Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wielka Geekowa Przygoda:

W tych kamie­niach śpie­wa histo­ria*

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień trzeci, część I

Kie­dy powie­dzia­łam Rodzi­com, iż chcę zwie­dzić Car­diff, roz­ba­wi­ło mnie to, że ci zapy­ta­li „a co to takie­go, to Car­diff?” Śmie­szy­ło mnie tak­że, że pod­czas roz­mów tele­fo­nicz­nych pyta­li: „i jak się bawisz w tej Kra­inie Dok­to­ra Who?”, ponie­waż nie potra­fi­li zapa­mię­tać nazwy mia­sta, w któ­rym byłam.

Przy czym była to sytu­acja typu „przy­ga­niał kocioł garn­ko­wi”, bo sama myśla­łam o sto­li­cy Walii jedy­nie jako o miej­scu, w któ­rym krę­ci się serial, któ­ry lubię. Tym­cza­sem, jak się prze­ko­na­łam pod­czas trze­cie­go dnia mojej Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy, spro­wa­dza­nie Car­diff tyl­ko i wyłącz­nie do tema­tu Dok­to­ra Who, jest tro­chę jak twier­dze­nie, że Kra­ków, to takie mia­sto, w któ­rym Hoł­ka pisze Dyr­dy­ma­ły.

W dzi­siej­szym wpi­sie posta­ram się odpo­ku­to­wać moje błęd­ne myśle­nie o sto­li­cy Walii. I spró­bu­ję spra­wić, byście tak­że prze­sta­li myśleć o Car­diff jedy­nie jako o Kra­inie Dok­to­ra Who, i zaczę­li postrze­gać je jako mega cie­ka­we miej­sce, któ­re war­to odwie­dzić.

* Tytuł jest para­fra­zą umiesz­czo­ne­go na Wales Mil­len­nium Cen­tre napi­su In tho­se sto­nes hori­zons sing, czy­li W tych kamie­niach śpie­wa­ją hory­zon­ty.

Zam­ków nie zdo­by­wa się w poje­dyn­kę

W nie­dzie­lę pla­no­wa­łam impro­wi­zo­wać w Car­diff jesz­cze bar­dziej, niż w Lon­dy­nie. Wie­dzia­łam, że w mie­ście jest zamek, a poza tym nie mia­łam zie­lo­ne­go poję­cia, co jesz­cze moż­na w sto­li­cy Walii zwie­dzić. Na szczę­ście los znów się do mnie uśmiech­nął i to w spo­sób, któ­re­go naj­mniej się spo­dzie­wa­łam.

Poprzed­nie­go wie­czo­ra pozna­łam w hoste­lu Ame­lię – turyst­kę z Austra­lii, któ­ra od paź­dzier­ni­ka ma zacząć stu­dia w Kopen­ha­dze. Przed roz­po­czę­ciem nauki Ame­lia urzą­dzi­ła sobie wyciecz­kę objaz­do­wą po Euro­pie, pod­czas któ­rej nie­mal każ­de­go dnia gości­ła w innym mie­ście. Aku­rat w nie­dzie­lę była w Car­diff. I podob­nie jak ja – wybie­ra­ła się na zamek.

Zapy­ta­łam, czy mogę jej towa­rzy­szyć. Zgo­dzi­ła się. A ponie­waż Ame­lia była do zwie­dza­nia mia­sta przy­go­to­wa­na lepiej ode mnie, sta­ła się dla mnie pew­ne­go rodza­ju prze­wod­ni­kiem.

Cardiff Castle - Keep

Zaraz dotrze­my do tema­tu zam­ku, ale zanim to nastą­pi – muszę tro­chę pogra­fo­ma­nić na inne tema­ty.

Wię­cej o Ame­lii opo­wiem wam za chwi­lę, bo dziew­czy­na zasłu­gu­je na osob­ny frag­ment dzi­siej­sze­go Dyr­dy­ma­ła. Teraz wróć­my do tema­tu Car­diff.

Po tym, co widzia­łam wie­czór wcze­śniej myśla­łam, że rano głów­na uli­ca Car­diff, będzie nosi­ła śla­dy „gorącz­ki sobot­niej nocy”. Tym­cza­sem oko­ło dzie­sią­tej rano dro­ga pro­wa­dzą­ca do zam­ku była wysprzą­ta­na na błysk. A przy oka­zji cicha i nie­mal zupeł­nie pusta, co było jedy­ną rze­czą świad­czą­cą o tym, że więk­szość miesz­kań­ców mia­sta* albo cały czas odsy­pia­ła poprzed­nią noc, albo w domo­wym zaci­szu ostroż­nie pró­bo­wa­ła wyle­czyć kaca.

