Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

A w Krakowie, Bardziej Poważnie:

Nie umieraj w godzinach szczytu

O odczłowieczeniu w drodze do pracy

Po Świę­cie Pra­cy smut­ny dyrdy­mał o kap­i­tal­isty­cznym świecie.

Ósma trzy­dzieś­ci, wsi­adam do auto­busu ostat­niej szan­sy, czyli takiego, dzię­ki które­mu będę w pra­cy na styk, na dziewiątą rano. Może nawet min­utę wcześniej. Uda­je mi się znaleźć miejsce siedzące, zaj­mu­ję je, przy­tu­lam do ple­ca­ka i niemal naty­ch­mi­ast zapadam w drzemkę. Z pół-snu wyry­wa mnie mały zamęt w auto­bus­ie. Jesteśmy gdzieś w połowie dro­gi, na przys­tanku. Jakaś pani zagadu­je do kierow­cy: „proszę nie jechać dalej, wezwać pogo­towie, ktoś z tyłu auto­busu zemd­lał”.

Szy­bko ori­en­tu­ję się, że trze­ba znaleźć inny środek trans­portu. Razem z resztą pasażerów wychodzę na przys­tanek, wypa­tru­ję kole­jnego auto­busu, ner­wowo zerkam na zegarek – „cholera, ter­az to na pewno się spóźnię”.

Nagle zda­ję sobie sprawę ze strasznej rzeczy. Zupełnie nie obchodzi mnie los oso­by, która zemd­lała. Nie wiem nawet, czy to kobi­eta, czy mężczyz­na. Nie podeszłam na tył auto­busu, by sprawdz­ić, czy mogę jakoś pomóc. Z góry założyłam, że zajmie się tym ktoś inny. Co gorsze – jestem wściekła na tego zupełnie nie znanego mi, zemd­lonego człowieka, że przez niego spóźnię się do pra­cy.

W ułamku sekundy złość mija. Zami­ast niej pojaw­ia się wstyd. Sama siebie potępi­am, za wcześniejsze myśli. Ale jed­nocześnie wciąż tkwię na przys­tanku, wypa­tru­ję następ­nego auto­busu, zerkam na zegarek. Bo prze­cież jak spóźnię się do pra­cy, będę miała kłopo­ty. I z każdą chwilą czu­ję się coraz gorzej. Jestem złym człowiekiem, mam niewłaś­ci­we pri­o­ry­te­ty. Co się ze mną stało?

Spoglą­dam na innych ludzi sto­ją­cych na przys­tanku. Oso­by, które tak samo jak ja czeka­ją na nowy auto­bus, sprawdza­ją godz­inę, niecier­pli­wie prze­bier­a­ją w miejs­cu noga­mi. I zas­tanaw­iam się: czy im też jest tak głu­pio jak mi, ale nie dają tego po sobie poz­nać? Czy może współczes­ny świat tak bard­zo zabił w nich empatię, że reflek­sje takie jak moje, zupełnie nie przyszły im do głowy?

Prz­er­aża mnie to wszys­tko. To, jak bard­zo pra­ca, obow­iąz­ki i rachun­ki do zapłace­nia powoli zabi­ja­ją we mnie ludzkie odruchy, zachę­ca­ją do bier­noś­ci lub egoiz­mu. Jak zapom­i­nam o ideałach, w które jeszcze nie tak dawno, będąc na stu­di­ach, moc­no wierzyłam. I smu­ci, że nie potrafię od tego uciec. Bo prze­cież mogłabym zmienić pracę, wyprowadz­ić się z Krakowa, zamieszkać w głuszy albo jeszcze lep­iej: wsiąść do pociągu byle jakiego i zacząć zwiedzać świat. Niek­tórzy prze­cież tak zro­bili i wyda­ją się ter­az szczęśli­wsi. Więc czemu ja nie mogę? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Staram się wmówić sama sobie, że to dlat­ego, bo jestem odpowiedzial­na. Ale wiem, że w rzeczy­wis­toś­ci jestem wygod­nym, leni­wym tchórzem. Niczym pies, który dla resztek ze stołu sam sobie założył smy­cz i przykuł się do budy.

Czu­ję się z tym wszys­tkim paskud­nie. I nie potrafię tego zmienić.

źródło zdję­cia ilus­tru­jącego wpis: HP® Offi­cial Site