Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wielka Geekowa Przygoda:

W poszukiwaniu tajnej bazy Torchwood

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień drugi, część II

Muszę się wam do czegoś przyz­nać: we wstępie do pier­wszego Dyrdy­mała opisu­jącego moją Wielką, Geekową Przy­godę, trochę skła­małam. Albo prędzej: nie wyz­nałam wam całej prawdy. Na początku lip­ca stwierdz­iłam bowiem: „Mamo, Tato, chcę pole­cieć do Anglii!”. A potem (o czym nie napisałam na blogu) dodałam: „chcę zwiedz­ić Lon­dyn i Cardiff”. Na co moja Mama odpowiedzi­ała: „Lon­dyn OK, ale co to jest Cardiff?”

Jeśli wy również nie wiecie czym jest Cardiff (i przy okazji nie macie poję­cia, co to takiego, to wspom­ni­ane w tytule Torch­wood), nie pyta­j­cie Googla o co chodzi – niedłu­go wszys­tko stanie się dla was jasne!

Porozmawiajmy o autobusach

Zan­im prze­jdę do tem­atu dzisiejszego Dyrdy­mała, muszę poświę­cić chwilę bry­tyjskiemu trans­portowi międzymi­as­towe­mu, bo była to kole­j­na rzecz w UK, która pozy­ty­wnie mnie zaskoczyła.

Zaczni­jmy od tego, że już sam pro­ces zakupu bile­tu przez inter­net (konkret­nie na auto­bus linii Nation­al Express) jest trochę inny niż w Polsce. To znaczy: wszys­tko prze­b­ie­ga zwycza­jnie (a strona www przy okazji jest spol­szc­zona). Rzecz w tym, że pod­czas jed­nego z kroków zakupu, moż­na dopłacić do bile­tu jed­nego fun­ta, który zostanie przekazany na cele chary­taty­wne. Drob­na rzecz, ale cieszy.

Poza tym, co bard­zo mnie rozbaw­iło, w for­mu­la­rzu z dany­mi osobowy­mi, poza stan­dar­d­owym imie­niem, nazwiskiem i adresem, trze­ba także podać swój tytuł. I do wyboru, poza zwro­ta­mi typu pan/pani/panna, są także, między inny­mi… tytuły szlacheck­ie! Takie rzeczy tylko w Wielkiej Bry­tanii! :)

National Express

Kusiło mnie, by podać się za Lady Joan­nę. Bałam się jed­nak, że pod­czas kon­troli biletów będę musi­ała jakoś udowod­nić swo­je szlacheck­ie pochodze­nie. A prze­cież głu­pio by było, gdy­by kanar upuś­cił mi krwi i okaza­ło się, że ta nie jest błęk­it­na. :P

źródło: Nation­al Express

Zupełnie inaczej wyglą­da też wsi­adanie do auto­busu. Ludzie nie tłoczą się na pły­cie dwor­ca. Wszyscy czeka­ją wewnątrz budynku, a kiedy auto­bus pod­jedzie na swo­je stanowisko, otwiera się bram­ka i pasażerowie, pod opieką kierow­cy, uda­ją się do auto­busu. Kierow­ca na czas załadunku nosi odblaskową kamizelkę (bez­pieczeńst­wo przede wszys­tkim!) i to on wkła­da bagaże do bagażni­ka. Kiedy zapy­tałam się go, czemu sama nie mogę tego zro­bić (kierow­ca był starszym panem, a ja miałam cięż­ki ple­cak, więc nie chci­ałam go męczyć), odpowiedzi­ał mi, że to niebez­pieczne, bo mogłabym uderzyć głową o drzwi bagażni­ka. Wiem, że z mojej, pol­skiej per­spek­ty­wy, wyda­je się to śmieszne, ale z drugiej strony, czy wypa­da śmi­ać się z tego, że ktoś dba o twój kom­fort i bez­pieczeńst­wo?


Auto­bus (jak wszys­tko w Wielkiej Bry­tanii) był mon­i­torowany. Jed­na z kamer skierowana była na luk bagażowy i pod­czas pos­to­ju widok z tej kamery wyświ­et­lał się na ekranie wewnątrz pojaz­du. Bard­zo mi się to spodobało, bo kiedy jeżdżę auto­busa­mi w Polsce, zawsze martwi mnie właśnie to, że ktoś obcy (spec­jal­nie, bądź też przy­pad­kiem) zabierze z luku bagażowego moją wal­izkę.

