Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wielka Geekowa Przygoda:

Londyn nieznany?

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień pierwszy, część III

Opi­sa­ny wczo­raj spa­cer z prze­wod­ni­kiem po Lon­dy­nie śla­da­mi Dok­to­ra Who był jed­ną z dwóch zor­ga­ni­zo­wa­nych wycie­czek, w jakich mia­łam wziąć udział w trak­cie mojej Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy. Resz­ta była w mniej­szym lub więk­szym stop­niu impro­wi­za­cją, bez­tro­skim wędro­wa­niem tam, gdzie ponio­są mnie nogi lub tłum ludzi na uli­cy. I wła­śnie taka spon­ta­nicz­na podróż po Lon­dy­nie roz­po­czę­ła się dla mnie spod Pomni­ku RAF, pod któ­rym roz­sta­łam się z Cra­igiem – uro­czym prze­wod­ni­kiem z Brit Movie Tours.

W cieniu Big Bena

Spod Pomni­ka RAF jest rzut kamie­niem do bry­tyj­skie­go Par­la­men­tu (to ten budy­nek z powy­bi­ja­ny­mi okna­mi :P ), więc ruszy­łam w tam­tym kie­run­ku. Po dro­dze minę­łam sto­ją­cy przy dep­ta­ku nad Tami­zą pomnik upa­mięt­nia­ją­cy oso­by, któ­re zgi­nę­ły pod­czas Bitwy o Anglię. I bar­dzo wzru­szy­ło mnie to, że w widocz­nym miej­scu znaj­do­wa­ła się na nim odzna­ka Dywi­zjo­nu 303*.

Division 303

Wszędzie ci Polacy… ;)

Dalej uda­łam się w stro­nę West­min­ster Brid­ge, w celu zro­bie­nia sobie sel­fie z naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nym budyn­kiem w Lon­dy­nie, czy­li – jak się już pew­nie domy­śla­cie – z Big Benem.

Big Ben Selfie

Tak, jestem niedojrzała – nie mogłam się powstrzymać i musiałam pokazać, że Big Ben jest mniejszy, niż myślałam. :D

Naj­pięk­niej­sze w podró­żo­wa­niu samot­nie, bez prze­wod­ni­ka wyciecz­ki, jest to, że idziesz tam gdzie chcesz i kie­dy chcesz. Wol­ność w naj­lep­szym tego sło­wa znaczeniu.

Mogłam więc, ści­śnię­ta jak sar­dyn­ka, z tłu­mem tury­stów przejść przez West­min­ster Brid­ge i na przy­kład obej­rzeć z bli­ska Lon­don Eye albo w tym samym tło­ku pójść w dru­gą stro­nę, pod budy­nek bry­tyj­skie­go Par­la­men­tu. Ale nie mia­łam ocho­ty robić żad­nej z tych rze­czy. Zamiast tego posta­no­wi­łam wró­cić na Tra­fal­gar Squ­are i zwie­dzić Natio­nal Gallery.

Tradycja vs. komercja

To zdjęcie nie ma niczego wspólnego z tekstem. Po prostu rozbawił i jednocześnie trochę zszokował mnie widok budki z chińskimi pamiątkami, opartej o cokół pomnika.

Choć przed wyjaz­dem do Lon­dy­nu wypo­ży­czy­łam z biblio­te­ki trzy prze­wod­ni­ki na temat mia­sta – osta­tecz­nie nie zaj­rza­łam do żad­ne­go z nich. Przy­tła­czał mnie ogrom infor­ma­cji, jakie mogła­bym w nich zna­leźć. Nie chcia­łam też czuć fru­stra­cji spo­wo­do­wa­nej tym, że nie star­czy mi cza­su na zoba­cze­nie tych wszyst­kich cudow­nych, opi­sa­nych w książ­kach miejsc. Dla­te­go jedy­ne infor­ma­cje, z jaki­mi się zapo­zna­łam, doty­czy­ły tego, w jakich godzi­nach są otwar­te nie­któ­re z lon­dyń­skich muze­ów oraz jakie są ich adresy.

