Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wielka Geekowa Przygoda:

Lon­dyn nie­zna­ny?

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień pierwszy, część III

Opi­sa­ny wczo­raj spa­cer z prze­wod­ni­kiem po Lon­dy­nie śla­da­mi Dok­to­ra Who był jed­ną z dwóch zor­ga­ni­zo­wa­nych wycie­czek, w jakich mia­łam wziąć udział w trak­cie mojej Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy. Resz­ta była w mniej­szym lub więk­szym stop­niu impro­wi­za­cją, bez­tro­skim wędro­wa­niem tam, gdzie ponio­są mnie nogi lub tłum ludzi na uli­cy. I wła­śnie taka spon­ta­nicz­na podróż po Lon­dy­nie roz­po­czę­ła się dla mnie spod Pomni­ku RAF, pod któ­rym roz­sta­łam się z Cra­igiem – uro­czym prze­wod­ni­kiem z Brit Movie Tours.

W cie­niu Big Bena

Spod Pomni­ka RAF jest rzut kamie­niem do bry­tyj­skie­go Par­la­men­tu (to ten budy­nek z powy­bi­ja­ny­mi okna­mi :P ), więc ruszy­łam w tam­tym kie­run­ku. Po dro­dze minę­łam sto­ją­cy przy dep­ta­ku nad Tami­zą pomnik upa­mięt­nia­ją­cy oso­by, któ­re zgi­nę­ły pod­czas Bitwy o Anglię. I bar­dzo wzru­szy­ło mnie to, że w widocz­nym miej­scu znaj­do­wa­ła się na nim odzna­ka Dywi­zjo­nu 303*.

Division 303

Wszę­dzie ci Pola­cy… ;)

Dalej uda­łam się w stro­nę West­min­ster Brid­ge, w celu zro­bie­nia sobie sel­fie z naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nym budyn­kiem w Lon­dy­nie, czy­li – jak się już pew­nie domy­śla­cie – z Big Benem.

Big Ben Selfie

Tak, jestem nie­doj­rza­ła – nie mogłam się powstrzy­mać i musia­łam poka­zać, że Big Ben jest mniej­szy, niż myśla­łam. :D

Naj­pięk­niej­sze w podró­żo­wa­niu samot­nie, bez prze­wod­ni­ka wyciecz­ki, jest to, że idziesz tam gdzie chcesz i kie­dy chcesz. Wol­ność w naj­lep­szym tego sło­wa zna­cze­niu.

Mogłam więc, ści­śnię­ta jak sar­dyn­ka, z tłu­mem tury­stów przejść przez West­min­ster Brid­ge i na przy­kład obej­rzeć z bli­ska Lon­don Eye albo w tym samym tło­ku pójść w dru­gą stro­nę, pod budy­nek bry­tyj­skie­go Par­la­men­tu. Ale nie mia­łam ocho­ty robić żad­nej z tych rze­czy. Zamiast tego posta­no­wi­łam wró­cić na Tra­fal­gar Squ­are i zwie­dzić Natio­nal Gal­le­ry.

Tradycja vs. komercja

To zdję­cie nie ma nicze­go wspól­ne­go z tek­stem. Po pro­stu roz­ba­wił i jed­no­cze­śnie tro­chę zszo­ko­wał mnie widok bud­ki z chiń­ski­mi pamiąt­ka­mi, opar­tej o cokół pomni­ka.

Choć przed wyjaz­dem do Lon­dy­nu wypo­ży­czy­łam z biblio­te­ki trzy prze­wod­ni­ki na temat mia­sta – osta­tecz­nie nie zaj­rza­łam do żad­ne­go z nich. Przy­tła­czał mnie ogrom infor­ma­cji, jakie mogła­bym w nich zna­leźć. Nie chcia­łam też czuć fru­stra­cji spo­wo­do­wa­nej tym, że nie star­czy mi cza­su na zoba­cze­nie tych wszyst­kich cudow­nych, opi­sa­nych w książ­kach miejsc. Dla­te­go jedy­ne infor­ma­cje, z jaki­mi się zapo­zna­łam, doty­czy­ły tego, w jakich godzi­nach są otwar­te nie­któ­re z lon­dyń­skich muze­ów oraz jakie są ich adre­sy.

