piej trzy­mać w saszet­ce na pasku, czy­li tak zwa­nej „ner­ce”. Wiem, że roz­wią­za­nie to może wyda­wać się kiczo­wa­te i koja­rzyć ze sprze­daw­ca­mi na pla­cu tar­go­wym, ale jest ono jed­no­cze­śnie bar­dzo prak­tycz­ne (łatwo do takiej „ner­ki” się­gnąć i szyb­ko coś z niej wycią­gnąć) i bez­piecz­ne (rze­czy scho­wa­ne w „ner­ce” łatwiej uchro­nić przed kie­szon­kow­ca­mi). „Ner­ka” daje więc duży kom­fort, zarów­no fizycz­ny, jak i psy­chicz­ny.

ja, pod Doctor Who Experience

Jeśli się przyj­rzy­cie, zoba­czy­cie moją ner­kę. ;)

Dodat­ko­wo pole­cam wam zaopa­trzyć się „ner­kę” z uchwy­tem na bidon. Pod­czas inten­syw­ne­go zwie­dza­nia czło­wiek łatwo się odwad­nia, a się­ga­nie co chwi­la do ple­ca­ka po butel­kę z wodą na dłuż­szą metę sta­je się nie­wy­god­ne. Co praw­da ten pro­blem moż­na roz­wią­zać pro­fe­sjo­nal­nie, czy­li przy pomo­cy camel­ba­ka lub „budże­to­wo”, czy­li do paska od „ner­ki” przy­cze­pić zwy­kłą rekla­mów­kę i w niej trzy­mać butel­kę z wodą (ja tak wła­śnie robi­łam). Pro­blem pole­ga na tym, że do camel­ba­ka tro­chę wstyd dole­wać wody w miej­scach publicz­nych, bo przy­po­mi­na on cew­nik, a budże­to­wa rekla­mów­ka strasz­nie głu­pio wyglą­da na zdję­ciach.

Buty – para two­ich naj­lep­szych przy­ja­ciół

Zapo­mnij­cie nie tyl­ko o szpil­kach lub japon­kach, ale tak­że o obu­wiu na pła­skiej pode­szwie takim, jak na przy­kład teni­sów­ki. Za spra­wą nie­od­po­wied­nich butów kil­ku­na­sto­ki­lo­me­tro­wy spa­cer po mie­ście da w kość nie tyl­ko waszym sto­pom, ale tak­że kola­nom, a nawet krę­go­słu­po­wi. Dobra amor­ty­za­cja to pod­sta­wa, a tą naj­le­piej zapew­nia­ją buty do… bie­ga­nia. Takie, wypo­sa­żo­ne w gru­bą, sprę­ży­stą pode­szwę i podusz­kę powietrz­ną na pię­cie.

buty

Nie, żebym rekla­mo­wa­ła, ale w tych wła­śnie butach prze­szłam Wiel­ką Bry­ta­nię.

Przy czym dobre, zna­czy przy oka­zji: mar­ko­we. Nie bez powo­du fir­my pro­du­ku­ją­ce buty spor­to­we co roku wyda­ją masę kasy na bada­nia i paten­to­wa­nie nowych tech­no­lo­gii. Sygno­wa­ne ich logiem obu­wie, choć na pierw­szy rzut oka nie­wie­le róż­ni się od tego z super­mar­ke­tu, daje o nie­bo więk­szy kom­fort użyt­ko­wa­nia. Serio, kie­dyś pró­bo­wa­łam zaosz­czę­dzić i bole­śnie prze­ko­na­łam się, że róż­ni­ca mię­dzy mar­ko­wy­mi i nie­mar­ko­wy­mi buta­mi jest ogrom­na.

Jed­no­cze­śnie fir­mo­we wca­le nie musi ozna­czać dro­gie. Na pose­zo­no­wych wyprze­da­żach bez więk­szych pro­ble­mów moż­na zna­leźć porząd­ne, mar­ko­we buty spor­to­we kosz­tu­ją­ce 100 – 200 zło­tych (czy­li czę­sto prze­ce­nio­ne o ponad poło­wę). Wiem, że nie­któ­rym z was to cią­gle może wyda­wać się spo­rą sumą, ale uwierz­cie mi – nie poża­łu­je­cie wyda­nych pie­nię­dzy.

Jeśli cho­dzi o mnie, to pomi­mo tego, że czę­sto doskwie­ra­ją mi kola­na, przez Wiel­ką Bry­ta­nię prze­szłam zupeł­nie bez­bo­le­śnie (i bez ani jed­ne­go odci­sku na sto­pie!), wła­śnie dzię­ki porząd­nym butom.

Róż­ne, prak­tycz­ne, pora­dy tury­stycz­ne

Jak podró­żo­wać?

