Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

AutoPromocja:

Zakodowana od kuchni

Czyli o moim mocowaniu się z kamerą

Jeśli nie śle­dzi­cie mnie na Face­bo­oku (a może powin­ni­ście zacząć?) to śpie­szę donie­ść, że posta­no­wi­łam spró­bo­wać swo­ich sił na YouTu­be. Mój kanał nazy­wa się Zako­do­wa­na i pró­bu­ję w nim wyja­śniać laikom, o co cho­dzi w inter­ne­ta­ch i inny­ch nowo­cze­sny­ch tech­no­lo­gia­ch.

Przy oka­zji odkry­łam, że nagry­wa­nie fil­mi­ków wca­le nie jest takie pro­ste, jak się spo­dzie­wa­łam. I dzi­siej­szy wpis będzie o tym, jak krę­ce­nie pierw­sze­go odcin­ka Zako­do­wa­nej wyglą­da­ło od kuch­ni.

Intro na początek!

Po co to wszystko?

Rzad­ko piszę na blo­gu o rze­cza­ch zwią­za­ny­ch z tech­no­lo­gią, bo zda­ję sobie spra­wę z tego, że więk­szo­ść z was omi­ja te wpi­sy sze­ro­kim łukiem. Ale spo­ko, rozu­miem – mi też nie chcia­ło­by się czy­tać dyr­dy­ma­łów na tema­ty, któ­re mnie nie inte­re­su­ją. Co inne­go jed­nak, gdy czy­tać nie trze­ba, bo ktoś o tym wszyst­kim opo­wia­da.

Od kil­ku lat zasta­na­wia­łam się nad zro­bie­niem kana­łu na YouTu­be. Bałam się jed­nak, że brak mi cha­ry­zmy i nie ma gada­ne­go tak, jak więk­szo­ść youtu­be­rów. Zmie­ni­łam zda­nie, gdy odkry­łam kanał Uwa­ga! Nauko­wy Beł­kot, któ­re­go autor – bru­tal­nie rze­cz ujmu­jąc – ma bar­dzo mono­ton­ny, wrę­cz nud­ny głos. Ale mówi o cie­ka­wy­ch rze­cza­ch i ludzie go oglą­da­ją (w obec­nej chwi­li jego kanał ma ponad 50 tysię­cy sub­skry­ben­tów). Stwier­dzi­łam więc, że sko­ro takie­mu kole­sio­wi się uda­ło, to ja też powin­nam spró­bo­wać.

Wyobrażenia vs. rzeczywistość

Pomy­sł na „plan fil­mo­wy” był pro­sty. Wymię­ty papier pakun­ko­wy robił za tło, któ­rym zasło­ni­łam seg­ment w poko­ju. A tele­fon (robią­cy za kame­rę) posta­wi­łam na biur­ku, naprze­ciw­ko seg­men­tu. Teo­ria pre­zen­to­wa­ła się nie­źle. Ale w prak­ty­ce, gdy już okle­iłam seg­ment papie­rem i usta­wi­łam komór­kę, oka­za­ło się, że kadr „z biur­ka” wyglą­da źle, tele­fon jest usta­wio­ny za nisko i za bli­sko. Po kil­ku godzi­na­ch kom­bi­no­wa­nia uda­ło mi się roz­wią­zać pro­blem. Zamia­st całe­go seg­men­tu, kącik fil­mo­wy urzą­dzi­łam w rogu poko­ju. A komór­kę przy­cze­pi­łam do zło­żo­nej dra­bi­ny opar­tej o krze­sło (zło­żo­na dra­bi­na jest wyż­sza od roz­ło­żo­nej). Dzię­ki temu kadr stał się przy­jem­niej­szy dla oka.

Kolej­ne wyzwa­nie: oświe­tle­nie! Znów zaczę­ło się kom­bi­no­wa­nie. Usta­wia­łam lamp­ki w róż­ny spo­sób. I wypró­bo­wa­łam każ­dą zna­le­zio­ną w domu żarów­kę, by spraw­dzić, któ­ra świe­ci naj­le­piej.

mega studio filmowe

Megaprofesjonalne, Hołkowe studio filmowe

W koń­cu, w poło­wie dnia wszyst­ko było goto­we. A więc „Świa­tła! Kame­ra! Akcja!” i…

Co ja miałam powiedzieć?

