Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wielka Geekowa Przygoda:

W tych kamieniach śpiewa historia*

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień trzeci, część I

Kiedy powiedzi­ałam Rodz­i­com, iż chcę zwiedz­ić Cardiff, rozbaw­iło mnie to, że ci zapy­tali „a co to takiego, to Cardiff?” Śmieszyło mnie także, że pod­czas rozmów tele­fon­icznych pytali: „i jak się baw­isz w tej Krainie Dok­to­ra Who?”, ponieważ nie potrafili zapamię­tać nazwy mias­ta, w którym byłam.

Przy czym była to sytu­ac­ja typu „przy­ga­ni­ał kocioł gar­nkowi”, bo sama myślałam o stol­i­cy Walii jedynie jako o miejs­cu, w którym krę­ci się ser­i­al, który lubię. Tym­cza­sem, jak się przekon­ałam pod­czas trze­ciego dnia mojej Wielkiej, Geekowej Przy­gody, sprowadzanie Cardiff tylko i wyłącznie do tem­atu Dok­to­ra Who, jest trochę jak twierdze­nie, że Kraków, to takie mias­to, w którym Hoł­ka pisze Dyrdy­mały.

W dzisiejszym wpisie postaram się odpoku­tować moje błędne myśle­nie o stol­i­cy Walii. I spróbu­ję spraw­ić, byś­cie także przestali myśleć o Cardiff jedynie jako o Krainie Dok­to­ra Who, i zaczęli postrze­gać je jako mega ciekawe miejsce, które warto odwiedz­ić.

* Tytuł jest parafrazą umieszc­zonego na Wales Mil­len­ni­um Cen­tre napisu In those stones hori­zons sing, czyli W tych kamieni­ach śpiewa­ją hory­zon­ty.

Zamków nie zdobywa się w pojedynkę

W niedzielę planowałam improw­iz­ować w Cardiff jeszcze bardziej, niż w Lon­dynie. Wiedzi­ałam, że w mieś­cie jest zamek, a poza tym nie miałam zielonego poję­cia, co jeszcze moż­na w stol­i­cy Walii zwiedz­ić. Na szczęś­cie los znów się do mnie uśmiech­nął i to w sposób, którego najm­niej się spodziewałam.

Poprzed­niego wiec­zo­ra poz­nałam w hostelu Amelię – turys­tkę z Aus­tralii, która od październi­ka ma zacząć stu­dia w Kopen­hadze. Przed rozpoczę­ciem nau­ki Amelia urządz­iła sobie wycieczkę objaz­dową po Europie, pod­czas której niemal każdego dnia goś­ciła w innym mieś­cie. Aku­rat w niedzielę była w Cardiff. I podob­nie jak ja – wybier­ała się na zamek.

Zapy­tałam, czy mogę jej towarzyszyć. Zgodz­iła się. A ponieważ Amelia była do zwiedza­nia mias­ta przy­go­towana lep­iej ode mnie, stała się dla mnie pewnego rodza­ju prze­wod­nikiem.

Cardiff Castle - Keep

Zaraz dotrze­my do tem­atu zamku, ale zan­im to nastąpi – muszę trochę pografo­manić na inne tem­aty.

Więcej o Amelii opowiem wam za chwilę, bo dziew­czy­na zasługu­je na osob­ny frag­ment dzisiejszego Dyrdy­mała. Ter­az wróćmy do tem­atu Cardiff.

Po tym, co widzi­ałam wieczór wcześniej myślałam, że rano głów­na uli­ca Cardiff, będzie nosiła śla­dy „gorącz­ki sobot­niej nocy”. Tym­cza­sem około dziesiątej rano dro­ga prowadzą­ca do zamku była wysprzą­tana na błysk. A przy okazji cicha i niemal zupełnie pus­ta, co było jedyną rzeczą świad­czącą o tym, że więk­szość mieszkańców mias­ta* albo cały czas odsyp­i­ała poprzed­nią noc, albo w domowym zaciszu ostrożnie próbowała wyleczyć kaca.

Cardiff Castle - Main lodgings

Tak na mar­gin­e­sie, nie żebym się chwal­iła, ale w Cardiff też miałam bajecznie piękną pogodę!