Cardiff Castle - Main lodgings

Tak na mar­gi­ne­sie, nie żebym się chwa­li­ła, ale w Car­diff też mia­łam bajecz­nie pięk­ną pogo­dę!

Wstęp do pań­stwo­wych muze­ów w Wiel­kiej Bry­ta­nii jest dar­mo­wy, nie­ste­ty za wej­ście do zam­ku w Car­diff trze­ba zapła­cić dwa­na­ście i pół fun­ta (przy czym miesz­kań­cy mia­sta mogą wejść za dar­mo). Plus dodat­ko­we trzy, jeśli chce się zwie­dzić wie­żę zega­ro­wą z prze­wod­ni­kiem (ja nie sko­rzy­sta­łam z tej atrak­cji). Przy czym (o czym ja dowie­dzia­łam się dopie­ro po fak­cie) – przed wizy­tą w tym miej­scu war­to kupić bilet na Hop-On Hop-Off Busa (wię­cej na ten temat „Hop Busów” napi­szę w następ­nym Dyr­dy­ma­le), ponie­waż dzię­ki nie­mu zysku­je się zniż­kę na wej­ście do zam­ku. I dru­ga waż­na uwa­ga: w cenie bile­tu do zam­ku dosta­nie­my audio-prze­wod­nik (nie­ste­ty bez wer­sji pol­skiej), ale ilość tych urzą­dzeń jest ogra­ni­czo­na i w godzi­nach szczy­tu może ich zabrak­nąć.


* A przy oka­zji, jak ina­czej nazy­wać miesz­kań­ców Car­diff? Car­dif­f­cza­nie? Car­dif­f­czy­cy? Car­dif­fto­wie? Car­dif­fria­nie?

Wszyst­ko jest powią­za­ne

Nie będę wam opo­wia­dać o zwie­dza­niu zam­ku w Car­diff, bo wła­ści­wie nie ma o czym pisać. Ot, zamek jak każ­dy inny – wyglą­da w porząd­ku, ale nie wywo­łu­je opa­du szczę­ki. Dużo bar­dziej fascy­nu­ją­ca jest nato­miast histo­ria tego miej­sca. I nie tyl­ko jego. O zam­ku nie moż­na bowiem mówić bez wspo­mi­na­nia o Car­diff oraz o mar­ki­zach* Bute.

Przy czym, zanim przej­dę do rze­czy – miej­cie na uwa­dze, że opo­wiem wam o rze­czach, jakie uda­ło mi się zapa­mię­tać. Nie będę wam poda­wać dat oraz innych, kon­kret­nych danych. Jeśli jeste­ście spra­gnie­ni tego typu wie­dzy, zer­k­nij­cie do Wiki­pe­dii (a wer­sja angiel­ska zawie­ra jesz­cze wię­cej infor­ma­cji).

Cardiff Castle - View from Keep

Dzi­siej­szy Dyr­dy­mał będzie nie­co inny od pozo­sta­łych, bo zamiast wspo­mnie­nia­mi i wra­że­nia­mi, chcę się z wami podzie­lić histo­rią zam­ku oraz Car­diff.

* Za Wiki­pe­dią: W Wiel­kiej Bry­ta­nii uży­wa się pię­ciu tytu­łów lor­dow­skich, według ran­gi: ksią­żę[…], mar­kiz[…], earl, wiceh­ra­bia[…] i baron; wszy­scy lor­do­wie uży­wa­ją tytu­la­tu­ry w for­mie: "Lord X". Wspo­mi­nam o tym, bo w dal­szej czę­ści tek­stu będę naprze­mien­nie uży­wać zwro­tów mar­kiz i lord Bute**.

** Nie będę jed­nak przy­kła­dać wagi do gene­alo­gii rodu Bute i po pro­stu pisać markiz/​lord Bute, bez poda­wa­nia jego imie­nia lub nume­ru porząd­ko­we­go***. Miej­cie więc na uwa­dze, że będą­cy boha­te­rem dzi­siej­sze­go Dyr­dy­ma­ła „lord Bute”, nie był jed­nym, bar­dzo dłu­go żyją­cym czło­wie­kiem, tyl­ko kil­ko­ma oso­ba­mi, któ­re na prze­strze­ni lat dzie­dzi­czy­ły ten tytuł.

