Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Blogowanie i Internety, Głupie Dyrdymalenie:

Straszliwy doktor Google

Kilka słów o akcji Internet nie leczy

9 na 10 Polaków szu­ka w Internecie infor­ma­cji na tem­at zdrowia – mówi ogólnopol­s­ka akc­ja eduka­cyj­na Inter­net nie leczy, która ma na celu uświadomie­nie ludziom, że porad medy­cznych należy szukać u lekarzy, a nie wśród niez­na­jomych w inter­ne­tach. Akc­ja moim zdaniem słusz­na, bo warto co jak­iś czas przy­pom­nieć wszys­tkim, że pier­wsza zasa­da korzys­ta­nia z inter­ne­tu to „nie wierz we wszys­tko, co zna­jdziesz w internecie”.

Mam jed­nak z tą kam­panią jeden prob­lem – wyda­je mi się, że ktoś tu stara się leczyć objawy choro­by, a nie jej przy­czynę. Bo powiedzmy sobie szcz­erze: czy nie jest tak, że wielu ludzi wybiera dok­to­ra Google, bo zaw­iedli się wcześniej na prawdzi­wych lekarzach?

Spot na początek

Jeśli nie wiecie, o czym piszę, to zerkni­j­cie na (całkiem fajnie zro­biony) film pro­mu­ją­cy akcję Inter­net nie leczy:

Google i przyjaciele

Jestem jed­nym z tych dziewię­ciu Polaków, którzy gdy źle się czu­ją, najpierw pyta­ją Googla, co im dole­ga. Ale nie wyda­je mi się, by inter­net wygen­erował jak­iś nowy prob­lem, którego wcześniej nie było. W końcu zan­im pow­stała sieć, przed wiz­ytą u dok­to­ra ludzie też najpierw kon­sul­towali swo­je schorzenia z inny­mi ludź­mi, próbowali się samodziel­nie leczyć i dopiero gdy to nie dało żad­nego rezul­tatu – szli do spec­jal­isty.

Zmieniło się tylko to, że dawniej kon­sul­tac­je odby­wały się w gronie rodziny i zna­jomych, a ter­az pytanie zada­je się niez­na­jomym w sieci. No i współcześni, medy­czni spec­jal­iś­ci mają Wikipedię, a kiedyś zna­jo­mi udzielali porad na pod­staw­ie włas­nego doświad­czenia i zasłyszanych plotek (zapewne nier­az wygłaszano mądroś­ci typu: „wujek Zenek opowiadał mi kiedyś, że jego bab­ka znała przed wojną kogoś, kto chorował na to samo co ty”).

Na pewno umrzesz

Autorzy akcji Inter­net nie leczy zaprosili do współpra­cy kilku blogerów i poprosili ich, by ci przetestowali skuteczność inter­ne­towych diag­noz (obcza­j­cie sobie na przykład ten tekst na ten tem­at). Ten ekspery­ment pokazał, że inter­nau­ci potrafią na przykład niegroźną wysyp­kę zdi­ag­no­zować jako białaczkę.

Rzecz w tym, że twór­cy akcji Inter­net nie leczy nie wzięli pod uwagę jed­nej, istot­nej rzeczy. Mianowicie ist­nieją ludzie, którzy nie wybiorą się do lekarza, dopó­ki nie będzie im dole­gało coś naprawdę poważnego. I nic nie zmo­ty­wu­je takiego człowieka do wiz­y­ty w przy­chod­ni bardziej, niż przeczy­tanie na forum inter­ne­towym, że jego wysyp­ka oznacza białaczkę. Dlat­ego w tym wypad­ku nie dyskredy­towałabym inter­netów za to, że sieją para­no­ję. W końcu gdy w grę wchodzi zdrowie, to lep­iej dmuchać na zimne.

Na pewno nie umrzesz

Z drugiej strony czy wyobraża­cie sobie, jak wyglą­dały­by poczekalnie w przy­chod­ni­ach, gdy­by każdy, zami­ast zapy­tać o diag­nozę Googla lub zna­jomych, najm­niejszą pier­dołę kon­sul­tował z lekarzem?

Rozu­miem, że każdy kij ma dwa końce. I z jed­nej strony inter­nau­ci zwykły katar zdi­ag­nozu­ją jako toczeń, a z drugiej – objawy poważnej choro­by mogą zba­gatelizować. I co więcej, doradz­ić lecze­nie, które tylko zaszkodzi, zami­ast pomóc. Rzecz w tym, że tutaj dochodz­imy do sed­na prob­le­mu. Do tego, co moim zdaniem powodu­je, że ludzie w ogóle szuka­ją pomo­cy w Google.

Mianowicie, lekarze cza­sem także bagatelizu­ją objawy poważnej choro­by, staw­ia­ją złe diag­nozy i przepisu­ją leki, które szkodzą pac­jen­towi, zami­ast mu pomóc.