Wstęp do państ­wowych muzeów w Wielkiej Bry­tanii jest dar­mowy, nieste­ty za wejś­cie do zamku w Cardiff trze­ba zapłacić dwanaś­cie i pół fun­ta (przy czym mieszkań­cy mias­ta mogą wejść za dar­mo). Plus dodatkowe trzy, jeśli chce się zwiedz­ić wieżę zegarową z prze­wod­nikiem (ja nie sko­rzys­tałam z tej atrakcji). Przy czym (o czym ja dowiedzi­ałam się dopiero po fak­cie) – przed wiz­ytą w tym miejs­cu warto kupić bilet na Hop-On Hop-Off Busa (więcej na ten tem­at „Hop Busów” napiszę w następ­nym Dyrdy­male), ponieważ dzię­ki niemu zysku­je się zniżkę na wejś­cie do zamku. I dru­ga waż­na uwa­ga: w cenie bile­tu do zamku dostaniemy audio-prze­wod­nik (nieste­ty bez wer­sji pol­skiej), ale ilość tych urządzeń jest ogranic­zona i w godz­i­nach szczy­tu może ich zabraknąć.


* A przy okazji, jak inaczej nazy­wać mieszkańców Cardiff? Cardif­fczanie? Cardif­fczy­cy? Cardifftowie? Cardiffri­an­ie?

Wszystko jest powiązane

Nie będę wam opowiadać o zwiedza­niu zamku w Cardiff, bo właś­ci­wie nie ma o czym pisać. Ot, zamek jak każdy inny – wyglą­da w porząd­ku, ale nie wywołu­je opadu szczę­ki. Dużo bardziej fas­cynu­ją­ca jest nato­mi­ast his­to­ria tego miejs­ca. I nie tylko jego. O zamku nie moż­na bowiem mówić bez wspom­i­na­nia o Cardiff oraz o mark­izach* Bute.

Przy czym, zan­im prze­jdę do rzeczy – miej­cie na uwadze, że opowiem wam o rzeczach, jakie udało mi się zapamię­tać. Nie będę wam podawać dat oraz innych, konkret­nych danych. Jeśli jesteś­cie sprag­nieni tego typu wiedzy, zerkni­j­cie do Wikipedii (a wer­s­ja ang­iel­s­ka zaw­iera jeszcze więcej infor­ma­cji).

Cardiff Castle - View from Keep

Dzisiejszy Dyrdy­mał będzie nieco inny od pozostałych, bo zami­ast wspom­nieni­a­mi i wraże­ni­a­mi, chcę się z wami podzielić his­torią zamku oraz Cardiff.

* Za Wikipedią: W Wielkiej Bry­tanii uży­wa się pię­ciu tytułów lor­dows­kich, według ran­gi: książę[…], mark­iz[…], earl, wicehra­bia[…] i baron; wszyscy lor­dowie uży­wa­ją tytu­latu­ry w formie: “Lord X”. Wspom­i­nam o tym, bo w dal­szej częś­ci tek­stu będę naprzemi­en­nie uży­wać zwrotów mark­iz i lord Bute**.

** Nie będę jed­nak przykładać wagi do genealogii rodu Bute i po pros­tu pisać markiz/lord Bute, bez podawa­nia jego imienia lub numeru porząd­kowego***. Miej­cie więc na uwadze, że będą­cy bohaterem dzisiejszego Dyrdy­mała „lord Bute”, nie był jed­nym, bard­zo dłu­go żyją­cym człowiekiem, tylko kilko­ma osoba­mi, które na przestrzeni lat dziedz­iczyły ten tytuł.

*** Mark­izów się numeru­je. W obec­nej chwili żyje VII mark­iz Bute, który – już zupełnie na mar­gin­e­sie – w lat­ach osiemdziesią­tych był kierow­cą raj­dowym.

Trochę historii

Zamek został wybu­dowany jeszcze za cza­sów Cesarst­wa Rzym­skiego. I już wtedy zyskał on for­mę, jakiej nie pow­sty­dz­iła­by się żad­na śred­niowiecz­na twierdza. Rzym­s­ki fort otaczał bowiem kami­en­ny, gru­by na kil­ka metrów mur.

Wiem, ter­az może to nie robić wraże­nia. Ale pomyśl­cie sobie, jak w tam­tych cza­sach czuli się zamieszku­ją­cy te ziemie, żyją­cy w drew­ni­anych chatkach Cel­towie, kiedy widzieli coś takiego. Rzymi­an­ie musieli im wyglą­dać na bogów lub przy­byszów z obcej plan­e­ty.

