Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wielka Geekowa Przygoda:

W Królestwie Niesamowitości

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień drugi, część I

Kil­ka dni na zwiedzanie Lon­dynu to stanow­c­zo za mało cza­su. Ale co zro­bić, jeśli nie ma się go więcej? Cóż, moż­na w biegu i pocie czoła starać się zobaczyć jak najwięcej. Nieste­ty to praw­dopodob­nie skończy się tym, że będziemy zmęczeni i nie do koń­ca zad­owoleni z wyciecz­ki. Ale moż­na też na samym początku pogodz­ić się z tym, że nie zobaczy się wszys­tkiego. A potem na spoko­jnie obe­jrzeć tyle Lon­dynu, na ile star­czy nam cza­su.

Ja wybrałam tę drugą opcję, zwiedzanie Lon­dynu w try­bie slow-life. I pod­czas drugiego dnia mojego poby­tu w stol­i­cy Anglii, nieśpiesznie zawędrowałam do Muzeum His­torii Nat­u­ral­nej.

Good morning!

Jestem noc­nym Markiem i wstawanie wcześnie rano zawsze jest dla mnie nie lada wyzwaniem. Graw­itac­ja łóż­ka zwięk­sza się wtedy kilkukrot­nie, koł­dra nie chce wypuś­cić ze swoich objęć, a dłonie niemal bez udzi­ału świado­moś­ci włącza­ją na budziku w tele­fonie kole­jną drzemkę.

Tym­cza­sem, choć po pier­wszym dniu zwiedza­nia Lon­dynu byłam masakrycznie zmęc­zona, następ­nego ran­ka czułam się bard­zo dobrze. Żad­nych zak­wasów, bólu pleców od taszczenia ciężkiego ple­ca­ka ani innych prob­lemów. Wstałam z łóż­ka bez ocią­ga­nia i czułam się jak nowo nar­o­d­zona! Zupełnie, jak­by mój orga­nizm przeszedł w tryb podróżnic­zo-przy­godowy i wiedzi­ał, że nie może marudz­ić.

To była kole­j­na rzecz, która pod­czas mojego poby­tu w Wielkiej Bry­tanii bard­zo pozy­ty­wnie mnie zaskoczyła. Bałam się, że fizy­cznie zabraknie mi sił, a tym­cza­sem moje ciało znalazło w sobie pokłady energii, z ist­nienia których sama nie zdawałam sobie sprawy.

Londyn o poranku

Z tego wczes­nego wyskoczenia z łóż­ka wynikał jed­nak pewien „prob­lem”. Muzea w Lon­dynie otwier­a­ją o dziesiątej, a ja opuś­ciłam hos­tel po ósmej rano. I co tu robić przez dwie godziny?! Jeśli czy­tal­iś­cie moje Dyrdy­mały tydzień temu, to pewnie wiecie, że uwiel­bi­am bezcelowo spacerować.

Poprzed­niego dnia, kiedy zmierza­łam do hostelu, minęłam ulicę Cam­bridge. I choć nie stał na niej żaden uni­w­er­sytet, nad pozostały­mi budynka­mi górował bard­zo ład­ny, stary koś­ciół (praw­dopodob­nie neogo­ty­c­ki, a nie śred­niowieczny, ale kto, po za mną, by się nad tym zas­tanaw­iał?).

Cambridge St Church TowerCambridge Street Church

Uwiel­bi­am taką architek­turę!

W miejs­kich porankach jest coś niezwykłego. Słońce oświ­et­la wszys­tko w pozy­ty­wny sposób, a rześkie powi­etrze doda­je energii i moty­wu­je do dzi­ała­nia. Jed­nocześnie niemal puste ulice spraw­ia­ją, że udziela ci się siel­skie rozleni­wie­nie nie do koń­ca obud­zonego mias­ta. Takie samo, jakie towarzyszy człowiekowi wtedy, kiedy w słoneczny, sobot­ni poranek już nie śpi, ale szczęśli­wy cią­gle leży w łóżku, bo nigdzie mu się nie śpieszy.

Zabawne jest też to, że kiedy rano idzie się pustą ulicą, ani trochę to nie prz­er­aża – zupełnie inaczej, niż gdy­by tą samą, równie pustą ulicą, szło się wiec­zorową porą.