Ten brak wie­dzy dopro­wa­dził do wspa­nia­łej sytu­acji: gdzie­kol­wiek szłam – nie mia­łam poję­cia, co spo­tkam na swo­jej dro­dze. I tak na przy­kład, kie­dy wędro­wa­łam wzdłuż uli­cy Vic­to­ria Embank­ment, w pew­nej chwi­li po dru­giej stro­nie dro­gi zoba­czy­łam coś takiego:

New Scotland Yard z daleka

Nie widzi­cie, co znaj­du­je się na foto­gra­fii? Nie ma spra­wy, podejdź­my bliżej…

New Scotland Yard

Tylko w Londynie wystarczy przejść na drugą stronę ulicy, by z miejsca, w których był kręcony Doctor Who znaleźć się tam, gdzie kręcono Sherlocka.

Wie­cie, kie­dy czło­wiek idzie w stro­nę Big Bena, żeby go zoba­czyć, to osta­tecz­nie nie jest jego wido­kiem zasko­czo­ny. Może nawet lek­ko wzru­sza ramio­na­mi, bo na pocz­tów­kach Big Ben wyglą­dał lepiej.

Kie­dy czło­wiek nie wie­dząc, że idzie w stro­nę New Sco­tland Yar­du, nagle dostrze­ga to miej­sce, zaczy­na rado­śnie pod­ska­ki­wać: „o rany, tu jest New Sco­tland Yard, ale nie­spo­dzian­ka!!!” I jest jed­no­cze­śnie dum­ny z tego, że uda­ło mu się to miej­sce zauwa­żyć oraz pod­eks­cy­to­wa­ny tym, że dopi­sa­ło mu szczę­ście i aku­rat prze­cho­dził koło cze­goś takiego.


Inny­mi sło­wy: widok krę­cą­ce­go się napi­su New Sco­tland Yard zro­bił na mnie o wie­le więk­sze wra­że­nie, niż Big Ben. Hmm, czyż­by oglą­da­nie seria­li BBC popsu­ło mi mózg? :P

New Scotland Yard Selfie

Panie Holmes, gdyby potrzebował pan asystentki, to jestem gotowa do pracy! Nie wiem co prawda, na jakim poziomie są moje zdolności dedukcyjne, natomiast mam szczęście do znajdowania fajnych miejsc w Londynie. To jak, jest pan zainteresowany współpracą?

* Tak, wiem – dywi­zjo­ny były na pomni­ku wyry­te po kolei i tyl­ko przy­pa­dek spra­wił, że aku­rat numer 303 znaj­do­wał się w ład­nym miej­scu, ale mniej­sza o to!

Londyński surrealizm

„Odkry­cie” sie­dzi­by New Sco­tland Yar­du wywo­ła­ło u mnie taką radość, że mia­łam ocho­tę uści­skać każ­dą napo­tka­ną na uli­cy oso­bę. W ostat­niej chwi­li stwier­dzi­łam jed­nak, że takie narzu­ca­nie się nie­zna­jo­mym mogło­by być tro­chę nie na miej­scu. Dla­te­go posta­no­wi­łam zadzwo­nić do człon­ków mojej rodzin­ki i to z nimi podzie­lić się moim szczęściem.

I to był chy­ba naj­bar­dziej nie­zwy­kły moment mojej podró­ży. Sie­dzia­łam na ław­ce nad brze­giem Tami­zy. Dooko­ła mnie wszy­scy mówi­li po angiel­sku, z pięk­nym, bry­tyj­skim akcen­tem, przez co czu­łam się, jak­bym była w seria­lu BBC. Przed sobą mia­łam Lon­don Eye, za ple­ca­mi – New Sco­tland Yard. Po lewej stał Pomnik RAF, pod któ­rym w pierw­szym odcin­ku Doctor Who wylą­do­wał TAR­DIS, a po pra­wej, w odda­li ster­czał Big Ben. I jak­by tego wszyst­kie­go było mało, dzię­ki dar­mo­we­go roamin­go­wi roz­ma­wia­łam z Rodzi­ca­mi i Sio­strą ot tak, jak­bym była w Pol­sce – nie przej­mu­jąc się tym, że muszę się szyb­ko roz­łą­czyć, bo połą­cze­nie będzie kosz­to­wa­ło majątek.

To wszyst­ko było po pro­stu cudow­ne, nie­re­al­ne i jed­no­cze­śnie odro­bi­nę absur­dal­ne. I gdy­by kil­ka mie­się­cy temu ktoś powie­dział mi, że wła­śnie tak będę spę­dzać sierp­nio­we, piąt­ko­we popo­łu­dnie – nigdy bym mu nie uwierzyła!