Cardiff Castle - North Gate

Na pier­wszy rzut oka wyglą­da jak każ­da inna, kami­en­na, śred­niowiecz­na bra­ma zamkowa. Tym­cza­sem takim imponu­ją­cym murem zamek otoczyli starożyt­ni Rzymi­an­ie.

autor: © Crys­t­ian Cruz

Na przestrzeni wieków zamek był wielokrot­nie prze­bu­dowywany. W między cza­sie trafił także w ręce rodu Bute. Jed­nak ponieważ śred­niowiecze się skończyło, a twierdza nie miała więk­szego znaczenia strate­gicznego – zaczęła popadać w ruinę. I w tym miejs­cu cała his­to­ria mogła­by się skończyć. Zamek był­by dziś stertą led­wie wys­ta­ją­cych z zie­mi kamieni, a Cardiff – małą, nic nie znaczącą wioską rybacką. Rzecz w tym, że w XIX wieku nastąpił niespodziewany zwrot akcji…

Królestwo czarnego złota

W XIX wieku w okoli­cach Cardiff odkry­to złoża węgla*. A ponieważ w cza­sach rewolucji prze­mysłowej węgiel miał taką wartość, jak obec­nie ropa naftowa, Cardiff, podob­nie jak ter­az Dubaj – w bard­zo krótkim cza­sie z niewielkiej mieścin­ki przek­sz­tał­cił się w duże, tęt­niące życiem mias­to, w którym osied­lali się ludzie z całej Europy. Nato­mi­ast miejs­cowi właś­ci­ciele ziem­scy – podob­nie jak arab­scy sze­jkowie – stawali się mil­ion­era­mi. A najbo­gat­szym z nich (i przez pewien czas także najzamożniejszym w całej Wielkiej Bry­tanii) był lord Bute**.

Plan zamku w Cardiff

Żebyś­cie mniej więcej wiedzieli, o czym zaraz będę wam opowiadać: oto plan zamku w Cardiff. Za Wikipedią: A – Bra­ma Północ­na; B – motte i donżon; C – dziedziniec zewnętrzny; D – główne aparta­men­ty; E – dziedziniec wewnętrzny; F – Wieża Zegarowa; G – Czarna Wieża; H – Bra­ma Połud­niowa i wieża bar­bakanu.

źródło: Wikipedia

Postaw­cie się w sytu­acji mark­iza Bute. Macie tytuł szlachec­ki, popada­ją­cy w ruinę zamek i masę kasy. Ilu z was oparło­by się pokusie i nie odbu­dowało zamku? Ba, ilu z was nie odbu­dowało­by zamku w tak bajer­anc­ki sposób, by zaw­sty­dz­ić samego króla?

Lord Bute okazał się być pod tym wzglę­dem „wład­cą” ide­al­nym. Spełnił swo­je fan­taz­je, ale jed­nocześnie uszanował his­torię i potrafił myśleć nie tylko o sobie, ale także o społeczeńst­wie Cardiff i to w sposób bard­zo współczes­ny.

Zna­j­du­ją­cy się po zachod­niej stron­ie kom­plek­su zamkowego, wbu­dowany w mur budynek mieszkalny, mark­iz prze­r­o­bił na styl neogo­ty­c­ki i urządz­ił z najwięk­szym, możli­wym przepy­chem. Każde z pomieszczeń w budynku zostało udeko­rowane w innym sty­lu. Jeden pokój jest więc na przykład śred­niowieczny, a inny – arab­s­ki. Dodatkowo, w połud­niowo-zachod­nim rogu muru, Bute wzniósł imponu­jącą wieżę zegarową.

Cardiff Castle - Banqueting Room

Ten przepych momen­ta­mi jest mega kic­zowaty, ale jak to mówią: kto bogate­mu zabroni?

Jed­nocześnie lord wyre­mon­tował śred­niowieczny donżon i odbu­dował pochodzące z cza­sów rzym­s­kich mury wokół zamku. Oby­d­wa budyn­ki starał się jed­nak odw­zorować z możli­wie jak najwięk­szą, his­to­ryczną dokład­noś­cią. I choć żyją­cym w cza­sach „remon­tu” mieszkań­com mias­ta nie podobało się to, że ruiny zostały odbu­dowane, współcześni his­to­rycy twierdzą, że doko­nana przez mark­iza rekon­strukc­ja bard­zo dobrze odd­a­je to, jak wspom­ni­ane budowle mogły wyglą­dać w cza­sach swo­jej świet­noś­ci.