Nine Elms The Tower

Pewnie pisałam to już kilkukrot­nie i powtórzę to jeszcze nie raz: Lon­dyn to piękne mias­to, które zach­wyca na każdym kroku!

W sobot­ni poranek z hostelu, przez Cam­bridge Street doszłam (nie mam poję­cia, którędy), do bieg­nącej nad Tamizą Grosvenor Road, a potem idąc wzdłuż Vaux­hall Bridge Road – dotarłam do stacji Vic­to­ria. Tam zaczepiłam na przys­tanku dwie starusz­ki (wyglą­da­jące jak prawdzi­we, ang­iel­skie damy): „dro­gie panie, zmierzam do Muzeum His­torii Nat­u­ral­nej. Wiem, że najproś­ciej dojechać tam metrem, ale ponieważ chci­ałabym po drodze pooglą­dać sobie Lon­dyn, czy nie wiedzą panie, jak dostać się do Muzeum auto­busem?”. Starsze panie chy­ba ucieszyło to, że planu­ję zwiedzać ich piękne mias­to nadziem­nym środ­kiem trans­portu. I co ważniejsze: dokład­nie poinstruowały mnie, jak powin­nam dotrzeć do celu*.


* W Lon­dynie bard­zo dobrze dzi­ała naw­igac­ja w tele­fonach. GPS pokazu­je nie tylko jak gdzieś dotrzeć, ale także z jakiego auto­busu lub linii metra należy w tym celu sko­rzys­tać. Teo­re­ty­cznie spoko­jnie moż­na zdać się na smart­fon. W prak­tyce – warto schować tele­fon do kieszeni, wyciągnąć staroświecką mapę i poza­czepi­ać prze­chod­niów na uli­cy. Dzię­ki temu wędrowanie sta­je się dużo przy­jem­niejsze.

Za czym kolejka ta stoi?

Dotarłam do Muzeum His­torii Nat­u­ral­nej. I soczyś­cie przek­lęłam.


Wejś­cie do Muzeum zna­j­dowało się w połowie, dość długiej uli­cy. Na początku uli­cy zaczy­nała się nato­mi­ast kole­j­ka do wejś­cia. To znaczy, tak pomyślałam w pier­wszej chwili – potem odkryłam, że w tam­tym miejs­cu kole­j­ka zakrę­ca i tak naprawdę zaczy­na się… w połowie uli­cy, mniej więcej na poziomie wejś­cia!

Widok był naprawdę prz­er­aża­ją­cy. Dobrze, że nie miałam wtedy pod ręką Googla i nie mogłam tak, jak ter­az, sprawdz­ić na mapie odległoś­ci. Bo wtedy dowiedzi­ałabym się, że kole­j­ka miała około 200 metrów dłu­goś­ci!!!


Ustaw­ić się w tej gigan­ty­cznej kole­jce, czy iść do innego muzeum? A co, jeśli w tym innym kole­j­ka będzie równie duża, a nawet więk­sza?!

Kilku rodz­iców z dzieci­aka­mi, na widok tej samej kole­j­ki, zro­biło w tył zwrot, ze smutkiem ozna­jmi­a­jąc swoim pociechom: „nie kochanie, dzisi­aj jed­nak nie zobaczymy dinoza­u­rów”. A ja stałam jak kołek, próbu­jąc pod­jąć decyzję. Mózg niemal mi się od tego myśle­nia zaw­iesił, z uszu wyle­ci­ały kłę­by pary, try­bi­ki pod czerepem praw­ie się poła­mały.

A potem dostrzegłam, że ludzie w kole­jce dość szy­bko przemieszcza­ją się do przo­du.

Tu napiszę jeszcze raz to, o czym wspom­i­nałam przy okazji Nation­al Gallery. Kole­j­ki w Wielkiej Bry­tanii, z jakiegoś niezrozu­mi­ałego dla mnie powodu, dzi­ała­ją zupełnie inaczej, niż w Polsce, czyli lep­iej. Owszem, w UK muzea są dar­mowe, więc „kor­ki” nie tworzą się przy kasach bile­towych. Ale z drugiej strony – ochrona przed wejś­ciem sprawdza każdego lep­iej, niż pod­czas wchodzenia na lot­nisko, co teo­re­ty­cznie zaj­mu­je więcej cza­su, niż sprzedawanie biletów.