*** Mar­ki­zów się nume­ru­je. W obec­nej chwi­li żyje VII mar­kiz Bute, któ­ry – już zupeł­nie na mar­gi­ne­sie – w latach osiem­dzie­sią­tych był kie­row­cą raj­do­wym.

Tro­chę histo­rii

Zamek został wybu­do­wa­ny jesz­cze za cza­sów Cesar­stwa Rzym­skie­go. I już wte­dy zyskał on for­mę, jakiej nie powsty­dzi­ła­by się żad­na śre­dnio­wiecz­na twier­dza. Rzym­ski fort ota­czał bowiem kamien­ny, gru­by na kil­ka metrów mur.

Wiem, teraz może to nie robić wra­że­nia. Ale pomy­śl­cie sobie, jak w tam­tych cza­sach czu­li się zamiesz­ku­ją­cy te zie­mie, żyją­cy w drew­nia­nych chat­kach Cel­to­wie, kie­dy widzie­li coś takie­go. Rzy­mia­nie musie­li im wyglą­dać na bogów lub przy­by­szów z obcej pla­ne­ty.

Cardiff Castle - North Gate

Na pierw­szy rzut oka wyglą­da jak każ­da inna, kamien­na, śre­dnio­wiecz­na bra­ma zam­ko­wa. Tym­cza­sem takim impo­nu­ją­cym murem zamek oto­czy­li sta­ro­żyt­ni Rzy­mia­nie.

autor: © Cry­stian Cruz

Na prze­strze­ni wie­ków zamek był wie­lo­krot­nie prze­bu­do­wy­wa­ny. W mię­dzy cza­sie tra­fił tak­że w ręce rodu Bute. Jed­nak ponie­waż śre­dnio­wie­cze się skoń­czy­ło, a twier­dza nie mia­ła więk­sze­go zna­cze­nia stra­te­gicz­ne­go – zaczę­ła popa­dać w ruinę. I w tym miej­scu cała histo­ria mogła­by się skoń­czyć. Zamek był­by dziś ster­tą led­wie wysta­ją­cych z zie­mi kamie­ni, a Car­diff – małą, nic nie zna­czą­cą wio­ską rybac­ką. Rzecz w tym, że w XIX wie­ku nastą­pił nie­spo­dzie­wa­ny zwrot akcji…

Kró­le­stwo czar­ne­go zło­ta

W XIX wie­ku w oko­li­cach Car­diff odkry­to zło­ża węgla*. A ponie­waż w cza­sach rewo­lu­cji prze­my­sło­wej węgiel miał taką war­tość, jak obec­nie ropa naf­to­wa, Car­diff, podob­nie jak teraz Dubaj – w bar­dzo krót­kim cza­sie z nie­wiel­kiej mie­ścin­ki prze­kształ­cił się w duże, tęt­nią­ce życiem mia­sto, w któ­rym osie­dla­li się ludzie z całej Euro­py. Nato­miast miej­sco­wi wła­ści­cie­le ziem­scy – podob­nie jak arab­scy szej­ko­wie – sta­wa­li się milio­ne­ra­mi. A naj­bo­gat­szym z nich (i przez pewien czas tak­że naj­za­moż­niej­szym w całej Wiel­kiej Bry­ta­nii) był lord Bute**.

Plan zamku w Cardiff

Żeby­ście mniej wię­cej wie­dzie­li, o czym zaraz będę wam opo­wia­dać: oto plan zam­ku w Car­diff. Za Wiki­pe­dią: A – Bra­ma Pół­noc­na; B – mot­te i don­żon; C – dzie­dzi­niec zewnętrz­ny; D – głów­ne apar­ta­men­ty; E – dzie­dzi­niec wewnętrz­ny; F – Wie­ża Zega­ro­wa; G – Czar­na Wie­ża; H – Bra­ma Połu­dnio­wa i wie­ża bar­ba­ka­nu.

źró­dło: Wiki­pe­dia

Postaw­cie się w sytu­acji mar­ki­za Bute. Macie tytuł szla­chec­ki, popa­da­ją­cy w ruinę zamek i masę kasy. Ilu z was opar­ło­by się poku­sie i nie odbu­do­wa­ło zam­ku? Ba, ilu z was nie odbu­do­wa­ło­by zam­ku w tak baje­ranc­ki spo­sób, by zawsty­dzić same­go kró­la?

