Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Głupie Dyrdymalenie:

Przyszłość, na którą czekam

10 wynalazków, które mam nadzieję, zostaną kiedyś wynalezione

Jak zapew­ne wie­cie (albo i nie) 2015 jest rokiem Powro­tu do przy­szło­ści, bo to wła­śnie w nim wylą­do­wał Mar­ty McFly w dru­giej czę­ści cza­so­po­dróż­ni­czej try­lo­gii Zemec­ki­sa. I jak moż­na się było spo­dzie­wać, świat zmie­nił się zupeł­nie ina­czej, niż sobie to twór­cy fil­mu wyobra­ża­li. Nie mamy lata­ją­cych samo­cho­dów i desko­ro­lek, auto­ma­tycz­nych wypro­wa­dza­czy psów i nie nosi­my dzi­wacz­nych ciu­chów. Pomi­ja­jąc roz­wój inter­ne­tu i to, że każ­dy z nas nosi w kie­sze­ni kom­pu­ter o więk­szej mocy obli­cze­nio­wej niż te, któ­re wysła­ły czło­wie­ka na Księ­życ, świat zmie­ni­ły set­ki innych wyna­laz­ków, któ­re weszły w nasze życie tro­chę niepostrzeżenie.

Dzi­siej­szy wpis będzie w więk­szo­ści o takich wła­śnie, mniej spek­ta­ku­lar­nych wyna­laz­kach, na któ­rych powsta­nie i wej­ście do codzien­ne­go użyt­ku cze­kam. Bo choć lata­ją­ce desko­rol­ki brzmią świet­nie, to dużo waż­niej­sze jest prze­cież to, by nie uzie­miał nas na przy­kład zwy­kły katar lub ból zęba.

Precz z plombami!

Chcia­ła­bym, by powsta­ła pasta do zębów, któ­ra w 99% chro­ni przed próch­ni­cą*. A jeśli już poja­wi się dziu­ra – żeby plom­ba była zro­bio­na z orga­nicz­nej sub­stan­cji, któ­ra po pew­nym cza­sie zro­śnie się z naszym zębem tak, jak­by ubyt­ku nigdy nie było. I jesz­cze jed­no: było­by fan­ta­stycz­nie, gdy­by w miej­sce wyrwa­ne­go zęba wsta­wia­ło się „zalą­żek”, z któ­re­go po pew­nym cza­sie wyrósł­by nam nowy ząb.


* Ist­nie­je teo­ria spi­sko­wa mówią­ca, że taka pasta zosta­ła wyna­le­zio­na. Jed­nak­że den­ty­ści, bojąc się o to, że zosta­ną bez­ro­bot­ni, sta­ra­ją się utrzy­mać to odkry­cie w tajem­ni­cy. I gdzieś w miej­scu, któ­re­go nie widzi ani Google Maps, ani ruskie sate­li­ty, znaj­du­je się super taj­ny skar­biec, chro­nio­ny przez oddział bar­dzo sady­stycz­nych, uzbro­jo­nych po zęby w wier­tła do boro­wa­nia den­ty­stów, w któ­rym prze­cho­wy­wa­ny jest prze­pis na tą wła­śnie, super pastę do zębów.

Szczepionka w nalepce

Nie wiem jak wy, ale ja w dzie­ciń­stwie zawsze pła­ka­łam wnie­bo­gło­sy, gdy ktoś chciał mi zro­bić zastrzyk. Teraz już nie beczę, bo prze­cież nie wypa­da, ale na widok strzy­kaw­ki wciąż mam ocho­tę z piskiem uciec gdzie pieprz rośnie. Czy nie było­by więc pro­ściej, gdy­by szcze­pion­ki i wszyst­kie inne zastrzy­ki były poda­wa­ne w for­mie pla­stra takie­go jak nalep­ki z niko­ty­ną dla osób rzu­ca­ją­cych palenie?

Nanodoktor

I ostat­nia rzecz zwią­za­na z medy­cy­ną – nano­ro­bo­ty, któ­re krą­ży­ły­by w naszej krwi i dba­ły o nasze zdro­wie. Z resz­tą, nie tyl­ko nasze – obsta­wiam, że każ­dy wła­ści­ciel czwo­ro­no­ga ucie­szył­by się, gdy­by zamiast zamar­twiać się, dla­cze­go Burek zro­bił się apa­tycz­ny, mógł zer­k­nąć do apki w tele­fo­nie, któ­ra natych­miast pod­po­wie­dzia­ła­by mu, że futrzak cier­pi na nie­do­bór kil­ku wita­min i minerałów.