Nato­mi­ast po tym, jak auto­bus ruszył, ekran zaczął pokazy­wać widok z kamery umieszc­zonej na przodzie pojaz­du. Poza tym po wyjecha­niu z dwor­ca, z głośników dało się słyszeć komu­nikat infor­mu­ją­cy między inny­mi o tym, że pod­czas jazdy należy mieć zapięte pasy i nie powin­no się roz­maw­iać przez tele­fon, by nie uprzykrzać podróży innym pasażerom. Znów: drob­ne rzeczy, ale naprawdę cieszą. I dodatkowy plus – w każdym auto­bus­ie Nation­al Express jest łazien­ka*.

Ach i jeszcze jed­na, istot­na sprawa: rozkłady jazdy auto­busów biorą pod uwagę możli­we kor­ki. Więc jeśli na bile­cie pisze, że przy­jedziecie do celu o 20:50, to niemal na pewno tak się stanie.


* Jeśli pojedziecie kiedyś do Cardiff i was „przy­ciśnie”, sko­rzys­ta­j­cie z toale­ty w auto­bus­ie, bo w mieś­cie zna­j­du­je się tylko przys­tanek auto­bu­sowy**, nie ma nato­mi­ast budynku dwor­ca i całej infra­struk­tu­ry, jaka zna­j­du­je się w takich miejs­cach.

** Główny przys­tanek w Cardiff zna­j­du­je się koło Sophia Gar­dens. Jest to jed­nak miejsce zna­j­du­jące się nieco na uboczu, dlat­ego lep­iej wysiąść z auto­busu na wcześniejszym przys­tanku, zna­j­du­ją­cym się pod zamkiem. Stamtąd jest bliżej do każdego, wartego zobaczenia miejs­ca w mieś­cie.

Kierunek: zachód

Początkowo, pod­czas jazdy podzi­wiałam Lon­dyn. Ale auto­bus szy­bko wyjechał z mias­ta, na autostradę. Dro­ga była pros­ta i płas­ka. Na dodatek niemal cały czas po jej bokach zna­j­dowały się nasypy zie­mi, przez co podzi­wian­ie ang­iel­s­kich widoków było niemożli­we. A kiedy nasypów nie było – wokół roz­cią­gały się nudne pola uprawne. Szy­bko straciłam więc zain­tere­sowanie tym, co było widać za oknem i usnęłam.


Wiecie, co w mojej Wielkiej, Geekowej Przy­godzie było najlep­sze? To, że niemal wszys­tko układało się po mojej myśli, a cza­sem nawet lep­iej. I tak pod­czas jazdy auto­busem dotarł do mnie SMS od Siostry z pytaniem, gdzie jestem. Co w tym takiego wspani­ałego? To, że dźwięk otrzy­manej wiado­moś­ci mnie obudz­ił i stało się to aku­rat w chwili, kiedy prze­jeżdżałam nad Kanałem Bris­tol­skim.

Nieste­ty nie podzielę się z wami zdję­ci­a­mi z tego miejs­ca, bo jechałam zbyt szy­bko i wszys­tkie fotografie wyszły zamazane. Ale jej, co to był za widok! Chy­ba nigdy wcześniej nie jechałam mostem, który był­by tak dłu­gi i wokół którego było­by tyle wody! I jak­by tego było mało – słońce aku­rat zachodz­iło, nada­jąc wszys­tkiemu osza­łami­a­jące kolory. Widok jak z baj­ki. Albo znowu: jak z fil­mu lub seri­alu!

Oto jest Cardiff!

Uwa­ga, ter­az będzie krót­ka lekc­ja geografii.

Przyjęło się mówić „Anglia” albo „Wiel­ka Bry­ta­nia”, tym­cza­sem oby­d­wie te nazwy są nie do koń­ca praw­idłowe. Ofic­jal­na nazwa kra­ju, o którym wam opowiadam to Zjed­noc­zone Królest­wo Wielkiej Bry­tanii i Irlandii Północ­nej. W skró­cie Zjed­noc­zone Królest­wo, czyli Unit­ed King­dom, czyli w jeszcze więk­szym skró­cie UK.

Mało tego, Wiel­ka Bry­ta­nia także nie jest czymś jed­no­li­tym, dzieli się na trzy księst­wa: Anglię, Wal­ię i Szkocję. Każdy z tych regionów (podob­nie, jak Irlan­dia Północ­na) posi­a­da pewnego rodza­ju autonomię, włas­ną stolicę oraz dodatkowy – poza ang­iel­skim – język urzę­dowy. Najważniejsze w tym wszys­tkim jest nato­mi­ast to, że mieszkań­cy poszczegól­nych księstw, przykłada­ją dużą wagę do swoich „auto­nom­icznych” nar­o­dowoś­ci. To znaczy: wszyscy są Bry­tyjczyka­mi, ale już nie każdy jest Anglikiem. I gdy­by na przykład Szkot usłyszał, że mówimy, iż „Szkoc­ja leży w Anglii”, to poczuł­by się równie urażony, jak my, gdy­by ktoś stwierdz­ił, że Pol­s­ka jest częś­cią Rosji.