Lord Bute oka­zał się być pod tym wzglę­dem „wład­cą” ide­al­nym. Speł­nił swo­je fan­ta­zje, ale jed­no­cze­śnie usza­no­wał histo­rię i potra­fił myśleć nie tyl­ko o sobie, ale tak­że o spo­łe­czeń­stwie Car­diff i to w spo­sób bar­dzo współ­cze­sny.

Znaj­du­ją­cy się po zachod­niej stro­nie kom­plek­su zam­ko­we­go, wbu­do­wa­ny w mur budy­nek miesz­kal­ny, mar­kiz prze­ro­bił na styl neo­go­tyc­ki i urzą­dził z naj­więk­szym, moż­li­wym prze­py­chem. Każ­de z pomiesz­czeń w budyn­ku zosta­ło ude­ko­ro­wa­ne w innym sty­lu. Jeden pokój jest więc na przy­kład śre­dnio­wiecz­ny, a inny – arab­ski. Dodat­ko­wo, w połu­dnio­wo-zachod­nim rogu muru, Bute wzniósł impo­nu­ją­cą wie­żę zega­ro­wą.

Cardiff Castle - Banqueting Room

Ten prze­pych momen­ta­mi jest mega kiczo­wa­ty, ale jak to mówią: kto boga­te­mu zabro­ni?

Jed­no­cze­śnie lord wyre­mon­to­wał śre­dnio­wiecz­ny don­żon i odbu­do­wał pocho­dzą­ce z cza­sów rzym­skich mury wokół zam­ku. Oby­dwa budyn­ki sta­rał się jed­nak odwzo­ro­wać z moż­li­wie jak naj­więk­szą, histo­rycz­ną dokład­no­ścią. I choć żyją­cym w cza­sach „remon­tu” miesz­kań­com mia­sta nie podo­ba­ło się to, że ruiny zosta­ły odbu­do­wa­ne, współ­cze­śni histo­ry­cy twier­dzą, że doko­na­na przez mar­ki­za rekon­struk­cja bar­dzo dobrze odda­je to, jak wspo­mnia­ne budow­le mogły wyglą­dać w cza­sach swo­jej świet­no­ści.

Cardiff Castle - Rugby Wall

Pomi­ja­jąc to, że zdję­cie dosłow­nie poka­zu­je zde­rze­nie histo­rii ze współ­cze­sno­ścią – jeśli przyj­rzy­cie się muro­wi zam­ku zoba­czy­cie, że ory­gi­nal­ne ruiny są oddzie­lo­ne od czę­ści zre­kon­stru­owa­nej widocz­ną, czer­wo­ną cegłą.

Inny­mi sło­wy: Lord Bute nie tyle odre­mon­to­wał zamek, co wła­ści­wie odbu­do­wał go nie­mal od zera.

autor: Huw Evans

Co cie­ka­we (i chy­ba nawet tro­chę nie­spo­ty­ka­ne), mar­kiz nie zapo­mi­nał o lokal­nej spo­łecz­no­ści. W wybra­ne dni miesz­kań­cy Car­diff mogli odwie­dzać zarów­no dzie­dzi­niec zam­ko­wy, jak i przy­le­ga­ją­cy do zam­ku park. I odpo­czy­wać w tych miej­scach podob­nie, jak ludzie robią to współ­cze­śnie. Lord Bute zarzą­dził tak­że, by żaden budy­nek w Car­diff nie był wyż­szy od znaj­du­ją­cej się w mie­ście, wie­ży Kate­dry w Llan­daff. Powód był pro­sty: Bute nie chciał by budyn­ki przy­tła­cza­ły miesz­kań­ców mia­sta.

Mało tego – mar­kiz oddał mia­stu, znaj­du­ją­cą się na pół­noc­ny-wschód od zam­ku zie­mię, z zastrze­że­niem, że nie może być na niej pro­wa­dzo­na dzia­łal­ność o cha­rak­te­rze komer­cyj­nym. Jego wola jest prze­strze­ga­na do tej pory. Na wspo­mnia­nym obsza­rze znaj­du­ją się par­ki miej­skie oraz budyn­ki pań­stwo­we, takie jak urząd mia­sta, muzeum i uni­wer­sy­tet. Budow­le te nie są wyso­kie, mają mak­sy­mal­nie dwie-trzy kon­dy­gna­cje. I jak­by tego było mało, przed więk­szo­ścią z nich posa­dzo­no drze­wa, by kamien­ne bry­ły budyn­ków jesz­cze mniej przy­tła­cza­ły miesz­kań­ców mia­sta.


