Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wielka Geekowa Przygoda:

Spontaniczny prezent, który trzeba było zaplanować

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień pierwszy, część I

Kiedy kil­ka miesię­cy temu (jakieś pół roku przed „ter­minem”!) rodz­ice zapy­tali mnie: „co chcesz w prezen­cie na trzy­dzi­este urodziny?”. Westch­nęłam wtedy ciężko: „czy może­my udawać, że nie mam trzy­dzi­estych urodzin?”. Bo choć staram się tego nie pokazy­wać, od jakiegoś cza­su cier­pię na „kryzys wieku przedśred­niego”. I per­spek­ty­wa tego, że już niedłu­go dołączę do grona trzy­dziesto­latków moc­no mnie dołu­je.

Mama, widząc moją stra­pi­oną minę, wysunęła więc nieco inną propozy­cję: „to może w ramach prezen­tu fund­niemy ci z Tatą jakąś podróż?”. Pomysł wydał mi się świet­ny. Początkowo. Szy­bko okaza­ło się, że nie potrafiłam wybrać miejs­ca, które chci­ałabym zwiedz­ić. Ciepłe kra­je brzmi­ały zbyt sztam­powo (nie wspom­i­na­jąc o tym, że nie lubię się opalać), a krainy wyglą­da­jące na bardziej ekscy­tu­jące, takie jak Tran­syl­wa­nia lub Czarnobyl (serio, podob­no wyciecz­ki do tego miejs­ca są super!), choć wzbudza­ły cieka­wość, jed­nocześnie nie przypraw­iały mnie o szyb­sze bicie ser­ca.

Przez kil­ka miesię­cy z coraz więk­szym zrezyg­nowaniem przeglą­dałam ofer­ty biur podróży, a moje zdołowanie oraz roz­pacz spowodowane kryzy­sem wieku przedśred­niego naras­tały. I nagle, pewnego pięknego, słonecznego, lip­cowego dnia doz­nałam olśnienia. „Mamo, Tato, chcę pole­cieć do Anglii!”

Organizacyjny reisefieber

Nie mam prob­lemów z pakowaniem się, nie jestem zestre­sowana przed wyjaz­dem, nie boję się latać. Gen­er­al­nie – lubię podróżować. To, co mnie prz­er­aża, to planowanie.

Wyciecz­ki z biur podróży pozwala­ją uniknąć tego przykrego pro­ce­su. Do Anglii wybier­ałam się jed­nak całkowicie na włas­ną rękę, więc sama musi­ałam wszys­tko zor­ga­ni­zować. A to spraw­iło, że moje radosne „hur­ra, lecę do Lon­dynu!” szy­bko zamieniło się w „fuck ten Lon­dyn to chy­ba jed­nak nie był dobry pomysł”.


Na którą godz­inę zarez­er­wować bilet? Czy zdążę dotrzeć na to miejsce na czas? A co, jeśli po kupi­e­niu bile­tu przez inter­net, pop­su­je się sys­tem rez­erwacji, przez co mój bilet stanie się nieważny?

Jak dzi­ała Oys­ter Card? Który wari­ant tego bile­tu będzie najlep­szy? Jak nie zgu­bić się w metrze? Jak najproś­ciej prze­dostać się z punk­tu A do punk­tu B? I co najlepiej zwiedz­ić?

Który hos­tel wybrać? Czy przetr­wam noc w 15-sto osobowym poko­ju? Czy wykupić noc­leg ze śni­adaniem? A co, jeśli śni­adanie będzie w sty­lu bry­tyjskim, czyli zaser­wu­ją jaj­ka na bekonie?


Mniej więcej takie pyta­nia spędza­ły mi sen z powiek przez ostat­nie kil­ka tygod­ni. Inter­net wcale nie poma­gał, bo ilość zawartych w nim porad po pier­wsze mnie przytłacza­ła, a po drugie częs­to napo­tykałam na sprzeczne infor­ma­c­je. I czy ufać artykułom, które zostały napisane rok lub kil­ka lat temu? Prze­cież mogły się one zdeza­k­tu­al­i­zować!

Dużo lep­iej spisała się pod tym wzglę­dem „pocz­ta pantoflowa”, pod­py­tanie o wszys­tko zna­jomych, którzy już byli w Lon­dynie (pozdrowienia dla Mar­ty! :)

Ale nawet, kiedy dowiedzi­ałam się wszys­tkiego, co wydawało mi się istotne, zaplanowałam trasę wyciecz­ki, kupiłam bile­ty* i zarez­er­wowałam hostele – w głowie cią­gle kołatała mi się niepoko­ją­ca myśl „a co, jeśli coś przeoczyłam i przy­go­da życia prze­rodzi się w najwięk­szy z możli­wych kosz­marów?”


