Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Głupie Dyrdymalenie, Techno-Bełkot:

Gdybym miała androida

Czyli jak zmieniłoby się moje życie, gdyby pojawił się w nim humanoidalny robot

W waka­cje oglą­da­łam Humans – serial poka­zu­ją­cy świat, w któ­rym ludziom słu­żą ludzio­po­dob­ne robo­ty. I jak to w pro­duk­cjach tego typu bywa, Humans peł­ne było roz­wa­żań doty­czą­cych tego, czy maszy­na może stać się czło­wie­kiem. Serial wyróż­niał się jed­nak od innych, podob­nych mu pro­duk­cji pod jed­nym wzglę­dem: akcja nie dzia­ła się w odle­głej, futu­ry­stycz­nej przy­szło­ści, tyl­ko obec­nie. A to spra­wi­ło, że pod­czas oglą­da­nia co chwi­lę zasta­na­wia­łam się nad tym, jak ja bym się zacho­wy­wa­ła, gdy­bym mia­ła w domu huma­no­idal­ne­go androida.

I tak, dobrze zga­dli­ście. Ten wpis będzie zawie­rał wła­śnie te roz­wa­ża­nia. Przy czym nie będę zasta­na­wia­ła się nad tym, czy robot może mieć duszę, ale nad prak­tycz­nym zasto­so­wa­niem takiej maszyny.

Pomoc domowa

Nie wiem, jak wy, ale gdy­bym ja sta­ła się posia­dacz­ką robo­ta, któ­ry był­by w sta­nie zro­bić nie­mal wszyst­ko, o co go popro­szę, na począ­tek pole­ci­ła­bym mu posprzą­tać cały dom. I ugo­to­wać obiad. Powiedz­cie szcze­rze, czy nie zro­bi­li­by­ście podob­nie? A może to tyl­ko ja jestem taka leniwa?

Jed­nak­że na uży­wa­niu andro­ida jako sprzą­tacz­ki i kucha­rza wca­le bym nie skończyła.


Rano mój robot peł­nił­by funk­cję budzi­ka. Potrzą­sał moim ramie­niem, mówiąc „wsta­waj!”, odsła­niał zasło­ny w oknie, by do poko­ju wpa­dło poran­ne świa­tło. Ja oczy­wi­ście uży­ła­bym „funk­cji drzem­ki” i pół przy­tom­na wybeł­ko­ta­ła „jesz­cze pięć minut”. Andro­id rze­czy­wi­ście zosta­wiał­by mnie na chwi­lę w spo­ko­ju. Nie stał­by jed­nak nie­ru­cho­mo, odli­cza­jąc czas, tyl­ko szedł do kuch­ni przy­go­to­wać śnia­da­nie. A potem budził ponow­nie, tym razem doda­jąc, że jeśli szyb­ko nie wsta­nę, to wysty­gnie mi kawa oraz tosty. A w takiej sytu­acji nie moż­na już powie­dzieć „jesz­cze pięć minut”.

War­to wspo­mnieć, że dzię­ki temu, że mój robot pil­no­wał­by, bym nie zaspa­ła do pra­cy i wsta­wa­ła odpo­wied­nio wcze­śnie, by przy­go­to­wać do wyj­ścia z domu – każ­de­go dnia mia­ła­bym czas zjeść zdro­we śnia­da­nie (wiem, wspo­mnia­na wyżej kawa i tosty nie są zdro­we, ale mniej­sza o to). Czy­li robi­ła coś, co teraz jest nie­moż­li­we, bo poku­sa zosta­nia w łóż­ku kil­ka minut dłu­żej jest zbyt silna.

Do pra­cy zawsze cho­dzi­ła­bym wypo­sa­żo­na w dru­gie śnia­da­nie, któ­re tak­że robił­by dla mnie mój wspa­nia­ły robot. Bo wie­cie, sama nie­na­wi­dzę przy­go­to­wy­wać kana­pek „na póź­niej”. A poza tym kanap­ki przy­rzą­dzo­ne przez kogoś inne­go zawsze sma­ku­ją lepiej.