„Polski”, buddyjski mnich

Skoń­czy­łam chwa­lić się rodzin­ce, jak cudow­nie mija mi dzień i przez moment po pro­stu sie­dzia­łam bez celu, roz­ko­szu­jąc się chwi­lą. A potem zoba­czy­łam idą­ce­go chod­ni­kiem mni­cha. I to nie byle jakie­go – to był (praw­do­po­dob­nie praw­dzi­wy) bud­dyj­ski mnich! Nigdy wcze­śniej kogoś takie­go nie widzia­łam, więc oczy­wi­ście znów zaczę­łam uśmie­chać się jak sza­le­niec. A przy oka­zji bez­wstyd­nie gapić na jego­mo­ścia. Pan mnich zauwa­żył, że się mu przy­glą­dam, pod­szedł do mnie, i…


Praw­do­po­dob­nie nie­raz spo­tka­li­ście w Pol­sce ludzi, któ­rzy wrę­cza­ją wam „poświę­co­ny” obra­zek, bran­so­let­kę z rze­my­ków lub inne badzie­wie i pro­szą, byście w zamian za to dali im parę zło­tych, bo zbie­ra­ją na podróż do Tybe­tu albo głod­ne dzie­ci w Afry­ce. Otóż pan mnich zro­bił dokład­nie tak samo!

Uśmie­chał się przy tym w taki typo­wy dla fil­mo­wych, bud­dyj­skich mni­chów spo­sób, któ­ry spra­wiał, że cięż­ko było stwier­dzić, czy jest to uśmiech życz­li­wy, czy też pogar­dli­wy. A kie­dy powie­dzia­łam, że nie dam mu pie­nię­dzy, zapy­tał grzecz­nie i uprzej­mie, czy na pew­no nie chcę poświę­cić kil­ka fun­tów na zba­wie­nie mojej duszy.

Sor­ry, panie mni­chu – moja dusza od daw­na jest już stra­co­na – odda­łam ją demo­nom takim, jak HTML i BBC! :P

Nie­mniej odkry­cie, że w Lon­dy­nie bud­dyj­scy mni­si pró­bu­ją wycią­gać pie­nią­dze od ludzi tak, jak nacią­ga­cze w Pol­sce, bar­dzo mnie roz­ba­wił… A może jest na odwrót i to pol­scy nacią­ga­cze wycią­ga­ją od ludzi kasę „na bud­dyj­skie­go mnicha”?

Po prostu iść

Zmie­rza­łam w stro­nę Tra­fal­gar Squ­are i wie­dzia­łam, jak tam tra­fić. Ale Lon­dyn to takie miej­sce po któ­rym chce się bez­tro­sko, bez celu wędro­wać. A co dru­ga ulicz­ka zda­je się kusić „prze­spa­ce­ruj się po mnie”. I wła­śnie tak, zachę­co­na ład­ną archi­tek­tu­rą oraz umiar­ko­wa­nym tłu­mem pie­szych, sama nie wiem, jaką dro­gą – zna­la­złam się na Vil­liers Stre­et. To zna­czy: teraz spraw­dzi­łam w Google, jak ta uli­ca się nazy­wa – wcze­śniej tego nie wie­dzia­łam, ale znów – zupeł­nie mi to nie przeszkadzało.

Kolej­ną, pięk­ną cechą Lon­dy­nu jest to, że to bar­dzo zie­lo­ne mia­sto. Co chwi­lę moż­na się w nim natknąć na jakieś skwer­ki lub par­ki. I są to miej­sca, z któ­rych dobro­dziejstw ludzie napraw­dę korzy­sta­ją – roz­kła­da­ją koce na traw­ni­kach i łapią chwi­lę odde­chu. Byłam bar­dzo zasko­czo­na tym kon­tra­stem – tym, że z jed­nej stro­ny miesz­kań­cy Lon­dy­nu zda­ją się cią­gle być w ruchu (co praw­da nie są zago­nie­ni, ale cały czas dokądś zmie­rza­ją), a z dru­giej znaj­du­ją czas na to, by bez­tro­sko gdzieś usiąść i cie­szyć się chwilą.

Zda­ję sobie spra­wę z tego, że zupeł­nie ina­czej oglą­da się Lon­dyn (lub jakie­kol­wiek inne mia­sto), kie­dy zwie­dza się jego cen­trum przez week­end, a zupeł­nie ina­czej patrzy na nie, kie­dy miesz­ka się w nim na co dzień. Nie­mniej sto­li­ca Anglii spra­wia­ła wra­że­nie miej­sca przy­ja­zne­go dla ludzi, w któ­rym przy­jem­nie się żyje.