Cardiff Castle - Rugby Wall

Pomi­ja­jąc to, że zdję­cie dosłown­ie pokazu­je zderze­nie his­torii ze współczes­noś­cią – jeśli przyjrzy­cie się murowi zamku zobaczy­cie, że ory­gi­nalne ruiny są odd­zielone od częś­ci zrekon­struowanej widoczną, czer­woną cegłą.

Inny­mi słowy: Lord Bute nie tyle odremon­tował zamek, co właś­ci­wie odbu­dował go niemal od zera.

autor: Huw Evans

Co ciekawe (i chy­ba nawet trochę niespo­tykane), mark­iz nie zapom­i­nał o lokalnej społecznoś­ci. W wybrane dni mieszkań­cy Cardiff mogli odwiedzać zarówno dziedziniec zamkowy, jak i przyle­ga­ją­cy do zamku park. I odpoczy­wać w tych miejs­cach podob­nie, jak ludzie robią to współcześnie. Lord Bute zarządz­ił także, by żaden budynek w Cardiff nie był wyższy od zna­j­du­jącej się w mieś­cie, wieży Kat­edry w Llandaff. Powód był prosty: Bute nie chci­ał by budyn­ki przytłacza­ły mieszkańców mias­ta.

Mało tego – mark­iz odd­ał mias­tu, zna­j­du­jącą się na północ­ny-wschód od zamku ziemię, z zas­trzeże­niem, że nie może być na niej prowad­zona dzi­ałal­ność o charak­terze komer­cyjnym. Jego wola jest przestrze­gana do tej pory. Na wspom­ni­anym obszarze zna­j­du­ją się par­ki miejskie oraz budyn­ki państ­wowe, takie jak urząd mias­ta, muzeum i uni­w­er­sytet. Budowle te nie są wysok­ie, mają maksy­mal­nie dwie-trzy kondy­gnac­je. I jak­by tego było mało, przed więk­szoś­cią z nich posad­zono drze­wa, by kami­enne bryły budynków jeszcze mniej przytłacza­ły mieszkańców mias­ta.


* Węgiel z Cardiff dawał moc­ny ogień, a po spale­niu zostawało po nim mało popi­ołu, przez co przez wiele lat bry­tyjs­ka mary­nar­ka wojen­na uży­wała tylko węgla pochodzącego z tego mias­ta.

** Kiedy jeden z lordów Bute zmarł niespodziewanie, całą for­tunę odziedz­iczył jego półroczny syn. To spowodowało, że chło­piec został okrzyknię­ty najbo­gat­szym dzieck­iem w Wielkiej Bry­tanii.

Jak pokazać środkowy palec w stylu brytyjskiego lorda

Od połud­nia i zachodu, do zamku w Cardiff przyle­ga ogrom­ny park, który – a jakże! – należał do lor­da Bute. I pewnego dnia nasz mark­iz, trochę znud­zony tym, że miał tak dużo pieniędzy, iż nie wiedzi­ał, na co je wydawać, wpadł na genial­ny pomysł. Stwierdz­ił, że chce urządz­ić w parku ogród zoo­log­iczny.

Nieste­ty rada mias­ta nie poz­woliła mu spełnić tej zach­cian­ki. Argu­men­towali to tym, że zoo w cen­trum Cardiff było­by niebez­pieczne, bo gdy­by któreś ze zwierząt uciekło, mogło­by pożreć mieszkańców mias­ta (może nie wszys­t­kich, ale kilku na pewno).

Jak na ten brak zgody zareagował lord Bute? Otoczył park kami­en­nym murem. Ale jak pewnie zdążyliś­cie zauważyć, mark­iz był człowiekiem nietuzinkowym, więc wznie­siony przez niego mur także nie był zwykły. Co różniło go od innych, podob­nych kon­strukcji? To, że zdo­biły go rzeź­by takie, jak ta:

Cardiff - Animal Wall - Leopard - front

Inny­mi słowy: mur ozdo­biono rzeźba­mi dziewię­ciu zwierząt (później, dodano kole­jne sześć rzeźb), które wyglą­dały tak, jak­by przeskaki­wały przez mur i uciekały z parku, do mias­ta. Chy­ba nikt w his­torii ludzkoś­ci nie pokazał komuś w bardziej finezyjny sposób ges­tu Koza­kiewicza.

