Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wielka Geekowa Przygoda:

W poszukiwaniu tajnej bazy Torchwood

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień drugi, część II

Muszę się wam do cze­goś przy­znać: we wstę­pie do pierw­sze­go Dyr­dy­ma­ła opi­su­ją­ce­go moją Wiel­ką, Geeko­wą Przy­go­dę, tro­chę skła­ma­łam. Albo prę­dzej: nie wyzna­łam wam całej praw­dy. Na począt­ku lip­ca stwier­dzi­łam bowiem: „Mamo, Tato, chcę pole­cieć do Anglii!”. A potem (o czym nie napi­sa­łam na blo­gu) doda­łam: „chcę zwie­dzić Lon­dyn i Car­diff”. Na co moja Mama odpo­wie­dzia­ła: „Lon­dyn OK, ale co to jest Cardiff?”

Jeśli wy rów­nież nie wie­cie czym jest Car­diff (i przy oka­zji nie macie poję­cia, co to takie­go, to wspo­mnia­ne w tytu­le Tor­chwo­od), nie pytaj­cie Googla o co cho­dzi – nie­dłu­go wszyst­ko sta­nie się dla was jasne!

Porozmawiajmy o autobusach

Zanim przej­dę do tema­tu dzi­siej­sze­go Dyr­dy­ma­ła, muszę poświę­cić chwi­lę bry­tyj­skie­mu trans­por­to­wi mię­dzy­mia­sto­we­mu, bo była to kolej­na rzecz w UK, któ­ra pozy­tyw­nie mnie zaskoczyła.

Zacznij­my od tego, że już sam pro­ces zaku­pu bile­tu przez inter­net (kon­kret­nie na auto­bus linii Natio­nal Express) jest tro­chę inny niż w Pol­sce. To zna­czy: wszyst­ko prze­bie­ga zwy­czaj­nie (a stro­na www przy oka­zji jest spo­lsz­czo­na). Rzecz w tym, że pod­czas jed­ne­go z kro­ków zaku­pu, moż­na dopła­cić do bile­tu jed­ne­go fun­ta, któ­ry zosta­nie prze­ka­za­ny na cele cha­ry­ta­tyw­ne. Drob­na rzecz, ale cieszy.

Poza tym, co bar­dzo mnie roz­ba­wi­ło, w for­mu­la­rzu z dany­mi oso­bo­wy­mi, poza stan­dar­do­wym imie­niem, nazwi­skiem i adre­sem, trze­ba tak­że podać swój tytuł. I do wybo­ru, poza zwro­ta­mi typu pan/​pani/​panna, są tak­że, mię­dzy inny­mi… tytu­ły szla­chec­kie! Takie rze­czy tyl­ko w Wiel­kiej Brytanii! :)

National Express

Kusiło mnie, by podać się za Lady Joannę. Bałam się jednak, że podczas kontroli biletów będę musiała jakoś udowodnić swoje szlacheckie pochodzenie. A przecież głupio by było, gdyby kanar upuścił mi krwi i okazało się, że ta nie jest błękitna. :P

źródło: National Express

Zupeł­nie ina­czej wyglą­da też wsia­da­nie do auto­bu­su. Ludzie nie tło­czą się na pły­cie dwor­ca. Wszy­scy cze­ka­ją wewnątrz budyn­ku, a kie­dy auto­bus pod­je­dzie na swo­je sta­no­wi­sko, otwie­ra się bram­ka i pasa­że­ro­wie, pod opie­ką kie­row­cy, uda­ją się do auto­bu­su. Kie­row­ca na czas zała­dun­ku nosi odbla­sko­wą kami­zel­kę (bez­pie­czeń­stwo przede wszyst­kim!) i to on wkła­da baga­że do bagaż­ni­ka. Kie­dy zapy­ta­łam się go, cze­mu sama nie mogę tego zro­bić (kie­row­ca był star­szym panem, a ja mia­łam cięż­ki ple­cak, więc nie chcia­łam go męczyć), odpo­wie­dział mi, że to nie­bez­piecz­ne, bo mogła­bym ude­rzyć gło­wą o drzwi bagaż­ni­ka. Wiem, że z mojej, pol­skiej per­spek­ty­wy, wyda­je się to śmiesz­ne, ale z dru­giej stro­ny, czy wypa­da śmiać się z tego, że ktoś dba o twój kom­fort i bezpieczeństwo?


Auto­bus (jak wszyst­ko w Wiel­kiej Bry­ta­nii) był moni­to­ro­wa­ny. Jed­na z kamer skie­ro­wa­na była na luk baga­żo­wy i pod­czas posto­ju widok z tej kame­ry wyświe­tlał się na ekra­nie wewnątrz pojaz­du. Bar­dzo mi się to spodo­ba­ło, bo kie­dy jeż­dżę auto­bu­sa­mi w Pol­sce, zawsze mar­twi mnie wła­śnie to, że ktoś obcy (spe­cjal­nie, bądź też przy­pad­kiem) zabie­rze z luku baga­żo­we­go moją walizkę.