Ten brak wie­dzy dopro­wa­dził do wspa­nia­łej sytu­acji: gdzie­kol­wiek szłam – nie mia­łam poję­cia, co spo­tkam na swo­jej dro­dze. I tak na przy­kład, kie­dy wędro­wa­łam wzdłuż uli­cy Vic­to­ria Embank­ment, w pew­nej chwi­li po dru­giej stro­nie dro­gi zoba­czy­łam coś takie­go:

New Scotland Yard z daleka

Nie widzi­cie, co znaj­du­je się na foto­gra­fii? Nie ma spra­wy, podejdź­my bli­żej…

New Scotland Yard

Tyl­ko w Lon­dy­nie wystar­czy przejść na dru­gą stro­nę uli­cy, by z miej­sca, w któ­rych był krę­co­ny Doctor Who zna­leźć się tam, gdzie krę­co­no Sher­loc­ka.

Wie­cie, kie­dy czło­wiek idzie w stro­nę Big Bena, żeby go zoba­czyć, to osta­tecz­nie nie jest jego wido­kiem zasko­czo­ny. Może nawet lek­ko wzru­sza ramio­na­mi, bo na pocz­tów­kach Big Ben wyglą­dał lepiej.

Kie­dy czło­wiek nie wie­dząc, że idzie w stro­nę New Sco­tland Yar­du, nagle dostrze­ga to miej­sce, zaczy­na rado­śnie pod­ska­ki­wać: „o rany, tu jest New Sco­tland Yard, ale nie­spo­dzian­ka!!!” I jest jed­no­cze­śnie dum­ny z tego, że uda­ło mu się to miej­sce zauwa­żyć oraz pod­eks­cy­to­wa­ny tym, że dopi­sa­ło mu szczę­ście i aku­rat prze­cho­dził koło cze­goś takie­go.


Inny­mi sło­wy: widok krę­cą­ce­go się napi­su New Sco­tland Yard zro­bił na mnie o wie­le więk­sze wra­że­nie, niż Big Ben. Hmm, czyż­by oglą­da­nie seria­li BBC popsu­ło mi mózg? :P

New Scotland Yard Selfie

Panie Hol­mes, gdy­by potrze­bo­wał pan asy­stent­ki, to jestem goto­wa do pra­cy! Nie wiem co praw­da, na jakim pozio­mie są moje zdol­no­ści deduk­cyj­ne, nato­miast mam szczę­ście do znaj­do­wa­nia faj­nych miejsc w Lon­dy­nie. To jak, jest pan zain­te­re­so­wa­ny współ­pra­cą?

* Tak, wiem – dywi­zjo­ny były na pomni­ku wyry­te po kolei i tyl­ko przy­pa­dek spra­wił, że aku­rat numer 303 znaj­do­wał się w ład­nym miej­scu, ale mniej­sza o to!

Lon­dyń­ski sur­re­alizm

„Odkry­cie” sie­dzi­by New Sco­tland Yar­du wywo­ła­ło u mnie taką radość, że mia­łam ocho­tę uści­skać każ­dą napo­tka­ną na uli­cy oso­bę. W ostat­niej chwi­li stwier­dzi­łam jed­nak, że takie narzu­ca­nie się nie­zna­jo­mym mogło­by być tro­chę nie na miej­scu. Dla­te­go posta­no­wi­łam zadzwo­nić do człon­ków mojej rodzin­ki i to z nimi podzie­lić się moim szczę­ściem.