Jed­ną, z trud­nych decyzji, jakie musi­ałam pod­jąć w trak­cie planowa­nia, była kwes­t­ia bagażu. Przewiezie­nie w samolocie małego bagażu podręcznego było bezpłatne, za duży bagaż podręczny, trze­ba było dopłacić praw­ie stówkę, w każdą stronę. Tak, rodz­ice fun­dowali mi wycieczkę, ale po pier­wsze oni nie są mil­ion­era­mi, a po drugie – ja nie lubię wycią­gać od nich (lub od kogokol­wiek innego) pieniędzy, więc zależało mi na tym, by wydać tak mało kasy, jak to tylko będzie możli­we. Dość dłu­go biłam się więc z myśla­mi i zas­tanaw­iałam, jaki rozmi­ar bagażu podręcznego wybrać. Koniec końców zde­cy­dowałam się dopłacić za więk­szy wari­ant i to była bard­zo dobra decyz­ja, bo jak się potem przekon­ałam – nawet do takiego bagażu led­wo się zapakowałam!

Plecak

Przyz­na­ję – z racji tego, że budżet wyprawy był „stu­denc­ki”, połowę zawartoś­ci ple­ca­ka stanow­iło jedze­nie. I choć wraz z upły­wem podróży ilość prowiantu malała, jed­nocześnie zwięk­sza­ła się licz­ba pamiątek. Dlat­ego ciężko było­by to wszys­tko upch­nąć do mniejszego ple­ca­ka.

* W niek­tórych przy­pad­kach, pod­czas kupowa­nia biletów przez inter­net, musi­ałam nie tylko podać swo­je imię i nazwisko, ale też wybrać zwrot grzecznoś­ciowy. Poza stan­dar­d­owym pan/pani/panna, for­mu­la­rze zaw­ier­ały również stop­nie naukowe takie jak doktor/profesor, a także… tytuły szlacheck­ie! Bard­zo kusiło mnie, by wykupić takie bile­ty na Lady Joan­nę, bo brz­mi to prze­cież mega cool. Koniec końców stwierdz­iłam jed­nak, że Bry­tyjczy­cy mogą pod­chodz­ić do kwestii błęk­it­nej krwi nieco poważniej, niż ja i ostate­cznie pozostałam na bile­tach pan­ną Joan­ną.

Lecę, ale jeszcze się nie cieszę

Powtórzę jeszcze raz, że zazwyczaj podróżowanie mnie nie stre­su­je. Owszem, tuż przed wyjaz­dem czu­ję podekscy­towanie zmieszane z niepoko­jem, jest to jed­nak całkiem przy­jemne uczu­cie. Przed wylotem do Lon­dynu negaty­wne odczu­cia prze­ważały jed­nak sza­lę i nasi­lały się z każdą chwilą. Do wszys­t­kich obaw dołączyły jeszcze takie bardziej absurdalne w sty­lu: a co, jeśli pomyliłam dzień i godz­inę odlo­tu? A co, jeśli tylko przyśniło mi się, że zarez­er­wowałam bilet na lot i tak naprawdę wcale tego nie zro­biłam? I czy samolot, do którego wsi­adam, na pewno leci do Lon­dynu???

Złe myśli nie opuś­ciły mnie ani wtedy, kiedy wsi­adłam na pokład, ani po star­cie, ani nawet po wylą­dowa­niu. I choć ani przez moment nie bałam się, że samolot się rozbi­je, to prz­er­ażało mnie to, że pod­czas kon­troli pasz­por­towej z jakiegoś powodu mój pasz­port okaże się nieważny. Rany, nawet kiedy jechałam do Warsza­wy, na spotkanie z Williamem Ficht­nerem, nie stre­sowałam się tak bard­zo!

Na szczęś­cie kiedy już przeszłam przez odprawę pasz­por­tową, zostaw­iłam wszys­tkie złe myśli za sobą. Po raz pier­wszy od kilku dni szcz­erze się uśmiech­nęłam i odetch­nęłam pełną pier­sią. Pod stopa­mi miałam bry­tyjską ziemię, nad głową błęk­itne niebo, a przed sobą – Wielką, Geekową Przy­godę!