Nato­miast po tym, jak auto­bus ruszył, ekran zaczął poka­zy­wać widok z kame­ry umiesz­czo­nej na przo­dzie pojaz­du. Poza tym po wyje­cha­niu z dwor­ca, z gło­śni­ków dało się sły­szeć komu­ni­kat infor­mu­ją­cy mię­dzy inny­mi o tym, że pod­czas jaz­dy nale­ży mieć zapię­te pasy i nie powin­no się roz­ma­wiać przez tele­fon, by nie uprzy­krzać podró­ży innym pasa­że­rom. Znów: drob­ne rze­czy, ale napraw­dę cie­szą. I dodat­ko­wy plus – w każ­dym auto­bu­sie Natio­nal Express jest łazien­ka*.

Ach i jesz­cze jed­na, istot­na spra­wa: roz­kła­dy jaz­dy auto­bu­sów bio­rą pod uwa­gę moż­li­we kor­ki. Więc jeśli na bile­cie pisze, że przy­je­dzie­cie do celu o 20:50, to nie­mal na pew­no tak się stanie.


* Jeśli poje­dzie­cie kie­dyś do Car­diff i was „przy­ci­śnie”, sko­rzy­staj­cie z toa­le­ty w auto­bu­sie, bo w mie­ście znaj­du­je się tyl­ko przy­sta­nek auto­bu­so­wy**, nie ma nato­miast budyn­ku dwor­ca i całej infra­struk­tu­ry, jaka znaj­du­je się w takich miejscach.

** Głów­ny przy­sta­nek w Car­diff znaj­du­je się koło Sophia Gar­dens. Jest to jed­nak miej­sce znaj­du­ją­ce się nie­co na ubo­czu, dla­te­go lepiej wysiąść z auto­bu­su na wcze­śniej­szym przy­stan­ku, znaj­du­ją­cym się pod zam­kiem. Stam­tąd jest bli­żej do każ­de­go, war­te­go zoba­cze­nia miej­sca w mieście.

Kierunek: zachód

Począt­ko­wo, pod­czas jaz­dy podzi­wia­łam Lon­dyn. Ale auto­bus szyb­ko wyje­chał z mia­sta, na auto­stra­dę. Dro­ga była pro­sta i pła­ska. Na doda­tek nie­mal cały czas po jej bokach znaj­do­wa­ły się nasy­py zie­mi, przez co podzi­wia­nie angiel­skich wido­ków było nie­moż­li­we. A kie­dy nasy­pów nie było – wokół roz­cią­ga­ły się nud­ne pola upraw­ne. Szyb­ko stra­ci­łam więc zain­te­re­so­wa­nie tym, co było widać za oknem i usnęłam.


Wie­cie, co w mojej Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dzie było naj­lep­sze? To, że nie­mal wszyst­ko ukła­da­ło się po mojej myśli, a cza­sem nawet lepiej. I tak pod­czas jaz­dy auto­bu­sem dotarł do mnie SMS od Sio­stry z pyta­niem, gdzie jestem. Co w tym takie­go wspa­nia­łe­go? To, że dźwięk otrzy­ma­nej wia­do­mo­ści mnie obu­dził i sta­ło się to aku­rat w chwi­li, kie­dy prze­jeż­dża­łam nad Kana­łem Bristolskim.

Nie­ste­ty nie podzie­lę się z wami zdję­cia­mi z tego miej­sca, bo jecha­łam zbyt szyb­ko i wszyst­kie foto­gra­fie wyszły zama­za­ne. Ale jej, co to był za widok! Chy­ba nigdy wcze­śniej nie jecha­łam mostem, któ­ry był­by tak dłu­gi i wokół któ­re­go było­by tyle wody! I jak­by tego było mało – słoń­ce aku­rat zacho­dzi­ło, nada­jąc wszyst­kie­mu osza­ła­mia­ją­ce kolo­ry. Widok jak z baj­ki. Albo zno­wu: jak z fil­mu lub serialu!

Oto jest Cardiff!

Uwa­ga, teraz będzie krót­ka lek­cja geografii.

Przy­ję­ło się mówić „Anglia” albo „Wiel­ka Bry­ta­nia”, tym­cza­sem oby­dwie te nazwy są nie do koń­ca pra­wi­dło­we. Ofi­cjal­na nazwa kra­ju, o któ­rym wam opo­wia­dam to Zjed­no­czo­ne Kró­le­stwo Wiel­kiej Bry­ta­nii i Irlan­dii Pół­noc­nej. W skró­cie Zjed­no­czo­ne Kró­le­stwo, czy­li Uni­ted King­dom, czy­li w jesz­cze więk­szym skró­cie UK.

Mało tego, Wiel­ka Bry­ta­nia tak­że nie jest czymś jed­no­li­tym, dzie­li się na trzy księ­stwa: Anglię, Walię i Szko­cję. Każ­dy z tych regio­nów (podob­nie, jak Irlan­dia Pół­noc­na) posia­da pew­ne­go rodza­ju auto­no­mię, wła­sną sto­li­cę oraz dodat­ko­wy – poza angiel­skim – język urzę­do­wy. Naj­waż­niej­sze w tym wszyst­kim jest nato­miast to, że miesz­kań­cy poszcze­gól­nych księstw, przy­kła­da­ją dużą wagę do swo­ich „auto­no­micz­nych” naro­do­wo­ści. To zna­czy: wszy­scy są Bry­tyj­czy­ka­mi, ale już nie każ­dy jest Angli­kiem. I gdy­by na przy­kład Szkot usły­szał, że mówi­my, iż „Szko­cja leży w Anglii”, to poczuł­by się rów­nie ura­żo­ny, jak my, gdy­by ktoś stwier­dził, że Pol­ska jest czę­ścią Rosji.