* Węgiel z Car­diff dawał moc­ny ogień, a po spa­le­niu zosta­wa­ło po nim mało popio­łu, przez co przez wie­le lat bry­tyj­ska mary­nar­ka wojen­na uży­wa­ła tyl­ko węgla pocho­dzą­ce­go z tego mia­sta.

** Kie­dy jeden z lor­dów Bute zmarł nie­spo­dzie­wa­nie, całą for­tu­nę odzie­dzi­czył jego pół­rocz­ny syn. To spo­wo­do­wa­ło, że chło­piec został okrzyk­nię­ty naj­bo­gat­szym dziec­kiem w Wiel­kiej Bry­ta­nii.

Jak poka­zać środ­ko­wy palec w sty­lu bry­tyj­skie­go lor­da

Od połu­dnia i zacho­du, do zam­ku w Car­diff przy­le­ga ogrom­ny park, któ­ry – a jak­że! – nale­żał do lor­da Bute. I pew­ne­go dnia nasz mar­kiz, tro­chę znu­dzo­ny tym, że miał tak dużo pie­nię­dzy, iż nie wie­dział, na co je wyda­wać, wpadł na genial­ny pomysł. Stwier­dził, że chce urzą­dzić w par­ku ogród zoo­lo­gicz­ny.

Nie­ste­ty rada mia­sta nie pozwo­li­ła mu speł­nić tej zachcian­ki. Argu­men­to­wa­li to tym, że zoo w cen­trum Car­diff było­by nie­bez­piecz­ne, bo gdy­by któ­reś ze zwie­rząt ucie­kło, mogło­by pożreć miesz­kań­ców mia­sta (może nie wszyst­kich, ale kil­ku na pew­no).

Jak na ten brak zgo­dy zare­ago­wał lord Bute? Oto­czył park kamien­nym murem. Ale jak pew­nie zdą­ży­li­ście zauwa­żyć, mar­kiz był czło­wie­kiem nie­tu­zin­ko­wym, więc wznie­sio­ny przez nie­go mur tak­że nie był zwy­kły. Co róż­ni­ło go od innych, podob­nych kon­struk­cji? To, że zdo­bi­ły go rzeź­by takie, jak ta:

Cardiff - Animal Wall - Leopard - front

Inny­mi sło­wy: mur ozdo­bio­no rzeź­ba­mi dzie­wię­ciu zwie­rząt (póź­niej, doda­no kolej­ne sześć rzeźb), któ­re wyglą­da­ły tak, jak­by prze­ska­ki­wa­ły przez mur i ucie­ka­ły z par­ku, do mia­sta. Chy­ba nikt w histo­rii ludz­ko­ści nie poka­zał komuś w bar­dziej fine­zyj­ny spo­sób gestu Koza­kie­wi­cza.

Żeby było śmiesz­niej, w latach sie­dem­dzie­sią­tych XX wie­ku, mia­sto posta­no­wi­ło posze­rzyć dro­gę bie­gną­cą wzdłuż zam­ku. Z tego powo­du mur miał zostać wybu­rzo­ny. Ale miesz­kań­cy Car­diff się na to nie zgo­dzi­li. Co nato­miast dopro­wa­dzi­ło do tego, że mia­sto musia­ło wydać dodat­ko­we pie­nią­dze i przed posze­rze­niem dro­gi prze­nieść mur bli­żej zam­ku. I mar­kiz Bute, wie­le lat po śmier­ci, przy pomo­cy muru zno­wu poka­zał radzie mia­sta środ­ko­wy palec. Jeśli to nie jest mistrzo­stwo, to nie wiem, jak to nazwać.

Cardiff - Animal Wall - Lioness

Niby rzeź­ba z kamie­nia, ale czło­wiek czu­je nie­po­kój, gdy taka bestia spo­glą­da na nie­go czuj­nym i nie­co zacie­ka­wio­nym wzro­kiem.

