Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Wielka Geekowa Przygoda:

Bezcelowy spacer po Londynie

Wielka, Geekowa Przygoda: Dzień pierwszy, część IV

Wczo­raj­szy Dyr­dy­mał skoń­czy­łam w miej­scu, w któ­rym opu­ści­łam lon­dyń­ską Natio­nal Gal­le­ry. Nie trać­my więc cza­su na wstę­py i kon­ty­nu­uj­my Wiel­ką, Geeko­wą Przygodę!

Królestwo za wielką bramą

Chwi­lo­wa drzem­ka w Natio­nal Gal­le­ry doda­ła mi sił. A ponie­waż mogłam jesz­cze przez godzi­nę trzy­mać ple­cak w prze­cho­wal­ni baga­żu, chcia­łam jak naj­le­piej wyko­rzy­stać ten czas i bez obcią­że­nia powłó­czyć się po Lon­dy­nie. Szłam więc bez celu przed sie­bie, nie mając zie­lo­ne­go poję­cia, dokąd trafię.

Dostrze­głam dużą, kamien­ną bra­mę, przez któ­rą prze­cho­dzi­ło wie­lu ludzi. I posta­no­wi­łam spraw­dzić, co kry­je się po dru­giej stro­nie tego tajem­ni­cze­go przejścia.

Admiralty Arch from Trafalgar Square

Wiem, że niektórzy z was może robią w tej chwili facepalm, zaskoczeni tym, że nie wiedziałam, co to za brama. Ale ja naprawdę nie miałam pojęcia, co znajduje się po jej drugiej stronie! A poza tym – powiedzmy sobie szczerze – od strony Trafalgar Square brama nie wygląda ani trochę imponująco i zupełnie nie zwiastuje, co się za nią skrywa.

źródło: Wikipedia

Prze­szłam przez bra­mę i w jed­nej chwi­li dotar­ło do mnie, gdzie jestem. Zachi­cho­ta­łam w duchu, bo zupeł­nym przy­pad­kiem, tra­fi­łam do jed­ne­go z miejsc w Lon­dy­nie, któ­re obo­wiąz­ko­wo trze­ba zobaczyć.

Przede mną roz­po­ście­ra­ła się taka oto, czer­wo­na dro­ga, któ­ra pro­wa­dzi­ła… sami zgad­nij­cie, dokąd!

The Mall - Road to Buckingham Palace

Szeroka, prosta droga, ozdobiona Brytyjskimi flagami. Hmm, ciekawe, co to za budynek, do którego prowadzi?

Inny­mi sło­wy zna­la­złam się na The Mall (tak, dopie­ro teraz spraw­dzi­łam tę nazwę w Google), czy­li dro­dze pro­wa­dzą­cej do Pała­cu Buckingham!


Musi­cie wie­dzieć, że zupeł­nie nie inte­re­su­je mnie tema­ty­ka bry­tyj­skiej rodzi­ny kró­lew­skiej. Ale sko­ro los przy­pro­wa­dził mnie w takie miej­sce, posta­no­wi­łam przyj­rzeć się mu bliżej.

The Mall jest kolej­nym, pozy­tyw­nie kon­tra­sto­wym miej­scem. Z jed­nej stro­ny, wiszą­ce nad dro­gą fla­gi spra­wia­ją, że wyglą­da maje­sta­tycz­nie, z dru­giej – po oby­dwu stro­nach uli­cy roz­cią­ga się park, któ­re­go obec­ność daje poczu­cie spo­ko­ju i sie­lan­ko­wo­ści. Inny­mi sło­wy, to kolej­ne miej­sce, po któ­rym nie­zwy­kle miło się spaceruje.

St James's Park

W Londynie panuje idealna równowaga między miejską zabudową i zielenią parków.