Zwra­cam wam na to uwa­gę, bo wie­lu ludzi nie kuma tych róż­nic*, a moim zda­niem war­to zda­wać sobie z nich sprawę!


Wróć­my do Car­diff. Co to takie­go? Otóż jest to mia­sto, któ­re przy oka­zji jest sto­li­cą Walii (Car­diff peł­ni tę funk­cję od 1955 roku, co czy­ni go jed­ną z naj­młod­szych sto­lic na świe­cie). I to wła­śnie tam jecha­łam auto­bu­sem. Tyl­ko, po co?

Otóż musi­cie wie­dzieć, że dla pro­duk­cji sta­cji BBC, Car­diff jest tym samym, czym dla ame­ry­kań­skich seria­li Van­co­uver. W mie­ście po pierw­sze znaj­du­je się wiel­kie stu­dio fil­mo­we, a po dru­gie – jego ulicz­ki czę­sto uda­ją Lon­dyn, a cza­sem tak­że inne mia­sta (w przy­pad­ku wspo­mnia­ne­go Van­co­uver, mia­sto i jego oko­li­ce robią za całe Sta­ny Zjed­no­czo­ne). Dla­te­go jeśli oglą­da­cie, jak boha­te­ro­wie Doctor Who lub Sher­loc­ka bie­ga­ją po Lon­dy­nie, miej­cie świa­do­mość, że w dzie­wię­ciu przy­pad­kach na dzie­sięć widzi­cie Car­diff, z dokle­jo­ną kom­pu­te­ro­wo pano­ra­mą sto­li­cy Anglii w tle (ha, w tym przy­pad­ku mogę użyć nazwy „Anglia”!).

Cardiff Dragon Logo

Tak na marginesie, jak można nie zachwycać się miastem, które ma takie ładne logo!

źródło: Cardiff Living

Dla­te­go wła­śnie (oraz z jesz­cze jed­ne­go powo­du, o któ­rym wspo­mnę kie­dy indziej) dla geeka takie­go, jak ja, Lon­dyn był zale­d­wie punk­tem prze­siad­ko­wym. A głów­nym celem podró­ży – wła­śnie Cardiff!


* Ten brak wie­dzy pro­wa­dzi nato­miast do tego, że na przy­kład fil­mo­wi What We Did on Our Holi­day**, któ­re­go akcja dzie­je się w Szko­cji, nada­no pol­ski tytuł Nasze zwa­rio­wa­ne angiel­skie waka­cje Serio, ciesz­my się, że Szko­ci się o tym nie dowie­dzie­li, bo mogła­by być z tego afe­ra na ska­lę międzynarodową!

** Swo­ją dro­gą, bo bar­dzo mądry, sym­pa­tycz­ny i zabaw­ny film, któ­ry na doda­tek moż­na zoba­czyć na Show­max (nie­ste­ty tyl­ko z lek­to­rem). Z całe­go ser­ca pole­cam wam to zro­bić – nie pożałujecie!

Prawdziwa Wielka Brytania

Mogę się mylić, bo są to obser­wa­cje wysnu­te na pod­sta­wie oglą­da­nia bry­tyj­skich fil­mów i seria­li, ale myślę, że archi­tek­to­nicz­nie, Lon­dyn zna­czą­co róż­ni się od resz­ty UK. Inny­mi sło­wy, żeby poczuć praw­dzi­wy kli­mat Wiel­kiej Bry­ta­nii, trze­ba wyje­chać z jej sto­li­cy. I pobyt w Car­diff utwier­dził mnie w tym prze­ko­na­niu (choć oczy­wi­ście nie mogę oce­niać całe­go kra­ju po wizy­cie w jed­nym mieście).


Kie­dy wędro­wa­łam uli­ca­mi Lon­dy­nu, wszyst­ko wyda­wa­ło się inne, wręcz nie­re­al­ne. Sto­li­ca Walii była nato­miast dużo bar­dziej swoj­ska. Każ­de miej­sce ma inny kli­mat oraz pew­ne­go rodza­ju ener­gię. Car­diff pod tym wzglę­dem przy­po­mi­na­ło mi mia­sta takie, jak na przy­kład Wągro­wiec lub Toma­szów Mazo­wiec­ki. Niby duże metro­po­lie, ale życie zda­je się w nich toczyć spo­koj­nie. Niby zamiesz­ka­ne przez wie­lu ludzi, ale na uli­cach pra­wie nie ma tłu­mów. Niby z sze­ro­ki­mi dro­ga­mi, ale poza godzi­na­mi szczy­tu nie jeź­dzi po nich wie­le samochodów.

Jak­by tego wszyst­kie­go było mało, chod­ni­ki w bocz­nych ulicz­kach Car­diff wyda­wa­ły mi się bar­dzo pol­skie. Tak samo, jak u nas były peł­ne nie­rów­no­ści oraz szpar pomię­dzy zwi­chro­wa­ny­mi przez czas płyt­ka­mi chod­ni­ko­wy­mi. Zało­żę się, że wie­le z nich poło­żo­no jesz­cze przed moim urodzeniem.