Od sie­bie dodam jesz­cze, że rzeź­by robią napraw­dę duże wra­że­nie. Więk­szość wyglą­da bar­dzo reali­stycz­nie (hie­na, wilk i bóbr nie­ste­ty nie wyszły do koń­ca dobrze, a niedź­wiedź ma komicz­nie wytrzesz­czo­ne oczy). I jak­by tego było mało, nie­któ­re z nich posia­da­ją szkla­ne oczy, przez co odno­si się wra­że­nie, że zwie­rzę­ta lada moment oży­ją, roz­kru­szą kamien­ną sko­ru­pę, któ­ra je ota­cza i na serio prze­sko­czą przez mur.

W służ­bie miesz­kań­com

Zło­ta, „węglo­wa” epo­ka Car­diff skoń­czy­ła się po I woj­nie świa­to­wej. Mar­kiz Bute popadł w kło­po­ty finan­so­we, przez co zaczął sys­te­ma­tycz­nie wyprze­da­wać swo­je zie­mie, kopal­nie oraz inne mająt­ki. Osta­tecz­nie, nie­dłu­go po II woj­nie świa­to­wej rodzi­na Bute odda­ła mia­stu Car­diff zarów­no zamek, jak i przy­le­ga­ją­cy do nie­go park (z zastrze­że­niem, by z oby­dwu tych miejsc miesz­kań­cy mia­sta mogli korzy­stać za dar­mo). Zanim to jed­nak nastą­pi­ło, posia­dłość lor­da Bute jesz­cze raz przy­słu­ży­ła się lokal­nej spo­łecz­no­ści.

W trak­cie II woj­ny świa­to­wej, Car­diff było czę­stym celem nalo­tów bom­bo­wych. W mie­ście ist­nia­ły co praw­da schro­ny, zosta­ły one jed­nak wybu­do­wa­ne na szyb­ko i z kiep­skiej jako­ści mate­ria­łów, przez co nie gwa­ran­to­wa­ły bez­pie­czeń­stwa. Dla­te­go lud­ność cywil­na chro­ni­ła się w tune­lu wybu­do­wa­nych pod… zam­ko­wym murem (tym samym, któ­ry został zre­kon­stru­owa­ny na wzór rzym­ski). W sumie w miej­scu tym schro­nie­nie znaj­do­wa­ło pra­wie dwa tysią­ce osób.

Cardiff Castle - Shelter

Kie­dy mar­kiz Bute odbu­do­wy­wał sta­ro­żyt­ny mur, pew­nie nawet przez myśl mu nie prze­szło, że jesz­cze kie­dyś, w pew­nym sen­sie, będzie on peł­nił funk­cję obron­ną.

Prze­ciw­lot­ni­czy schron pod murem moż­na zwie­dzać do tej pory. I wysta­wa w tym miej­scu zosta­ła urzą­dzo­na w bar­dzo faj­ny spo­sób. Na ścia­nie może­my oglą­dać pla­ka­ty pro­pa­gan­do­we z cza­sów woj­ny, nato­miast w gło­śni­kach sły­szy­my odgło­sy bom­bar­do­wa­nia.

Wiej­skie, walij­skie kli­ma­ty

Po tym, jak razem z Ame­lią zwie­dzi­łam zamek w Car­diff, moja towa­rzysz­ka stwier­dzi­ła, że teraz jedzie zoba­czyć, znaj­du­ją­cy się na obrze­żach mia­sta, St Fagans Natio­nal Museum of Histo­ry. Nie mia­łam zie­lo­ne­go poję­cia, co to za miej­sce, ale zgod­nie z pla­nem, by w ramach impro­wi­za­cji zdać się na Ame­lię – posta­no­wi­łam odwie­dzić to muzeum razem z nią.

Do St Fagans moż­na doje­chać busem, cena bile­tu w obie stro­ny to trzy i pół fun­ta. Wstęp do same­go muzeum jest bez­płat­ny. Nie­ste­ty oka­za­ło się, że St Fagans to po pro­stu skan­sen wsi walij­skiej. „Nie­ste­ty”, bo ja nie jestem fan­ką skan­se­nów. To zna­czy – nie wzbra­niam się przed ich oglą­da­niem, ale też nie wzbu­dza­ją one u mnie dużej eks­cy­ta­cji. O miej­scu tym nie napi­szę wam więc wie­le. Jedy­nie tyle, że jeśli oglą­da­cie fil­my lub seria­le histo­rycz­ne roz­gry­wa­ją­ce się w Wiel­kiej Bry­ta­nii i widzie­li­ście przy­naj­mniej jeden skan­sen w Pol­sce – St Fagans naj­praw­do­po­dob­niej niczym was nie zasko­czy.