Oczy­wi­ście w tym przy­pad­ku dość pro­ble­ma­tycz­na była­by kwe­stia pry­wat­no­ści. Bo prze­cież nano­ro­bo­ty i opro­gra­mo­wa­nie do nich musiał­by ktoś wypro­du­ko­wać, potem taka fir­ma zbie­ra­ła­by infor­ma­cje na temat nasze­go zdro­wia i kie­dyś mogła­by je wyko­rzy­stać prze­ciw­ko nam. Z dru­giej jed­nak stro­ny, bio­rąc pod uwa­gę to, że dzi­siej­si leka­rze, czę­sto prze­pi­su­ją róż­ne spe­cy­fi­ki na zasa­dzie „pro­szę zaży­wać przez mie­siąc, a jak nie pomo­że, to wypró­bu­je­my coś inne­go”, to ja już wola­ła­bym złą kor­po­ra­cję i jej nano­ro­bo­ty, któ­re przy­naj­mniej wie­dział­by, co napraw­dę mi dolega.

Zwierzotłumacz

A sko­ro już przy zwie­rza­kach jeste­śmy: chcia­ła­bym, by ktoś skon­stru­ował urzą­dze­nie podob­ne do tego, któ­re nosi­ły psy w Odlo­cie, któ­re tłu­ma­czy­ło­by to, co mówi czwo­ro­nóg. Oczy­wi­ście zda­ję sobie spra­wę z tego, że zwie­rzę­ta są na dużo niż­szym pozio­mie inte­lek­tu­al­nym niż ludzie i raczej nie mia­ły­by nam nic mądre­go do powie­dze­nia. I od moje­go psa usły­sza­ła­bym pew­nie jedy­nie pro­ste zda­nia typu: „jeść, daj jeść”, „podrap mnie za uchem”, „jeść, daj mi jesz­cze jeść” i „patyk, rzuć patyk”, czy­li rze­czy, któ­rych domy­ślam się już teraz, bez takie­go zwie­rzo­tłu­ma­cza. Co nie zmie­nia jed­nak fak­tu, że usły­sze­nie tego, co mój zwie­rzak ma na myśli było­by nie­zwy­kle cie­ka­wym doświadczeniem.

Antymikrofalówka

Zapew­ne nie­raz się wam coś takie­go przy­da­rzy­ło: wra­ca­cie do domu głod­ni jak wilk, wsta­wia­cie obiad do mikro­fa­li, minut­ka pod­grze­wa­nia i… cho­le­ra, za gorą­ce! I potem czło­wiek stoi nad pach­ną­cym i paru­ją­cym tale­rzem, cze­ka­jąc aż dia­bel­stwo osty­gnie, bo prze­cież jedze­nie cze­goś takie­go od razu, gro­zi­ło­by popa­rze­nia­mi trze­cie­go stopnia.

Przede wszyst­kim przy­da­ło­by się, by powsta­ły mikro­fa­lów­ki, któ­re wie­dzia­ły­by jaka jest tem­pe­ra­tu­ra jedze­nia i pod­grze­wa­ły je do takiej ilo­ści stop­ni Cel­siu­sza, jaka by nam odpowiadała.

Ja jed­nak jesz­cze bar­dziej chcia­ła­bym posia­dać urzą­dze­nie, dzia­ła­ją­ce odwrot­nie niż mikro­fa­lów­ka, któ­re nie pod­grze­wa­ło­by jedze­nia, tyl­ko je schła­dza­ło. Wiem że teraz, w środ­ku zimy taki wyna­la­zek nie wyda­je się wam sen­sow­ny. Ale pomy­śl­cie, jak to jest w lecie, pod­czas naj­więk­szych upa­łów, gdy nawet zim­na woda w kra­nie wca­le nie jest zim­na. I gdy chce­cie napić się zim­ne­go piwa natych­miast, bez cze­ka­nia aż to schło­dzi się w lodów­ce. Czy w takiej sytu­acji nie chcie­li­by­ście mieć pod ręką takiej anty­mi­kro­fa­lów­ki, któ­ra zmro­zi­ła­by wszyst­ko w kil­ka sekund?