W cza­sie, gdy ja była­bym w pra­cy, mój andro­id robił­by zaku­py na osie­dlo­wym tar­gu i sprzą­tał miesz­ka­nie. Ba, mogła­bym nawet w koń­cu kupić sobie psa, bo dzię­ki obec­no­ści robo­ta, zwie­rzak nie sie­dział­by w domu sam, przez dzie­sięć godzin dziennie.

Po powro­cie z pra­cy, cze­kał­by na mnie pysz­ny i zdro­wy obiad przy­go­to­wa­ny przez andro­ida. Przy oka­zji war­to wspo­mnieć o tym, że robot nie tyl­ko by goto­wał, ale też był kimś w rodza­ju moje­go oso­bi­ste­go die­te­ty­ka dba­ją­ce­go o to, bym odży­wia­ła się zdro­wo. Z resz­tą na tym dba­nie o moje zdro­wie by się nie koń­czy­ło. Po połu­dniu andro­id zmie­niał­by się bowiem w moje­go oso­bi­ste­go tre­ne­ra. I nie tyl­ko mówił mi, jak mam ćwi­czyć, ale też, dzię­ki temu, że miał­by wgra­ny pro­gram anty-pro­kra­sty­na­cyj­ny, nie dał­by się zbyć stwier­dze­niem „daj mi spo­kój, dzi­siaj nie chce mi się”.

Wie­czór. Pora zająć się głu­po­ta­mi i na przy­kład napi­sać nowy wpis na blo­gu. Andro­id mi nie prze­szka­dza, dopó­ki nie zro­bi się póź­no. Wte­dy przy­cho­dzi do mnie i zaczy­na mnie męczyć, że powin­nam już wyłą­czyć kom­pu­ter i iść spać. Nie mogę go wyłą­czyć, tak jak budzi­ka (bo tak, w obec­nej chwi­li mam budzik, któ­ry dzwo­ni wie­czo­rem i mówi mi, że powin­nam iść spać… ale pra­wie zawsze go igno­ru­ję). Poza tym budzik tyl­ko zabrzę­czy, nato­miast robot (znów za spra­wą opro­gra­mo­wa­nia anty-pro­kra­sty­na­cyj­ne­go) zacznie mnie zasy­py­wać stwier­dze­nia­mi typu, że potrze­bu­ję ośmiu godzin snu, że to co two­rzę, mogę skoń­czyć jutro i tak dalej. Wie­cie, wszyst­kie te rze­czy, o któ­rych obec­nie, kła­dąc się spać po pół­no­cy sama myślę, a wła­ści­wie ganię się, że „szlag, przez swo­ją głu­po­tę zno­wu się nie wyśpię”.

A potem nasta­wał­by kolej­ny pora­nek. Robot znów budził­by mnie dobrym śnia­da­niem, po zje­dze­niu któ­re­go szła­bym do pra­cy. Tyle, że… no wła­śnie… sko­ro mia­ła­bym andro­ida, to czy nie lepiej było­by jego posłać do robo­ty, zamiast cho­dzić tam samemu?

Pracownik

Powiedz­my sobie szcze­rze: już teraz wie­lu ludzi wyko­nu­je pra­ce, w któ­rych spo­koj­nie mogły­by ich zastą­pić robo­ty, gdy­by tyl­ko były odro­bi­nę mądrzej­sze. I nie mam tutaj na myśli tyl­ko prac fizycz­nych, takich jak zbie­ra­nie tru­ska­wek czy wydo­by­wa­nie węgla w kopal­ni. Jed­ną z rze­czy, któ­re robię w biblio­te­ce cyfro­wej, jest licze­nie stron. Oglą­dam skan po ska­nie i spraw­dzam, czy ska­ne­rzy­sta nie zapo­mniał zeska­no­wać jakiejś stro­ny. Robię to, bo póki co nikt nie wymy­ślił pro­gra­mu, któ­ry potra­fił­by czy­tać tak dobrze, jak czło­wiek. I któ­ry potra­fił­by poli­czyć, czy licz­ba stron w zeska­no­wa­nym sta­ro­dru­ku się zga­dza. Gdy­by jed­nak mój andro­id potra­fił zro­bić coś takie­go – z chę­cią wysła­ła­bym go do biblio­te­ki, a sama poszła na zaku­py na targ i ugo­to­wa­ła obiad.