O ile jed­nak ducho­wo i chod­ni­ko­wo Car­diff przy­po­mi­na­ło pol­skie mia­stecz­ka, tak archi­tek­to­nicz­nie było na wskroś Bry­tyj­skie. Zupeł­nie inne, niż Lon­dyn. Ale jed­no­cze­śnie, gdy­by­ście przy­pad­ko­wo tele­por­to­wa­li się do tego miej­sca, to praw­do­po­dob­nie jed­no spoj­rze­nie na sto­ją­ce wzdłuż dro­gi budyn­ki wystar­czy­ło­by wam, by zgad­nąć, że wylą­do­wa­li­ście w UK.

Ulica w Cardiff

Zakochałam się w Cardiff po pięciu minutach pobytu w tym mieście. Bo jak można nie zachwycić się miejscem, w którym ludzie mieszkają w domach takich, jak te.

PS. To zdjęcie zostało wykonane następnego dnia, bo kiedy przyjechałam do Cardiff, było trochę ciemniej. ;)

Kolej­ną war­tą odno­to­wa­nia cechą Car­diff jest język walij­ski. Na wszyst­kich „rzą­do­wych” obiek­tach (czy­li na przy­kład na zna­kach dro­go­wych lub pomni­kach) napi­sy są w dwóch języ­kach: po angiel­sku i wła­śnie po walij­sku. A ponie­waż język walij­ski jest nie­po­dob­ny do żad­ne­go inne­go i przy oka­zji przy­wo­dzi na myśl spo­sób, w jaki mogły­by mówić elfy – wszyst­kie te napi­sy spra­wia­ją, że Car­diff wyda­je się jesz­cze bar­dziej nie­zwy­kłe i tro­chę magiczne.

Pasy – poziom trudności: ekspert

Gdy­by prze­cho­dze­nie przez jezd­nię w Wiel­kiej Bry­ta­nii było grą kom­pu­te­ro­wą, to Lon­dyn był­by pierw­szym eta­pem takiej roz­gryw­ki; może nawet samo­ucz­kiem. Po wyj­ściu z auto­bu­su w Car­diff, poczu­łam się nato­miast, jak­bym ktoś wpi­sał kod i prze­niósł mnie do dzie­sią­te­go pozio­mu tej gry. I to wca­le nie było faj­ne, bo w odróż­nie­niu od innych „gra­czy” bra­ko­wa­ło mi punk­tów doświad­cze­nia i nie mia­łam cza­su na zdo­by­cie umie­jęt­no­ści „naj­pierw patrz w pra­wo, kie­dy prze­cho­dzisz przez jezd­nię”*.

W Car­diff na dro­dze przy przej­ściach dla pie­szych nie ma wyma­lo­wa­nych strza­łek pod­po­wia­da­ją­cych, w któ­rą stro­nę patrzeć. Na szczę­ście przy każ­dych pasach jest sygna­li­za­cja świetl­na, ale ona też, jak na ele­ment pocho­dzą­cy z wyż­sze­go eta­pu gry przy­sta­ło, nie jest dla „ama­to­rów”.


Nie wszyst­kie sygna­li­za­cje w sto­li­cy Walii wyglą­da­ją tak, jak w Pol­sce. Nad Wisłą po naci­śnię­ciu guzi­ka patrzy się przed sie­bie i cze­ka, aż świa­tło znaj­du­ją­ce się po dru­giej stro­nie uli­cy, zmie­ni się na zie­lo­ne. W Car­diff, w przy­pad­ku poło­wy sygna­li­za­cji, zie­lo­ne świa­tło poja­wia się powy­żej guzi­ka, któ­ry naci­ska się, by przejść przez dro­gę. I na doda­tek: wie­le sygna­li­za­cji nie jest przy­sto­so­wa­nych do osób nie­wi­do­mych i nie wyda­je żad­nych sygna­łów dźwiękowych.

W efek­cie, w wyni­ku przy­zwy­cza­je­nia, czę­sto zda­rza­ło mi się wci­snąć guzik, a następ­nie spo­glą­dać przed sie­bie, wypa­tru­jąc zie­lo­ne­go świa­tła po dru­giej stro­nie dro­gi. Przez co nie zauwa­ża­łam, kie­dy świ­ta­ło zmie­nia­ło się na zie­lo­ne. Co w połą­cze­niu z tym, że w Car­diff, podob­nie jak w Lon­dy­nie, zie­lo­ne świa­tła na przej­ściach dla pie­szych świe­cą się bar­dzo krót­ko, spra­wia­ło, że czę­sto uda­wa­ło mi się przejść przez jezd­nię dopie­ro po dru­gim lub trze­cim naci­śnię­ciu przycisku.


Uwierz­cie mi, dużo łatwiej (i szyb­ciej) jest w grze Sky­rim, bez zbroi, poko­nać smo­ka goły­mi rękami!