W Lon­dy­nie funk­cjo­nu­ją zbli­że­nio­we Oyster Cards, któ­re może­my albo z góry doła­do­wać pew­ną sumą pie­nię­dzy, a potem kaso­wać przy każ­dym prze­jeź­dzie, albo też wyku­pić na nich bilet cza­so­wy, obo­wią­zu­ją­cy w jed­nej lub kil­ku stre­fach mia­sta. Nie potra­fię porów­nać oby­dwu roz­wią­zań, bo zde­cy­do­wa­łam się tyl­ko na pierw­sze z nich, wyda­je mi się jed­nak, że bilet cza­so­wy kosz­to­wał­by mnie dużo mniej. Korzy­sta­łam bowiem z Lon­dyń­skiej komu­ni­ka­cji miej­skiej dość inten­syw­nie, ale jed­no­cze­śnie nigdy nie wyje­cha­łam poza znaj­du­ją­cą się w cen­trum stre­fę, w któ­rej bile­ty cza­so­we były naj­tań­sze.

Przy czym, co muszę pod­kre­ślić jesz­cze raz: jedy­nie wyda­je mi się, że bilet cza­so­wy kosz­to­wał­by mnie mniej. Jeśli kie­dyś, w przy­szło­ści, prze­te­stu­ję to roz­wią­za­nie, to wte­dy napi­szę wam, jak spra­wy mają się w rze­czy­wi­sto­ści. ;)

Kensington Station

Muszę też wspo­mnieć o tym, że choć Lon­dyń­skim metrem wszę­dzie doje­dzie się szyb­ciej, war­to cza­sem wsiąść do tam­tej­sze­go auto­bu­su. Dzię­ki temu na pew­no zoba­czy się wię­cej. A poza tym – wbrew pozo­rom – kor­ki w cen­trum mia­sta wca­le nie są w sto­li­cy Anglii duże.

War­to też zain­we­sto­wać w bilet na hop-busa (wię­cej na ten temat pisa­łam TUTAJ). Zwłasz­cza, że może się oka­zać, że dzię­ki nie­mu doje­dzie­my wszę­dzie, gdzie pra­gnie­my i nie będzie­my musie­li korzy­stać ze stan­dar­do­wej komu­ni­ka­cji miej­skiej.

Nato­miast gdy­by­ście pra­gnę­li wybrać się poza Lon­dyn – bile­ty auto­bu­so­we są tań­sze od kole­jo­wych. I war­to kupić je wcze­śniej, przez inter­net, bo kosz­tu­ją mniej, niż tuż przed odjaz­dem.

Muzea naj­le­piej zwie­dzać wcze­śnie rano

W Wiel­kiej Bry­ta­nii wysta­wy sta­łe w pań­stwo­wych muze­ach zazwy­czaj są dar­mo­we. Pamię­taj­cie jed­nak, że o ile w Lon­dy­nie muzea są czyn­ne codzien­nie, tak już w Car­diff (i podej­rze­wam, że w innych mia­stach tak­że), podob­nie jak w Pol­sce – w ponie­dział­ki są zamknię­te.

Więk­szość muze­ów otwie­ra się o godzi­nie dzie­sią­tej rano. I war­to je zwie­dzać wła­śnie o tak wcze­snej porze. Zauwa­ży­łam bowiem, iż już o godzi­nie jede­na­stej ilość odwie­dza­ją­cych potra­fi­ła się dwu­krot­nie zwięk­szyć. A prze­cież nikt nie lubi prze­by­wać w wiel­kim tłu­mie.

A przy oka­zji, niech was nie prze­ra­ża­ją kolej­ki przed wej­ścia­mi do muze­ów – są one bar­dzo spraw­nie obsłu­gi­wa­ne i nie stoi się w nich dłu­go.

Dzie­ci – naj­lep­si foto­gra­fo­wie

Tego odkry­cia doko­na­łam dopie­ro w Wiel­kiej Bry­ta­nii, ale myślę, że w Pol­sce (i w innych kra­jach) spra­wy mają się podob­nie.

Nie mam poję­cia, czy wyni­ka to z tego, że mło­dzi ludzie lepiej radzą sobie z obsłu­gą smart­fo­nów, wie­dzą, jak cyk­nąć fot­kę, by dobrze wyglą­da­ła w social-mediach, czy może po pro­stu czu­ją się wyróż­nie­ni tym, że ktoś popro­sił ich o pomoc i przez to bar­dziej przy­kła­da­ją się do wyko­na­nia zada­nia, w każ­dym razie – robią oni dużo lep­sze zdję­cia, niż doro­śli. I co cie­ka­we, nie ma zna­cze­nia, czy mało­lat jest ośmio, czy też pięt­na­sto­lat­kiem.

Zdjęcie rodzica Zdjęcie dziecka

Po lewej stro­nie zdję­cie wyko­na­ne przez oso­bę doro­słą (zwróć­cie uwa­gę na widocz­ność szkie­le­tu mamu­ta), a po pra­wej – foto­gra­fia zro­bio­na przez nasto­lat­ka. Widać róż­ni­cę, czyż nie?