George IV and National Gallery

…nie wspominając o tym, że zwiedzałam Londyn przy bajecznie pięknej pogodzie. Kiedy pada deszcz, może tu nie być aż tak miło…

Plecak pod specjalnym nadzorem

W koń­cu dotar­łam do Natio­nal Gal­le­ry! I tu waż­na infor­ma­cja: w Wiel­kiej Bry­ta­nii wstęp do wszyst­kich, pań­stwo­wych muze­ów jest DAR­MO­WY! Kolej­na waż­na infor­ma­cja: przed tymi naj­bar­dziej zna­ny­mi muze­ami zwy­kle two­rzą się gigan­tycz­ne kolej­ki, ale o dzi­wo – stoi się w nich bar­dzo krótko.

Po pię­ciu minu­tach cze­ka­nia w kolej­ce, w któ­rej w Pol­sce stra­ci­ła­bym pew­nie pół dnia – prze­kro­czy­łam próg Gale­rii Naro­do­wej. I… nie poszłam dalej! 

Przy drzwiach pan ochro­niarz stwier­dził, że mam za duży ple­cak i nie mogę z nim wejść na wysta­wę. A w budyn­ku nie było szat­ni, w któ­rej mogła­bym swój bagaż zosta­wić. Kiep­sko. Na szczę­ście pan ochro­niarz pod­po­wie­dział mi, że nie­da­le­ko jest sta­cja kole­jo­wa, na któ­rej mają prze­cho­wal­nię baga­żu. Super!

LGBT Traffic Lights

Światła przy każdym przejściu dla pieszych prowadzącym do Trafalgar Square symbolizują inny rodzaj związków międzyludzkich. Co pokazuje, że czasem niewielkimi gestami można wspierać rzeczy o wielkim znaczeniu.

Poszłam więc na dwo­rzec (kolej­na przy­dat­na infor­ma­cja – w cen­trum Lon­dy­nu jest kil­ka dwor­ców i w więk­szo­ści z nich są dar­mo­we toa­le­ty). Zosta­wie­nie baga­żu w prze­cho­wal­ni na trzy godzi­ny kosz­to­wa­ło sześć fun­tów. Tro­chę dużo, ale mówi się „trud­no”. Poza tym, nawet dobrze się sta­ło, bo po zrzu­ce­niu z ple­ców ośmio­ki­lo­gra­mo­we­go ple­ca­ka poczu­łam się bar­dzo lekko.

A tak na mar­gi­ne­sie: bar­dzo roz­ba­wi­ło mnie to, że pra­cow­nik prze­cho­wal­ni prze­szu­kał mój bagaż dokład­niej, niż kon­tro­le­rzy na lot­ni­sku w Polsce.

Bingo w labiryncie

Natio­nal Gal­le­ry, podej­ście dru­gie – tym razem uda­ło mi się dostać do środka!


Nie wiem, czym to było spo­wo­do­wa­ne: moim zmę­cze­niem, pośpie­chem (za mniej, niż trzy godzi­ny musia­łam ode­brać ple­cak z prze­cho­wal­ni), czy może zbyt wiel­ki­mi ocze­ki­wa­nia­mi, w każ­dym razie – Bry­tyj­ska Gale­ria Naro­do­wa nie­ste­ty mnie nie zachwyciła.

To zna­czy, god­nym pochwa­ły było to, że kura­to­rzy wysta­wy posta­wi­li na jakość, a nie ilość. Czy­li w każ­dej sali wisia­ło zale­d­wie kil­ka obra­zów, dzię­ki cze­mu ich ilość nie przytłaczała.

Tym, co odbie­ra­ło całą przy­jem­ność zwie­dza­nia było to, że nikt nie pomy­ślał, by nama­lo­wać na zie­mi strzał­ki poka­zu­ją­ce, gdzie nale­ży iść. I co chwi­la tra­fia­łam do pomiesz­cze­nia, z któ­re­go moż­na było przejść do trzech innych pokoi, co powo­do­wa­ło, że zamiast sku­piać się na obra­zach, gło­wi­łam się nad tym, gdzie iść dalej. A potem nie­mal bie­ga­łam po Gale­rii, szu­ka­jąc sal, do któ­rych jesz­cze nie zaj­rza­łam. Nie zno­szę takich labiryntów!