I to był chy­ba naj­bar­dziej nie­zwy­kły moment mojej podró­ży. Sie­dzia­łam na ław­ce nad brze­giem Tami­zy. Dooko­ła mnie wszy­scy mówi­li po angiel­sku, z pięk­nym, bry­tyj­skim akcen­tem, przez co czu­łam się, jak­bym była w seria­lu BBC. Przed sobą mia­łam Lon­don Eye, za ple­ca­mi – New Sco­tland Yard. Po lewej stał Pomnik RAF, pod któ­rym w pierw­szym odcin­ku Doctor Who wylą­do­wał TAR­DIS, a po pra­wej, w odda­li ster­czał Big Ben. I jak­by tego wszyst­kie­go było mało, dzię­ki dar­mo­we­go roamin­go­wi roz­ma­wia­łam z Rodzi­ca­mi i Sio­strą ot tak, jak­bym była w Pol­sce – nie przej­mu­jąc się tym, że muszę się szyb­ko roz­łą­czyć, bo połą­cze­nie będzie kosz­to­wa­ło mają­tek.

To wszyst­ko było po pro­stu cudow­ne, nie­re­al­ne i jed­no­cze­śnie odro­bi­nę absur­dal­ne. I gdy­by kil­ka mie­się­cy temu ktoś powie­dział mi, że wła­śnie tak będę spę­dzać sierp­nio­we, piąt­ko­we popo­łu­dnie – nigdy bym mu nie uwie­rzy­ła!

„Pol­ski”, bud­dyj­ski mnich

Skoń­czy­łam chwa­lić się rodzin­ce, jak cudow­nie mija mi dzień i przez moment po pro­stu sie­dzia­łam bez celu, roz­ko­szu­jąc się chwi­lą. A potem zoba­czy­łam idą­ce­go chod­ni­kiem mni­cha. I to nie byle jakie­go – to był (praw­do­po­dob­nie praw­dzi­wy) bud­dyj­ski mnich! Nigdy wcze­śniej kogoś takie­go nie widzia­łam, więc oczy­wi­ście znów zaczę­łam uśmie­chać się jak sza­le­niec. A przy oka­zji bez­wstyd­nie gapić na jego­mo­ścia. Pan mnich zauwa­żył, że się mu przy­glą­dam, pod­szedł do mnie, i…


Praw­do­po­dob­nie nie­raz spo­tka­li­ście w Pol­sce ludzi, któ­rzy wrę­cza­ją wam „poświę­co­ny” obra­zek, bran­so­let­kę z rze­my­ków lub inne badzie­wie i pro­szą, byście w zamian za to dali im parę zło­tych, bo zbie­ra­ją na podróż do Tybe­tu albo głod­ne dzie­ci w Afry­ce. Otóż pan mnich zro­bił dokład­nie tak samo!

Uśmie­chał się przy tym w taki typo­wy dla fil­mo­wych, bud­dyj­skich mni­chów spo­sób, któ­ry spra­wiał, że cięż­ko było stwier­dzić, czy jest to uśmiech życz­li­wy, czy też pogar­dli­wy. A kie­dy powie­dzia­łam, że nie dam mu pie­nię­dzy, zapy­tał grzecz­nie i uprzej­mie, czy na pew­no nie chcę poświę­cić kil­ka fun­tów na zba­wie­nie mojej duszy.

Sor­ry, panie mni­chu – moja dusza od daw­na jest już stra­co­na – odda­łam ją demo­nom takim, jak HTML i BBC! :P

Nie­mniej odkry­cie, że w Lon­dy­nie bud­dyj­scy mni­si pró­bu­ją wycią­gać pie­nią­dze od ludzi tak, jak nacią­ga­cze w Pol­sce, bar­dzo mnie roz­ba­wił… A może jest na odwrót i to pol­scy nacią­ga­cze wycią­ga­ją od ludzi kasę „na bud­dyj­skie­go mni­cha”?

Po pro­stu iść

Zmie­rza­łam w stro­nę Tra­fal­gar Squ­are i wie­dzia­łam, jak tam tra­fić. Ale Lon­dyn to takie miej­sce po któ­rym chce się bez­tro­sko, bez celu wędro­wać. A co dru­ga ulicz­ka zda­je się kusić „prze­spa­ce­ruj się po mnie”. I wła­śnie tak, zachę­co­na ład­ną archi­tek­tu­rą oraz umiar­ko­wa­nym tłu­mem pie­szych, sama nie wiem, jaką dro­gą – zna­la­złam się na Vil­liers Stre­et. To zna­czy: teraz spraw­dzi­łam w Google, jak ta uli­ca się nazy­wa – wcze­śniej tego nie wie­dzia­łam, ale znów – zupeł­nie mi to nie prze­szka­dza­ło.