Dla­te­go, jeśli kie­dy­kol­wiek będzie­cie mie­li do wybo­ru: popro­sić o zro­bie­nie zdję­cia przy­pad­ko­we­go, doro­słe­go prze­chod­nia albo jego dziec­ko – zwróć­cie się o pomoc do tego dru­gie­go. Praw­do­po­dob­nie nie będzie­cie zawie­dze­ni.

Jak jeść, by nie zban­kru­to­wać i nie umrzeć z gło­du?

Przed wyjaz­dem do Wiel­kiej Bry­ta­nii naczy­ta­łam się w inter­ne­cie, że w Lon­dy­nie, któ­ry jest mia­stem wie­lo­kul­tu­ro­wym, moż­na nie­wiel­kim kosz­tem spró­bo­wać kuch­ni z nie­mal każ­de­go zakąt­ka świa­ta. Cóż, nie wiem, czy oso­by, któ­re pisa­ły te porad­ni­ki, mia­ły więk­sze szczę­ście do znaj­dy­wa­nia faj­nych jadło­daj­ni ode mnie, czy też ina­czej rozu­mia­ły sło­wo „nie­wiel­ki koszt”. W każ­dym razie – pod­czas poby­tu w Wiel­kiej Bry­ta­nii kil­ka­krot­nie pró­bo­wa­łam skosz­to­wać cze­goś nowe­go, ale rezy­gno­wa­łam z tego, po zoba­cze­niu cen w menu. A kie­dy parę razy jed­nak na zakup cze­goś się zde­cy­do­wa­łam – nie było to ani zja­dli­we, ani sycą­ce (o cenie już nie wspo­mi­na­jąc). Przy czym tak, jak napi­sa­łam – naj­praw­do­po­dob­niej wyni­ka­ło to z tego, że nie wie­dzia­łam, gdzie w Lon­dy­nie kar­mią dobrze i tanio.

Cardiff plant

Zwie­dza­nie może zająć czło­wie­ka tak bar­dzo, że cał­ko­wi­cie zapo­mni o jedze­niu. Jeśli w pew­nej chwi­li zorien­tu­je­cie się, że mija­na po dro­dze miej­ska roślin­ność wyda­je się wam badzo sma­ko­wi­ta – to znak, że powin­ni­ście zain­we­sto­wać w kanap­kę lub inną prze­ką­skę i czym prę­dzej ją spo­żyć!

Koniec koń­ców żywi­łam się głów­nie trój­kąt­ny­mi kanap­ka­mi z Tesco, któ­re były sma­ko­wi­te, nie­dro­gie (jak na bry­tyj­skie ceny) i przede wszyst­kim – sycą­ce. Poza tym raz czy dwa zawi­ta­łam do McDo­nal­da, któ­ry tak­że był tani (znów: jak na bry­tyj­skie ceny). Przy czym to tyczy się tyl­ko McDo­nal­da. Jed­ne­go dnia zawę­dro­wa­łam do Bur­ger Kin­ga i – podob­nie, jak w Mac­ku – zamó­wi­łam ham­bur­ge­ra, nie spraw­dza­jąc wcze­śniej jego ceny i zakła­da­jąc, że na pew­no będzie ona taka sama albo podob­na, jak u kon­ku­ren­cji. A potem bole­śnie prze­ko­na­łam się, że róż­ni­ca jed­nak była i w Bur­ger Kin­gu musia­łam zapła­cić kil­ka Fun­tów wię­cej. I jak­by tego było mało – ham­bur­ger, któ­ry dosta­łam – był zupeł­nie zim­ny. Skan­dal!

Kil­ka spo­strze­żeń

Czer­wo­ne bud­ki tele­fo­nicz­ne

Kie­dyś cha­rak­te­ry­stycz­ny sym­bol Lon­dy­nu, teraz – za spra­wą tele­fo­nów komór­ko­wych – rzecz niko­mu nie­po­trzeb­na. W sto­li­cy Anglii (a przy­naj­mniej – w jej tury­stycz­nym cen­trum) bud­ki tele­fo­nicz­ne opar­ły się jed­nak postę­po­wi i cią­gle sto­ją na uli­cach. Z nie­któ­rych o dzi­wo cią­gle moż­na dzwo­nić. Inne prze­ro­bio­no na nadaj­ni­ki WiFi. Ale tak napraw­dę słu­żą one przede wszyst­kim temu, by tury­ści mogli zro­bić sobie z nimi pamiąt­ko­we zdję­cie.