Andrea Mantegna. Introduction of the Cult of Cybele to Rome. 1505-06

Jedna z fajniejszych rzeczy, jakie widziałam w National Gallery – Introduction of the Cult of Cybele to Rome autorstwa Andrea Mantegna.

Wygląda jak płaskorzeźba, a to obraz!

Osob­nym pro­ble­mem są emo­cje. Bo z jed­nej stro­ny faj­nie jest na wła­sne oczy zoba­czyć obraz, o któ­rym się uczy­ło na histo­rii sztu­ki. Dostrzec jego praw­dzi­wy roz­miar, przyj­rzeć się fak­tu­rze far­by i obser­wo­wać, jak w zależ­no­ści od tego, w któ­rym miej­scu się stoi i jak pada świa­tło – całość pre­zen­tu­je się odro­bi­nę ina­czej. Z dru­giej stro­ny – obco­wa­nie ze sztu­ką nie wywo­łu­je u mnie wiel­kie­go pod­eks­cy­to­wa­nia. Z tego powo­du, choć raz czy dwa zatrzy­ma­łam się pod obra­zem, któ­ry darzę szcze­gól­ną sym­pa­tią (jak przy Amba­sa­do­rach), przez więk­szość cza­su zwie­dza­nie Natio­nal Gal­le­ry przy­po­mi­na­ło gra­nie w bin­go: „ten obraz znam, ten też, ooo, a o tym się nawet uczy­łam w szkole!”.

Ambassadors

Straszliwy kształt przed nimi zjawia się w pół kroku
I niszczy spokój – czy artysta się wygłupia?
Nie, to nie żart – na kształt ten trzeba spojrzeć z boku,
żeby zobaczyć jasno, że to…
Hołka we własnej osobie! :P

Do tego wszyst­kie­go byłam zmę­czo­na. I to nie tro­chę. Ja tam prze­ży­wa­łam kry­zys ener­ge­tycz­ny! Tak duży, że gdzieś mię­dzy Cara­vag­giem i Ruben­sem usia­dłam na ławecz­ce, wycią­gnę­łam tele­fon, żeby poszpa­no­wać na Insta­gra­mie, gdzie jestem i… usnę­łam na siedząco!

Nie mam poję­cia, jak dłu­go tak drze­ma­łam. Nie­mniej stwier­dzi­łam, że sko­ro spra­wy przy­bra­ły tak dra­ma­tycz­ny obrót, to muszę opu­ścić Gale­rię i zaczerp­nąć świe­że­go powie­trza. Bo źle by było, gdy­bym zasnę­ła na dłu­żej i przy­pad­kiem spę­dzi­ła noc wśród tych wszyst­kich dzieł sztuki!

Witches at their Incantations by Salvator Rosa

Witches at their Incantations Salvatora Rosy, czyli drugi z zobaczonych przeze mnie po raz pierwszy dopiero w National Gallery obrazów, który naprawdę mocno przykuł moją uwagę (i który na żywo robił duuużo większe wrażenie).

Nie mam zielonego pojęcia, z jakich dopalaczy korzystał autor tego dzieła, ale chciałabym to wiedzieć, żeby potem trzymać się od podobnych używek z daleka. :P

źródło: Greco's Ghost

Pod­su­mo­wu­jąc: mam co do Natio­nal Gal­le­ry mie­sza­ne uczu­cia. Bo zbio­ry muzeum są impo­nu­ją­ce, a wstęp dar­mo­wy, więc żal tego miej­sca nie odwie­dzić. Jed­no­cze­śnie układ wysta­wy przy­po­mi­na labi­rynt, a to bar­dzo fru­stru­je. No i nigdy wcze­śniej nie zda­rzy­ło mi się, by cho­dze­nie po gale­rii mnie uśpiło.

Jeszcze jeden cliffhanger

Począt­ko­wo zakła­da­łam, że opi­szę każ­dy dzień mojej Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy w jed­nym Dyr­dy­ma­le. Jesz­cze wczo­raj myśla­łam, że zre­la­cjo­nu­ję wam pierw­szy dzień mojej wyciecz­ki w trzech wpi­sach. Jed­no i dru­gie mi nie wyszło, bo w tym miej­scu muszę jesz­cze raz prze­rwać swo­ją opo­wieść i dokoń­czyć ją jutro.

Co więc wyda­rzy­ło się po tym, jak wyszłam z Natio­nal Gal­le­ry? Czy poszłam zwie­dzać kolej­ne miej­sca? A może niczym bez­dom­ny, usnę­łam na ław­ce w parku?

