Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Szafa Gra:

Idealne

Kilka mniej znanych piosenek Perfectu

Praw­dopodob­nie kiedy pada słowo „Per­fect” usza­mi wyobraźni (bo prze­cież nie ocza­mi ;) słyszy­cie Auto­bi­ografię, Kołysankę dla niez­na­jomej, Chce­my być sobą lub inny szlagi­er, który cza­sem leci w radiu. Ale prze­cież na tym dorobek tego zespołu się nie kończy.

Dziś chci­ałam wam zaprezen­tować moje ulu­bione, mniej znane utwory Per­fec­tu (i tak się śmiesznie skła­da, że więk­szość z nich pochodzi z dwóch albumów). A nuż któryś z nich wpad­nie wam w ucho!

Geny

Album Geny zaczy­na się z przy­tu­pem – od piosen­ki, która ma nie tylko dobry rytm, ale także świet­ny tekst. I kiedy słyszę Graw­itować, mam ochotę razem z Markowskim krzyknąć w stronę zegar­ka bezl­i­tośnie pokazu­jącego upły­wa­ją­cy czas: czy ja nie mogę bez niego żyć, dopó­ki bawi mnie to?

Aha, zan­im zaczniecie słuchać, drob­na uwa­ga: gdy­by jakaś piosen­ka się nie ład­owała – odśwież­cie stronę. Po czymś takim muzy­ka powin­na zaskoczyć.

Pozostańmy przy Markowskim w wer­sji niepoko­rnej i posłucha­jmy Wyz­na­nia lwa. Utwór ten kojarzy mi się z fil­mowym bohaterem, który jest krzyżówką Indi­any Jone­sa, dok­to­ra House’a i jakiegoś aman­ta z komedii roman­ty­cznej – facetem zadziornym i szorstkim w oby­ciu, ale jed­nocześnie posi­ada­ją­cym chłopię­cy urok, którym potrafi zawró­cić dziew­czynie w głowie. Piosen­ka ma w sobie pazur, ale jest w niej też coś zmysłowego.

Bal­la­da, która podob­nie, jak Anoth­er Day in Par­adise Phi­la Collinsa porusza prob­lem ludzi bez­dom­nych. Z tą różnicą, że tym razem rzecz doty­czy pol­skiego pod­wór­ka i tych, których życie powin­no być beztroskie. Czyli dzieci. Księży­cowych dzieci.

Znak dla ciebie zal­iczam do tak zwanych mrucza­łek, czyli piosenek, których tekst ma dru­gorzędne znacze­nie – liczy się przede wszys­tkim melo­dia: odrobinę roman­ty­cz­na i moc­no melan­choli­j­na.

Idź­cie do domu co praw­da nie kończy albu­mu Geny, ale Per­fect lubi uży­wać tego utworu jako kon­cer­towej piosen­ki pożeg­nal­nej*. Rytm spraw­ia, że nogi same zaczy­na­ją tańczyć, a słowa wpada­ją w ucho i chce się je śpiewać. Najlep­sze jest nato­mi­ast to, jak piosen­ka dzi­ała na wyobraźnię. Nawet słucha­jąc jej w domowym zaciszu moż­na poczuć się niczym na kon­cer­cie, w tłu­mie ludzi radośnie pod­skaku­ją­cych na let­nim deszczu, którym woda chlupie w glanach. A na sce­nie muzy­cy dają czadu tak moc­no, że z ich gitar syp­ią się iskry, a z głośników ulatu­je dym.

* To znaczy Idź­cie do domu jest piosenką pożeg­nal­ną przed bisowaniem. Ostate­cznie Per­fect kończy kon­cer­ty Niepoko­nany­mi (ta piosen­ka też pochodzi z albu­mu Geny, tak na mar­gin­e­sie). A przy­na­jm­niej tak było na dwóch kon­cer­tach, które widzi­ałam na żywo.

Schody

Wędrówka po Schodach zaczy­na się od melodyjnego intra, którego tutaj zamieszczać nie będę. Nato­mi­ast zaraz po nim Per­fect ser­wu­je słuchac­zowi kawałek dobrego roc­ka. Pod­miot liryczny znów prezen­tu­je się jak bohater fil­mu – tym razem sen­sacyjnego. Jeśli zamknie się oczy, moż­na bez prob­le­mu zobaczyć Markowskiego, który śpiewa piosenkę z rozwiany­mi włosa­mi, kieru­jąc pędzą­cym z zawrot­ną pręd­koś­cią amerykańskim mus­cle-carem i jak każdy twardziel nie patrzy na eksploz­je, które pojaw­ia­ją się za jego samo­cho­dem.