Selfie - czerwona budka telefoniczna

Dro­gie samo­cho­dy

Na pol­skich uli­cach dro­gie samo­cho­dy (zwłasz­cza te spor­to­we) wyglą­da­ją bar­dzo egzo­tycz­nie i spra­wia­ją wra­że­nie mega nie­prak­tycz­nych (to zna­czy znów: te spor­to­we, bo tere­no­we na dziu­ra­we dro­gi nada­ją się ide­al­nie). I choć wiem, że to bar­dzo ste­reo­ty­po­we, zawsze myślę o ich kie­row­cach, że bie­da­cy muszą mieć jakieś kom­plek­sy i (w zależ­no­ści od tego, w jakim wie­ku jest oso­ba sie­dzą­ca za kie­row­ni­cą) boga­tych rodzi­ców lub kry­zys wie­ku śred­nie­go.

Old cars next to Wales Millennium Centre

Tym­cza­sem w Lon­dy­nie (w Car­diff już raczej nie), tego typu auta wyglą­da­ją zupeł­nie nor­mal­nie. Przy czym, nie wyni­ka to z tego, że jest ich dużo (choć nie­wąt­pli­wie znacz­nie wię­cej, niż w Kra­ko­wie). Po pro­stu takie samo­cho­dy swo­im kształ­tem pasu­ją do lon­dyń­skiej archi­tek­tu­ry i tam­tej­szej atmos­fe­ry. Jak­by zosta­ły zapro­jek­to­wa­ne wła­śnie z myślą o tym, by ład­nie i natu­ral­nie pre­zen­to­wać się w sto­li­cy Anglii.


I jesz­cze tak na mar­gi­ne­sie, sko­ro już o samo­cho­dach mowa. Lon­dyń­skie tak­sów­ki, wbrew obie­go­wej opi­nii, nie zawsze są czar­ne. Choć wszyst­kie są tym samym mode­lem samo­cho­du.

Tro­chę brud­no

Na lon­dyń­skich uli­cach bar­dzo trud­no jest zna­leźć kosz na śmie­ci. Podob­no jest to spo­wo­do­wa­ne wzglę­da­mi bez­pie­czeń­stwa, bo w śmiet­ni­ku moż­na łatwo ukryć ładu­nek wybu­cho­wy. I mogła­bym się z tym rozu­mo­wa­niem zgo­dzić, gdy­by nie to, że kie­dy pod­czas moich wędró­wek po sto­li­cy Anglii uda­ło mi się już zna­leźć jakiś kosz – zazwy­czaj znaj­do­wał się on na przy­stan­ku auto­bu­so­wym, czy­li w dość zatło­czo­nym miej­scu.

W każ­dym razie: brak koszy powo­du­je, że śmie­ci lądu­ją na uli­cy. I choć lon­dyń­skie uli­ce w żad­nym wypad­ku nie przy­po­mi­na­ją wysy­pi­ska śmie­ci, to w porów­na­niu z Kra­ko­wem są bar­dziej zaśmie­co­ne.

Pig from Strand Street

Wie­le miejsc w sto­li­cy Anglii pre­zen­to­wa­ła się tak ład­nie, uro­czo i czy­sto, że z chę­cią usia­dło­by się w ich oko­li­cach nie tyl­ko na mur­ku, ale tak­że na środ­ku chod­ni­ka. Ale zda­rza­ły się też miej­sca sta­no­wią­ce ich prze­ciw­ność – takie, któ­re spra­wia­ły wra­że­nie brud­nych. Nie potra­fię do koń­ca okre­ślić co wywo­ły­wa­ło takie wra­że­nie. Po pro­stu idąc taką uli­cą czu­łam dys­kom­fort, wręcz brzy­dzi­ła mnie myśl, że pode­szwy moich butów doty­ka­ją brud­nie wyglą­da­ją­ce­go chod­ni­ka.

Kor­ki na nie­bie

Pocho­dzę z Zako­pa­ne­go, a Tatrzań­skie Ochot­ni­cze Pogo­to­wie Ratun­ko­we uży­wa heli­kop­te­ra, więc przy­wy­kłam do tego, że cza­sem coś może latać po nie­bie. I nie odzwy­cza­iłam się od tego w Kra­ko­wie, gdzie nie­raz zda­rza mi się usły­szeć nisko lecą­cy, star­tu­ją­cy lub lądu­ją­cy samo­lot. Z tego powo­du myśla­łam, że pod tym wzglę­dem nic mnie nie może zasko­czyć. A potem poje­cha­łam do Lon­dy­nu.

W sto­li­cy Anglii ruch powietrz­ny jest tak duży, że nie ma ani chwi­li, pod­czas któ­rej nie­bo było­by zupeł­nie puste. Samo­lo­ty i heli­kop­te­ry są tam nie­mal, jak uciąż­li­we muchy, któ­re co chwi­la, bzy­cząc gło­śno, prze­la­tu­ją czło­wie­ko­wi nad gło­wą.