Ame­lia z Austra­lii

Wyciecz­ka do St Fagans nie poszła jed­nak na mar­ne, bo dzię­ki niej spę­dzi­łam wię­cej cza­su z Ame­lią. I role tro­chę się odwró­ci­ły, bo to ja zosta­łam jej „prze­wod­ni­kiem”, dzie­li­łam się z nią moją wie­dzą na róż­ne tema­ty. Przy­kła­do­wo Ame­lia chy­ba nigdy wcze­śniej nie widzia­ła skan­se­nu. I była zasko­czo­na, gdy powie­dzia­łam jej, że nie jeste­śmy w praw­dzi­wej wio­sce, a ota­cza­ją­ce nas budyn­ki zosta­ły przy­wie­zio­ne z róż­nych regio­nów Walii.

Jak na oso­bę z Austra­lii przy­sta­ło, Ame­lia nie do koń­ca ogar­nia­ła też pro­blem zimo­wych mro­zów i ogrze­wa­nia. Kie­dy zoba­czy­ła chat­kę, w któ­rej jed­ne z drzwi w kuch­ni pro­wa­dzi­ły bez­po­śred­nio do obo­ry stwier­dzi­ła, że to nie­hi­gie­nicz­ne, i że obo­ra mogła­by stać dalej od domu. Wyja­śni­łam jej wte­dy, że budy­nek ma taką kon­struk­cję po to, by w zimie gospo­darz nie musiał wycho­dzić na pole, by nakar­mić zwie­rzę­ta, tym samym wypusz­cza­jąc z domu cie­pło.


Jed­no­cze­śnie nie roz­ma­wia­ły­śmy tyl­ko i wyłącz­nie o skan­se­nie, ale też o innych spra­wach. My, Pola­cy mamy kom­pleks, że ludzie na świe­cie nie wie­dzą, gdzie leży nasz kraj i jaka jest jego histo­ria. Tym­cza­sem Ame­lia mia­ła napraw­dę dużą wie­dzę na temat Pol­ski. Ba, ja czu­łam się tro­chę zawsty­dzo­na, bo wyda­wa­ło mi się, że na temat Austra­lii wiem znacz­nie mniej, niż ona o naszej ojczyź­nie.

Ame­lia jed­nak ani razu nie zapy­ta­ła z obu­rze­niem „jak możesz tego nie wie­dzieć”. Zamiast tego mądrze odpo­wia­da­ła na moje pyta­nia doty­czą­ce jej kra­ju oraz życia. A ja rów­nie kom­pe­tent­nie sta­ra­łam się opo­wia­dać jej o Pol­sce*.


Nie mam pro­ble­mów z rozu­mie­niem języ­ka angiel­skie­go. Nie­co gorzej wycho­dzi mi mówie­nie w ten spo­sób. Albo nie potra­fię zna­leźć słów, albo wiem co powie­dzieć, ale język odma­wia mi posłu­szeń­stwa. Na szczę­ście z natu­ry jestem gadu­łą i jeśli znaj­dę roz­mów­cę, z któ­rym mogę pro­wa­dzić cie­ka­wą kon­wer­sa­cję – prze­sta­ję się przej­mo­wać tym, jak kiep­ska jest moja wymo­wa.

A Ame­lia nie tyl­ko była wspa­nia­łą roz­mów­czy­nią, ale też dosko­na­łym słu­cha­czem. Wyda­je mi się, że mój kiep­ski angiel­ski w ogó­le jej nie prze­szka­dzał. Co wię­cej, kie­dy kil­ka razy zda­rzy­ło mi się, że się „zacię­łam”, nie wie­dzia­łam jak sfor­mu­ło­wać zda­nie, by było popraw­ne gra­ma­tycz­nie, Ame­lia zawsze stwier­dza­ła przy­ja­ciel­sko „w porząd­ku, wiem o co ci cho­dzi, mów dalej”. Szyb­ko zorien­to­wa­ła się też, że zda­rza mi się mylić wschód z zacho­dem i pół­noc z połu­dniem (co cie­ka­we, kie­dy mówię po pol­sku nie mam takie­go pro­ble­mu), więc nie­raz pyta­ła – bez żad­nej zło­śli­wo­ści – czy na pew­no mia­łam na myśli ten, a nie inny kie­ru­nek świa­ta (a ja wte­dy orien­to­wa­łam się, na przy­kład, że wła­śnie powie­dzia­łam, iż Kam­czat­ka leży na zacho­dzie Rosji).