Kolej­ną, pięk­ną cechą Lon­dy­nu jest to, że to bar­dzo zie­lo­ne mia­sto. Co chwi­lę moż­na się w nim natknąć na jakieś skwer­ki lub par­ki. I są to miej­sca, z któ­rych dobro­dziejstw ludzie napraw­dę korzy­sta­ją – roz­kła­da­ją koce na traw­ni­kach i łapią chwi­lę odde­chu. Byłam bar­dzo zasko­czo­na tym kon­tra­stem – tym, że z jed­nej stro­ny miesz­kań­cy Lon­dy­nu zda­ją się cią­gle być w ruchu (co praw­da nie są zago­nie­ni, ale cały czas dokądś zmie­rza­ją), a z dru­giej znaj­du­ją czas na to, by bez­tro­sko gdzieś usiąść i cie­szyć się chwi­lą.

Zda­ję sobie spra­wę z tego, że zupeł­nie ina­czej oglą­da się Lon­dyn (lub jakie­kol­wiek inne mia­sto), kie­dy zwie­dza się jego cen­trum przez week­end, a zupeł­nie ina­czej patrzy na nie, kie­dy miesz­ka się w nim na co dzień. Nie­mniej sto­li­ca Anglii spra­wia­ła wra­że­nie miej­sca przy­ja­zne­go dla ludzi, w któ­rym przy­jem­nie się żyje.

George IV and National Gallery

…nie wspo­mi­na­jąc o tym, że zwie­dza­łam Lon­dyn przy bajecz­nie pięk­nej pogo­dzie. Kie­dy pada deszcz, może tu nie być aż tak miło…

Ple­cak pod spe­cjal­nym nad­zo­rem

W koń­cu dotar­łam do Natio­nal Gal­le­ry! I tu waż­na infor­ma­cja: w Wiel­kiej Bry­ta­nii wstęp do wszyst­kich, pań­stwo­wych muze­ów jest DAR­MO­WY! Kolej­na waż­na infor­ma­cja: przed tymi naj­bar­dziej zna­ny­mi muze­ami zwy­kle two­rzą się gigan­tycz­ne kolej­ki, ale o dzi­wo – stoi się w nich bar­dzo krót­ko.

Po pię­ciu minu­tach cze­ka­nia w kolej­ce, w któ­rej w Pol­sce stra­ci­ła­bym pew­nie pół dnia – prze­kro­czy­łam próg Gale­rii Naro­do­wej. I… nie poszłam dalej!

Przy drzwiach pan ochro­niarz stwier­dził, że mam za duży ple­cak i nie mogę z nim wejść na wysta­wę. A w budyn­ku nie było szat­ni, w któ­rej mogła­bym swój bagaż zosta­wić. Kiep­sko. Na szczę­ście pan ochro­niarz pod­po­wie­dział mi, że nie­da­le­ko jest sta­cja kole­jo­wa, na któ­rej mają prze­cho­wal­nię baga­żu. Super!

LGBT Traffic Lights

Świa­tła przy każ­dym przej­ściu dla pie­szych pro­wa­dzą­cym do Tra­fal­gar Squ­are sym­bo­li­zu­ją inny rodzaj związ­ków mię­dzy­ludz­kich. Co poka­zu­je, że cza­sem nie­wiel­ki­mi gesta­mi moż­na wspie­rać rze­czy o wiel­kim zna­cze­niu.