Lepiej, niż zgodnie z planem!

Nie lubię się śpieszyć, biec do miejs­ca, w którym mam się staw­ić na jakąś określoną godz­inę. Dlat­ego bile­ty na wszys­tkie atrakc­je, które chci­ałam zobaczyć, zarez­er­wowałam w taki sposób, bym mogła spoko­jnie dotrzeć do każdego z miejsc na czas. Wyjątek stanow­ił pier­wszy punkt mojej wyciecz­ki (o którym napiszę jutro) – tu wszys­tko było ustaw­ione na styk – min­u­ta opóźnienia samolo­tu lub korek na trasie Luton-Lon­dyn (bo to w Luton wylą­dowałam) mógł spraw­ić, że nie zdążyłabym do tego jed­nego miejs­ca dotrzeć na czas i tym samym cała atrakc­ja by mi przepadła.

Na szczęś­cie wszys­tko poszło nie tylko zgod­nie z planem, ale nawet lep­iej! Samolot wylą­dował punk­tu­al­nie, odprawa pasz­por­towa zajęła mniej cza­su, niż zakładałam, udało mi się nawet wsiąść do wcześniejszego auto­busu do Lon­dynu i koniec końców wylą­dowałam na Bak­er Street godz­inę wcześniej, niż zakładałam!

Pierwsze kroki w Londynie

Bałam się, że Lon­dyn będzie mnie przytłaczał. Nic takiego się nie stało. W tłu­mie ludzi nie czułam ani tłoku, ani zagu­bi­enia. Choć zna­j­dowałam się na jed­nej z głównych ulic, którą jeźdz­iła masa samo­chodów – nie dusiły mnie ich spaliny i nie osza­łami­ał hałas (co w Krakowie ma miejsce po pię­ciu min­u­tach prze­by­wa­nia na Alei Trzech Wieszczy).

Choć pod­czas oglą­da­nia bry­tyjs­kich seri­ali za nic nie mogę przyzwycza­ić się do tego, że auta jeżdżą w nich po niewłaś­ci­wej stron­ie dro­gi, na żywo lewostron­ny ruch wyglą­dał zupełnie nat­u­ral­nie. Ach, i to praw­da, że w Lon­dynie na każdym prze­jś­ciu dla pieszych zna­j­du­ją się infor­ma­c­je mówiące o tym, w którą stronę patrzyć pod­czas prze­chodzenia przez jezd­nię! Co jest przy­datne, bo w mieś­cie jest pełno jed­nok­ierunk­owych lub dwu­pas­mowych ulic, przez co częs­to naprawdę nie wiado­mo, z której strony może nad­jechać samochód. Przy okazji ciekawą sprawą są tu światła na skrzyżowa­ni­ach – choć bezwzględ­nie muszą się do nich stosować kierow­cy, to dla pieszych oraz row­erzys­tów są one jedynie sug­estią.

Look Left

Teo­re­ty­cznie pod­czas prze­chodzenia przez jezd­nię w UK powin­no się patrzyć w pra­wo, ale cza­sem – jak w Polsce – należy spo­jrzeć w lewo. A kiedy indziej w obie strony jed­nocześnie (czy to jest w ogóle możli­we?). Gen­er­al­nie prze­chodze­nie przez jezd­nię w Lon­dynie jest dość skom­p­likowane, na szczęś­cie wszędzie są światła oraz pod­powiedzi takie, jak ta na zdję­ciu – dla śmi­ałków, którzy nie boją się prze­chodz­ić na czer­wonym świ­etle.

Czy sztuka dedukcji potrzebna jest w metrze?

Ponieważ wylą­dowałam na Bak­er Street i nie musi­ałam się śpieszyć, postanow­iłam prze­jść się pod słyn­ny numer 221B. Przy czym miejsce zamieszka­nia Sher­loc­ka Holme­sa obe­jrza­łam jedynie z zewnątrz, bo wszyscy radzili mi, że nie warto wchodz­ić do środ­ka, do muzeum, bo nie ma w nim niczego ciekawego.

Sherlock Holmes

Hmm, ciekawe, czy prze­by­wanie w tym miejs­cu zwięk­sza inteligencję oraz zdol­noś­ci deduk­cyjne.