Nie cze­ka­łam na zmia­nę war­ty pod Pała­cem, nato­miast bar­dzo spodo­ba­ła mi się, sto­ją­ca mię­dzy Buc­kin­gham i The Mall, Vic­to­ria Memo­rial. A dokład­niej czte­ry ota­cza­ją­ce pomnik rzeź­by, sym­bo­li­zu­ją­ce Pokój, Rol­nic­two, Postęp i Rzemiosło.

Victoria Memorial – Manufacture

Nawet, jeśli to tylko pies w peruce – robi wielkie wrażenie!

Po prostu iść przed siebie

Była mniej wię­cej szó­sta po połu­dniu (cza­su lon­dyń­skie­go), kie­dy ode­bra­łam ple­cak z prze­cho­wal­ni. Zasta­na­wia­łam się, czy nie pod­je­chać do hoste­lu, nie zosta­wić tam moje­go baga­żu i nie wró­cić do cen­trum. Ale wie­dzia­łam, że jeśli już tra­fię do hoste­lu, zmę­cze­nie weź­mie nade mną górę i nie będzie mi się chcia­ło wra­cać do miasta.

A ponie­waż póki co wędro­wa­nie po Lon­dy­nie cały czas spra­wia­ło mi gigan­tycz­ną przy­jem­ność, nie mia­łam zamia­ru prze­ry­wać tej zaba­wy. Posta­no­wi­łam przejść się wzdłuż uli­cy Strand, któ­rą wcze­śniej przy­je­cha­łam na Tra­fal­gar Squ­are auto­bu­sem. I po pro­stu poob­ser­wo­wać, jak wyglą­da życie w Londynie.

Pig from Strand Street

Świnka pilnująca sklepu mięsnego na ulicy Strand. Nie wyglądała na przerażoną z powodu tego, w jakim miejscu się znajduje. Podejrzewam więc, że łańcuch był po to, by świnka nocami nie uciekała do pobliskiej dzielnicy Soho i tam, no… nie upijała się jak świnia.

Trud­no jest mi ten moment mojej wyciecz­ki opi­sać, bo to jest jed­na z tych rze­czy, któ­rych nie da się ująć w sło­wa, trze­ba jej po pro­stu doświad­czyć. Zoba­czyć ludzi, któ­rzy po pra­cy wysko­czy­li ze zna­jo­my­mi na piwo, posłu­chać dźwię­ków uli­cy i poczuć tę pozy­tyw­ną ener­gię, któ­rą ema­nu­je miasto.

Bar­dzo podo­ba­ło mi się to, że knajp­ki mia­ły pod okna­mi para­pe­ty wysta­ją­ce na zewnątrz budyn­ków. Cze­mu to słu­ży­ło? Otóż nie­któ­rzy lon­dyń­czy­cy nie piją piwa na sie­dzą­co, przy sto­li­ku, tyl­ko na sto­ją­co, wła­śnie przy takich para­pe­tach, na któ­rych kła­dą szklan­ki ze zło­tym trunkiem.

Ze Strand skrę­ci­łam do Soho i tam znów, po pro­stu wędro­wa­łam i cie­szy­łam się z tego, że jestem w Lon­dy­nie. A kie­dy, po mniej wię­cej dwóch godzi­nach takie­go bez­tro­skie­go i bez­ce­lo­we­go wędro­wa­nia, w koń­cu poczu­łam, że zaczy­na bra­ko­wać mi sił – wsia­dłam do metra, a potem do auto­bu­su i tym samym doje­cha­łam do hostelu.

Krokomierz

Zwykle nie udaje mi się przejść mitycznych, 10 tysięcy kroków dziennie. W Londynie wyrabiałam 300% normy.

Hostel pod Milczącym Mnichem*

Z nie­wia­do­mych, któ­rych napraw­dę moc­no oba­wia­łam się przed wyjaz­dem do Lon­dy­nu, bar­dzo prze­ra­ża­ła mnie kwe­stia hoste­li. A dokład­niej tego, że spę­dzę kil­ka nocy dwu­na­sto- lub pięt­na­sto­oso­bo­wych poko­jach. Po pro­stu nie chcia­łam zmę­czo­na po całym dniu spa­ce­ro­wa­nia, inte­gro­wać się z inny­mi ludź­mi. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że mar­twi­łam się, iż taka ilość osób będzie bar­dzo hała­so­wać, przez co nie zmru­żę oka przez całą noc.