W prak­tyce nato­mi­ast, trzy posty na Insta­gramie później – byłam wewnątrz Muzeum!

Epicka podróż do wnętrza Ziemi

Kiedy w holu muzeum pow­itał mnie szkielet dinozau­ra – obudz­iło się we mnie pię­ci­o­let­nie dziecko. Miałam ochotę piszczeć i skakać z radoś­ci.

A to był dopiero początek, bo za dinoza­u­rem zna­j­dowały się ruchome schody, które prowadz­iły do częś­ci wys­ta­wowej. Rzecz w tym, że schody prze­jeżdżały przez wnętrze Zie­mi (ale nie współczes­nej, tylko takiej sprzed bil­ionów lat, która cała była pokry­ta lawą). A wraże­nie, że właśnie zaczy­nam niezwykłą podróż, dopeł­ni­ała epic­ka muzy­ka oraz wymalowane na ścianach i sufi­cie gwiazdy.

Natural History Museum - Stegosaurus

Muzea pozwala­ją na podróż w cza­sie – człowiek oglą­da dinoza­u­ry i czu­je się przy tym, jak­by znowu miał pięć lat!

Jeśli nie czyta­cie Dyrdy­małów na bieżą­co, to muszę się wam do czegoś przyz­nać: wzruszam się, kiedy widzę (lub słyszę) coś epick­iego. Wzruszam się także wtedy, kiedy jestem ekstremal­nie szczęśli­wa. Po ruchomych schodach do wnętrza Zie­mi jechałam więc, z jed­nej strony śmiejąc się, jak dziecko, które właśnie dowiedzi­ało się, że w tym roku będzie dwukrot­nie obchodz­ić Gwiazd­kę. Z drugiej czułam, jak łzy napły­wa­ją mi do oczu, przez co cały czas myślałam: „nie becz Hoł­ka, nie becz – to prze­cież był­by obci­ach na skalę między­nar­o­dową!”. Udało się – nie rozpłakałam się. Choć było naprawdę blisko.

Muzeum idealne

Kiedy oczeki­wa­nia są wysok­ie, bard­zo łat­wo się zaw­ieść. Poprzed­niego dnia trochę rozczarowało mnie Nation­al Gallery, więc pomi­mo imponu­jącej sali wejś­ciowej, odrobinę martwiłam się, że Muzeum His­torii Nat­u­ral­nej także może nie spełnić moich oczeki­wań. Na szczęś­cie tak się nie stało. Co więcej, wyda­je mi się, że z Nat­ur­al His­to­ry Muse­um powin­ny brać przykład inne insty­tuc­je tego typu.

Przede wszys­tkim sale są zapro­jek­towane w taki sposób, że nie ma się poczu­cia prze­by­wa­nia w labiryn­cie (tak, jak w Nation­al Gallery). Idzie się jed­ną, wyz­nac­zoną trasą i ma się pewność, że po drodze obe­jrzy się wszys­tko. Co równie ważne, Muzeum nie jest jed­ną, wielką salą wys­ta­wową, ale skła­da się z kilku­nas­tu (a może nawet kilkudziesię­ciu) mniejszych ekspozy­cji. Każ­da z tych mini-wys­taw ma nieco inny styl oraz charak­ter: niek­tóre są mul­ti­me­di­alne, w sty­lu muzeów naukowych, inne prezen­tu­ją zbio­ry w bardziej trady­cyjny sposób. A jeśli tem­aty­ka (lub for­ma) jakiejś wys­tawy nie przy­pad­nie nam do gus­tu – zawsze moż­na łat­wo (i znów: bez poczu­cia zagu­bi­enia) prze­jść do innej ekspozy­cji.

Wiele eksponatów dos­tosowano do osób niewidomych. To znaczy – w gablocie może­my podzi­wiać ory­gi­nał, nato­mi­ast przed szy­bą mamy gip­sowy odlew, który moż­na dotykać. Takie rozwiązanie jest dobre dla wszys­t­kich, bo oso­by nie mające prob­lemów ze wzrok­iem także mogą dotknąć odlewu i tym samym poczuć ksz­tałt i fak­turę eksponatu. Co spraw­ia, że zwiedzanie sta­je się jeszcze ciekawsze, bo moż­na doświad­czyć poby­tu w muzeum więk­szą iloś­cią zmysłów.