W nadziei na to, że stanie pod drzwia­mi na Bak­er Street 221B dało mi chwilowy bonus do inteligencji, pobiegłam na stację metra kupić Oys­ter Card, czyli londyńs­ki bilet umożli­wia­ją­cy korzys­tanie z komu­nikacji miejskiej. I tu czekało mnie bard­zo miłe zaskocze­nie, bo okaza­ło się, że na każdej stacji metra moż­na znaleźć pra­cown­i­ka tej insty­tucji, którego zadaniem jest udzielanie pomo­cy podróżnym – w tym poma­ganie przy zakupie „oys­terek”. Co praw­da automat bile­towy spłatał mi figla, bo nie chci­ał przyjąć mojej kar­ty płat­niczej i musi­ałam zapłacić gotówką, ale jak się później przekon­ałam – wina musi­ała leżeć po stron­ie bile­tomatu, bo potem kar­ta płat­nicza wszędzie dzi­ałała bez prob­le­mu.

Mapa londyńskiego metra może prz­er­ażać, ale na samych stac­jach wszys­tko jest oznakowane tak dobrze, że trud­no się zgu­bić. I jeśli człowiek wie, gdzie chce dojechać – trafi tam bez prob­le­mu. Nie mówiąc już o wspom­ni­anych, gotowych do pomo­cy pra­cown­ikach metra. Ja na wszel­ki wypadek zawsze pytałam ich, jak powin­nam jechać, by sprawdz­ić, czy wybrałam dobrą lin­ię metra. I tylko raz mój plan podróży był niewłaś­ci­wy (mój błąd wynikał z tego, że nie zauważyłam, iż metro ma dwie niebieskie lin­ie – jed­ną jas­no, a drugą ciem­non­iebieską).

London Underground Map

Nie ma się czego bać!

źródło: Trans­port for Lon­don

Za sprawą metra, w kil­ka chwil z Bak­er Street prze­jechałam do stacji Lon­don Bridge, a stamtąd miałam rzut kamie­niem do pier­wszego, zaplanowanego punk­tu wyciecz­ki. Przy okazji po wyjś­ciu z metra, czekał na mnie – pięknie oświ­et­lony poran­nym słońcem – najwyższy, tute­jszy dra­pacz chmur – The Shard. Ach, co za widok!

The Shard

Przez kil­ka miesię­cy to był najwyższy budynek w Europie. Potem Ros­janie wybu­dowali wyższy (ter­az mają już trzy wyższe). Co praw­da The Shard cały czas jest najwyższą budowlą w Unii Europe­jskiej, ale jak wiado­mo, za sprawą Brex­i­tu to też niedłu­go się zmieni.

Cliffhanger!

Początkowo w tym wpisie zamierza­łam opisać cały pier­wszy dzień mojego poby­tu w Lon­dynie. I opisałam, ale wtedy okaza­ło się, że śred­ni czas czy­ta­nia takiego Dyrdy­mała wynosił­by pon­ad pół godziny! Dlat­ego zde­cy­dowałam się podzielić ten wpis na kil­ka częś­ci.

Czego więc doświad­czyłam po wyjś­ciu z metra przy Lon­don Bridge? Czy udało mi się zdążyć na zaplanowane spotkanie? I czego to spotkanie doty­czyło? O tym oraz o masie innych, ekscy­tu­ją­cych, geekowych przygód będziecie mogli przeczy­tać już jutro na Dyrdy­małach!

Great, Geek Adventure

Wielka, Geekowa Przygoda – pozostałe wpisy:

Więcej zdjęć z Wielkiej Bry­tanii
możesz zobaczyć w galerii!

O ile nie zostało stwierd­zone inaczej, zdję­cia ilus­tru­jące wpis są mojego autorstwa.