Jest jed­nak jeden pro­blem. Sko­ro robot mógł­by wyko­ny­wać moją pra­cę, to mój pra­co­daw­ca nie miał­by powo­du, by mnie zatrud­niać. Taniej było­by mu kupić kil­ka androidów.

Wiem, że teraz przed ocza­mi sta­je wam czar­na wizja, w któ­rej wszy­scy zosta­je­my zastą­pie­ni przez maszy­ny i sta­je­my się bez­ro­bot­ni. Ale wie­cie co? Nie wyda­je mi się, by coś takie­go nastą­pi­ło. Powód jest pro­sty: gdy­by­śmy wszy­scy zosta­li bez pra­cy, nikt nie miał­by pie­nię­dzy na to, by kupo­wać nowe rze­czy, więc więk­szość firm (któ­re wcze­śniej zastą­pi­ły ludzi robo­ta­mi) nie mia­ła­by komu sprze­da­wać swo­ich pro­duk­tów i przez to by zban­kru­to­wa­ła. Inna spra­wa, że rząd zapew­ne szyb­ko stwo­rzył­by usta­wę, któ­ra mówi­ła­by na przy­kład, że w każ­dej fir­mie mak­sy­mal­nie 10% pra­cow­ni­ków może być robotami.

Z resz­tą, czy każ­de­go moż­na zastą­pić andro­idem? O ile więk­szo­ści z nas nie obcho­dzi, kto zbie­ra tru­skaw­ki, wydo­by­wa węgiel albo digi­ta­li­zu­je sta­re książ­ki, tak pro­blem mógł­by się poja­wić w zawo­dach, któ­re wyma­ga­ją inte­rak­cji z ludź­mi. Dla­cze­go pro­blem? Powiedz­my, że musisz iść do leka­rza. Ludz­ki lekarz, jest – no wła­śnie – bar­dziej ludz­ki. Z jed­nej stro­ny przy­jem­niej jest z nim poroz­ma­wiać i to nie tyl­ko o tym, co nas boli. Z dru­giej jed­nak, cza­sem może dopaść nas taka cho­ro­ba, o któ­rej nie­ko­niecz­nie chce­my roz­ma­wiać z innym czło­wie­kiem. Poza tym ludzie popeł­nia­ją błę­dy, a czy może być coś bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce­go niż myśl, że nasz lekarz może nas skrzyw­dzić, zamiast wyle­czyć? Lekarz-robot nie posia­da wszyst­kich minu­sów swo­je­go ludz­kie­go odpo­wied­ni­ka. Pro­blem w tym, że jego myśle­nie jest sche­ma­tycz­ne. A jeśli kie­dy­kol­wiek widzie­li­ście Dok­to­ra House'a, to wie­cie, że cza­sem coś, co wyglą­da na pod­ręcz­ni­ko­wy przy­kład tocz­nia, wca­le tocz­niem nie jest. Gdy­by­ście więc musie­li wybie­rać mię­dzy leka­rzem-czło­wie­kiem i leka­rzem-robo­tem, na kogo byście się zde­cy­do­wa­li? Cięż­ko powie­dzieć, prawda?