Natural History Museum - Shells

Samo patrze­nie na taką skamieni­ałość jest niezwykłym przeży­ciem. Potra­fi­cie sobie wyobraz­ić, jakie to wspani­ałe uczu­cie, dotknąć tych mus­zli i poczuć opuszka­mi pal­ców ich fak­turę?

Jedyny minus, który jest zmorą niemal wszys­t­kich muzeów i którego w Muzeum His­torii Nat­u­ral­nej nie udało się uniknąć, jest to, że więk­szość eksponatów zna­j­du­je się w gablotach. To powodu­je, że trud­no się takie obiek­ty fotogra­fu­je, bo zazwyczaj kończy się to tym, że na zdję­ciu zosta­je utr­walony fotograf odbi­ja­ją­cy się w szy­bie. Dlat­ego w tym wpisie nie będzie wielu ilus­tracji.

Skala ma znaczenie

Kiedy widzę w książce rysunek porównu­ją­cy wielkość dinozau­ra z wielkoś­cią człowieka, zawsze myślę sobie: „ok, dinoza­u­ry rzeczy­wiś­cie były duże”, ale jed­nocześnie mój umysł jakoś tego nie oga­r­nia. Kiedy w Muzeum His­torii Nat­u­ral­nej zobaczyłam cza­szkę pre­his­to­rycznego krokody­la, która była więk­sza ode mnie, pomyślałam: „wow, one naprawdę były olbrzymie!”*. A potem obok cza­sz­ki krokody­la, zobaczyłam znacznie mniejszą cza­szkę T-Rexa i przez myśl przeszło mi jedynie: „o kurde!”

Właśnie dlat­ego lubię chodz­ić zarówno po muzeach, jak i gale­ri­ach sztu­ki – żaden obraz w książce lub repro­dukc­ja w internecie nie odda tego, co czu­je się, kiedy stoi się obok „ory­gi­nału” i czu­je jego wielkość (lub niewiel­ki rozmi­ar, w przy­pad­ku niek­tórych dzieł sztu­ki).


*A przy okazji: „LOL, fajnie było­by mieć łóżko wewnątrz takiej skamieni­ałej paszczy!”

Straszne ptaszyska

Tak, jak pisałam – jedne wys­tawy w Muzeum His­torii Nat­u­ral­nej są bardziej ciekawe, a inne mniej. W niek­tórych gablotach zna­j­du­ją się eksponaty od których nie moż­na oder­wać wzroku, a w innych takie, koło których prze­chodzi się zupełnie obo­jęt­nie.

Przemierza­łam jed­ną z takich, mniej intere­su­ją­cych wys­taw. To znaczy: nie była ona zła, tylko w bard­zo starym sty­lu. Prezen­towała kolekcję wypchanych ptaków. Każ­da gablota była po brze­gi wyłożona eksponata­mi, przez co ilość rzeczy do oglą­da­nia moc­no przytłacza­ła, nie było wiado­mo, na czym skupić wzrok. Niek­tóre okazy były wyle­ni­ałe, zupełnie jak­by wypchano je jeszcze za cza­sów Dar­wina. Jak­by tego było mało – wiele eksponatów prezen­towało się dość upi­ornie. W gablotach moż­na było zobaczyć między inny­mi zasus­zone, ptasie łap­ki lub skrzy­dła; inne prezen­towały same ptasie głowy. W tym jed­ną dość niezwykłą, bo z ołówkiem wbitym w ptasi móżdżek (czemu? nie mam zielonego poję­cia!).

LOL, czy ktoś mi może wyjaśnić, czemu ta sowa ma ołówek wbity w cza­szkę? :D #Great­GeekAd­ven­ture

Post udostęp­niony przez Hoł­ka (@joanna.holy)

Znud­zona, wyszłam z „ptaszarni”. I stanęłam jak wry­ta.

Efekt WOW!

Znalazłam się w głównej hali Muzeum His­torii Nat­u­ral­nej. W gigan­ty­cznym pomieszcze­niu, w sty­lu neoro­mańskim, ozdo­bionym masą pięknych kol­umn, na których wznosiło się imponu­jące sklepi­e­nie. Już samo wejś­cie do takiego miejs­ca wystar­czyło, by opadła mi szczę­ka. Tym­cza­sem to nie było wszys­tko, bo pod sufitem zaw­ies­zony był szkielet wielo­ry­ba.