Nie wiem, jak wam, ale mi coś takiego przy­darzyło się co najm­niej kilka­krot­nie. Źle się czułam, szukałam pomo­cy u dok­torów, a ci patrzyli na mnie, jak na hipochondry­ka. Cza­sem rozkładali ręce mówiąc „nie wiem, co pani dole­ga”. Cza­sem (jak w przy­pad­ku ast­my, która wcale nie była ast­mą) przepisy­wali niewłaś­ci­we lekarst­wo. I przede wszys­tkim: cza­sem porady zna­jomych oraz Google naprawdę okazy­wały się lep­sze od słów spec­jal­istów. Przykład­owo, z bolą­cych kolan nie wyleczyli mnie ortope­dzi, tylko koleżan­ka, która pole­ciła: „Hoł­ka, kup sobie buty sportowe z amortyza­cją na piętę”. I te głupie buty – w odróżnie­niu od kilku lat leczenia przez spec­jal­istów – uzdrow­iły mnie niemal naty­ch­mi­ast.

Diagnoza: zła służba zdrowia?

Tak, jak pisałam na początku: źródłem choro­by „zapy­taj Google” nie jest inter­net, tylko lekarze. Cza­sem zwykłe, ludzkie błędy, częś­ciej jed­nak niewłaś­ci­wy sys­tem, biurokrac­ja. Podob­no w kra­jach skan­dy­naws­kich, gdy przy­chodzisz do lekarza z przez­ię­bi­e­niem, dok­tor przed przepisaniem anty­bio­tyku najpierw bada ci krew, by sprawdz­ić, czy anty­bio­tyk naprawdę jest ci potrzeb­ny. Wyobraża­cie sobie podob­ną sytu­acje w Polsce? U nas, odwrot­nie – lekarz nie przepisze ci wszys­t­kich badań, bo obow­iązu­ją go lim­i­ty. Co gorsza, cza­sem jedyną szan­są na wyzdrowie­nie, będzie lecze­nie się na włas­ną kieszeń.

Ale uwa­ga – nie zwala­jmy wszys­tkiego na służbę zdrowia. Bo jest jeszcze jedne prob­lem: men­tal­ność pac­jen­tów. Jaki jest pier­wszy obraz, jaki przy­chodzi wam do głowy, gdy myśli­cie o wiz­y­cie u lekarza? Bo ja widzę ponure gmaszysko w Zakopanem, ciemne kory­tarze, dzi­wny zapach i siedze­nie godz­i­na­mi w niekończącej się kole­jce na niewygod­nej ław­ce. Tym­cza­sem, znów naw­iązu­jąc do moich zdrowot­nych prob­lemów sprzed roku, jak się okazu­je służ­ba zdrowia od cza­sów mojego dziecińst­wa zro­biła gigan­ty­czny krok do przo­du. I kiedy rok temu włóczyłam się po lekarzach, byłam wręcz zaskoc­zona tym, że na wiz­ytę wcale nie musi­ałam czekać wiele miesię­cy, dok­tor przyjął mnie w nowocześnie urząd­zonym gmachu, a do samego gabi­ne­tu lekarskiego weszłam bez czeka­nia, dokład­nie o godzinie, na którą byłam umówiona (nawet dostałam drob­ny opieprz, że spóźniłam się min­utę). Tylko, nieste­ty – krze­seł­ka w poczekalni choć nowe, były tak samo niewygodne jak ław­ki, które pamię­tam z dziecińst­wa.

Recepta: chwalmy dobre, zamiast straszyć złym

Jak pisałam na początku: akc­ja Inter­net nie leczy nie jest zła. Dobrze, że przy­pom­i­na ludziom, iż nie wol­no wierzyć we wszys­tko, co się przeczy­ta w internecie. I że lep­iej skon­sul­tować się z lekarzem, niż leczyć samemu.

Z drugiej jed­nak strony wyda­je mi się, że to demo­ni­zowanie dok­to­ra Google jest trochę prze­sad­zone. I być może lep­szym rozwiązaniem było­by pokazanie, że korzys­tanie ze służ­by zdrowia nie musi być drogą przez mękę. Boję się tylko, że gdy­by pow­stała kam­pa­nia eduka­cyj­na pokazu­ją­ca, że pol­skie placów­ki służ­by zdrowia wyglą­da­ją i funkcjonu­ją praw­ie tak (choć to „praw­ie” nieste­ty też ma znacze­nie), jak te w amerykańs­kich fil­mach i seri­alach, to pewnie nikt by w to nie uwierzył.

źródło zdję­cia ilus­tru­jącego wpis: Mon­key Busi­ness

  • Katarzy­na Lew­cun

    Inter­ne­towa diag­noza to jeszcze nic przy inter­ne­towych sposobach leczenia… Na moim ulu­bionym forum jed­na inter­naut­ka poradzi­la mi zebym prze­bi­jala opryszczke igla-brrr! A z piatej strony: co ma zro­bic 73 let­nia kobi­eta ktorej wyz­nacza­ja ter­min oper­acji zacmy za 10 lat? Pociesza­jac ja,ze pewnie dostanie sie na oper­ac­je (juz!) za 5 lat bo czesc pac­jen­tow zrezygnu­je z zabiegu a czesc umrze…

    • Tak jeszcze pomyślałam, że dobrym sposobem na rozwiązanie prob­le­mu inter­ne­towych diag­noz i porad doty­czą­cych leczenia było­by stworze­nie por­talu w którym takich infor­ma­cji udzielal­i­by lekarze (z resztą kil­ka takich stron już chy­ba ist­nieje).
      A co do wielo­let­niego czeka­nia w kole­jkach za zabieg, to zgadzam się – to naprawdę jest… chore!