* Podob­no jeśli w Lon­dy­nie wyko­na się spe­cjal­ny quest, w nagro­dę moż­na dostą­pić zaszczy­tu roz­mo­wy z mistycz­nym dru­idem, któ­ry obda­rzy nas tą umie­jęt­no­ścią, pod warun­kiem, że poda­ru­je­my mu zło­tą jemio­łę, któ­rą da się zdo­być w innym queście. ;)

Wiedza wyniesiona z serialu

Więk­szość ludzi na świe­cie potra­fi w ułam­ku sekun­dy roz­po­znać Big Bena i wska­zać, że znaj­du­je się on w Lon­dy­nie. Więk­szość fanów Dok­to­ra Who (a zwłasz­cza pierw­szych czte­rech serii) rów­nie szyb­ko ziden­ty­fi­ku­je, znaj­du­ją­ce się w Car­diff, Wales Mil­len­nium Cen­tre. I o ile w przy­pad­ku Doctor Who budy­nek ten sta­no­wił jedy­nie impo­nu­ją­cy ele­ment tła, tak w spin-offie seria­lu, Tor­chwo­od, grał on jed­ną z głów­nych ról.

OK, a czym dokład­nie jest to Tor­chwo­od? Kil­ka lat temu popeł­ni­łam dość dłu­gie­go Dyr­dy­ma­ła na temat tej pro­duk­cji. Jeśli jed­nak nie chce się wam go czy­tać, wyja­śnię pokrót­ce, że Tor­chwo­od było taj­ną orga­ni­za­cją, bry­tyj­ską wer­sją Z Archi­wum X, zaj­mu­ją­cą się łapa­niem kosmi­tów gra­su­ją­cych po Car­diff. A baza Tor­chwo­od znaj­do­wa­ła się pod Wales Mil­len­nium Centre.

Z Dok­to­ra Who oraz Tor­chwo­od wie­dzia­łam kil­ka rze­czy. Po pierw­sze, że Wales Mil­len­nium Cen­tre wyglą­da pięk­nie i to nie tyl­ko za dnia, ale tak­że nocą, kie­dy fasa­da budyn­ku jest oświe­tlo­na róż­ny­mi kolo­ra­mi. Po dru­gie, że przed Mil­len­nium Cen­tre znaj­du­je się rów­nie impo­nu­ją­cy plac, z meta­lo­wym obe­li­skiem-fon­tan­ną oraz elip­tycz­nym „krę­giem” kolumn-latarni.

Wales Millennium Centre – Expectations

Ponieważ czasem zamiast coś opisywać, lepiej to po prostu pokazać: tak nocą powinno wyglądać Wales Millennium Centre oraz plac przed budynkiem.

źródło: Hanson UK

Kie­dy więc oko­ło godzi­ny dwu­dzie­stej pierw­szej (cza­su walij­skie­go :P ), wypo­czę­ta po trzy­go­dzin­nej drzem­ce w auto­bu­sie, zna­la­złam się w Car­diff, stwier­dzi­łam, że w nocy nie będę mogła zmru­żyć oka, jeśli wcze­śniej nie zoba­czę Wales Mil­len­nium Cen­tre wie­czo­ro­wą porą.

Choćbym szła ciemną ulicą, zła się nie ulęknę, bo mój plecak jest ze mną

Nie ufam GPS-om. Nie wiem, na ile wyni­ka to z moje­go nasta­wie­nia do tych urzą­dzeń, na ile z bra­ku umie­jęt­no­ści, a na ile z powo­du zwy­kłe­go pecha, ale zawsze wte­dy, kie­dy potrze­bu­ję pomo­cy nawi­ga­cji w tele­fo­nie, ta albo pro­wa­dzi mnie na manow­ce, albo tra­ci połą­cze­nie z sate­li­ta­mi. Z tego powo­du zawsze wolę mieć przy sobie tra­dy­cyj­ną, papie­ro­wą mapę. Mapę Lon­dy­nu uda­ło mi się kupić w Pol­sce, mapy Car­diff, nie­ste­ty nie. Byłam więc zda­na na GPS-a. I ten oczy­wi­ście mnie zawiódł.

To zna­czy, może nie do koń­ca zawiódł, bo koniec koń­ców dopro­wa­dził mnie do celu. Rzecz w tym, że wybrał naj­krót­szą tra­sę z moż­li­wych. Czy­li taką wio­dą­cą przez ciem­ną uli­cę, wiją­cą się wśród maga­zy­nów w bar­dziej prze­my­sło­wej czę­ści mia­sta. Gdy­bym po dro­dze mija­ła jakiś innych ludzi, pew­nie nie mia­ła­bym stra­cha. Ale ponie­waż byłam w tam­tym miej­scu zupeł­nie sama, a uli­ca zda­wa­ła się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność, wyobraź­nia zaczę­ła pła­tać mi figle.

Spa­cer, któ­ry według moich wcze­śniej­szych, prze­pro­wa­dzo­nych jesz­cze w Kra­ko­wie obli­czeń, powi­nien mi zająć oko­ło pół godzi­ny, prze­cią­gnął się ponad dwu­krot­nie. Przy czym przy­zna­ję, że podróż mogła mi zająć tak dużo cza­su z powo­du tego, że co jakiś czas zatrzy­my­wa­łam się i roz­glą­da­łam, czy w ciem­no­ściach nie cza­ją się jacyś zło­czyń­cy. Wie­cie, zawsze chcia­łam wystą­pić w jakimś pro­gra­mie BBC, ale nie­ko­niecz­nie w roli turyst­ki, któ­ra w Car­diff zosta­ła zamor­do­wa­na w tajem­ni­czych okolicznościach.

http://​gal​li​frey​an​-detec​ti​ve​.tum​blr​.com/​p​o​s​t​/​7​3​7​6​7​0​4​2​559

Doktor prawie zginął w Cardiff, więc niech was nie dziwi, że miałam stracha, zwiedzając to miejsce!