Raz zda­rzy­ło mi się popeł­nić błąd, któ­ry nawet wyro­zu­mia­łą i potra­fią­cą domy­ślić się zna­cze­nia z kon­tek­stu Ame­lię wpro­wa­dził w kon­ster­na­cję. Przy oka­zji wspo­mnia­nej chat­ki z obo­rą, chcia­łam powie­dzieć jej, że w Pol­sce i praw­do­po­dob­nie tak­że w Wiel­kiej Bry­ta­nii, w zimie w kuch­ni trzy­ma­no mię­dzy inny­mi kozy i kury. No i zamiast chic­kens in kit­chen (tak, wiem chic­kens to kur­czak, a nie kura) powie­dzia­łam kit­chens in kit­chen. Wte­dy Ame­lia zapy­ta­ła mnie (bar­dzo grzecz­nie, wręcz prze­pra­sza­ją­co), o co mi cho­dzi­ło. I kie­dy zorien­to­wa­łam się, co wła­śnie powie­dzia­łam – oby­dwie śmia­ły­śmy się z moje­go błę­du do roz­pu­ku.

Innym razem chcia­łam użyć sło­wa „ter­mos”, ale ponie­waż nie wie­dzia­łam, jak ten wyraz brzmi po angiel­sku, okręż­ną dro­gą wyja­śni­łam Ame­lii, o co mi cho­dzi. Na co Ame­lia stwier­dzi­ła „po angiel­sku to nazy­wa się ther­mos”. A ja znów się zaśmia­łam „serio, po pol­sku nazy­wa się to dokład­nie tak samo!”.


Inny­mi sło­wy, pra­gnę wam tym wszyst­kim powie­dzieć, że nie musi­cie się bać mówić po angiel­sku (bo sły­sza­łam, że nie­któ­rzy się tego boją). Anglo­ję­zycz­ne oso­by was nie wyśmie­ją i więk­szość wypo­wia­da­nych przez was słów zro­zu­mie­ją. A jeśli przy­pad­kiem (w co wąt­pię) spo­tka­cie kogoś nie­mi­łe­go, kto skry­ty­ku­je was za to, że mówi­cie nie­po­praw­nie, zawsze może­cie mu się odgryźć, że mówi­cie po angiel­sku lepiej, niż on po pol­sku.


* Naj­więk­szym wyzwa­niem było dla mnie opo­wie­dze­nie Ame­lii o naszych zwy­cza­jach bożo­na­ro­dze­nio­wych. Ale jakoś uda­ło mi się to zro­bić. No i Ame­lia była zachwy­co­na, kie­dy dowie­dzia­ła się, że w Pol­sce, w grud­niu, więk­szość dzie­ci dosta­je pre­zen­ty dwa razy, na Miko­ła­ja i na Wigi­lię.

Hop do busa

Nim się zorien­to­wa­łam, wybi­ła godzi­na czwar­ta po połu­dniu. Razem z Ame­lią wró­ci­łam do cen­trum Car­diff. Ona musia­ła wró­cić do hoste­lu i się spa­ko­wać, bo z same­go rana wyru­sza­ła na dal­sze zwie­dza­nie Euro­py. Ja posta­no­wi­łam dalej podzi­wiać sto­li­cę Walii. I (za radą Ame­lii) wsia­da­łam do wspo­mnia­ne­go wcze­śniej „Hop Busa”.

Co zoba­czy­łam z jego pokła­du? Cóż – dłu­go by opo­wia­dać, dla­te­go tego dowie­cie się w następ­nej odsło­nie Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy.

Great, Geek Adventure

Wiel­ka, Geeko­wa Przy­go­da – pozo­sta­łe wpi­sy:

Wię­cej zdjęć z Wiel­kiej Bry­ta­nii
możesz zoba­czyć w gale­rii!

O ile nie zosta­ło stwier­dzo­ne ina­czej, zdję­cia ilu­stru­ją­ce wpis są moje­go autor­stwa.