WIE-LO-RY-BA!!!

Natural History Museum - Whale left

Pode­jrze­wam, że ta nud­na wys­tawa peł­na upi­ornych, wypchanych ptaków, służyła tylko i wyłącznie temu, by pomieszcze­nie, do którego prowadz­iła, robiło jeszcze więk­sze wraże­nie.

Ludzie prze­chodzili obok mnie, niek­tórzy nawet lekko popy­chali, bo torowałam im drogę. A ja stałam, jak wmurowana, z sze­roko otwarty­mi usta­mi i jeszcze szerzej otwarty­mi ocza­mi.

Natural History Museum - Whale front

Żadne zdję­cie nie odda, jak czu­je się człowiek, kiedy nad jego głową wisi taki gigant.

Czułam się jak bohaterowie Parku Jura­jskiego, kiedy zobaczyli pier­wszego dinozau­ra. I podob­nie jak Sam Neill, miałam ochotę odwró­cić się do tłu­mu anon­i­mowych ludzi, wskazać na cudo wiszące nad moją głową i z ekscy­tacją stwierdz­ić: „to jest wielo­ryb!”

Natural History Museum - Whale right bottom

Nieczęs­to zdarza się, by jak­iś eksponat muzeal­ny ide­al­nie kom­ponował się z przestrzenią, w której się zna­j­du­je. W tym przy­pad­ku właśnie tak się stało!

W końcu odzyskałam władzę w nogach i ruszyłam przed siebie. To znaczy: zaczęłam krążyć po głównej hali muzeum i oglą­dać szkielet ze wszys­t­kich stron. Mózg znów mi się zaw­iesił i w myślach w kółko pow­tarza­łam jedynie: „Wow, wow, wow!”.

Natural History Museum - Whale back

Od ciągłego zadziera­nia głowy w górę zaczy­na boleć kark, ale w tym przy­pad­ku w ogóle nie zwraca się na to uwa­gi.

Wiem, że to, co ter­az napiszę, będzie być może trochę okrutne, ale kiedy jak­iś czas później dotarłam do sali, w której prezen­towano dinoza­u­ry – żaden z nich nie zro­bił na mnie takiego wraże­nia, jak szkielet tego wielo­ry­ba.

Porozmawiajmy o architekturze

Mówi się, że na smak posiłku wpły­wa także sposób jego poda­nia. Nato­mi­ast kiedy oce­nia się wys­tawę, zwraca się uwagę na jej wygląd oraz treść, i praw­ie wcale nie przykła­da się wagi do architek­tu­ry budynku, w którym ekspozy­c­ja się zna­j­du­je. Co nie jest błę­dem, bo zazwyczaj po pros­tu nie ma takiej potrze­by.

Muzeum His­torii nat­u­ral­nej jest wyjątkiem od tej reguły. Pisałam już o tym, że głów­na hala zach­wyca. Miałam jed­nak na myśli „tylko” to, co czu­je się, kiedy na wszys­tko spoglą­da się z dale­ka. Bo kiedy pode­jdzie się bliżej, doz­na­je się prawdzi­wego zawro­tu głowy!

Ściany i kolum­ny Muzeum są bowiem boga­to zdo­bione. I to nie jakim­iś prosty­mi wzorka­mi geom­e­tryczny­mi, ale szczegółowy­mi płasko­rzeźba­mi, przed­staw­ia­ją­cy­mi między inny­mi ewolucję niek­tórych gatunków zwierząt.

Natural History Museum - Wall - FishesNatural History Museum - Wall - Eagle and Monkey

Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się pomyśleć: „szko­da, że ściany muzeum są zasłonięte przez ekspozy­cję”.

Przeczy­tałam gdzieś, że Muzeum His­torii Nat­u­ral­nej, jest jed­nym z najpiękniejszych budynków wznie­sionych w XIX wieku. I moim zdaniem tytuł ten słusznie mu się należy. Bo nieczęs­to spo­ty­ka się budyn­ki, które zach­wycały­by zarówno swo­ją bryłą, jak i pełny­mi detali wykończeni­a­mi.

