Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Drobna Prywata:

Kwiaty we włosach i suknia bez welonu

Emocjonująca relacja z wydarzeń z zeszłego tygodnia

Mani­cu­re zro­bio­ny, maki­jaż i fry­zu­ra tak­że. Buty i sukien­ka zało­żo­ne. Moja Sio­stra, któ­ra na co dzień wyglą­da wspa­nia­le, w kre­acji ślub­nej pre­zen­tu­je się tak, że każ­dy mógł­by się w niej zakochać.

Pan mło­dy rów­nież goto­wy. Ina­czej, niż kró­le­wicz z baj­ki, nie poja­wia się pod domem na bia­łym ruma­ku – przy­jeż­dża żół­tym jeepem.

Rodzi­ce tak­że pięk­ni i wystro­je­ni. Tro­chę zde­ner­wo­wa­ni, bo czy wszyst­ko jest dopię­te na ostat­ni guzik? W koń­cu ten szcze­gól­ny dzień musi być idealny.

No i jest jesz­cze kwe­stia pogo­dy. Pro­gno­zy nie są dobre, ale z nimi, jak z horo­sko­pem – mogą się spraw­dzić, ale nie muszą. Zwłasz­cza, że na Pod­ha­lu aura zmie­nia się jak w kalej­do­sko­pie. Przed chwi­lą tro­chę kro­pi­ło, ale co będzie dalej – tego nie moż­na przewidzieć.

Pod kościo­łem tłum ludzi. Nie­któ­rych nie widzia­łam kopę lat. Rany, jak oni się zmie­ni­li! I wszy­scy, podob­nie jak ja, na widok pan­ny mło­dej wzdy­cha­ją z zachwy­tu. Jak ona pięk­nie wyglą­da w tej sukience!

Ślub pro­wa­dzi zna­jo­my ksiądz, więc kaza­nie jest od serca.

W koń­cu nasta­je moment, na któ­ry wszy­scy cze­ka­li. Tu nie wszyst­ko idzie gład­ko, pano­wi mło­de­mu z wra­że­nia spu­chły pal­ce, nie da się zało­żyć obrącz­ki. Jed­nak Sio­stra jest upar­ta – chwi­la sza­mo­ta­ni­ny i jed­nak się uda­ło – chło­pak został zaob­rącz­ko­wa­ny. Ale dobrze, że było takie drob­ne zamie­sza­nie – będzie co wspo­mi­nać przez dłu­gie lata.

Nastę­pu­je sakra­men­tal­ne „tak”. Kil­ka osób wcze­śniej mar­twi­ło się, że będzie pła­kać ze wzru­sze­nia. Nic takie­go nie ma miej­sca, wszy­scy się cie­szą. I pra­wi­dło­wo – w koń­cu w takie dni, jak ten, nie powin­no się ronić łez.

Nowo­żeń­cy wycho­dzą z kościo­ła. Pogo­da dopi­su­je, sło­necz­ko świe­ci. Uda­ło się, moż­na spo­koj­nie zro­bić sesję zdję­cio­wą w plenerze!

Czas wybrać się na wese­le. Dobrze, bo wszy­scy są głod­ni – wła­śnie trwa pora obia­do­wa. Sły­szę jak komuś bur­czy w brzu­chu. A może to nad­cią­ga burza?

Jedzie­my samo­cho­dem. Bia­łe balo­ni­ki łopo­czą na wie­trze. Z nie­ba spa­da­ją cięż­kie kro­ple desz­czu. Coraz wię­cej. Ale to nic, teraz będzie­my już pod dachem więc może padać. Zwłasz­cza, że podob­no deszcz dobrze wró­ży mło­dej parze.

Tyle, że deszcz dud­ni o dach samo­cho­du coraz gło­śniej. Chwi­la, to już nie deszcz – teraz mamy gra­do­bi­cie! Mam nadzie­ję, że ono tak­że przy­nie­sie nowo­żeń­com szczęście.

Zasia­da­my do sto­łów, wygłod­nia­li. Przez moment na sali panu­je cisza – sły­chać tyl­ko odgłos łyżek stu­ka­ją­cych o tale­rze peł­ne pysz­nej, boro­wi­ko­wej zupy.

Wszy­scy naje­dze­ni, moż­na zacząć zaba­wę. Na począt­ku tro­chę się mar­twię, bo towa­rzy­stwo sie­dzą­ce po sąsiedz­ku, choć z nizin, zaczę­ło tan­ko­wać moc­niej, niż góra­le. Na szczę­ście wszy­scy oka­zu­ją się kul­tu­ral­ni i nikt nie zmu­sza mnie, bym piła w tym samym tem­pie, co reszta.

Orkie­stra gra, pań­stwo mło­dzi tań­czą na par­kie­cie, pory­wa­ją do zaba­wy innych. I bawią się wszy­scy, bez wzglę­du na wiek. Wyska­ku­ję z nie­wy­god­nych butów na obca­sie i przy­łą­czam do roz­en­tu­zja­zmo­wa­ne­go tłumu.

Nie­zwy­kłe jest to, że wese­le jak­by zakrzy­wia cza­so-prze­strzeń. Zazwy­czaj, gdy czło­wiek dobrze się bawi, czas leci nie­zwy­kle szyb­ko. W tym przy­pad­ku, z wiel­kim zdzi­wie­niem stwier­dzam, że zegar sta­nął w miej­scu – do pół­no­cy zosta­ło jesz­cze kil­ka godzin. Super, niech ten wie­czór nigdy się nie kończy!

Zaczy­na świ­tać. Cza­so-prze­strzeń wciąż pozo­sta­je zakrzy­wio­na – po tylu godzi­nach tań­co­wa­nia nie jestem ani tro­chę zmę­czo­na. Nie­ste­ty pora koń­czyć zaba­wę. Ach, co to był za ślub i wesele!

Nie wiem, jaką puen­tę powin­na mieć ta histo­ria. Pyta­nie, czy puen­ta powin­na w ogó­le ist­nieć? W koń­cu ina­czej, niż w fil­mach i baśniach, ślub nie ozna­cza koń­ca, ale począ­tek opowieści.

Mło­dej parze życzę, by ich życie było tro­chę, jak ta sobo­ta tydzień temu. Rado­sne i peł­ne dobrej pogo­dy, gdy ta jest potrzeb­na. A jeśli poja­wią się jakieś prze­ciw­no­ści (w koń­cu tych nie da się unik­nąć), niech zmie­nią się w coś dobre­go, co po latach będzie się wspo­mi­nać z uśmiechem.

Tego życzę im ja – Hoł­ka, któ­ra zosta­ła szwagierką.

autor­ka zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: Kata­rzy­na Włoch (Pi Razy Oko)

  • tosia

    Naj­lp­sza sio­star pan­ny mło­dej opi­sa­ła wspa­nia­le emo­cje tam­te­go dnia! :)