Zapom­ni­j­cie o Koły­sance dla niez­na­jomej lub innym Niewiele ci mogę daćEM to najlep­sza piosen­ka o miłoś­ci, jaką w reper­tu­arze ma Per­fect. I praw­dopodob­nie najpiękniejsza pol­s­ka bal­la­da rock­owa w ogóle.

Kain­owe pokole­nie jest nato­mi­ast chy­ba najbardziej przytłacza­ją­cym utworem Per­fek­tu. Mrocz­na piosen­ka na mroczne cza­sy, śpiewana z mrocznego, hotelowego baru, przy fil­iżance mrocznej kawy, w mrocznych obłokach dymu z papierosów.

Pora nieco odetch­nąć od ponurych dźwięków i słów poprzed­niego utworu. A najlepiej zro­bić to przy mrucza­łce.

Tytułowe Schody brzmią smut­no. Stary człowiek (praw­dopodob­nie ten sam, który wcześniej zadziornie śpiewał Taki jestem) patrzy na kogoś młod­szego od siebie (może swo­jego syna lub córkę?), osobę pełną marzeń i planów na przyszłość, i z żalem stwierdza, iż kiedyś był taki sam, a potem życie sprowadz­iło go na ziemię. Pomi­mo tego jest w tej piosence coś optymisty­cznego. Ludz­ki upór, który spraw­ia, że pod­nosimy się po upad­ku i idziemy dalej. I tak w kółko, póki star­czy nam sił.

Urodz­iłem się nie do pary to dla mnie kon­tynu­ac­ja Wyz­na­nia lwa. Ten sam, zadziorny bohater, ale nieco wyle­ni­ały. I przede wszys­tkim – wyrzu­cony z domu przez kobi­etę (ciekawe, co spraw­iło, że tak skończył).

Ostat­ni stopień Schodów jest podob­ny do pier­wszego. Z tą różnicą, że dru­ga część Per­fect Show & Hip Top Band poza melodią ma także słowa. I to właśnie dla nich warto posłuchać tego utworu.

Na zakończenie

Poza utwora­mi z dwóch wcześniejszych albumów, jest jeszcze jed­na piosen­ka, którą chci­ałam się z wami podzielić. Oto nieco niepoko­ją­cy oraz mega epic­ki Złodziej, ryc­erz, król i mag.

Nieste­ty w tej zaser­wowanej dziś przeze mnie beczce per­fek­cyjnego mio­du jest łyż­ka dzieg­ciu. Żaden z powyższych utworów nie jest (póki co) dostęp­ny na Spo­ti­fy lub w innej, podob­nej usłudze. Trud­no jest je znaleźć także na YouTube (nawet w wer­s­jach „nie­ofic­jal­nych”).

Jest to strasznie przykre także z powodu tego, że Schody, były pier­wszym pol­skim albumem muzy­cznym, który najpierw został wydany w internecie, a dopiero później trafił na fizy­czne pły­ty kom­pak­towe (oraz winy­lowe). Więc aż prosi się, by takie dzieło nadążało za duchem cza­su także ter­az i było dostęp­ne w legal­nym ser­wisie streamin­gowym.


Żeby jed­nak nie kończyć tego wpisu smut­no, poniżej zamieszczam trzy playlisty: pier­wszą z wybrany­mi utwora­mi z albu­mu Geny, drugą z niek­tóry­mi stop­ni­a­mi Schodów, a ostat­nią ze wszys­tki­mi piosenka­mi, które zna­j­du­ją się w dzisiejszym wpisie.

Jed­nak zan­im włączy­cie muzykę – mam do was pytanie. Jakie piosen­ki Per­fec­tu lubi­cie najbardziej? I czy są wśród nich mniej znane kawał­ki, którym warto się przysłuchać?


Geny:

Schody:

Wszys­tko razem:

autor zdję­cia ilus­tru­jącego wpis: Andrzej Hoły