Muzeum to nie wszystko

W Muzeum His­torii Nat­u­ral­nej mile spędz­iłam kil­ka godzin. Zwiedzanie tego miejs­ca ani mnie nie zmęczyło, ani nie znudz­iło. Nawet tłum ludzi wokół, mnie nie iry­tował.

Pod­sumowu­jąc: jeśli będziecie kiedyś mieli możli­wość – koniecznie odwiedź­cie to miejsce. Nie pożału­je­cie. Nie wspom­i­na­jąc już o tym, że jest to jed­no z takich muzeów, które w równie dużym stop­niu zain­tere­su­je i dzieci, i dorosłych (przy czym: strzeż­cie się, rodz­ice! W budynku zna­j­du­je się kil­ka sklepików z pamiątka­mi – jeśli nie chce­cie zbankru­tować, trzy­ma­j­cie swo­je pociechy z dale­ka od tych miejsc! ;)


A ter­az podzielę się z wami wspom­nie­niem, które praw­dopodob­nie rozczuli was bardziej, niż widok sta­da słod­kich piesków i kotków.


Po wyjś­ciu z Muzeum usłysza­łam, jak pewien tata zapy­tał swo­ją córkę (w wieku 5–8 lat… sor­ry, ale nie potrafię określać, wieku dzieci­aków):

Co chcesz zjeść na obi­ad?”

Dziew­czyn­ka odpowiedzi­ała (z pięknym, bry­tyjskim akcen­tem, który spraw­ił, że brzmi­ała jed­nocześnie uroc­zo i w pewien sposób dystyn­gowanie):

Lubię, jak przyrządza­sz makaron. I lubię, jak przyrządza­sz [tu padła nazwa potrawy, której nieste­ty nie udało mi się rozpoz­nać]. Jed­no i drugie bard­zo mi smaku­je, ale…”

Po usłysze­niu tak dyplo­maty­cznego wstępu sądz­iłam, że po „ale” rozpocznie się narzekanie. Tym­cza­sem mło­da Bry­tyj­ka stwierdz­iła:

…ale chci­ałabym, żebyś kiedyś przyrządz­ił na obi­ad oby­d­wa te dania jed­nocześnie.”


How cute is that?! :D


Kur­cze, nier­az zach­wycam się tym, jak dobrze w bry­tyjs­kich seri­alach są napisane dialo­gi. Tym­cza­sem okazu­je się, że niek­tórzy Bry­tyjczy­cy naprawdę roz­maw­ia­ją w taki sposób! I jak tu, idąc londyńską ulicą, nie czuć się, jak w pro­dukcji BBC?!


Jak pamięta­cie, do Muzeum His­torii Nat­u­ral­nej przy­jechałam auto­busem, przez co nie widzi­ałam wcześniej stacji metra Kens­ing­ton. A to jest kole­jne miejsce, o które warto zahaczyć. To znaczy: może niekoniecznie o stację metra samą w sobie. Bardziej o sym­pa­ty­czny dep­tak pełen kna­jpek, który zna­j­du­je się obok tego miejs­ca. Jeśli więc zgłod­nieje­cie po wiz­y­cie w Muzeum – skieru­j­cie się właśnie tam.

Kensington Station

A przy okazji – tak wyglą­da wejś­cie do stacji metra w tam­tym miejs­cu.

Londyn to dopiero początek!

Muzeum His­torii Nat­u­ral­nej było jedynym miejscem, które zwiedz­iłam pod­czas mojego drugiego dnia poby­tu w Lon­dynie.

Chwila, moment, Hoł­ka!” – zapyta­cie być może w tej chwili – „Ale sko­ro do Muzeum weszłaś około dziesiątej rano i prze­by­wałaś w tym miejs­cu przez kil­ka godzin, to co robiłaś przez resztę popołud­nia?”

Otóż moi drodzy, Lon­dyn nie był moim głównym celem podróży, a jedynie punk­tem prze­si­ad­kowym. Po połud­niu wsi­adłam więc do międzymi­as­towego auto­busu i wyruszyłam na poszuki­wanie kole­jnych Wiel­kich, Geekowych Przygód.

Dokąd? Tego dowiecie się w następ­nym Dyrdy­male!