Żeby było śmieszniej, w lat­ach siedemdziesią­tych XX wieku, mias­to postanow­iło posz­erzyć drogę bieg­nącą wzdłuż zamku. Z tego powodu mur miał zostać wybur­zony. Ale mieszkań­cy Cardiff się na to nie zgodzili. Co nato­mi­ast doprowadz­iło do tego, że mias­to musi­ało wydać dodatkowe pieniądze i przed posz­erze­niem dro­gi prze­nieść mur bliżej zamku. I mark­iz Bute, wiele lat po śmier­ci, przy pomo­cy muru znowu pokazał radzie mias­ta środ­kowy palec. Jeśli to nie jest mis­tr­zost­wo, to nie wiem, jak to nazwać.

Cardiff - Animal Wall - Lioness

Niby rzeź­ba z kamienia, ale człowiek czu­je niepokój, gdy taka bes­tia spoglą­da na niego czu­jnym i nieco zaciekaw­ionym wzrok­iem.

Od siebie dodam jeszcze, że rzeź­by robią naprawdę duże wraże­nie. Więk­szość wyglą­da bard­zo real­isty­cznie (hiena, wilk i bóbr nieste­ty nie wyszły do koń­ca dobrze, a niedźwiedź ma komicznie wytrzeszc­zone oczy). I jak­by tego było mało, niek­tóre z nich posi­ada­ją szk­lane oczy, przez co odnosi się wraże­nie, że zwierzę­ta lada moment ożyją, rozkruszą kami­en­ną sko­rupę, która je otacza i na serio przeskoczą przez mur.

W służbie mieszkańcom

Zło­ta, „węglowa” epo­ka Cardiff skończyła się po I wojnie świa­towej. Mark­iz Bute popadł w kłopo­ty finan­sowe, przez co zaczął sys­tem­aty­cznie wyprzedawać swo­je ziemie, kopal­nie oraz inne mająt­ki. Ostate­cznie, niedłu­go po II wojnie świa­towej rodz­i­na Bute odd­ała mias­tu Cardiff zarówno zamek, jak i przyle­ga­ją­cy do niego park (z zas­trzeże­niem, by z oby­d­wu tych miejsc mieszkań­cy mias­ta mogli korzys­tać za dar­mo). Zan­im to jed­nak nastąpiło, posi­adłość lor­da Bute jeszcze raz przysłużyła się lokalnej społecznoś­ci.

W trak­cie II wojny świa­towej, Cardiff było częstym celem nalotów bom­bowych. W mieś­cie ist­ni­ały co praw­da schrony, zostały one jed­nak wybu­dowane na szy­bko i z kiep­skiej jakoś­ci mate­ri­ałów, przez co nie gwaran­towały bez­pieczeńst­wa. Dlat­ego lud­ność cywilna chroniła się w tunelu wybu­dowanych pod… zamkowym murem (tym samym, który został zrekon­struowany na wzór rzym­s­ki). W sum­ie w miejs­cu tym schronie­nie zna­j­dowało praw­ie dwa tysiące osób.

Cardiff Castle - Shelter

Kiedy mark­iz Bute odbu­dowywał starożyt­ny mur, pewnie nawet przez myśl mu nie przeszło, że jeszcze kiedyś, w pewnym sen­sie, będzie on pełnił funkcję obron­ną.

Prze­ci­wlot­niczy schron pod murem moż­na zwiedzać do tej pory. I wys­tawa w tym miejs­cu została urząd­zona w bard­zo fajny sposób. Na ścian­ie może­my oglą­dać plakaty pro­pa­gandowe z cza­sów wojny, nato­mi­ast w głośnikach słyszymy odgłosy bom­bar­dowa­nia.

Wiejskie, walijskie klimaty

Po tym, jak razem z Amelią zwiedz­iłam zamek w Cardiff, moja towarzysz­ka stwierdz­iła, że ter­az jedzie zobaczyć, zna­j­du­ją­cy się na obrzeżach mias­ta, St Fagans Nation­al Muse­um of His­to­ry. Nie miałam zielonego poję­cia, co to za miejsce, ale zgod­nie z planem, by w ramach improw­iz­a­cji zdać się na Amelię – postanow­iłam odwiedz­ić to muzeum razem z nią.