  • Mar­lena Bier

    Wow! Warto było czekać, bo ten Dyrdy­mał aż kipi od wspani­ałych emocji :) Przede wszys­tkim muszę Ci pograt­u­lować świet­nego wyboru prezen­tu i kon­sek­wencji w real­iza­cji tego pięknego marzenia :) Wcale Ci się nie dzi­wię, że tak przeży­wałaś to całe planowanie. Wiesz, ja kiedyś doświad­czyłam serii kilkud­niowych podroży z dzieci­aka­mi po kra­jach Unii Europe­jskiej i to, co chy­ba pamię­tam najwyraźniej to fakt, że też się bard­zo stre­sowałam taki­mi z pozoru niepoważny­mi rzecza­mi jak to, gdzie kupić bilet na lokalny auto­bus albo czy śni­ada­nia w jakiejś włoskiej mieścince będą dla nas „zjadli­we” hehe :) To musi­ało­by być cud­owne, postaw­ić stopy na ang­iel­skiej zie­mi i spacerować po samym Lon­dynie :D Ach, mogę tam sobie chy­ba Ciebie wyobraz­ić, jak spaceru­jesz uli­ca­mi i wyła­pu­jesz swoim bystrym okiem (albo obiek­ty­wem) wszys­tkie londyńskie smacz­ki, które potem pokazy­wałaś nam na zdję­ci­ach :) O, i bard­zo podo­ba mi się ta uwa­ga o kierunk­ach ruchu, bo rzeczy­wiś­cie w telewiz­ji zawsze jest to dla mnie ździebko dzi­wne hehe :) Hmmm… jeśli zaś idzie o Twój cliffhang­er, to powiem Ci, że całkiem sprawnie w tej materii konku­ru­jesz z Panem Ten­nan­tem :P Jestem baaaard­zo ciekawa na jakie spotkanie się tak śpieszyłaś i czekam mniej lub bardziej cier­pli­we na kole­jne relac­je :)

    • Dzięku­ję!
      Hihi, w porów­na­niu z twoim podróżowaniem po Europie z dzieć­mi, moje zestre­sowanie przed samodziel­nym wyjaz­dem do Lon­dynu wyda­je się nieco prze­sad­zone. ;)

      Ach, mogę tam sobie chy­ba Ciebie wyobraz­ić, jak spaceru­jesz uli­ca­mi i wyła­pu­jesz swoim bystrym okiem […] wszys­tkie londyńskie smacz­ki

      To „bystre oko” zabrzmi­ało mega mądrze (trochę, jak­bym była Sher­lock­iem Holme­sem!), tym­cza­sem w rzeczy­wis­toś­ci przemierza­łam Lon­dyn z trochę głup­kowatym, a trochę sza­lonym uśmiechem wyraża­ją­cym „o rety, rety, nie mogę uwierzyć, że tu jestem!” Na szczęś­cie mieszkań­cy Lon­dynu chy­ba są przyzwycza­jeni do widoku ludzi z takim wyrazem twarzy, bo po drodze nikt nie zamknął mnie w wari­atkowie. :P

      • Mar­lena Bier

        Na szczęś­cie mieszkań­cy Lon­dynu chy­ba są przyzwycza­jeni do widoku ludzi z takim wyrazem twarzy, bo po drodze nikt nie zamknął mnie w wari­atkowie. :P”

        Świet­nie napisane hehe :D Mnie się jed­nak bard­zo podobało to, że dostrze­gasz w swo­jej podróży takie nie­s­tandar­d­owe rzeczy, których na pewno nie moż­na pooglą­dać na pocztówkach i pod tym wzglę­dem masz na pewno „bystre oko” :D Wiesz, co było moja pier­wszą i najlepiej zapamię­taną obserwac­ja z poby­tu w Ate­nach? Hehe, to, że jak się szło zwykłą ulicą, to mijało się drzewka pomarańc­zowe, na których pomarańcze rosły tak, jak u nas jabł­ka :D Oczy­wiś­cie, widzi­ałam też mnóst­wo innych cud­ownoś­ci, ale to było dla nas tak niezwykłe, że poświę­cil­iśmy na to pełne 10 min­ut z prze­wod­nikiem :D Dlat­ego właśnie uwiel­bi­am Two­je małe obserwac­je, dzię­ki którym czy­ta­jąc ten tekst lub/i oglą­da­jąc zdję­cia czu­je się jak­by się tam naprawdę było i moż­na „zobaczyć” coś czego na pewno nie ma w prze­wod­nikach :D

        A co do przy­go­towań, to jed­nak Ty miałaś chy­ba trud­niej, bo nami zawsze “naw­igował” jak­iś “tubylec”, który “upolował” nam hotel i wskazał najlep­sze atrakc­je (hmm… cho­ci­aż “tubyl­cze” spo­jrze­nie na to, co jest atrak­cyjne bywa… abstrak­cyjne ;P) hehe :D Może dlat­ego z braku poważnych prob­lemów, człowiek martwił się głupota­mi… Ale sama powiedz, jaka potem jest radość, ze człowiek sobie poradz­ił :D

        • Ale sama powiedz, jaka potem jest radość, ze człowiek sobie poradz­ił :D

          Zgadza się. A poza radoś­cią – ile taki wyjazd doda­je pewnoś­ci siebie! W końcu, sko­ro „przeżyłam” w Lon­dynie, to ter­az mogę wszys­tko, praw­da? :D

  • Katarzy­na Lew­cun

    Musisz wiecej podro­zowac- zeby pisac wiecej takich tek­stow!