W gło­wie mia­łam dokład­nie uło­żo­ne, co chcę prze­ka­zać. Ale gdy sta­nę­łam przed kame­rą, sło­wa nie chcia­ły uło­żyć się w sen­sow­ne zda­nia. Po kil­ku nie­uda­ny­ch pró­ba­ch zro­zu­mia­łam, że muszę wszyst­ko zapi­sać, skry­sta­li­zo­wać. I tym spo­so­bem pierw­szy dzień zdję­cio­wy zamia­st na nagry­wa­niu, zle­ciał mi na pisa­niu sce­na­riu­sza.

Nowy dzień, podej­ście dru­gie. Nie czy­ta­łam, mówi­łam z pamię­ci. I odkry­łam kolej­ną rze­cz, któ­rej wcze­śniej nie prze­wi­dzia­łam. Sta­ra­łam się zbyt dużo powie­dzieć jed­nym cią­giem. Po kil­ku zda­nia­ch zawsze robi­łam jakąś pomył­kę, prze­ję­zy­cze­nie. Więc nastę­po­wa­ło cię­cie i zaczy­na­łam od począt­ku. Po kil­ku­na­stu nie­uda­ny­ch pró­ba­ch zro­zu­mia­łam, że muszę zmie­nić stra­te­gię.

Kolej­na prze­rób­ka sce­na­riu­sza – podzie­li­łam tek­st na mniej­sze frag­men­ty. Dzię­ki temu uda­wa­ło mi się bez­błęd­nie powie­dzieć wię­cej.

Czujne oko kamery

Nad­sze­dł czas na przyj­rze­nie się efek­tom mojej pra­cy. Wynik prze­sze­dł moje ocze­ki­wa­nia. W złym tego sło­wa zna­cze­niu. Sku­pi­łam się na mówie­niu, zupeł­nie zapo­mi­na­jąc o mowie cia­ła. I o tym, że kame­ra jest bar­dzo czu­ła i wyol­brzy­mia naj­mniej­szy, na pozór nie­istot­ny gest. A ja taki­ch gestów wyko­na­łam napraw­dę spo­ro.

Pro­ble­mem było tak­że moje spoj­rze­nie. Sta­ra­łam się nie patrzeć w kame­rę, ale jed­no­cze­śnie co chwi­la na nią spo­glą­da­łam. Wyglą­da­łam jak sza­le­niec z roz­bie­ga­nym wzro­kiem.

Podob­no mamy zako­do­wa­ne w gena­ch, by kie­ro­wać spoj­rze­nie w stro­nę oczu inny­ch ludzi. Wydru­ko­wa­łam więc zdję­cie taki­ch oczu i przy­kle­iłam obok tele­fo­no-kame­ry. Czy to pomo­gło? Nie do koń­ca. Mój mózg trak­to­wał kame­rę jak trze­cie oko, przez co pod­czas następ­ne­go nagra­nia moje oczy ska­ka­ły niczym piłecz­ki ping-pon­go­we – na zmia­nę patrząc na obiek­tyw i wydru­ko­wa­ny obra­zek. A gdy uda­wa­ło mi się sku­pić wzrok na ocza­ch na obraz­ku – na nagra­niu wyglą­da­łam, jak­bym nie mówi­ła bez­po­śred­nio do widza.

W koń­cu dałam za wygra­ną, posta­no­wi­łam mówić tyl­ko i wyłącz­nie do kame­ry. Co praw­da momen­ta­mi wyglą­dam przez to jak psy­cho­pa­ta, ale lep­sze to od sza­leń­ca z roz­bie­ga­nym spoj­rze­niem.

A gdzie uśmiech?

Wie­le osób zwró­ci­ło mi uwa­gę, że na fil­mi­ka­ch jestem zbyt poważ­na. To praw­da. Rze­cz w tym, że nie potra­fię się śmiać na zawo­ła­nie. Wyglą­dam wte­dy sztucz­nie i jesz­cze bar­dziej psy­cho­pa­tycz­nie. Poza tym po dłuż­szym uśmie­cha­niu się, zaczy­na­ją mnie boleć mię­śnie twa­rzy. A nagra­nie mate­ria­łu fil­mo­we­go trwa­ło kil­ka godzin, więc oba­wiam się, że po tym cza­sie twa­rz odpa­dła­by mi ze zmę­cze­nia.

I jesz­cze jed­no – kie­dy musia­łam sku­pić uwa­gę na tym co mówię, jak mówię, w jaki spo­sób się poru­szam i gdzie spo­glą­dam, to czu­łam się tro­chę jak ktoś, kto żon­glu­jąc jedzie na rowe­rze jed­no­ko­ło­wym po linie. Jed­no­cze­śnie śpie­wa­jąc Widzia­łam orła cień. Umy­sł był tym wszyst­kim tak obcią­żo­ny, że myśle­nie o dodat­ko­wej rze­czy – jaką jest uśmie­cha­nie się – po pro­stu nie wcho­dzi­ło już w grę.