Do St Fagans moż­na dojechać busem, cena bile­tu w obie strony to trzy i pół fun­ta. Wstęp do samego muzeum jest bezpłat­ny. Nieste­ty okaza­ło się, że St Fagans to po pros­tu skansen wsi wal­i­jskiej. „Nieste­ty”, bo ja nie jestem fanką skansenów. To znaczy – nie wzbra­ni­am się przed ich oglą­daniem, ale też nie wzbudza­ją one u mnie dużej ekscy­tacji. O miejs­cu tym nie napiszę wam więc wiele. Jedynie tyle, że jeśli oglą­da­cie filmy lub seri­ale his­to­ryczne roz­gry­wa­jące się w Wielkiej Bry­tanii i widzieliś­cie przy­na­jm­niej jeden skansen w Polsce – St Fagans najpraw­dopodob­niej niczym was nie zaskoczy.

Amelia z Australii

Wyciecz­ka do St Fagans nie poszła jed­nak na marne, bo dzię­ki niej spędz­iłam więcej cza­su z Amelią. I role trochę się odwró­ciły, bo to ja zostałam jej „prze­wod­nikiem”, dzieliłam się z nią moją wiedzą na różne tem­aty. Przykład­owo Amelia chy­ba nigdy wcześniej nie widzi­ała skansenu. I była zaskoc­zona, gdy powiedzi­ałam jej, że nie jesteśmy w prawdzi­wej wiosce, a otacza­jące nas budyn­ki zostały przy­wiezione z różnych regionów Walii.

Jak na osobę z Aus­tralii przys­tało, Amelia nie do koń­ca oga­r­ni­ała też prob­lem zimowych mrozów i ogrze­wa­nia. Kiedy zobaczyła chatkę, w której jedne z drzwi w kuch­ni prowadz­iły bezpośred­nio do obo­ry stwierdz­iła, że to niehigien­iczne, i że obo­ra mogła­by stać dalej od domu. Wyjaśniłam jej wtedy, że budynek ma taką kon­strukcję po to, by w zimie gospo­darz nie musi­ał wychodz­ić na pole, by nakarmić zwierzę­ta, tym samym wypuszcza­jąc z domu ciepło.


Jed­nocześnie nie roz­maw­iałyśmy tylko i wyłącznie o skanse­nie, ale też o innych sprawach. My, Pola­cy mamy kom­pleks, że ludzie na świecie nie wiedzą, gdzie leży nasz kraj i jaka jest jego his­to­ria. Tym­cza­sem Amelia miała naprawdę dużą wiedzę na tem­at Pol­s­ki. Ba, ja czułam się trochę zaw­sty­d­zona, bo wydawało mi się, że na tem­at Aus­tralii wiem znacznie mniej, niż ona o naszej ojczyźnie.

Amelia jed­nak ani razu nie zapy­tała z oburze­niem „jak możesz tego nie wiedzieć”. Zami­ast tego mądrze odpowiadała na moje pyta­nia doty­czące jej kra­ju oraz życia. A ja równie kom­pe­tent­nie starałam się opowiadać jej o Polsce*.


Nie mam prob­lemów z rozu­mie­niem języ­ka ang­iel­skiego. Nieco gorzej wychodzi mi mówie­nie w ten sposób. Albo nie potrafię znaleźć słów, albo wiem co powiedzieć, ale język odmaw­ia mi posłuszeńst­wa. Na szczęś­cie z natu­ry jestem gadułą i jeśli zna­jdę rozmów­cę, z którym mogę prowadz­ić ciekawą kon­wer­sację – przes­ta­ję się prze­j­mować tym, jak kiep­s­ka jest moja wymowa.

A Amelia nie tylko była wspani­ałą rozmów­czynią, ale też doskon­ałym słuchaczem. Wyda­je mi się, że mój kiep­s­ki ang­iel­s­ki w ogóle jej nie przeszkadzał. Co więcej, kiedy kil­ka razy zdarzyło mi się, że się „zacięłam”, nie wiedzi­ałam jak sfor­mułować zdanie, by było poprawne gra­maty­cznie, Amelia zawsze stwierdza­ła przy­ja­ciel­sko „w porząd­ku, wiem o co ci chodzi, mów dalej”. Szy­bko zori­en­towała się też, że zdarza mi się mylić wschód z zacho­dem i północ z połud­niem (co ciekawe, kiedy mówię po pol­sku nie mam takiego prob­le­mu), więc nier­az pytała – bez żad­nej złośli­woś­ci – czy na pewno miałam na myśli ten, a nie inny kierunek świa­ta (a ja wtedy ori­en­towałam się, na przykład, że właśnie powiedzi­ałam, iż Kam­cza­t­ka leży na zachodzie Rosji).