Zwracam wam na to uwagę, bo wielu ludzi nie kuma tych różnic*, a moim zdaniem warto zdawać sobie z nich sprawę!


Wróćmy do Cardiff. Co to takiego? Otóż jest to mias­to, które przy okazji jest stolicą Walii (Cardiff pełni tę funkcję od 1955 roku, co czyni go jed­ną z najmłod­szych stolic na świecie). I to właśnie tam jechałam auto­busem. Tylko, po co?

Otóż musi­cie wiedzieć, że dla pro­dukcji stacji BBC, Cardiff jest tym samym, czym dla amerykańs­kich seri­ali Van­cou­ver. W mieś­cie po pier­wsze zna­j­du­je się wielkie stu­dio fil­mowe, a po drugie – jego ulicz­ki częs­to uda­ją Lon­dyn, a cza­sem także inne mias­ta (w przy­pad­ku wspom­ni­anego Van­cou­ver, mias­to i jego oko­lice robią za całe Stany Zjed­noc­zone). Dlat­ego jeśli oglą­da­cie, jak bohaterowie Doc­tor Who lub Sher­loc­ka bie­ga­ją po Lon­dynie, miej­cie świado­mość, że w dziewię­ciu przy­pad­kach na dziesięć widzi­cie Cardiff, z dok­le­joną kom­put­erowo panoramą stol­i­cy Anglii w tle (ha, w tym przy­pad­ku mogę użyć nazwy „Anglia”!).

Cardiff Dragon Logo

Tak na mar­gin­e­sie, jak moż­na nie zach­wycać się miastem, które ma takie ładne logo!

źródło: Cardiff Liv­ing

Dlat­ego właśnie (oraz z jeszcze jed­nego powodu, o którym wspom­nę kiedy indziej) dla gee­ka takiego, jak ja, Lon­dyn był zaled­wie punk­tem prze­si­ad­kowym. A głównym celem podróży – właśnie Cardiff!


* Ten brak wiedzy prowadzi nato­mi­ast do tego, że na przykład fil­mowi What We Did on Our Hol­i­day**, którego akc­ja dzieje się w Szkocji, nadano pol­s­ki tytuł Nasze zwar­i­owane ang­iel­skie wakac­je Serio, cieszmy się, że Szko­ci się o tym nie dowiedzieli, bo mogła­by być z tego afera na skalę między­nar­o­dową!

** Swo­ją drogą, bo bard­zo mądry, sym­pa­ty­czny i zabawny film, który na dodatek moż­na zobaczyć na Show­max (nieste­ty tylko z lek­torem). Z całego ser­ca pole­cam wam to zro­bić – nie pożału­je­cie!

Prawdziwa Wielka Brytania

Mogę się mylić, bo są to obserwac­je wys­nute na pod­staw­ie oglą­da­nia bry­tyjs­kich filmów i seri­ali, ale myślę, że architek­ton­icznie, Lon­dyn znaczą­co różni się od resz­ty UK. Inny­mi słowy, żeby poczuć prawdzi­wy kli­mat Wielkiej Bry­tanii, trze­ba wyjechać z jej stol­i­cy. I pobyt w Cardiff utwierdz­ił mnie w tym przeko­na­niu (choć oczy­wiś­cie nie mogę oce­ni­ać całego kra­ju po wiz­y­cie w jed­nym mieś­cie).


Kiedy wędrowałam uli­ca­mi Lon­dynu, wszys­tko wydawało się inne, wręcz niere­alne. Stoli­ca Walii była nato­mi­ast dużo bardziej swo­js­ka. Każde miejsce ma inny kli­mat oraz pewnego rodza­ju energię. Cardiff pod tym wzglę­dem przy­pom­i­nało mi mias­ta takie, jak na przykład Wągrowiec lub Tomaszów Mazowiec­ki. Niby duże metropolie, ale życie zda­je się w nich toczyć spoko­jnie. Niby zamieszkane przez wielu ludzi, ale na uli­cach praw­ie nie ma tłumów. Niby z sze­roki­mi droga­mi, ale poza godz­i­na­mi szczy­tu nie jeździ po nich wiele samo­chodów.

Jak­by tego wszys­tkiego było mało, chod­ni­ki w bocznych uliczkach Cardiff wydawały mi się bard­zo pol­skie. Tak samo, jak u nas były pełne nierównoś­ci oraz szpar pomiędzy zwichrowany­mi przez czas płytka­mi chod­nikowy­mi. Założę się, że wiele z nich położono jeszcze przed moim urodze­niem.