Ale hej, nie wol­no z góry zakła­dać, że będzie źle, trze­ba myśleć pozy­tyw­nie! Z uśmie­chem na ustach weszłam więc do hoste­lo­we­go poko­ju, mówiąc przy tym „dzień dobry”. Kil­ka osób odburk­nę­ła mi coś pod nosem, resz­ta spoj­rza­ła na mnie dziw­nie i wró­ci­ła do prze­glą­da­nia Face­bo­oka na telefonach.

W pierw­szej chwi­li zro­bi­ło mi się tro­chę przy­kro, że zosta­łam tak potrak­to­wa­na. Szyb­ko zro­zu­mia­łam jed­nak, dla­cze­go tak się stało.

Otóż pozo­sta­łe oso­by w poko­ju tak­że pra­gnę­ły odpo­czyn­ku w ciszy i spo­ko­ju, bez inte­gro­wa­nia się z inny­mi ludź­mi. Dla­te­go pra­wie nikt z nikim nie roz­ma­wiał (a jeśli już, to tyl­ko szep­tem), a moje gło­śne „good eve­ning, eve­ry­one!”, zosta­ło ode­bra­ne jako wiel­kie faux pas.

Czu­łam się więc tro­chę tak, jak­bym zna­la­zła się w zako­nie, w któ­rym wszy­scy zło­ży­li ślu­by mil­cze­nia. Ale w tej wyjąt­ko­wej sytu­acji – zupeł­nie mi to nie przeszkadzało.


Zmę­czo­na, ale zado­wo­lo­na, wsko­czy­łam do łóż­ka (lub prę­dzej: wczła­pa­łam, bo na ska­ka­nie nie mia­łam już siły) i nie­mal natych­miast zasnę­łam. Pierw­szy dzień mojej wspa­nia­łej, Wiel­kiej, Geeko­wej Przy­go­dy dobiegł końca!


* Hostel oczy­wi­ście wca­le się tak nie nazy­wał – wymy­śli­łam tę nazwę na potrze­by Dyrdymała.

I co dalej?

Bar­dzo cie­szy mnie dzie­le­nie się z wami moimi prze­ży­cia­mi z Lon­dy­nu. Ale jed­no­cze­śnie musi­cie wie­dzieć, że pisa­nie każ­de­go dnia nowe­go Dyr­dy­ma­ła jest nie­co męczą­ce (nie wspo­mi­na­jąc już o tym, jak bar­dzo cza­so­chłon­ne). Dla­te­go potrze­bu­ję chwi­li odde­chu. A ponie­waż zbli­ża się week­end i wam pew­nie też przy­da się odpo­czy­nek z dala od kom­pu­te­ra – Wiel­ka, Geeko­wa Przy­go­da powró­ci w przy­szłym tygodniu.

Do tego cza­su pole­cam wam zaj­rzeć na stro­nę głów­ną, do gale­rii, bo tam znaj­dzie­cie kil­ka dodat­ko­wych zdjęć z Lon­dy­nu, któ­ry­mi nie podzie­li­łam się na blo­gu. Aha, gdy­by zdję­cia nacho­dzi­ły na sie­bie – zała­duj­cie stro­nę jesz­cze raz. Po czymś takim wszyst­ko powin­no się już wyświe­tlać poprawnie.

Great, Geek Adventure

Wielka, Geekowa Przygoda – pozostałe wpisy:

Więcej zdjęć z Wielkiej Brytanii
możesz zobaczyć w galerii!

O ile nie zosta­ło stwier­dzo­ne ina­czej, zdję­cia ilu­stru­ją­ce wpis są moje­go autorstwa.