Z każ­dym kro­kiem mala­ła moja wia­ra w to, że GPS poka­zu­je dobry kie­ru­nek podró­ży. Kil­ka­krot­nie chcia­łam zawró­cić. Na zmia­nę prze­kli­na­łam to, że nie zamel­do­wa­łam się wcze­śniej w hoste­lu i nie zosta­wi­łam w nim moje­go cięż­kie­go ple­ca­ka, i dzię­ko­wa­łam loso­wi, że jed­nak tego nie zro­bi­łam. Bo obec­ność ple­ca­ka doda­wa­ła mi otu­chy. Bagaż osła­niał moje tyły, dzię­ki cze­mu tro­chę mniej mar­twi­łam się o to, że ktoś dźgnie mnie nożem w ple­cy. I pocie­sza­łam tym, że gdy­by ktoś mnie zaata­ko­wał – mogła­bym rzu­cić w nie­go swo­im ple­ca­kiem, a potem – uwol­nio­na od cię­ża­ru baga­żu i napę­dza­na adre­na­li­ną – z pręd­ko­ścią bły­ska­wi­cy uciec, gdzie pieprz rośnie.

Na szczę­ście koniec koń­ców GPS wypro­wa­dził mnie na czę­ściej uczęsz­cza­ną oraz lepiej oświe­tlo­ną dro­gę, a nie­dłu­go póź­niej zoba­czy­łam na hory­zon­cie cel mojej podróży.

Czegoś tu brakuje

Kolo­ro­wo pod­świe­tlo­ne Wales Mil­len­nium Cen­tre wyglą­da­ło tak samo impo­nu­ją­co, jak w tele­wi­zji, a nawet jesz­cze pięk­niej! Patrzy­łam na nie z jed­no­cze­sną rado­ścią i ulgą, że w dro­dze do tego miej­sca nie spo­tka­łam żad­ne­go psy­cho­pa­tycz­ne­go mor­der­cy lub krwio­żer­cze­go kosmi­ty. War­to było najeść się stra­chu i przejść taki kawał drogi!

Wales Millennium Centre i ja

Udało się! Ja i mój plecak dotarliśmy do celu!

Nie­ste­ty mój począt­ko­wy zachwyt szyb­ko minął. Bo nie wszyst­ko wyglą­da­ło tak, jak w Dok­to­rze WhoTor­chwo­od. Fasa­da Wales Mil­len­nium Cen­tre się zga­dza­ła, ale gdzie się podział wiel­ki plac przed budyn­kiem, meta­lo­wy obe­lisk-fon­tan­na oraz kolum­ny-latar­nie? Nigdzie ich nie widzia­łam. Czy to wszyst­ko w seria­lach było kom­pu­te­ro­wo doro­bio­ne? Nie, to prze­cież niemożliwe!

Pomy­śla­łam, że może Wales Mil­len­nium Cen­tre ma dwie fasa­dy: jed­ną z przo­du, a dru­gą, taką samą, wbrew nazwie – z tyłu budyn­ku. I może tam znaj­du­je się plac i inne wspa­nia­ło­ści, któ­re widzia­łam w BBC. Co praw­da wyda­wa­ło mi się to mało praw­do­po­dob­ne, ale nie widzia­łam inne­go, sen­sow­ne­go wyjaśnienia.


Obe­szłam Wales Mil­len­nium Cen­tre dooko­ła. I… nic!

Po raz pierw­szy coś w Wiel­kiej Bry­ta­nii napraw­dę mnie roz­zło­ści­ło. Dodat­ko­wo poczu­łam roz­cza­ro­wa­nie połą­czo­ne z nie­do­wie­rza­niem. Bo prze­cież cały, wiel­ki plac nie mógł tak po pro­stu zniknąć!

Wypo­wie­dzia­łam pra­sta­re, magicz­ne zaklę­cie, któ­re odpę­dza złe duchy, nega­tyw­ne emo­cje i cza­sem tak­że ludzi. I któ­re nie­kie­dy spra­wia, że czło­wiek dozna­je nagłe­go olśnie­nia. Czy­li powie­dzia­łam pod nosem „nosz kur*a mać!”

O dzi­wo – zadziałało!


Zauwa­ży­łam plac przed Wales Mil­len­nium Cen­tre, dostrze­głam meta­lo­wy obe­lisk, zoba­czy­łam kolum­ny-latar­nie. Cze­mu nie widzia­łam żad­nych z tych rze­czy wcze­śniej? Ponie­waż na pla­cu przed Wales Mil­len­nium Cen­tre było roz­sta­wio­ne weso­łe mia­stecz­ko. Obe­lisk i kolum­ny-latar­nie „zgu­bi­ły się” wśród oświe­tlo­nych kolo­ro­wy­mi, mru­ga­ją­cy­mi świa­teł­ka­mi dia­bel­skich mły­nów, karu­zel oraz innych atrakcji.

Złość minę­ła mi w jed­nej chwi­li i zamiast tego zaśmia­łam się – jed­no­cze­śnie z sie­bie oraz z całej sytu­acji. Cóż, tro­chę szko­da, bo liczy­łam na to, że uda mi się zna­leźć, znaj­du­ją­ce się obok obe­li­sku, wej­ście do taj­nej sie­dzi­by Tor­chwo­od. Tym­cza­sem tam, gdzie powin­no znaj­do­wać się przej­ście – stał teraz dia­bel­ski młyn.