O ile jed­nak duchowo i chod­nikowo Cardiff przy­pom­i­nało pol­skie miastecz­ka, tak architek­ton­icznie było na wskroś Bry­tyjskie. Zupełnie inne, niż Lon­dyn. Ale jed­nocześnie, gdy­byś­cie przy­pad­kowo tele­por­towali się do tego miejs­ca, to praw­dopodob­nie jed­no spo­jrze­nie na sto­jące wzdłuż dro­gi budyn­ki wystar­czyło­by wam, by zgad­nąć, że wylą­dowal­iś­cie w UK.

Ulica w Cardiff

Zakochałam się w Cardiff po pię­ciu min­u­tach poby­tu w tym mieś­cie. Bo jak moż­na nie zach­wycić się miejscem, w którym ludzie mieszka­ją w domach takich, jak te.

PS. To zdję­cie zostało wyko­nane następ­nego dnia, bo kiedy przy­jechałam do Cardiff, było trochę ciem­niej. ;)

Kole­jną wartą odno­towa­nia cechą Cardiff jest język wal­i­js­ki. Na wszys­t­kich „rzą­dowych” obiek­tach (czyli na przykład na znakach dro­gowych lub pom­nikach) napisy są w dwóch językach: po ang­iel­sku i właśnie po wal­i­jsku. A ponieważ język wal­i­js­ki jest niepodob­ny do żad­nego innego i przy okazji przy­wodzi na myśl sposób, w jaki mogły­by mówić elfy – wszys­tkie te napisy spraw­ia­ją, że Cardiff wyda­je się jeszcze bardziej niezwykłe i trochę mag­iczne.

Pasy – poziom trudności: ekspert

Gdy­by prze­chodze­nie przez jezd­nię w Wielkiej Bry­tanii było grą kom­put­erową, to Lon­dyn był­by pier­wszym etapem takiej roz­gry­w­ki; może nawet samouczkiem. Po wyjś­ciu z auto­busu w Cardiff, poczułam się nato­mi­ast, jak­bym ktoś wpisał kod i przeniósł mnie do dziesiątego poziomu tej gry. I to wcale nie było fajne, bo w odróżnie­niu od innych „graczy” brakowało mi punk­tów doświad­czenia i nie miałam cza­su na zdoby­cie umiejęt­noś­ci „najpierw patrz w pra­wo, kiedy prze­chodzisz przez jezd­nię”*.

W Cardiff na drodze przy prze­jś­ci­ach dla pieszych nie ma wymalowanych strza­łek pod­powiada­ją­cych, w którą stronę patrzeć. Na szczęś­cie przy każdych pasach jest syg­nal­iza­c­ja świ­etl­na, ale ona też, jak na ele­ment pochodzą­cy z wyższego eta­pu gry przys­tało, nie jest dla „ama­torów”.


Nie wszys­tkie syg­nal­iza­c­je w stol­i­cy Walii wyglą­da­ją tak, jak w Polsce. Nad Wisłą po naciśnię­ciu guzi­ka patrzy się przed siebie i czeka, aż światło zna­j­du­jące się po drugiej stron­ie uli­cy, zmieni się na zielone. W Cardiff, w przy­pad­ku połowy syg­nal­iza­cji, zielone światło pojaw­ia się powyżej guzi­ka, który naciska się, by prze­jść przez drogę. I na dodatek: wiele syg­nal­iza­cji nie jest przys­tosowanych do osób niewidomych i nie wyda­je żad­nych syg­nałów dźwiękowych.

W efek­cie, w wyniku przyzwycza­je­nia, częs­to zdarza­ło mi się wcis­nąć guzik, a następ­nie spoglą­dać przed siebie, wypa­tru­jąc zielonego światła po drugiej stron­ie dro­gi. Przez co nie zauważałam, kiedy świtało zmieni­ało się na zielone. Co w połącze­niu z tym, że w Cardiff, podob­nie jak w Lon­dynie, zielone światła na prze­jś­ci­ach dla pieszych świecą się bard­zo krótko, spraw­iało, że częs­to udawało mi się prze­jść przez jezd­nię dopiero po drugim lub trzec­im naciśnię­ciu przy­cisku.


Uwierz­cie mi, dużo łatwiej (i szy­b­ciej) jest w grze Skyrim, bez zbroi, pokon­ać smo­ka goły­mi ręka­mi!


* Podob­no jeśli w Lon­dynie wykona się spec­jal­ny quest, w nagrodę moż­na dostąpić zaszczy­tu roz­mowy z misty­cznym drui­dem, który obdarzy nas tą umiejęt­noś­cią, pod warunk­iem, że podaru­je­my mu złotą jemiołę, którą da się zdobyć w innym queś­cie. ;)

Wiedza wyniesiona z serialu

Więk­szość ludzi na świecie potrafi w ułamku sekundy rozpoz­nać Big Bena i wskazać, że zna­j­du­je się on w Lon­dynie. Więk­szość fanów Dok­to­ra Who (a zwłaszcza pier­wszych czterech serii) równie szy­bko ziden­ty­fiku­je, zna­j­du­jące się w Cardiff, Wales Mil­len­ni­um Cen­tre. I o ile w przy­pad­ku Doc­tor Who budynek ten stanow­ił jedynie imponu­ją­cy ele­ment tła, tak w spin-offie seri­alu, Torch­wood, grał on jed­ną z głównych ról.