Raz zdarzyło mi się popełnić błąd, który nawet wyrozu­mi­ałą i potrafiącą domyślić się znaczenia z kon­tek­stu Amelię wprowadz­ił w kon­ster­nację. Przy okazji wspom­ni­anej chat­ki z oborą, chci­ałam powiedzieć jej, że w Polsce i praw­dopodob­nie także w Wielkiej Bry­tanii, w zimie w kuch­ni trzy­mano między inny­mi kozy i kury. No i zami­ast chick­ens in kitchen (tak, wiem chick­ens to kur­czak, a nie kura) powiedzi­ałam kitchens in kitchen. Wtedy Amelia zapy­tała mnie (bard­zo grzecznie, wręcz przeprasza­ją­co), o co mi chodz­iło. I kiedy zori­en­towałam się, co właśnie powiedzi­ałam – oby­d­wie śmi­ałyśmy się z mojego błę­du do rozpuku.

Innym razem chci­ałam użyć słowa „ter­mos”, ale ponieważ nie wiedzi­ałam, jak ten wyraz brz­mi po ang­iel­sku, okrężną drogą wyjaśniłam Amelii, o co mi chodzi. Na co Amelia stwierdz­iła „po ang­iel­sku to nazy­wa się ther­mos”. A ja znów się zaśmi­ałam „serio, po pol­sku nazy­wa się to dokład­nie tak samo!”.


Inny­mi słowy, prag­nę wam tym wszys­tkim powiedzieć, że nie musi­cie się bać mówić po ang­iel­sku (bo słysza­łam, że niek­tórzy się tego boją). Anglo­języ­czne oso­by was nie wyśmieją i więk­szość wypowiadanych przez was słów zrozu­mieją. A jeśli przy­pad­kiem (w co wąt­pię) spotka­cie kogoś niemiłego, kto skry­tyku­je was za to, że mówicie niepoprawnie, zawsze może­cie mu się odgryźć, że mówicie po ang­iel­sku lep­iej, niż on po pol­sku.


* Najwięk­szym wyzwaniem było dla mnie opowiedze­nie Amelii o naszych zwycza­jach bożonar­o­dzeniowych. Ale jakoś udało mi się to zro­bić. No i Amelia była zach­wycona, kiedy dowiedzi­ała się, że w Polsce, w grud­niu, więk­szość dzieci dosta­je prezen­ty dwa razy, na Mikoła­ja i na Wig­ilię.

Hop do busa

Nim się zori­en­towałam, wybiła godz­i­na czwarta po połud­niu. Razem z Amelią wró­ciłam do cen­trum Cardiff. Ona musi­ała wró­cić do hostelu i się spakować, bo z samego rana wyrusza­ła na dal­sze zwiedzanie Europy. Ja postanow­iłam dalej podzi­wiać stolicę Walii. I (za radą Amelii) wsi­adałam do wspom­ni­anego wcześniej „Hop Busa”.

Co zobaczyłam z jego pokładu? Cóż – dłu­go by opowiadać, dlat­ego tego dowiecie się w następ­nej odsłonie Wielkiej, Geekowej Przy­gody.

Great, Geek Adventure

Wielka, Geekowa Przygoda – pozostałe wpisy:

Więcej zdjęć z Wielkiej Bry­tanii
możesz zobaczyć w galerii!

O ile nie zostało stwierd­zone inaczej, zdję­cia ilus­tru­jące wpis są mojego autorstwa.

  • Pingback: W poszukiwaniu tajnej bazy Torchwood | Dyrdymały()

  • Pingback: Bezcelowy spacer po Londynie | Dyrdymały()

  • Pingback: Tropem Doktora | Dyrdymały()

  • Katarzy­na Lew­cun

    A ja tylko napisze: piek­na parafraza pieknej frazy! (Chodzi o tytul wpisu) Zdje­ci­a­mi i tek­stem juz sie nie bede zach­wycac, zeby Ci sie moje pochwaly nie prze­jad­ly :P