Wales Millennium Centre

Choć nie gniewałam się już na Cardiff, cały czas złościłam się na tych, którzy postanowili rozłożyć wesołe miasteczko akurat w takim miejscu. I swoje niezadowolenie postanowiłam wyrazić w jedyny sposób, jaki mogłam, czyli nie uwieczniłam wesołego miasteczka na żadnym zdjęciu.

Ale hej, jak to mówią (i śpie­wa­ją) – You can't always get what you want, a ja choć nie zoba­czy­łam „zesta­wu” Wales Mil­len­nium Cen­tre + plac przed budyn­kiem + obe­lisk-fon­tan­na + kolum­ny-latar­nie w całej oka­za­ło­ści, będę mia­ła ali­bi by kie­dyś odwie­dzić Car­diff ponownie.

Sin City

O dzi­wo, kie­dy w nawi­ga­cji w tele­fo­nie wstu­ka­łam adres hoste­lu, GPS zapro­wa­dził mnie do celu nor­mal­ną, uczęsz­cza­ną przez ludzi dro­gą. A mój spa­cer był dużo krót­szy, niż poprzed­nio. Czy potrze­bu­je­cie innych dowo­dów na to, że nawi­ga­cja lubi pła­tać mi figle?


Hostel znaj­do­wał się w cen­trum, przy pro­wa­dzą­cym do zam­ku w Car­diff, głów­nym dep­ta­ku. Uli­ca tro­chę przy­po­mi­na­ła Kru­pów­ki – wio­dła lek­ko pod gór­kę, a po jej oby­dwu stro­nach były skle­py oraz restau­ra­cje. Dep­tak był jed­nak znacz­nie krót­szy niż Kru­pów­ki, no i próż­no było na nim szu­kać sto­isk z oscyp­ka­mi lub ciupagami.

Rzecz w tym, że byłam w Car­diff w cie­pły, sobot­ni wie­czór. A w takich pięk­nych oko­licz­no­ściach przy­ro­dy wie­lu ludzi lubi wysko­czyć na piwo.


Nie wiem, czy kie­dyś zda­rzy­ło się wam spo­tkać pija­nych Bry­tyj­czy­ków. Ja w Kra­ko­wie widu­ję ich bar­dzo czę­sto. A pro­blem z Bry­tyj­czy­ka­mi pole­ga na tym, że nie umie­ją oni pić. I o ile widok jed­ne­go lub kil­ku zata­cza­ją­cych się przez kra­kow­ski Rynek oby­wa­te­li UK jest zabaw­ny, tak zna­le­zie­nie się w obcym kra­ju i obcym mie­ście, na uli­cy peł­nej takich ludzi już nie śmieszy.

Na szczę­ście pija­ny tłum w Car­diff nie był agre­syw­ny. Wszy­scy byli zaab­sor­bo­wa­ni towa­rzy­stwem swo­ich zna­jo­mych więc nikt mnie nie zacze­piał. A część Bry­tyj­czy­ków prze­mie­rza­ła uli­cę na czwo­ra­ka lub jesz­cze bli­żej zie­mi, dzię­ki cze­mu nie sta­no­wi­ła dla mnie zagro­że­nia. Mimo wszyst­ko poczu­łam się, jak­bym znów była w fil­mie, ale tym razem takim, z gatun­ku post-apo, w któ­rym ludz­kość zdzi­cza­ła i osza­la­ła. Dobrze, że po dep­ta­ku nie jeź­dzi­ły żad­ne samo­cho­dy, bo wte­dy sce­ne­ria była­by, jak z Mad Maxa.


Uda­ło mi się dotrzeć do hoste­lu. Został on urzą­dzo­ny w taki spryt­ny spo­sób, że poko­je nie mia­ły okien wycho­dzą­cych na głów­ną uli­cę, dzię­ki cze­mu nie było w nich sły­chać impre­zy odby­wa­ją­cej się na dep­ta­ku. Co wię­cej, tym razem to nie był „hostel pod mil­czą­cym mni­chem”, a ponie­waż byłam w nastro­ju do roz­mo­wy, poga­da­łam chwi­lę z moimi współ­lo­ka­to­ra­mi. Wymia­na zdań, choć oży­wio­na (zaszpa­no­wa­łam innym moimi zdję­cia­mi Wales Mil­len­nium Cen­tre!), szyb­ko dobie­gła jed­nak koń­ca, ponie­waż wszy­scy byli tro­chę zmę­cze­ni i podob­nie jak ja – pra­gnę­li porząd­nie się wyspać.


Na tym więc zakoń­czył się mój dru­gi dzień Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy. Ale prze­cież mój pobyt w Car­diff dopie­ro się roz­po­czął. I kie­dy kła­dłam się spać, nawet nie przy­pusz­cza­łam, jakich wspa­nia­łych rze­czy doświad­czę następ­ne­go dnia. O tym jed­nak opo­wiem wam w następ­nym Dyrdymale.

Great, Geek Adventure

Wielka, Geekowa Przygoda – pozostałe wpisy:

Więcej zdjęć z Wielkiej Brytanii
możesz zobaczyć w galerii!

Źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: kadr z Doctor Who [seria 1, odci­nek 11 Boom Town]; jeśli nie zosta­ło stwier­dzo­ne ina­czej, pozo­sta­łe foto­gra­fie są moje­go autor­stwa lub też (jeśli ja się na nich znaj­du­ję), wyko­na­li je ano­ni­mo­wi, dobrzy ludzie, któ­rych spo­tka­łam na swo­jej drodze. :)

  • Pingback: W Królestwie Niesamowitości | Dyrdymały()

  • Pingback: Bezcelowy spacer po Londynie | Dyrdymały()

  • Pingback: Spontaniczny prezent, który trzeba było zaplanować | Dyrdymały()

  • Pingback: Tropem Doktora | Dyrdymały()

  • Mar­le­na Bier

    Czy zabrzmię jak zdar­ta pły­ta, jeśli napi­szę, ze uwiel­biam Two­je obser­wa­cje? Cały aka­pit na temat podró­żo­wa­nia bry­tyj­skim auto­bu­sem i bry­tyj­skiej geo­gra­fii jest super! :) Podo­ba mi się tak­że Two­je spo­strze­że­nia na temat języ­ka walij­skie­go, któ­ry rze­czy­wi­ście mógł­by być języ­kiem elfów hehe :) Wiesz, mam krót­kie nagra­nie komen­ta­rza do meczu w tym języ­ku i powiem Ci, że brzmi jesz­cze lepiej niż wyglą­da :DZdję­cie domów w Car­diff jest chy­ba na razie moim ulu­bio­nym ze wszyst­kich, któ­re zapre­zen­to­wa­łaś :D Tak wła­śnie wyobra­żam sobie zwy­czaj­ne bry­tyj­skie mia­sto (moż­ne ja też przedaw­ko­wa­łam bry­tyj­skie seria­le :D) i gdy­bym mogła wybie­rać, to wła­śnie w takim miej­scu chcia­ła­bym zamiesz­kać :D
    Och, trud­no mi dalej wymie­niać, bo z każ­dym kolej­nym aka­pi­tem odna­la­złam kolej­ne cie­ka­we spo­strze­że­nia, któ­rych na pew­no nie ma w żad­nym prze­wod­ni­ku. Nawet nie masz poję­cia jak mnie roz­ba­wił frag­ment o wsta­wio­nych Bry­tyj­czy­kach :D :D
    Zaś Wales Mil­le­nium Cen­tre wyglą­da i cud­nie w seria­lu, i na Two­ich zdję­ciach. Nawet nie mogę sobie wyobra­zić jakie to uczu­cie stać w tam­tym miej­scu z gło­wą peł­ną seria­lo­wych wspo­mnień :D Dla każ­de­go fana Dok­to­ra to na pew­no jed­no ze „świę­tych” miejsc ;) Szko­da tyl­ko, że pozo­sta­ła część wido­ku został prze­sło­nio­na :( Hmmm… Widać nie tyl­ko Har­dy ma pro­blem z tymi „paskud­ny­mi” weso­ły­mi mia­stecz­ka­mi, sta­wia­ny­mi w zupeł­nie nie­od­po­wied­nich miej­scach :P

    • Czy zabrzmię jak zdar­ta pły­ta, jeśli napi­szę, ze uwiel­biam Two­je obserwacje?

      Nie, ale nie powta­rzaj tego za czę­sto, bo wpad­nę w samozachwyt. ;)

      [język walij­ski] brzmi jesz­cze lepiej niż wyglą­da :D

      Co cie­ka­we, będąc w Car­diff chy­ba tyl­ko raz sły­sza­łam, jak ludzie roz­ma­wia­li w tym języ­ku. „Chy­ba”, bo nie jestem stu pro­cen­to­wo pew­na, czy to był walij­ski, czy też angiel­ski z moc­nym, walij­skim akcentem.

      Nawet nie masz poję­cia jak mnie roz­ba­wił frag­ment o wsta­wio­nych Bry­tyj­czy­kach :D :D

      Swo­ją dro­gą, na świe­cie mówią „pija­ny jak Polak”, a moim zda­niem „pija­ny jak Bry­tyj­czyk” paso­wa­ło­by dużo lepiej. :P

      Nawet nie mogę sobie wyobra­zić jakie to uczu­cie stać w tam­tym miej­scu z gło­wą peł­ną seria­lo­wych wspo­mnień :D

      To miej­sce napraw­dę wyglą­da wspa­nia­le! I nawet nie trze­ba być fanem Dok­to­ra, bo ono robi wra­że­nie samo w sobie. :)

      Widać nie tyl­ko Har­dy ma pro­blem z tymi „paskud­ny­mi” weso­ły­mi mia­stecz­ka­mi, sta­wia­ny­mi w zupeł­nie nie­od­po­wied­nich miej­scach :P

      Hihi, tutaj ty mnie roz­ba­wi­łaś, bo wyobra­zi­łam sobie, jak Har­dy zare­ago­wał­by na weso­łe mia­stecz­ko pod Wales Mil­le­nium Cen­tre. :D

  • Pingback: W tych kamieniach śpiewa historia* | Dyrdymały()

  • Pingback: Londyn nieznany? | Dyrdymały()

  • Pingback: Miasto na miarę człowieka | Dyrdymały()