OK, a czym dokład­nie jest to Torch­wood? Kil­ka lat temu popełniłam dość długiego Dyrdy­mała na tem­at tej pro­dukcji. Jeśli jed­nak nie chce się wam go czy­tać, wyjaśnię pokrótce, że Torch­wood było tajną orga­ni­za­cją, bry­tyjską wer­sją Z Archi­wum X, zaj­mu­jącą się łapaniem kos­mitów gra­su­ją­cych po Cardiff. A baza Torch­wood zna­j­dowała się pod Wales Mil­len­ni­um Cen­tre.

Z Dok­to­ra Who oraz Torch­wood wiedzi­ałam kil­ka rzeczy. Po pier­wsze, że Wales Mil­len­ni­um Cen­tre wyglą­da pięknie i to nie tylko za dnia, ale także nocą, kiedy fasa­da budynku jest oświ­et­lona różny­mi kolora­mi. Po drugie, że przed Mil­len­ni­um Cen­tre zna­j­du­je się równie imponu­ją­cy plac, z met­alowym obeliskiem-fontan­ną oraz elip­ty­cznym „kręgiem” kol­umn-latarni.

Wales Millennium Centre – Expectations

Ponieważ cza­sem zami­ast coś opisy­wać, lep­iej to po pros­tu pokazać: tak nocą powin­no wyglą­dać Wales Mil­len­ni­um Cen­tre oraz plac przed budynkiem.

źródło: Han­son UK

Kiedy więc około godziny dwudzi­estej pier­wszej (cza­su wal­i­jskiego :P ), wypoczę­ta po trzy­godzin­nej drzem­ce w auto­bus­ie, znalazłam się w Cardiff, stwierdz­iłam, że w nocy nie będę mogła zmrużyć oka, jeśli wcześniej nie zobaczę Wales Mil­len­ni­um Cen­tre wiec­zorową porą.

Choćbym szła ciemną ulicą, zła się nie ulęknę, bo mój plecak jest ze mną

Nie ufam GPS-om. Nie wiem, na ile wyni­ka to z mojego nastaw­ienia do tych urządzeń, na ile z braku umiejęt­noś­ci, a na ile z powodu zwykłego pecha, ale zawsze wtedy, kiedy potrze­bu­ję pomo­cy naw­igacji w tele­fonie, ta albo prowadzi mnie na manow­ce, albo traci połącze­nie z satelita­mi. Z tego powodu zawsze wolę mieć przy sobie trady­cyjną, papierową mapę. Mapę Lon­dynu udało mi się kupić w Polsce, mapy Cardiff, nieste­ty nie. Byłam więc zdana na GPS-a. I ten oczy­wiś­cie mnie zaw­iódł.

To znaczy, może nie do koń­ca zaw­iódł, bo koniec końców doprowadz­ił mnie do celu. Rzecz w tym, że wybrał najkrót­szą trasę z możli­wych. Czyli taką wiodącą przez ciem­ną ulicę, wijącą się wśród mag­a­zynów w bardziej prze­mysłowej częś­ci mias­ta. Gdy­bym po drodze mijała jak­iś innych ludzi, pewnie nie miałabym stra­cha. Ale ponieważ byłam w tam­tym miejs­cu zupełnie sama, a uli­ca zdawała się ciągnąć w nieskońc­zoność, wyobraź­nia zaczęła płatać mi figle.

Spac­er, który według moich wcześniejszych, przeprowad­zonych jeszcze w Krakowie obliczeń, powinien mi zająć około pół godziny, prze­ciągnął się pon­ad dwukrot­nie. Przy czym przyz­na­ję, że podróż mogła mi zająć tak dużo cza­su z powodu tego, że co jak­iś czas zatrzymy­wałam się i rozglą­dałam, czy w ciem­noś­ci­ach nie cza­ją się jacyś złoczyń­cy. Wiecie, zawsze chci­ałam wys­tąpić w jakimś pro­gramie BBC, ale niekoniecznie w roli turys­t­ki, która w Cardiff została zamor­dowana w tajem­niczych okolicznoś­ci­ach.

http://gallifreyan-detective.tumblr.com/post/73767042559

Dok­tor praw­ie zginął w Cardiff, więc niech was nie dzi­wi, że miałam stra­cha, zwiedza­jąc to miejsce!