Przed wizy­tą w Wiel­kiej Bry­ta­nii tak­sów­ka powietrz­na wyda­wa­ła mi się być czymś futu­ry­stycz­nym, ter­mi­nem z gatun­ku scien­ce-fic­tion. Tym­cza­sem, kie­dy na przy­kład spa­ce­ro­wa­łam w oko­li­cach Pała­cu Buc­kin­gham, w pobli­żu kró­lew­skiej rezy­den­cji wylą­do­wał heli­kop­ter, co wyda­ło mi się jed­no­cze­śnie sur­re­ali­stycz­ne, absur­dal­ne i bar­dzo zabaw­ne. Bo wyglą­da­ło, jak­by ktoś, ot tak, przy­le­ciał do kró­lo­wej na popo­łu­dnio­wą her­bat­kę.

London from plane

Rów­nie zdzi­wio­na byłam tuż przed wylo­tem z Lon­dy­nu. Przy­zna­ję, nie mam duże­go doświad­cze­nia w lata­niu samo­lo­ta­mi, ale do tej pory zawsze wyglą­da­ło to w moim przy­pad­ku tak, że wcho­dzi­łam na pokład, a chwi­lę póź­niej samo­lot odla­ty­wał. Tym­cza­sem w Lon­dy­nie utknę­łam w kor­ku na… pas star­to­wy. Serio, sta­li­śmy jakiś kwa­drans w kolej­ce skła­da­ją­cej się z oko­ło pię­ciu samo­lo­tów.


Kur­cze, co jakiś czas poja­wia się wizjo­ner, któ­ry budu­je hybry­dę samo­cho­du z samo­lo­tem i twier­dzi, iż jego maszy­na w przy­szło­ści roz­wią­że pro­blem kor­ków w mie­ście. Cóż, tacy wyna­laz­cy chy­ba nigdy nie byli w Lon­dy­nie i nie wie­dzą, że na tam­tej­szym nie­bie już teraz jest tłocz­no. I lata­ją­ce samo­cho­dy wca­le nie roz­wią­za­ły­by pro­ble­mu kor­ków, tyl­ko prze­nio­sły go na wyż­szy poziom.

Wszę­dzie ci Ara­bo­wie

Opo­wiem wam teraz o tym jak wadli­wie dzia­ła ludz­ka per­cep­cja.


W lon­dyń­skim metrze świet­nie widać, jak bar­dzo zróż­ni­co­wa­ne raso­wo i kul­tu­ro­wo jest spo­łe­czeń­stwo w sto­li­cy Anglii. Ale co cie­ka­we, ze wszyst­kich osób podró­żu­ją­cych metrem, moją uwa­gę zawsze naj­bar­dziej przy­ku­wa­li Ara­bo­wie. Cze­mu? Ponie­waż wszy­scy inni podró­żo­wa­li samot­nie i w mil­cze­niu, a Ara­bo­wie jako jedy­ni czę­sto sta­no­wi­li pacz­kę zna­jo­mych, któ­rzy toczy­li ze sobą oży­wio­ne dys­ku­sje.

Kie­dy pod­czas moje­go noc­ne­go spa­ce­ru po Lon­dy­nie prze­cho­dzi­łam przez Tower Brid­ge, zupeł­nie nie inte­re­so­wa­łam się tury­sta­mi o bia­łym kolo­rze skó­ry, bo nie było w nich nicze­go „nie­co­dzien­ne­go”. Nato­miast w oczy rzu­ci­ła mi się Arab­ska rodzi­na, któ­ra była tak licz­na, że zaj­mo­wa­ła nie­mal całą sze­ro­kość chod­ni­ka.

W Car­diff na pla­cach zabaw peł­no było Arab­skich dzie­ci. Wła­ści­wie to były tam same Arab­skie dzie­ci. Czy to zna­czy, że Ara­bo­wie zagar­nę­li pla­ce zabaw dla sie­bie? Czy może po pro­stu w tym samym cza­sie nie-Arab­skie dzie­ci, zamiast bawić się na świe­żym powie­trzu spę­dza­ły czas przed tele­wi­zo­rem lub kom­pu­te­rem?

Firefighters Memorial

Od teraz będą poja­wiać się fot­ki zupeł­nie nie zwią­za­ne z tym, o czym piszę, bo takich, któ­re paso­wa­ły­by kon­tek­stem do tek­stu, nie posia­dam.

Jeśli czło­wie­ko­wi poka­że się serię szyb­ko zmie­nia­ją­cych się obra­zów, nie­mal na pew­no nie zare­je­stru­je tego, co znaj­do­wa­ło się na więk­szo­ści foto­gra­fii o neu­tral­nym lub pozy­tyw­nym wydźwię­ku (na przy­kład zdjęć owo­ców, kra­jo­bra­zów albo słod­kich pie­sków). Dostrze­że nato­miast nie­mal każ­dy obraz przed­sta­wia­ją­cy pają­ki i węże, ponie­waż ludzie mają w pod­świa­do­mo­ści zako­do­wa­ne, że są to stwo­rze­nia poten­cjal­nie nie­bez­piecz­ne, na któ­re trze­ba uwa­żać (i nie tyl­ko my tak mamy, bo ten sam mecha­nizm dzia­ła u kotów boją­cych się ogór­ków).