O tym wszyst­kim prze­czy­ta­cie już jutro w czwar­tym (i mam nadzie­ję – ostat­nim) Dyr­dy­ma­le opi­su­ją­cym mój pierw­szy dzień w Londynie!

Great, Geek Adventure

Wielka, Geekowa Przygoda – pozostałe wpisy:

Więcej zdjęć z Wielkiej Brytanii
możesz zobaczyć w galerii!

O ile nie zosta­ło stwier­dzo­ne ina­czej, zdję­cia ilu­stru­ją­ce wpis są moje­go autor­stwa lub też (jeśli ja się na nich znaj­du­ję, a fot­ka nie jest sel­fie), wyko­na­li je ano­ni­mo­wi, dobrzy ludzie, któ­rych spo­tka­łam na swo­jej drodze. :)

  • Pingback: Spontaniczny prezent, który trzeba było zaplanować | Dyrdymały()

  • Pingback: Tropem Doktora | Dyrdymały()

  • Kata­rzy­na Lewcun

    Swiet­nie sie czyta!!!

  • Mar­le­na Bier

    Prze­spa­łam pre­mie­rę, ale wła­śnie nad­ra­biam :P I to praw­da, czy­ta się fan­ta­stycz­nie ! :D
    Pew­nie się powta­rzam, ale tak mi się podo­ba Two­je spoj­rze­nie na Lon­dyn :) Przede wszyst­kim Two­ja przy­go­da była napraw­dę stu­pro­cen­to­wo "geeko­wa", bo któż inny dostał­by ata­ku rado­ści na widok "New Sco­tland Yard" :D Och, i tak milo prze­czy­tać, że Lon­dyn był dla Cie­bie dokład­nie taki, jak ten z mojej wyide­ali­zo­wa­nej wizji – przy­ja­zny i pięk­ny, a Big Ben wca­le nie taki impo­nu­ją­cy, jak w tele­wi­zji, nie mówiąc już o ota­cza­ją­cym Cię cud­nym bry­tyj­skim akcen­cie :D Podo­bał mi się też Twój szcze­ry opis poby­tu w Natio­nal Gal­le­ry, haha :) Gdy, skoń­czy­łam czy­tać opis Two­jej wyciecz­ki śla­da­mi Dok­to­ra zasta­na­wia­łam się według jakie­go klu­cza wybra­łaś pozo­sta­łe lon­dyń­skie atrak­cje i teraz już wiem hehe, dla­te­go tym bar­dziej jestem cie­ka­wa co było dalej :)

    • Dzię­ku­ję za cie­płe słowa!
      Przy czym nie tyl­ko Lon­dyn był przy­ja­zny, ale przede wszyst­kim Bry­tyj­czy­cy byli bar­dzo mili!

      To zna­czy – ponow­nie – wiem, że zupeł­nie ina­czej postrze­ga się pew­ne miej­sca z per­spek­ty­wy tury­sty, a ina­czej z per­spek­ty­wy kogoś, kto miesz­ka w danym mie­ście na sta­łe. I zda­ję sobie spra­wę z tego, że nie wszy­scy Bry­tyj­czy­cy są mili (mój zna­jo­my pra­co­wał kie­dyś w USA i powie­dział, że ze wszyst­kich ludzi z innych kra­jów, jakich wte­dy spo­tkał, Bry­tyj­czy­cy byli naj­gor­si). Ale jed­no­cze­śnie, pra­wie każ­da oso­ba, któ­rą spo­tka­łam była rów­nie sym­pa­tycz­na, jak na przy­kład David Ten­nant (przed wyjaz­dem do Wiel­kiej Bry­ta­nii myśla­łam, że to zadzi­wia­ją­ce, że Ten­nant jest takim miłym czło­wie­kiem – teraz myślę, że sko­ro aktor pocho­dzi z kra­ju peł­ne­go uprzej­mych ludzi, to dziw­ne by było, gdy­by był głu­pim bucem).

  • Pingback: Bezcelowy spacer po Londynie | Dyrdymały()

  • Pingback: W Królestwie Niesamowitości | Dyrdymały()

  • Pingback: W poszukiwaniu tajnej bazy Torchwood | Dyrdymały()

  • Pingback: W tych kamieniach śpiewa historia* | Dyrdymały()

  • Pingback: Miasto na miarę człowieka | Dyrdymały()