    • Dzięku­ję!
      Przy czym myślę Kasiu, że gdy­byś ty opisała którąś ze swoich sza­lonych podróży, był­by z tego jeszcze ciekawszy tekst do czy­ta­nia. ;)
      …albo cho­ci­aż coś inspirowane twoi­mi doświad­czeni­a­mi – jak ten hor­ror o pędzą­cym pociągu. To było prze­cież genialne! :)

      • Katarzy­na Lew­cun

        Dzieku­je, rumie­nie sie ;) Mnie sie w Twoim tekscie bard­zo podo­ba brak zade­cia- jest zabawny i taki zyciowy. Bard­zo sie wczu­lam w Two­je podroznicze rozter­ki :D i juz czeeeeekam na ciag dal­szy!!!

        • Dzięku­ję, ter­az ja się rumienię. ;) A nowy Dyrdy­mał będzie dziś po połud­niu, mniej więcej o tej samej porze, co wczo­raj.

  • Syl­wia Rohde

    Two­je przed­wy­jaz­dowe rozter­ki to całkowi­ta odwrot­ność do moich fearsów – ja cykam lata­nia, a wszelkie niespodziani na miejs­cu mnie ekscy­tu­ją, za to jak stanie się coś niespodziewanego – nagłe zagu­bi­e­nie i godzinne krąże­nie w miejs­cu, potrafi mnie nieźle wytrą­cić z równowagi/

    • To znaczy, ja też lubię niespodzian­ki, ale pod warunk­iem, że nie doty­czą one kwestii tak „pod­sta­wowych”, jak trans­port, nocle­gi i wyży­wie­nie.

      Pod tym wzglę­dem dużo mniej stre­su­jące jest podróżowanie row­erem, z sak­wą pełną jedzenia i namiotem przytłoc­zonym do bagażni­ka. ;)

  • Ela

    Wspani­ała podróż! Wspani­ały wpis – potwierdzam, powin­naś częś­ciej podróżować, bo doda­je Ci to skrzy­deł <3
    PS Co to znaczy, że podróż jest „geekowa” ?

    • Dzięku­ję. Tak, podróżowanie doda­je skrzy­deł, ale podob­nie jak w każdym innym przy­pad­ku – trze­ba wcześniej mieć chęć i natch­nie­nie do takiej wyciecz­ki. Bo kiedy tego braku­je – lep­iej zostać w domu. ;)

      Geek jest ang­iel­skim (a dokład­niej: amerykańskim) słowem nie mają­cym pol­skiego odpowied­ni­ka. Ciężko jest dokład­nie gee­ka zdefin­iować, ponieważ jest to określe­nie dość umowne, które każdy inter­pre­tu­je nieco inaczej. Dla mnie geek jest osobą, która bard­zo moc­no intere­su­je się nauką, nowoczes­ny­mi tech­nolo­gia­mi oraz dzieła­mi pop­kul­tu­ry z gatunku sci­ence-fic­tion i/lub fan­ta­sy.

      W obec­nej chwili geek jest zwrotem o pozy­ty­wnym zabar­wie­niu (choć nie zawsze tak było), w odróżnie­niu od ner­da (to słowo cza­sem tłu­maczy się “kujon” choć znów – nie jest to do koń­ca właś­ci­wy przekład), który ma bzi­ka na punkcie tych samych rzeczy co geek, ale sza­le­je na ich punkcie tak bard­zo, że trochę stracił kon­takt z rzeczy­wis­toś­cią, ciężko mu naw­iązy­wać kon­tak­ty z inny­mi ludź­mi i ogól­nie – spraw­ia wraże­nie dużego dzi­wa­ka.

      Pole­cam ci także zajrzeć do pol­skiej Wikipedii – tam bard­zo zwięźle podano definic­je zarówno gee­ka, jak i ner­da. ;)

  • Pingback: Tropem Doktora | Dyrdymały()

  • Pingback: Londyn nieznany? | Dyrdymały()

  • Pingback: Bezcelowy spacer po Londynie | Dyrdymały()

  • Pingback: W Królestwie Niesamowitości | Dyrdymały()

  • Pingback: W poszukiwaniu tajnej bazy Torchwood | Dyrdymały()

  • Pingback: W tych kamieniach śpiewa historia | Dyrdymały()

  • Pingback: Miasto na miarę człowieka | Dyrdymały()