Pomocnik

Załóż­my jed­nak, że pesy­mi­stycz­na wizja, w któ­rej andro­idy zabra­ły ludziom pra­cę się spraw­dzi­ła. Na szczę­ście wciąż ist­nie­ją rze­czy, któ­rych robot nie był­by w sta­nie zro­bić. Rze­czy, któ­re wyma­ga­ją twór­cze­go myśle­nia. Teo­re­tycz­nie ist­nie­ją pro­gra­my, któ­re potra­fią stwo­rzyć książ­kę albo wiersz. Bazu­ją one jed­nak na tym, co zosta­ło napi­sa­ne do tej pory. Czło­wiek jest nato­miast w sta­nie wyjść poza utar­te sche­ma­ty. Gdy­by więc nasze miej­sca pra­cy zaję­ły robo­ty, praw­do­po­dob­nie wszy­scy zaczę­li­by­śmy robić to, na co teraz nie mamy cza­su, wła­śnie z powo­du tego, że pra­cu­je­my. Two­rzyć. Pisać, malo­wać, nagry­wać muzy­kę albo fil­my. Przy czym, nie­ste­ty każ­dy z nas musiał­by być tak­że spe­cem od mar­ke­tin­gu, umieć sprze­dać stwo­rzo­ne przez sie­bie rzeczy.

Dodat­ko­wo, jeśli twór­cy robo­tów mie­li­by odpo­wied­nio dużo ole­ju w gło­wie, zapew­ne zapro­gra­mo­wa­li­by je tak, by te nie mogły samo­dziel­nie two­rzyć innych robo­tów. I przede wszyst­kim: by nie umia­ły pro­gra­mo­wać. Dzię­ki temu ludzie-pro­gra­mi­ści mie­li­by ogrom­ne pole do popi­su. Cze­mu? Bo mogli­by uczyć andro­idy nowych rze­czy. I tak przy­kła­do­wo robot pro­sto ze skle­pu potra­fił­by jedy­nie zamia­tać i zro­bić jajecz­ni­cę. Ale jeśli wgra­li­by­śmy mu do pamię­ci odpo­wied­nią apli­ka­cję, „nauczył­by” się on tak­że wycie­rać kurze i uży­wać mopa oraz poznał wszyst­kie prze­pi­sy kuch­ni śród­ziem­no­mor­skiej. Przy czym – podob­nie jak to teraz jest z apka­mi na tele­fo­ny – wła­ści­ciel andro­ida miał­by do wybo­ru kil­ka róż­nych pro­gra­mów roz­sze­rza­ją­cych funk­cje sprzą­ta­ją­co-gotu­ją­ce swo­je­go robo­ta. Przez co pro­gra­mi­ści prze­ści­ga­li­by się w pomy­słach na stwo­rze­nie jak naj­lep­sze­go kodu, któ­ry wybie­rze moż­li­wie jak naj­wię­cej posia­da­czy androidów.

Wróć­my jed­nak do moje­go robo­ta. Co ten mógł­by robić, gdy­bym ja tak­że sie­dzia­ła cały dzień w domu? Wciąż był­by moją gospo­sią. Sprzą­tał, dbał o moje zdro­wie, pil­no­wał, bym nie spę­dza­ła zbyt dużej ilo­ści cza­su przed kom­pu­te­rem. Mógł­by tak­że pomóc mi przy… pro­duk­cji mebli. Bo widzi­cie, w Szko­le Pla­stycz­nej cho­dzi­łam do kla­sy meblar­skiej. A na ręko­dzie­ło zawsze znaj­dzie się jakiś kupiec. Tyl­ko dla­cze­go w takim razie nie zosta­łam zawo­do­wym sto­la­rzem? Bo pie­kiel­nie boję się ostrych narzę­dzi! A jesz­cze bar­dziej tych, któ­re są ostre i elek­trycz­ne. Gdy­bym jed­nak mia­ła andro­ida, mógł­by on za mnie wyko­ny­wać wszyst­kie nie­bez­piecz­ne czyn­no­ści zwią­za­ne z wyci­na­niem cze­go­kol­wiek w drewnie.