Poszłam więc na dwo­rzec (kolej­na przy­dat­na infor­ma­cja – w cen­trum Lon­dy­nu jest kil­ka dwor­ców i w więk­szo­ści z nich są dar­mo­we toa­le­ty). Zosta­wie­nie baga­żu w prze­cho­wal­ni na trzy godzi­ny kosz­to­wa­ło sześć fun­tów. Tro­chę dużo, ale mówi się „trud­no”. Poza tym, nawet dobrze się sta­ło, bo po zrzu­ce­niu z ple­ców ośmio­ki­lo­gra­mo­we­go ple­ca­ka poczu­łam się bar­dzo lek­ko.

A tak na mar­gi­ne­sie: bar­dzo roz­ba­wi­ło mnie to, że pra­cow­nik prze­cho­wal­ni prze­szu­kał mój bagaż dokład­niej, niż kon­tro­le­rzy na lot­ni­sku w Pol­sce.

Bin­go w labi­ryn­cie

Natio­nal Gal­le­ry, podej­ście dru­gie – tym razem uda­ło mi się dostać do środ­ka!


Nie wiem, czym to było spo­wo­do­wa­ne: moim zmę­cze­niem, pośpie­chem (za mniej, niż trzy godzi­ny musia­łam ode­brać ple­cak z prze­cho­wal­ni), czy może zbyt wiel­ki­mi ocze­ki­wa­nia­mi, w każ­dym razie – Bry­tyj­ska Gale­ria Naro­do­wa nie­ste­ty mnie nie zachwy­ci­ła.

To zna­czy, god­nym pochwa­ły było to, że kura­to­rzy wysta­wy posta­wi­li na jakość, a nie ilość. Czy­li w każ­dej sali wisia­ło zale­d­wie kil­ka obra­zów, dzię­ki cze­mu ich ilość nie przy­tła­cza­ła.

Tym, co odbie­ra­ło całą przy­jem­ność zwie­dza­nia było to, że nikt nie pomy­ślał, by nama­lo­wać na zie­mi strzał­ki poka­zu­ją­ce, gdzie nale­ży iść. I co chwi­la tra­fia­łam do pomiesz­cze­nia, z któ­re­go moż­na było przejść do trzech innych pokoi, co powo­do­wa­ło, że zamiast sku­piać się na obra­zach, gło­wi­łam się nad tym, gdzie iść dalej. A potem nie­mal bie­ga­łam po Gale­rii, szu­ka­jąc sal, do któ­rych jesz­cze nie zaj­rza­łam. Nie zno­szę takich labi­ryn­tów!

Andrea Mantegna. Introduction of the Cult of Cybele to Rome. 1505-06

Jed­na z faj­niej­szych rze­czy, jakie widzia­łam w Natio­nal Gal­le­ry – Intro­duc­tion of the Cult of Cybe­le to Rome autor­stwa Andrea Man­te­gna.

Wyglą­da jak pła­sko­rzeź­ba, a to obraz!

Osob­nym pro­ble­mem są emo­cje. Bo z jed­nej stro­ny faj­nie jest na wła­sne oczy zoba­czyć obraz, o któ­rym się uczy­ło na histo­rii sztu­ki. Dostrzec jego praw­dzi­wy roz­miar, przyj­rzeć się fak­tu­rze far­by i obser­wo­wać, jak w zależ­no­ści od tego, w któ­rym miej­scu się stoi i jak pada świa­tło – całość pre­zen­tu­je się odro­bi­nę ina­czej. Z dru­giej stro­ny – obco­wa­nie ze sztu­ką nie wywo­łu­je u mnie wiel­kie­go pod­eks­cy­to­wa­nia. Z tego powo­du, choć raz czy dwa zatrzy­ma­łam się pod obra­zem, któ­ry darzę szcze­gól­ną sym­pa­tią (jak przy Amba­sa­do­rach), przez więk­szość cza­su zwie­dza­nie Natio­nal Gal­le­ry przy­po­mi­na­ło gra­nie w bin­go: „ten obraz znam, ten też, ooo, a o tym się nawet uczy­łam w szko­le!”.