Wiem, że to może być bar­dzo głu­pie porów­na­nie, ale myślę, że wyda­rze­nia z jede­na­ste­go wrze­śnia 2001 i póź­niej­sze ata­ki ter­ro­ry­stycz­ne spra­wi­ły, że Ara­bo­wie sta­li się dla nas tro­chę, jak te węże i pają­ki. Uwa­ża­my ich za poten­cjal­ne zagro­że­nie i przez to dostrze­ga­my ich obec­ność w tłu­mie ludzi czę­ściej, niż przed­sta­wi­cie­li innych naro­dów. Co może z kolei pro­wa­dzić do myl­ne­go wra­że­nia, że Ara­bo­wie są abso­lut­nie wszę­dzie, że zale­wa­ją Euro­pę i wypie­ra­ją z niej bia­łych ludzi.

Southwark Cathedral Spartan

Przy czym, dzię­ki poby­to­wi w Wiel­kiej Bry­ta­nii zro­zu­mia­łam tak­że, skąd może się brać nie­chęć Bry­tyj­czy­ków do obco­kra­jow­ców (nie­ko­niecz­nie arab­skie­go pocho­dze­nia).

Pew­ne­go ran­ka robi­łam zaku­py w małym, lon­dyń­skim skle­pie samo­ob­słu­go­wym. Przy kasie sta­ło dwóch mło­dych Ara­bów, któ­rzy dys­ku­to­wa­li mię­dzy sobą w swo­im języ­ku. W tle, z gło­śni­ków lecia­ła muzy­ka – tak­że po Arab­sku. Przede mną gaze­tę kupo­wał star­szy pan, stu­pro­cen­to­wy Anglik. Ewi­dent­nie dener­wo­wa­ło go, że nie rozu­miał, o czym roz­ma­wia­li mię­dzy sobą kasje­rzy (bo mogli prze­cież wymie­niać zło­śli­we uwa­gi na jego temat) i o czym śpie­wał woka­li­sta w pio­sen­ce (wszak mógł nawo­ły­wać do mor­do­wa­nia nie­wier­nych). I nie ukry­wał poiry­to­wa­nia, kie­dy pan sprze­daw­ca nie do koń­ca wie­dział, w któ­rym miej­scu na okład­ce gaze­ty była wydru­ko­wa­na jej cena (może sprze­daw­cy-bry­tyj­czy­cy szyb­ciej odnaj­du­ją takie infor­ma­cje).

Czy star­sze­go pana nale­ża­ło­by za jego zacho­wa­nie zwy­zy­wać od osób uprze­dzo­nych i nie­to­le­ran­cyj­nych? A może jego roz­go­ry­cze­nie wyni­ka­ło z tego, że pamię­tał cza­sy, kie­dy w skle­pie pra­co­wa­li Bry­tyj­czy­cy, z któ­ry­mi mógł sobie poga­wę­dzić. Ale potem Bry­tyj­czy­cy zna­leź­li sobie inne, lepiej płat­ne pra­ce, a ich miej­sce zaję­li Ara­bo­wie. A może nie­chęć star­sze­go pana mia­ła jesz­cze głęb­sze pod­ło­że? Może miesz­kał na uli­cy, któ­rą kie­dyś zamiesz­ki­wa­li sami Angli­cy, ale teraz więk­szość z nich wypro­wa­dzi­ła się lub umar­ła ze sta­ro­ści, a ich miej­sce zaję­li obco­kra­jow­cy? Co z kolei powo­do­wa­ło, że pan Anglik czuł się samot­nie i obco we wła­snym kra­ju?

Wiem, że to moje gdy­ba­nie może nijak mieć się do rze­czy­wi­sto­ści. Ale wie­cie, co? Myślę, że cza­sem lepiej tro­chę pospe­ku­lo­wać, zamiast od razu nazwać kogoś głu­pim bucem. A pro­ble­mu imi­gran­tów, Ara­bów i nie­to­le­ran­cji (podob­nie jak wie­lu innych spraw) nie nale­ży roz­pa­try­wać zero-jedyn­ko­wo.

Bez­dom­ni

Kie­dy myśli­cie „bez­dom­ny”, jaki obraz sta­je wam przed ocza­mi? Praw­do­po­dob­nie widzi­cie kogoś, kto żebra o zło­tó­wecz­kę pod mono­po­lo­wym. Być może macie nie­przy­jem­ne wspo­mnie­nie, zwią­za­ne z tym, jaki zapach roz­ta­cza­ła wokół sie­bie taka oso­ba, kie­dy jecha­ła razem z wami auto­bu­sem. I na pew­no nie­raz kątem oka widzie­li­ście kogoś takie­go śpią­ce­go na ław­ce w par­ku. Albo wła­śnie obu­dzo­ne­go z drzem­ki przez patrol stra­ży miej­skiej.