  • Mar­lena Bier

    Czy­ta­jąc ten dyrdy­mał cały czas się uśmiechałam, zna­j­du­jąc ku temu kole­jne powody. Bard­zo podobała mi się his­to­ria zamku w Cardiff. Przyz­nam szcz­erze, że choć lubię his­to­ryczne budowle, to rzad­ko spoglą­dam na nie w ten sposób, tzn. przez pryz­mat losów zamieszku­ją­cych je osób, raczej loku­je je w epoce, zach­wycam się jakim­iś deta­la­mi architek­ton­iczny­mi czy wyjątkowym przez­nacze­niem. Poza tym, arys­tokrac­ja i ich zam­ki, rzad­ko kojarzy się (pewnie nie tylko mne) pozy­ty­wnie, a tu proszę, ile dobrego może zdzi­ałać ktoś pozy­ty­wnie zakrę­cony, do tego ze specy­ficznym, jak się okazu­je poczu­ciem humoru i jeszcze dostępem do ogrom­nej iloś­ci gotów­ki :)
    Fan­tasty­cznie też było przeczy­tać, że znów spotkałaś przemiłą osobę na swo­jej drodze i do tego prowadzącą aktu­al­nie taki intere­su­ją­cy tryb życia ;) To niesamowite, że mimo braku konkret­nego planu, tak wiele rzeczy fan­tasty­cznie się rozwiąza­ło w Two­jej podróży i nawet słyn­na bry­tyjs­ka pogo­da nie spłatała Ci psikusa ;) (Cho­ci­aż usłysza­łam kiedyś, że jeśli w cza­sie poby­tu w Wielkiej Bry­tanii nie zmoczył Cię deszcz, bo aku­rat nie wzięłaś para­sol­ki, to chy­ba nie byłaś na “tych” wys­pach :P) To tak jak­by Twoim przez­nacze­niem było dotrzeć w te wszys­tkie miejs­ca (no i zdać nam potem relację hehe) ;) Zgadzam się z też, ze wszys­tkim, co napisałaś o mówie­niu w języku ang­iel­skim, to praw­da, że najtrud­niej jest się przeła­mać, ale ostate­cznie nie brz­mi się aż tak źle, jak we włas­nej głowie i, choć oczy­wiś­cie fajnie jest mówić poprawnie, to jed­nak ostate­cznie liczy się tylko przekaz i odbiór infor­ma­cji, dopó­ki jest dobry, pal licho końców­ki ;)
    No i tak, na koniec, nor­mal­nie rozbroiła mnie Two­je rodz­i­na :) Nieźle ich wye­dukowałaś, sko­ro nie do koń­ca poradzili sobie z zapamię­taniem nazwy Cardiff, za to na pewno wiedzieli, że zwiedza­sz krainę Dok­to­ra Who :D Bra­wo!

    • Poza tym, arys­tokrac­ja i ich zam­ki, rzad­ko kojarzy się (pewnie nie tylko mne) pozy­ty­wnie

      Tak, mnie też to pozy­ty­wnie zaskoczyło. Poza tym bard­zo częs­to postaci his­to­ryczne są mi obo­jętne (kto by się prze­j­mował jakimś tam lor­dem, żyją­cym ileś tam lat temu), a tym­cza­sem losy mark­izów Bute są tak ciekawe, że zasługi­wały­by na jak­iś ser­i­al telewiz­yjny (czy BBC mnie słyszy? ;)

      nawet słyn­na bry­tyjs­ka pogo­da nie spłatała Ci psikusa ;)

      Spoil­er: jed­nego dnia zła­pał mnie deszcz! ;)

      nor­mal­nie rozbroiła mnie Two­je rodz­i­na :) Nieźle ich wye­dukowałaś, sko­ro nie do koń­ca poradzili sobie z zapamię­taniem nazwy Cardiff, za to na pewno wiedzieli, że zwiedza­sz krainę Dok­to­ra Who :D

      Wszys­tko przez to, że na pytanie: „Co to takiego, to Cardiff?” odpowiedzi­ałam im: „To takie mias­to, gdzie jest muzeum Dok­to­ra Who”. Na co moi Rodz­ice poki­wali głowa­mi, jak­by pomyśleli: „Ach tak, znowu ten Dok­tor Who. Powin­niśmy się tego domyśleć…” ;)

  • Pingback: Miasto na miarę człowieka | Dyrdymały()

  • Pingback: W Królestwie Niesamowitości | Dyrdymały()

  • Pingback: Spontaniczny prezent, który trzeba było zaplanować | Dyrdymały()