Belgravia Police Station

I na koniec: zdję­cie ład­nego posterunku policji. Sfo­tografowałam ten budynek, bo po pier­wsze – rzu­cił mi się w oczy, a po drugie myślałam, że pojaw­ił się on w Sher­locku.

Po powro­cie do Pol­s­ki sprawdz­iłam, i okaza­ło się, że posterunek jed­nak nie „zagrał” w seri­alu. Ale zdję­cie wyszło mi ładne, więc się nim z wami dzielę. :)

Great, Geek Adventure

Wielka, Geekowa Przygoda – pozostałe wpisy:

Więcej zdjęć z Wielkiej Bry­tanii
możesz zobaczyć w galerii!

  • Pingback: Bezcelowy spacer po Londynie | Dyrdymały()

  • Pingback: Londyn nieznany? | Dyrdymały()

  • Pingback: Tropem Doktora | Dyrdymały()

  • Pingback: Spontaniczny prezent, który trzeba było zaplanować | Dyrdymały()

  • Mar­lena Bier

    Hihi, naprawdę mogłabyś pisać prze­wod­ni­ki, bo po Twoim opisie Nat­ur­al His­to­ry Muse­um zapałałam ogrom­ną ochotą do odwiedzenia tego miejs­ca, choć w moim wymar­zonym spac­erze po Lon­dynie w ogóle nie było takiego punk­tu :D No i jestem znów oczarowana mieszkań­ca­mi Lon­dynu, zwłaszcza cud­owną, na wskroś bry­tyjs­ka dziew­czynką, która po pros­tu mnie rozczuliła :) Wiem mniej więcej gdzie udałaś się dalej, więc już się nie mogę doczekać opisu Twoich wrażeń :)

    • Może trochę zaspoileru­ję, ale ze wszys­t­kich londyńs­kich muzeów, które zwiedz­iłam – Nat­ur­al His­to­ry Muse­um podobało mi się najbardziej. Przy czym nieste­ty nie dotarłam do Muzeum Trans­portu, a ono podob­no też jest bard­zo fajne.

      No i jestem znów oczarowana mieszkań­ca­mi Lon­dynu, zwłaszcza cud­owną, na wskroś bry­tyjs­ka dziew­czynką, która po pros­tu mnie rozczuliła :)

      Ponown­ie nie chcę tutaj gen­er­al­i­zować, i jeszcze raz pod­kreślę, że pewnie gdy­bym pomieszkała w UK dłużej, może miałabym inne zdanie na ten tem­at, ale ani razu nie spotkałam się w Wielkiej Bry­tanii z sytu­acją, w której rodz­ice krzy­czeli­by lub kar­cili za coś swo­je dzieci (choć oczy­wiś­cie częs­to, stanow­czym tonem, przy­woły­wali je do porząd­ku). Ani nie byłam światkiem sytu­acji, w której jakieś dziecko dostało­by ataku złoś­ci lub his­terii i płaczem lub tupaniem noga­mi starało się coś wymusić na swoich rodz­i­cach (choć znów: nie chodz­iłam po sklepach, a w Polsce takie sytu­acje najczęś­ciej zdarza­ją się w super­mar­ke­tach, na dziale z zabawka­mi, więc może w UK w takich miejs­cach też moż­na coś podob­ne­go zaob­ser­wować* :P )

      I jeszcze w ramach cieka­wost­ki: w Muzeum His­torii Nat­u­ral­nej, najczęś­ciej zadawane przez dzieci­a­ki pytanie to: „kiedy w końcu zobaczymy dinoza­u­ry?” (bo sala z dinoza­u­ra­mi zna­j­du­je się mniej więcej na końcu Muzeum) :D

      *Wiem, że to głupie, ale zaczęłam się zas­tanaw­iać: czy obser­wowanie małego dziec­ka, krzy­czącego ze złoś­cią ze szkockim akcen­tem, było­by czymś bard­zo prz­er­aża­ją­cym, czy też mega uroczym? :)