Musi­cie wie­dzieć, że pol­scy bez­dom­ni, w porów­na­niu z tymi bry­tyj­ski­mi (któ­rych spo­tka­łam zarów­no w Lon­dy­nie, jak i Car­diff), wyda­ją się sym­pa­tycz­ni, rubasz­ni i żywio­ło­wi.

London Eye

Tak, teraz będzie smut­ny aka­pit o tym, cze­go nie widać na pocz­tów­ko­wych zdję­ciach z Wiel­kiej Bry­ta­nii.

Ze wszyst­kich osób, któ­re spo­tka­łam pod­czas moje­go poby­tu na Wyspach Bry­tyj­skich, to wła­śnie tam­tej­si bez­dom­ni prze­ra­ża­li mnie naj­bar­dziej. Nie wyni­ka­ło to jed­nak z ich zacho­wa­nia, tyl­ko prę­dzej… jego bra­ku.

Bez­dom­ni, któ­rych widzia­łam, nie­mal zawsze sie­dzie­li nie­ru­cho­mo na skwer­kach lub chod­ni­kach i patrzy­li w prze­strzeń przed sobą pustym wzro­kiem. Nie wiem, czy byli odu­rze­ni nar­ko­ty­ka­mi, czy zre­zy­gno­wa­ni życiem, ale ta cał­ko­wi­ta bier­ność w ich zacho­wa­niu powo­do­wa­ła, że na ich widok zawsze prze­cho­dzi­ły mnie ciar­ki.


Zaska­ku­ją­ce było dla mnie to, że z jed­nej stro­ny ław­ki na przy­stan­kach auto­bu­so­wych były „anty-bez­dom­ne”, czy­li tak wąskie, że trze­ba było się zaprzeć noga­mi, żeby na nich usie­dzieć, a poło­że­nie się na czymś takim było zupeł­nie nie­moż­li­we. Ale z dru­giej – nikt nie zada­wał sobie tru­du, by prze­ga­niać bez­dom­nych z miejsc, w któ­rych prze­by­wa­li.

Odłóż­my na bok ety­kę oraz moral­ność i skup­my na kwe­stiach czy­sto wize­run­ko­wych. Owszem, w Pol­sce zda­rza się, że ktoś żebra pod kościo­łem. Ale czy wyobra­ża­cie sobie, by bez­dom­ni zro­bi­li sobie obo­zo­wi­sko na traw­ni­ku pod Wawe­lem? Raczej nie, praw­da? Tym­cza­sem w Car­diff takie wła­śnie obo­zo­wi­sko znaj­do­wa­ło się po dru­giej stro­nie uli­cy, na któ­rej znaj­do­wa­ły się naj­bar­dziej repre­zen­ta­cyj­ne budyn­ki mia­sta, takie jak ratusz, muzeum czy sąd.

City Hall in Cardiff

Kil­ka­dzie­siąt metrów od miej­sca, w któ­rym robi­łam do zdję­cie było, skła­da­ją­ce się z kil­ku namio­tów, obo­zo­wi­sko bez­dom­nych.

Zasta­na­wia mnie też, jak na Wyspach pro­blem bez­dom­no­ści wyglą­da od stro­ny „admi­ni­stra­cyj­nej”. Czy zauwa­ży­łam tam tak wie­lu bez­dom­nych, bo napraw­dę jest ich w Wiel­kiej Bry­ta­nii dużo, czy może w Pol­sce ich odse­tek jest więk­szy, ale u nas sta­ra­ją się oni nie rzu­cać w oczy pozo­sta­łym ludziom? Czy bry­tyj­skie służ­by porząd­ko­we nie prze­ga­nia­ją bez­dom­nych z ulic, bo tam­tej­sze wła­dze wolą igno­ro­wać pro­blem, czy może dzia­ła tam zasa­da wol­ne­go dostę­pu do prze­strze­ni publicz­nej, na mocy któ­rej ja mam takie samo pra­wo do urzą­dze­nia sobie pik­ni­ku na miej­skim skwer­ku, jak bez­dom­ny? I cze­mu w kra­ju takim, jak Wiel­ka Bry­ta­nia, któ­re­mu zazdro­ści­my dobrej opie­ki socjal­nej, tak dużo osób jest bez dachu nad gło­wą?


Jak widzi­cie, Wiel­ka Bry­ta­nia nie jest ide­al­ną kra­iną mle­kiem i mio­dem pły­ną­cą. I wyda­je mi się, że z roz­wią­zy­wa­niem nie­któ­rych pro­ble­mów radzą sobie oni gorzej, niż w Pol­sce. Choć oczy­wi­ście mogę się w tej kwe­stii mylić.

Tro­chę przy­dat­nych lin­ków

Na wypa­dek jak­by wspo­min­ki z mojej Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy wam nie wystar­czy­ły, na koniec mam dla was rela­cje innych osób, któ­re tak­że mia­ły przy­jem­ność odwie­dzić Wiel­ką Bry­ta­nię.