Wirtualna rzeczywistość

Niby śle­dzą­ce nasz ruch Kinec­ty i inne baje­ry już ist­nie­ją, ale nie oszu­kuj­my się, tech­no­lo­gia ta wciąż jest w powi­ja­kach. Nie­cier­pli­wie cze­kam więc aż powsta­nie coś, co spra­wi, że pod­czas gra­nia w gry typu Sky­rim to, ile kilo­me­trów prze­bie­gnie­my w grze będzie zale­ża­ło od nasze­go fak­tycz­ne­go sta­nu kon­dy­cji, na umie­jęt­ność wła­da­nia mie­czem wpływ będzie mia­ła nie tyle ilość zdo­by­tych punk­tów umie­jęt­no­ści, co nasza wła­sna zwin­ność, a kie­dy sta­nie­my twa­rzą w twarz ze smo­kiem, napraw­dę poczu­je­my jego gorą­cy oddech (to zna­czy – nie­ko­niecz­nie tak gorą­cy, jak w rze­czy­wi­sto­ści, bo prze­cież nikt nie grał­by w gry, któ­re były­by rów­nie nie­bez­piecz­ne, co jedze­nie za moc­no pod­grza­ne­go obia­du z mikrofalówki).

Przy czym wyja­śnij­my sobie jed­no: nie chcia­ła­bym wir­tu­al­nej rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra pole­ga­ła­by na tym, że czło­wiek pod­łą­czał­by sobie wtycz­kę do mózgu, a potem prze­ży­wał fan­ta­stycz­ne przy­go­dy leżąc nie­ru­cho­mo i obra­sta­jąc w tłuszcz. Nie tędy droga!

Czytacz myśli

Ile z rze­czy, któ­re sobie wyobra­zi­li­ście, nigdy nie zosta­ły urze­czy­wist­nio­ne? Bo nie umie­cie grać na żad­nym instru­men­cie, więc nigdy nie nagra­cie melo­dii, któ­ra gra wam w gło­wie. Bo obraz, któ­ry widzi­cie ocza­mi wyobraź­ni, na kart­ce papie­ru wyglą­da jak strasz­li­wy bazgroł. Bo nie macie wie­lo­mi­lio­no­we­go budże­tu na stwo­rze­nie fil­mu, któ­ry oka­zał­by się lep­szy od wszyst­kich Gwiezd­nych wojenWład­cy Pier­ście­ni razem wziętych.

I tu wła­śnie, odwrot­nie niż we wcze­śniej­szym przy­pad­ku, przy­da­ła­by się wtycz­ka, któ­rą mogli­by­śmy pod­łą­czyć do mózgu, i któ­ra prze­nio­sła­by wszyst­kie nasze fan­ta­stycz­ne pomy­sły na dysk komputera.

Prawdziwy budzik

Nie mam zie­lo­ne­go poję­cia jak coś takie­go mia­ło­by dzia­łać. Czy obra­ca­ło­by łóż­ko o 90 stop­ni do pio­nu, tak byśmy z hukiem spa­da­li na pod­ło­gę, czy może apli­ko­wa­ło nam mie­szan­kę kofe­iny z adre­na­li­ną, któ­ra spra­wia­ła­by, że wyska­ki­wa­li­by­śmy spod koł­dry w peł­ni obu­dze­ni. W każ­dym razie: pod koniec XX wie­ku ludz­kość popeł­ni­ła wiel­ki błąd, wpro­wa­dza­jąc do budzi­ków funk­cję drzem­ki. Teraz naj­wyż­szy czas to napra­wić i wymy­ślić urzą­dze­nie, dzię­ki któ­re­mu napraw­dę się obu­dzi­my, a nie jedy­nie prze­wró­ci­my na dru­gi bok, mam­ro­ta­jąc pod nosem „jesz­cze pięć minut”.