Problemy

Wcze­śniej­szy tekst jest bar­dzo hur­ra-opty­mi­stycz­ny. I choć na pierw­szy rzut oka wszyst­ko wyglą­da pięk­nie, dia­beł jak zawsze tkwi w szczegółach.

Przede wszyst­kim rodzi się pyta­nie, czy andro­id, któ­ry budził­by mnie rano, pil­no­wał bym zdro­wo się odży­wia­ła, ćwi­czy­ła i nie cho­dzi­ła zbyt póź­no spać, nie stał­by się w pew­nym sen­sie moim panem? To jest coś, na co nie potra­fię odpowiedzieć.

Poza tym cią­gła kon­tro­la robo­tów, któ­re pil­no­wa­ły­by, byśmy zdro­wo żyli, praw­do­po­dob­nie dopro­wa­dzi­ło­by to do tego, że wie­lu ludzi (niczym dzie­cia­ki, któ­re za szko­łą palą papie­ro­sy) po kry­jo­mu zaja­da­li­by się nie­zdro­wym jedze­niem. Tak, by andro­id pil­nu­ją­cy ich die­ty się o tym nie dowiedział.

Inną kwe­stią są rela­cje mię­dzy­ludz­kie. Ja przy­kła­do­wo jestem intro­wer­tycz­nym doma­to­rem. I gdy­bym mogła powie­dzieć robo­to­wi, by zamiast mnie zała­twił coś na mie­ście, praw­do­po­dob­nie zupeł­nie prze­sta­ła­bym wycho­dzić z domu. A osób takich jak ja jest napraw­dę spo­ro. I z roku na rok chy­ba przy­by­wa ich coraz wię­cej. Co w pew­nym momen­cie mogło­by dopro­wa­dzić do sytu­acji odwrot­nej, niż w Chi­nach – rząd zaczął­by nakła­dać na ludzi obo­wią­zek pło­dze­nia dzie­ci. Wiem, to brzmi strasz­nie, jest nie­zgod­ne z kon­sty­tu­cją oraz inny­mi pra­wa­mi czło­wie­ka. Ale może za kil­ka­dzie­siąt lat (nawet, gdy w naszych domach nie zamiesz­ka­ją andro­idy), gdy przy­rost natu­ral­ny będzie jesz­cze mniej­szy, niż teraz, ktoś wpro­wa­dzi takie pra­wo tyl­ko po to, by ludz­kość nie wyginęła?

I na koniec: pro­blem psa. Jak pisa­łam wcze­śniej – chcia­ła­bym mieć czwo­ro­no­ga, ale nie mogę, bo jestem poza domem dzie­sięć godzin dzien­nie, więc zwie­rzak z powo­du samot­no­ści wpadł­by w depre­sję. Ale gdy­by towa­rzy­stwa dotrzy­my­wał mu andro­id – pro­blem by znik­nął. Tyl­ko kto był­by w takim przy­pad­ku praw­dzi­wym wła­ści­cie­lem psa? I kogo pies kochał­by bar­dziej? Mnie, oso­bę, któ­ra poświę­ca­ła­by mu dwie, góra trzy godzi­ny dzien­nie, czy może robo­ta, z któ­rym spę­dzał­by resz­tę dnia? Pyta­nie może wyda­wać się try­wial­ne. Jed­nak nie doty­czy ono tyl­ko czwo­ro­no­gów, ale tak­że dzie­ci, któ­re przez robo­to-niań­ki były­by wycho­wy­wa­ne bar­dziej, niż przez zapra­co­wa­nych i wiecz­nie nie­obec­nych w domu rodzi­ców. Więc chy­ba war­to się nad nim zastanowić.

Czy chciałabym mieć androida?