Gal​li​frey​.pl

Na stro­nie ser­wi­su znaj­dzie­cie kil­ka rela­cji z Cadiff i Doctor Who Expe­rien­ce. Trzy pocho­dzą z 2015 roku, znaj­dzie­cie je TU, TUTAJTUTAJ (war­to je prze­czy­tać i prze­ko­nać się, jak bar­dzo wysta­wa w Doctor Who Expe­rien­ce zmie­ni­ła się w prze­cią­gu dwóch lat), a dwie z waka­cji 2017: TUTAJTUTAJ.

Zwierz Popkul­tu­ral­ny

W 2014 roku zwierz stwo­rzył czte­ro­czę­ścio­wy lon­dyń­ski porad­nik podróż­ni­czy. Co praw­da zawar­te w nim infor­ma­cje są bar­dzo ogól­ne, ale i tak moż­na się z nich dowie­dzieć wie­lu cie­ka­wych rze­czy.

Dla mnie wpi­sy zwie­rza oka­za­ły się przy­dat­ne z jesz­cze jed­ne­go powo­du: kie­dy pod­czas przy­go­to­wań do podró­ży popa­da­łam w pani­kę, że wyjazd oka­że się kata­stro­fą – czy­ta­nie tego porad­ni­ka pod­no­si­ło mnie na duchu. I nikt tak jak zwierz nie pocie­szył mnie, że wszyst­ko będzie dobrze i na pew­no nie zje­dzą mnie ani Bry­tyj­czy­cy, ani tym bar­dziej kosmi­ci.

Wspo­mnia­ne wpi­sy zwie­rza moż­na prze­czy­tać TU, TU, TUTAJ oraz TUTAJ, przy czym na zwie­rzo­wym blo­gu znaj­du­je się też kil­ka innych rela­cji z wypraw do Lon­dy­nu.

Jak­by­nie­pa­czeć

Twór­cy tego kana­łu na YouTu­be byli w Lon­dy­nie tydzień wcze­śniej, niż ja i nakrę­ci­li bar­dzo cie­ka­wy repor­taż poka­zu­ją­cy sto­li­cę Anglii z per­spek­ty­wy seria­lu Sher­lock.

A tak na mar­gi­ne­sie nie mia­ła­bym nic prze­ciw­ko temu, by kie­dyś Jak­by­nie­pa­czeć zro­bi­ło podob­ny film poświę­co­ny Dok­to­ro­wi Who. :)

To już na serio jest koniec

Podob­no to, co znaj­du­je się w zakoń­cze­niu wybrzmie­wa naj­gło­śniej i zosta­je naj­le­piej zapa­mię­ta­ne. Wła­śnie dla­te­go napi­szę teraz: DZIĘ­KU­JĘ!

Dzię­ku­ję mojej Rodzin­ce. Nie tyl­ko za ich wspar­cie finan­so­we, ale przede wszyst­kim – za wspar­cie ducho­we. Bez tego Wiel­ka, Geeko­wa Przy­go­da – któ­rą teraz uwa­żam za jed­ną z naj­wspa­nial­szych rze­czy, jakie mi się przy­da­rzy­ły – nigdy nie mia­ła­by miej­sca.

I dzię­ku­ję wam, moi mili czy­tel­ni­cy. Bo wspo­mnie­nia szyb­ko się ulat­nia­ją i moż­na je utrwa­lić jedy­nie przez zapi­sy­wa­nie. A tego nigdy bym nie zro­bi­ła, gdy­by nie moty­wo­wa­ła mnie świa­do­mość, że ktoś tam w inter­ne­cie cze­ka, by prze­czy­tać moje Dyr­dy­ma­ły.


Cie­szę się, że wspól­nie odby­li­śmy tą wspo­min­ko­wą podróż. Mam nadzie­ję, że jej czy­ta­nie dało wam tak samo dużo rado­ści, jak mi spi­sy­wa­nie tego wszyst­kie­go. I że zbyt­nio nie wymę­czy­ła was dłu­gość tych Wiel­ko-Geeko­wych Dyr­dy­ma­łów. ;)

Ninth Ten Doctor Who Coral TARDIS interior
Great, Geek Adventure

Wiel­ka, Geeko­wa Przy­go­da – pozo­sta­łe wpi­sy:

Wię­cej zdjęć z Wiel­kiej Bry­ta­nii
możesz zoba­czyć w gale­rii!

Autor­ka zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: Nubia Navar­ro (nubi­ki­ni); pozo­sta­łe foto­gra­fie są moje­go autor­stwa lub też (jeśli ja się na nich znaj­du­ję, a fot­ka nie jest sel­fie), wyko­na­li je ano­ni­mo­wi, dobrzy ludzie, któ­rych spo­tka­łam na swo­jej dro­dze. :)