Z każdym krok­iem malała moja wiara w to, że GPS pokazu­je dobry kierunek podróży. Kilka­krot­nie chci­ałam zawró­cić. Na zmi­anę przek­li­nałam to, że nie zamel­dowałam się wcześniej w hostelu i nie zostaw­iłam w nim mojego ciężkiego ple­ca­ka, i dziękowałam losowi, że jed­nak tego nie zro­biłam. Bo obec­ność ple­ca­ka dodawała mi otuchy. Bagaż osła­ni­ał moje tyły, dzię­ki czemu trochę mniej martwiłam się o to, że ktoś dźg­nie mnie nożem w ple­cy. I pociesza­łam tym, że gdy­by ktoś mnie zaatakował – mogłabym rzu­cić w niego swoim ple­cakiem, a potem – uwol­niona od ciężaru bagażu i napędzana adren­a­l­iną – z pręd­koś­cią błyskaw­icy uciec, gdzie pieprz rośnie.

Na szczęś­cie koniec końców GPS wyprowadz­ił mnie na częś­ciej uczęszczaną oraz lep­iej oświ­et­loną drogę, a niedłu­go później zobaczyłam na hory­zon­cie cel mojej podróży.

Czegoś tu brakuje

Kolorowo podświ­et­lone Wales Mil­len­ni­um Cen­tre wyglą­dało tak samo imponu­ją­co, jak w telewiz­ji, a nawet jeszcze piękniej! Patrzyłam na nie z jed­noczes­ną radoś­cią i ulgą, że w drodze do tego miejs­ca nie spotkałam żad­nego psy­chopaty­cznego morder­cy lub krwiożer­czego kos­mi­ty. Warto było najeść się stra­chu i prze­jść taki kawał dro­gi!

Wales Millennium Centre i ja

Udało się! Ja i mój ple­cak dotar­liśmy do celu!

Nieste­ty mój początkowy zach­wyt szy­bko minął. Bo nie wszys­tko wyglą­dało tak, jak w Dok­torze Who i Torch­wood. Fasa­da Wales Mil­len­ni­um Cen­tre się zgadza­ła, ale gdzie się podzi­ał wiel­ki plac przed budynkiem, met­alowy obelisk-fontan­na oraz kolum­ny-latarnie? Nigdzie ich nie widzi­ałam. Czy to wszys­tko w seri­alach było kom­put­erowo doro­bione? Nie, to prze­cież niemożli­we!

Pomyślałam, że może Wales Mil­len­ni­um Cen­tre ma dwie fasady: jed­ną z przo­du, a drugą, taką samą, wbrew nazwie – z tyłu budynku. I może tam zna­j­du­je się plac i inne wspani­ałoś­ci, które widzi­ałam w BBC. Co praw­da wydawało mi się to mało praw­dopodob­ne, ale nie widzi­ałam innego, sen­sownego wyjaśnienia.


Obeszłam Wales Mil­len­ni­um Cen­tre dookoła. I… nic!

Po raz pier­wszy coś w Wielkiej Bry­tanii naprawdę mnie roz­złoś­ciło. Dodatkowo poczułam rozczarowanie połąc­zone z niedowierzaniem. Bo prze­cież cały, wiel­ki plac nie mógł tak po pros­tu zniknąć!

Wypowiedzi­ałam prastare, mag­iczne zak­lę­cie, które odpędza złe duchy, negaty­wne emoc­je i cza­sem także ludzi. I które niekiedy spraw­ia, że człowiek doz­na­je nagłego olśnienia. Czyli powiedzi­ałam pod nosem „nosz kur*a mać!”

O dzi­wo – zadzi­ałało!


Zauważyłam plac przed Wales Mil­len­ni­um Cen­tre, dostrzegłam met­alowy obelisk, zobaczyłam kolum­ny-latarnie. Czemu nie widzi­ałam żad­nych z tych rzeczy wcześniej? Ponieważ na placu przed Wales Mil­len­ni­um Cen­tre było rozstaw­ione wesołe miasteczko. Obelisk i kolum­ny-latarnie „zgu­biły się” wśród oświ­et­lonych kolorowy­mi, mru­ga­ją­cy­mi światełka­mi dia­bel­s­kich młynów, karuzel oraz innych atrakcji.

Złość minęła mi w jed­nej chwili i zami­ast tego zaśmi­ałam się – jed­nocześnie z siebie oraz z całej sytu­acji. Cóż, trochę szko­da, bo liczyłam na to, że uda mi się znaleźć, zna­j­du­jące się obok obelisku, wejś­cie do tajnej siedz­i­by Torch­wood. Tym­cza­sem tam, gdzie powin­no zna­j­dować się prze­jś­cie – stał ter­az dia­bel­s­ki młyn.