Ambassadors

Strasz­li­wy kształt przed nimi zja­wia się w pół kro­ku
I nisz­czy spo­kój – czy arty­sta się wygłu­pia?
Nie, to nie żart – na kształt ten trze­ba spoj­rzeć z boku,
żeby zoba­czyć jasno, że to…
Hoł­ka we wła­snej oso­bie! :P

Do tego wszyst­kie­go byłam zmę­czo­na. I to nie tro­chę. Ja tam prze­ży­wa­łam kry­zys ener­ge­tycz­ny! Tak duży, że gdzieś mię­dzy Cara­vag­giem i Ruben­sem usia­dłam na ławecz­ce, wycią­gnę­łam tele­fon, żeby poszpa­no­wać na Insta­gra­mie, gdzie jestem i… usnę­łam na sie­dzą­co!

Nie mam poję­cia, jak dłu­go tak drze­ma­łam. Nie­mniej stwier­dzi­łam, że sko­ro spra­wy przy­bra­ły tak dra­ma­tycz­ny obrót, to muszę opu­ścić Gale­rię i zaczerp­nąć świe­że­go powie­trza. Bo źle by było, gdy­bym zasnę­ła na dłu­żej i przy­pad­kiem spę­dzi­ła noc wśród tych wszyst­kich dzieł sztu­ki!

Witches at their Incantations by Salvator Rosa

Wit­ches at the­ir Incan­ta­tions Salva­to­ra Rosy, czy­li dru­gi z zoba­czo­nych prze­ze mnie po raz pierw­szy dopie­ro w Natio­nal Gal­le­ry obra­zów, któ­ry napraw­dę moc­no przy­kuł moją uwa­gę (i któ­ry na żywo robił duuużo więk­sze wra­że­nie).

Nie mam zie­lo­ne­go poję­cia, z jakich dopa­la­czy korzy­stał autor tego dzie­ła, ale chcia­ła­bym to wie­dzieć, żeby potem trzy­mać się od podob­nych uży­wek z dale­ka. :P

źró­dło: Greco's Ghost

Pod­su­mo­wu­jąc: mam co do Natio­nal Gal­le­ry mie­sza­ne uczu­cia. Bo zbio­ry muzeum są impo­nu­ją­ce, a wstęp dar­mo­wy, więc żal tego miej­sca nie odwie­dzić. Jed­no­cze­śnie układ wysta­wy przy­po­mi­na labi­rynt, a to bar­dzo fru­stru­je. No i nigdy wcze­śniej nie zda­rzy­ło mi się, by cho­dze­nie po gale­rii mnie uśpi­ło.

Jesz­cze jeden clif­fhan­ger

Począt­ko­wo zakła­da­łam, że opi­szę każ­dy dzień mojej Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy w jed­nym Dyr­dy­ma­le. Jesz­cze wczo­raj myśla­łam, że zre­la­cjo­nu­ję wam pierw­szy dzień mojej wyciecz­ki w trzech wpi­sach. Jed­no i dru­gie mi nie wyszło, bo w tym miej­scu muszę jesz­cze raz prze­rwać swo­ją opo­wieść i dokoń­czyć ją jutro.

Co więc wyda­rzy­ło się po tym, jak wyszłam z Natio­nal Gal­le­ry? Czy poszłam zwie­dzać kolej­ne miej­sca? A może niczym bez­dom­ny, usnę­łam na ław­ce w par­ku?

O tym wszyst­kim prze­czy­ta­cie już jutro w czwar­tym (i mam nadzie­ję – ostat­nim) Dyr­dy­ma­le opi­su­ją­cym mój pierw­szy dzień w Lon­dy­nie!

Great, Geek Adventure

Wiel­ka, Geeko­wa Przy­go­da – pozo­sta­łe wpi­sy:

Wię­cej zdjęć z Wiel­kiej Bry­ta­nii
możesz zoba­czyć w gale­rii!

O ile nie zosta­ło stwier­dzo­ne ina­czej, zdję­cia ilu­stru­ją­ce wpis są moje­go autor­stwa lub też (jeśli ja się na nich znaj­du­ję, a fot­ka nie jest sel­fie), wyko­na­li je ano­ni­mo­wi, dobrzy ludzie, któ­rych spo­tka­łam na swo­jej dro­dze. :)