      • Mar­lena Bier

        Rzeczy­wiś­cie jest coś w tym, że będąc turys­tą widzi się tylko wycin­ki z życia jakiegoś miejs­ca i to najczęś­ciej te najlep­sze. Wiesz miałam kiedyś okazję być powiedzmy, że prze­wod­nikiem dla niewiel­kich grup obcokra­jow­ców z różnych europe­js­kich kra­jów i abso­lut­nie wszyscy byli zach­wyceni Polaka­mi, pod­kreślali, że jesteśmy niezwyk­le sym­pa­ty­czni, otwar­ci, gościn­ni i chęt­ni do pomo­cy, a nasze mias­ta tęt­nią życiem i widać, że mieszkań­cy o nie dba­ją, Co było zabawne zdarza­ło się przy tym, że niek­tórzy kry­tykowali przy tym nieco przy tym własne nac­je :) Nieza­leżnie od tego jak my widz­imy siebie, to było super miłe doświad­cze­nie tak posłuchać kom­ple­men­tów na tem­at swoich rodaków. Myślę, że sami Londyńczy­cy byli­by dum­ni, gdy­by poczy­tali o tym, jak podobało Ci się w ich mieś­cie :D Mam też taką teorię, że ludzie sym­pa­ty­czni i otwar­ci przy­cią­ga­ją sobie podob­nych, także wiesz… :D BTW, Two­ja uwa­ga apro­pos krzy­czenia po szkocku jest bez­cen­na :D :D Rozbaw­iłaś mnie na pół dnia :D

        • Rzeczy­wiś­cie jest coś w tym, że będąc turys­tą widzi się tylko wycin­ki z życia jakiegoś miejs­ca i to najczęś­ciej te najlep­sze.

          Wycin­ki z życia to raz, a dwa, że zupełnie inaczej postrze­ga się miejsce, w którym jest się przez dwa tygod­nie na urlop­ie, a inaczej – kiedy się w nim miesz­ka i pracu­je.

          Sama jestem tego dobrym przykła­dem. Kiedy mówię komuś, że pochodzę z Zakopanego, niemal za każdym razem słyszę „wow, ale ci dobrze, uwiel­bi­am Zakopane i chci­ałbym tam mieszkać”. Na co zawsze odpowiadam „nie, wcale nie”.

          wszyscy byli zach­wyceni Polaka­mi, pod­kreślali, że jesteśmy niezwyk­le sym­pa­ty­czni, otwar­ci, gościn­ni i chęt­ni do pomo­cy

          Hehe, wiesz, że miałam podob­ną reflek­sję. To znaczy: że ja zach­wycam się Bry­tyjczyka­mi, a prze­cież resz­ta świa­ta na podob­nej zasadzie zach­wyca się nami, Polaka­mi.

          Two­ja uwa­ga apro­pos krzy­czenia po szkocku jest bez­cen­na :D :D Rozbaw­iłaś mnie na pół dnia :D

          Cieszę się, że popraw­iłam ci humor. :) Ale ciekawi mnie, co ty obstaw­iasz: czy wściekły, mały Szkot był­by straszny, czy może uroczy? ;)

          • Mar­lena Bier

            Jak dla mnie wściekły mały Szkot był­by na pewno przeu­roczy, niewyk­luc­zone, że gapiłabym się na takie zjawisko z bezw­styd­nie otwartym dziobem :P Jed­nak nie wiem czy moje zdanie się liczy, bo trud­no u mnie o obiek­ty­wizm w tej spraw­ie, sko­ro szkoc­ki akcent jest moim najukochańszym na całym świecie i był nim jeszcze za nim zapoz­nałam się z twór­c­zoś­cią pewnego niesamowitego Szko­ta :D

  • Katarzy­na Lew­cun

    Ten szkielet wielo­ry­ba- jak ja Ci zaz­droszczeeeee! Czy­tanie lon­dyn­s­kich Dyrdy­malow jest tak przy­jemne, jak jedze­nie czeko­la­dy (a nie tuczy). Ja chce wiecej!

    • Kasiu, już mnie tak nie chw­al, bo wpad­nę w samozach­wyt! ;)
      A tak serio: porów­nanie Dyrdy­małów do czeko­la­dy, to najws­panial­sza rzecz, jaką kiedykol­wiek przeczy­tałam. Dzięku­ję. :)

  • Pingback: W poszukiwaniu tajnej bazy Torchwood | Dyrdymały()

  • Pingback: W tych kamieniach śpiewa historia | Dyrdymały()

  • Pingback: Miasto na miarę człowieka | Dyrdymały()