Wales Millennium Centre

Choć nie gniewałam się już na Cardiff, cały czas złoś­ciłam się na tych, którzy postanow­ili rozłożyć wesołe miasteczko aku­rat w takim miejs­cu. I swo­je niezad­owole­nie postanow­iłam wyraz­ić w jedyny sposób, jaki mogłam, czyli nie uwieczniłam wesołego miastecz­ka na żad­nym zdję­ciu.

Ale hej, jak to mówią (i śpiewa­ją) – You can’t always get what you want, a ja choć nie zobaczyłam „zestawu” Wales Mil­len­ni­um Cen­tre + plac przed budynkiem + obelisk-fontan­na + kolum­ny-latarnie w całej okaza­łoś­ci, będę miała ali­bi by kiedyś odwiedz­ić Cardiff ponown­ie.

Sin City

O dzi­wo, kiedy w naw­igacji w tele­fonie wstukałam adres hostelu, GPS zaprowadz­ił mnie do celu nor­mal­ną, uczęszczaną przez ludzi drogą. A mój spac­er był dużo krót­szy, niż poprzed­nio. Czy potrze­bu­je­cie innych dowodów na to, że naw­igac­ja lubi płatać mi figle?


Hos­tel zna­j­dował się w cen­trum, przy prowadzą­cym do zamku w Cardiff, głównym dep­taku. Uli­ca trochę przy­pom­i­nała Krupów­ki – wiodła lekko pod górkę, a po jej oby­d­wu stronach były sklepy oraz restau­rac­je. Dep­tak był jed­nak znacznie krót­szy niż Krupów­ki, no i próżno było na nim szukać stoisk z oscyp­ka­mi lub ciu­paga­mi.

Rzecz w tym, że byłam w Cardiff w ciepły, sobot­ni wieczór. A w takich pięknych okolicznoś­ci­ach przy­rody wielu ludzi lubi wyskoczyć na piwo.


Nie wiem, czy kiedyś zdarzyło się wam spotkać pijanych Bry­tyjczyków. Ja w Krakowie widu­ję ich bard­zo częs­to. A prob­lem z Bry­tyjczyka­mi pole­ga na tym, że nie umieją oni pić. I o ile widok jed­nego lub kilku zat­acza­ją­cych się przez krakows­ki Rynek oby­wa­teli UK jest zabawny, tak znalezie­nie się w obcym kra­ju i obcym mieś­cie, na uli­cy pełnej takich ludzi już nie śmieszy.

Na szczęś­cie pijany tłum w Cardiff nie był agresy­wny. Wszyscy byli zaab­sorbowani towarzys­t­wem swoich zna­jomych więc nikt mnie nie zaczepi­ał. A część Bry­tyjczyków przemierza­ła ulicę na czwora­ka lub jeszcze bliżej zie­mi, dzię­ki czemu nie stanow­iła dla mnie zagroże­nia. Mimo wszys­tko poczułam się, jak­bym znów była w filmie, ale tym razem takim, z gatunku post-apo, w którym ludzkość zdz­icza­ła i osza­lała. Dobrze, że po dep­taku nie jeźdz­iły żadne samo­chody, bo wtedy scene­r­ia była­by, jak z Mad Maxa.


Udało mi się dotrzeć do hostelu. Został on urząd­zony w taki spry­t­ny sposób, że poko­je nie miały okien wychodzą­cych na główną ulicę, dzię­ki czemu nie było w nich sły­chać imprezy odby­wa­jącej się na dep­taku. Co więcej, tym razem to nie był „hos­tel pod mil­czą­cym mnichem”, a ponieważ byłam w nas­tro­ju do roz­mowy, pogadałam chwilę z moi­mi współloka­tora­mi. Wymi­ana zdań, choć oży­wiona (zasz­panowałam innym moi­mi zdję­ci­a­mi Wales Mil­len­ni­um Cen­tre!), szy­bko dobiegła jed­nak koń­ca, ponieważ wszyscy byli trochę zmęczeni i podob­nie jak ja – prag­nęli porząd­nie się wys­pać.


Na tym więc zakończył się mój dru­gi dzień Wielkiej, Geekowej Przy­gody. Ale prze­cież mój pobyt w Cardiff dopiero się rozpoczął. I kiedy kładłam się spać, nawet nie przy­puszcza­łam, jakich wspani­ałych rzeczy doświad­czę następ­nego dnia. O tym jed­nak opowiem wam w następ­nym Dyrdy­male.

Great, Geek Adventure

Wielka, Geekowa Przygoda – pozostałe wpisy:

Więcej zdjęć z Wielkiej Bry­tanii
możesz zobaczyć w galerii!