Jed­nak­że ćwi­cze­nie czy­ni mistrza. Więc daj­cie mi tro­chę cza­su na oswo­je­nie się z kame­rą. Gdy już to opa­nu­ję, to zacznę się uśmie­chać. Chy­ba.

Postprodukcja

Ostat­ni etap two­rze­nia Zako­do­wa­nej – mon­to­wa­nie wszyst­kie­go do kupy – był naj­mniej wyma­ga­ją­cy inte­lek­tu­al­nie (i tym samym naj­mniej wyczer­pu­ją­cy). Ale – kolej­ne zasko­cze­nie – wca­le nie trwał naj­kró­cej. Bo gdy w grę wcho­dzi obrób­ka wideo – kom­pu­ter zaczy­na myśleć wol­niej ode mnie. A pra­ca, któ­ra – jak począt­ko­wo pla­no­wa­łam – zaj­mie mi kil­ka godzin, prze­cią­gnę­ła się do całe­go dnia.

Gdy tak sie­dzia­łam i cze­ka­łam, aż kom­pu­ter wszyst­ko prze­my­śli – stwier­dzi­łam jed­ną rze­cz. Pod­czas tych kil­ku dni zaba­wy w youtu­be­ra nauczy­łam się i odkry­łam masę nowy­ch rze­czy. I wie­cie co: wyda­je mi się, że obec­nie każ­dy dzie­ciak w szko­le, zamia­st recy­to­wać przed kla­są głu­pie wier­szy­ki wyku­te na pamięć, powi­nien tak­że spró­bo­wać cze­goś takie­go. Może nie­ko­niecz­nie, żeby poka­zy­wać swo­ją pra­cę w inter­ne­cie, ale po pro­stu po to, by odkrył, że nakrę­ce­nie takie­go fil­mi­ku wca­le nie jest tak pro­ste, jak się wyda­je.

Co wię­cej, pole­cam wam – też spró­buj­cie nagrać w wol­nej chwi­li takie wideo. Nie­ko­niecz­nie po to, by wrzu­cić je potem do inter­ne­tu. Ale po pro­stu żeby poczuć na wła­snej skó­rze, jak to jest stać przed kame­rą.

Plan podboju YouTuba

Jak widzi­cie, two­rze­nie fil­mów jest dość pra­co­chłon­ne. Bar­dziej, niż pisa­nie blo­ga. Dla­te­go nie chcę nagry­wać rze­czy, któ­ry­ch nikt nie będzie oglą­dał. YouTu­be mówi, że jeśli chcę, by mój kanał miał nor­mal­ny adres URL*, muszę zdo­być 500 sub­skry­ben­tów. W związ­ku z tym posta­no­wi­łam, że jeśli do koń­ca roku nie zdo­bę­dę tylu widzów – odpusz­czę. Z dru­giej stro­ny, jeśli mi się uda – zain­we­stu­ję w lep­szy sprzęt do nagry­wa­nia.

Jest jed­nak jesz­cze jed­na prze­szko­da, któ­ra stoi mi na dro­dze do suk­ce­su. Ja sama. Zało­ży­łam, że będę publi­ko­wać jeden fil­mik co dwa tygo­dnie. Ale leni­stwo oraz brak cza­su mogą dopro­wa­dzić do tego, że ten plan się nie powie­dzie. Trzy­maj­cie więc kciu­ki, by było ina­czej!

Aha, tak na mar­gi­ne­sie: nie mar­tw­cie się, nie porzu­cam tra­dy­cyj­ne­go blo­go­wa­nia. Cały czas będę was męczyć moimi Dyr­dy­ma­ła­mi (cie­szy­cie się, praw­da?).


*a nie www​.youtu​be​.com/​c​h​a​n​n​el/UCE­0zmIU­47e­tA­SmA­g27TVi­8A

Zakodowana na zakończenie

I na koniec – ponie­waż, jak już pisa­łam, muszę zdo­by­wać nowy­ch widzów – pierw­szy odci­nek Zako­do­wa­nej. Mam nadzie­ję, że się wam spodo­ba. :)

I jesz­cze: Zako­do­wa­ną znaj­dzie­cie nie tyl­ko na YouTu­be, ale tak­że na Face­bo­okuTwit­te­rze.