Komunikacja bez korków

Pro­blem dużych miast oraz miej­sco­wo­ści tury­stycz­nych takich jak Zako­pa­ne w trak­cie sezo­nu tury­stycz­ne­go. Nie rozu­miem dla­cze­go wszy­scy myślą na zasa­dzie: wybu­duj­my dodat­ko­wy pas ruchu, by roz­ła­do­wać kor­ki. Prze­cież prę­dzej czy póź­niej nasza wspa­nia­ła pię­cio­pa­smów­ka będzie się musia­ła zwę­zić. Albo też ruch zosta­nie zatrzy­ma­ny przez świa­tła na skrzy­żo­wa­niu, któ­re jak na złość, zawsze tuż przez nami będą się zmie­niać na czer­wo­ne. Roz­wią­za­niem jest moim zda­niem komu­ni­ka­cja miej­ska: szyb­ka, tania i jeż­dżą­ca bez opóź­nień, z któ­rej każ­dy będzie chciał korzy­stać, bo będzie się to opła­ca­ło bar­dziej, niż jaz­da samo­cho­dem. I znów nie mam zie­lo­ne­go poję­cia, co mogło­by ten pro­blem roz­wią­zać – może było­by to metro, a może lata­ją­ce samo­cho­dy. Ale chcia­ła­bym, by ktoś wyna­lazł spo­sób, któ­ry roz­wią­zał­by ten problem.

Podob­nie spra­wa wyglą­da w kwe­stii podró­ży mię­dzy­mia­sto­wych: eks­cy­tu­je­my się Pen­do­li­no i nowo otwar­ty­mi, kil­ku­ki­lo­me­tro­wy­mi odcin­ka­mi auto­strad. A czy zamiast tego nie lepiej było­by zbu­do­wać w Pol­sce cze­goś na wzór fran­cu­skie­go TGV, czym z Zako­pa­ne­go do Gdań­ska prze­je­cha­li­by­śmy, powiedz­my, w trzy godzin­ki. I znów: jeśli nie TGV, to może jakieś inne, rów­nie szyb­kie rozwiązanie.

Lepsza praca

Tu nie­ste­ty nie ma nic do wyna­le­zie­nia, zamiast tego musia­ła­by się zmie­nić men­tal­ność sze­fo­stwa w fir­mach. Bo nie cho­dzi tyl­ko o to, by lepiej się zara­bia­ło, ale tak­że, by pra­ca sama w sobie prze­sta­ła być przy­krym obo­wiąz­kiem. Jak to uczy­nić? Przede wszyst­kim zadbać o dobry PR pra­cow­ni­czy. A dodat­ko­wo (albo nawet: przede wszyst­kim) skró­cić dzień pra­cy do sze­ściu lub nawet czte­rech godzin, pozwo­lić by ludzie przy­cho­dzi­li do pra­cy wte­dy, kie­dy im pasu­je, a nie na sztyw­ne, z góry okre­ślo­ne godzi­ny i dać ludziom nie­li­mi­to­wa­ną ilość dni urlo­pu. Brzmi jak mrzon­ka, wiem. Ale to, o czym napi­sa­łam, to nie są pomy­sły wyssa­ne z pal­ca, tyl­ko rze­czy, któ­re zosta­ły wpro­wa­dzo­ne w kil­ku zachod­nich fir­mach, i któ­re wca­le nie wpły­nę­ły na pogor­sze­nie wydaj­no­ści pra­cy, tyl­ko wręcz prze­ciw­nie – zwięk­szy­ły pro­duk­tyw­ność pra­cow­ni­ków. Mam więc nadzie­ję, że w przy­szło­ści tego typu roz­wią­za­nia sta­ną się czymś na porząd­ku dziennym.

Wciąż czekam na latającą deskorolkę!

W dzi­siej­szym wpi­sie sta­ra­łam się nie­zbyt odry­wać od rze­czy­wi­sto­ści (choć zda­ję sobie spra­wę, że w kil­ku przy­pad­kach nie do koń­ca mi się to uda­ło). Co nie zmie­nia fak­tu, że mam nadzie­ję, iż uda mi się dożyć cza­sów, w któ­rych lewi­tu­ją­ce desko­rol­ki i samo­cho­dy sta­ną się stan­dar­dem (i będą mogły latać po każ­dej powierzch­ni, a nie jedy­nie takiej meta­lo­wej), sztucz­na inte­li­gen­cja roz­wi­nie się tak, że będzie moż­na z nią poga­dać jak ze zwy­kłym czło­wie­kiem, ludz­kość będzie kolo­ni­zo­wać Mar­sa, a na wcza­sy nie będzie­my latać nad Morze Śród­ziem­ne, tyl­ko na Wenus.

Choć oczy­wi­ście zda­ję sobie spra­wę z tego, że przy­szłość może pójść w zupeł­nie innym kie­run­ku, niż to sobie obec­nie wyobra­ża­my. I liczę na to, że pozy­tyw­nie mnie zaskoczy.

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: SBT Japan