Źródło zdję­cia ilus­tru­jącego wpis: kadr z Doc­tor Who [seria 1, odcinek 11 Boom Town]; jeśli nie zostało stwierd­zone inaczej, pozostałe fotografie są mojego autorstwa lub też (jeśli ja się na nich zna­j­du­ję), wykon­ali je anon­i­mowi, dobrzy ludzie, których spotkałam na swo­jej drodze. :)

  • Pingback: W Królestwie Niesamowitości | Dyrdymały()

  • Pingback: Bezcelowy spacer po Londynie | Dyrdymały()

  • Pingback: Spontaniczny prezent, który trzeba było zaplanować | Dyrdymały()

  • Pingback: Tropem Doktora | Dyrdymały()

  • Mar­lena Bier

    Czy zabrzmię jak zdar­ta pły­ta, jeśli napiszę, ze uwiel­bi­am Two­je obserwac­je? Cały akapit na tem­at podróżowa­nia bry­tyjskim auto­busem i bry­tyjskiej geografii jest super! :) Podo­ba mi się także Two­je spostrzeże­nia na tem­at języ­ka wal­i­jskiego, który rzeczy­wiś­cie mógł­by być językiem elfów hehe :) Wiesz, mam krótkie nagranie komen­tarza do meczu w tym języku i powiem Ci, że brz­mi jeszcze lep­iej niż wyglą­da :DZd­ję­cie domów w Cardiff jest chy­ba na razie moim ulu­bionym ze wszys­t­kich, które zaprezen­towałaś :D Tak właśnie wyobrażam sobie zwycza­jne bry­tyjskie mias­to (możne ja też przedawkowałam bry­tyjskie seri­ale :D) i gdy­bym mogła wybier­ać, to właśnie w takim miejs­cu chci­ałabym zamieszkać :D
    Och, trud­no mi dalej wymieni­ać, bo z każdym kole­jnym akapitem odnalazłam kole­jne ciekawe spostrzeże­nia, których na pewno nie ma w żad­nym prze­wod­niku. Nawet nie masz poję­cia jak mnie rozbaw­ił frag­ment o wstaw­ionych Bry­tyjczykach :D :D
    Zaś Wales Mil­le­ni­um Cen­tre wyglą­da i cud­nie w seri­alu, i na Twoich zdję­ci­ach. Nawet nie mogę sobie wyobraz­ić jakie to uczu­cie stać w tam­tym miejs­cu z głową pełną seri­alowych wspom­nień :D Dla każdego fana Dok­to­ra to na pewno jed­no ze „świę­tych” miejsc ;) Szko­da tylko, że pozostała część widoku został przesło­niona :( Hmmm… Widać nie tylko Hardy ma prob­lem z tymi „paskud­ny­mi” wesoły­mi miasteczka­mi, staw­iany­mi w zupełnie nieod­powied­nich miejs­cach :P

    • Czy zabrzmię jak zdar­ta pły­ta, jeśli napiszę, ze uwiel­bi­am Two­je obserwac­je?

      Nie, ale nie pow­tarzaj tego za częs­to, bo wpad­nę w samozach­wyt. ;)

      [język wal­i­js­ki] brz­mi jeszcze lep­iej niż wyglą­da :D

      Co ciekawe, będąc w Cardiff chy­ba tylko raz słysza­łam, jak ludzie roz­maw­iali w tym języku. „Chy­ba”, bo nie jestem stu pro­cen­towo pew­na, czy to był wal­i­js­ki, czy też ang­iel­s­ki z moc­nym, wal­i­jskim akcen­tem.

      Nawet nie masz poję­cia jak mnie rozbaw­ił frag­ment o wstaw­ionych Bry­tyjczykach :D :D

      Swo­ją drogą, na świecie mówią „pijany jak Polak”, a moim zdaniem „pijany jak Bry­tyjczyk” pasowało­by dużo lep­iej. :P

      Nawet nie mogę sobie wyobraz­ić jakie to uczu­cie stać w tam­tym miejs­cu z głową pełną seri­alowych wspom­nień :D

      To miejsce naprawdę wyglą­da wspaniale! I nawet nie trze­ba być fanem Dok­to­ra, bo ono robi wraże­nie samo w sobie. :)

      Widać nie tylko Hardy ma prob­lem z tymi „paskud­ny­mi” wesoły­mi miasteczka­mi, staw­iany­mi w zupełnie nieod­powied­nich miejs­cach :P

      Hihi, tutaj ty mnie rozbaw­iłaś, bo wyobraz­iłam sobie, jak Hardy zareagował­by na wesołe miasteczko pod Wales Mil­le­ni­um Cen­tre. :D

  • Pingback: W tych kamieniach śpiewa historia* | Dyrdymały()

  • Pingback: Londyn nieznany? | Dyrdymały()

  • Pingback: Miasto na miarę człowieka | Dyrdymały()