Podej­rze­wam, że z robo­tem było­by tak samo, jak z samo­cho­dem. To zna­czy: chcia­ła­bym mieć samo­chód, ale go nie mam. Przy czym nie dla­te­go, bo mnie na nie­go nie stać (choć to też, ale w mniej­szym stop­niu). Nie chcę kupo­wać samo­cho­du, bo wiem, że nie wpły­nę­ło­by to na mnie dobrze. Prze­sta­ła­bym jeź­dzić do pra­cy na rowe­rze. Prze­sta­ła­bym cho­dzić na zaku­py. Bo mia­ła­bym samo­chód. I z tego powo­du strasz­nie bym się rozleniwiła.

Podob­nie było­by z andro­idem. Czy chcia­ła­bym mieć w domu takie­go pomoc­ni­ka? Oczy­wi­ście, że tak. Ale nie kupi­ła­bym go, dla wła­sne­go dobra. Bo na począt­ku zapew­ne uży­wa­ła­bym robo­ta do tego, by budził mnie rano i ser­wo­wał pysz­ne oraz zdro­we śnia­da­nie. Ale po jakimś cza­sie leni­stwo wzię­ło­by górę i prze­pro­gra­mo­wa­ła­bym go tak, by budził mnie póź­niej, a na śnia­da­nie dawał byle co. Co wię­cej, kupi­ła­bym rik­szę i naka­za­ła moje­mu robo­to­wi, by zawo­ził mnie do pra­cy – dzię­ki cze­mu zaosz­czę­dzi­ła­bym na pali­wie oraz mie­sięcz­nych bile­tach auto­bu­so­wych i przy oka­zji mogła zdrzem­nąć po dro­dze. Wiem, jestem żało­sna. Ale czy was nie kusi­ło­by, by zro­bić podobnie?

Przyszłość bez robotów?

Dzi­siej­szy wpis jest jed­nym wiel­kim gdy­ba­niem. Bo choć tech­no­lo­gia dyna­micz­nie się roz­wi­ja, nic nie wska­zu­je na to, by w naszym życiu szyb­ko poja­wi­ły się huma­no­idal­ne andro­idy. Co wię­cej, jestem prze­ko­na­na, że przy­szłość nie będzie wyglą­dać tak, jak nam to poka­zu­ją fil­my. I nie będzie w niej człe­ko­kształt­nych robotów.

Znacz­nie bar­dziej praw­do­po­dob­ne jest, że rze­czy, któ­re zna­my, sta­ną się bar­dziej auto­ma­tycz­ne. Już teraz może­my kupić inte­li­gent­ny odku­rzacz. Obsta­wiam, że za kil­ka lat samo­cho­dy pozba­wio­ne kie­row­ców sta­ną się codzien­no­ścią. Nie będzie­my musie­li cho­dzić na zaku­py, by kupić jedze­nie, ponie­waż lodów­ka sama będzie wie­dzieć, cze­go jej bra­ku­je i zama­wiać te pro­duk­ty w naszym imie­niu. A jeśli już wybie­rze­my się do skle­pu – nie będzie w nim kas. Wózek skle­po­wy sam zare­je­stru­je jakie pro­duk­ty do nie­go zała­do­wa­li­śmy i póź­niej nas za nie ska­su­je. Nato­miast naszy­mi oso­bi­sty­mi tre­ne­ra­mi będzie nasz smart­fon oraz telewizor.

Teo­re­tycz­nie nie war­to więc zasta­na­wiać się, jak nasze życie wyglą­da­ło­by, gdy­by ist­nia­ły w nim huma­no­idal­ne robo­ty. Zwłasz­cza, że te – co przy­kre – praw­do­po­dob­nie nigdy się w nim nie poja­wią. W prak­ty­ce jed­nak pole­cam wam, zasta­nów­cie się, co wy byście zro­bi­li, gdy­by­ście mie­li takie­go robo­ta. Wnio­ski, któ­re wysnu­je­cie w trak­cie takich roz­wa­żań mogą was zaskoczyć.

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: ALT-UK

  • Kata­rzy­na Lewcun

    Moj andro­id robil­by to pra­wie to samo co Twoj. Dodat­ko­wo nauczyl­by mnie tan­czyc wszyst­kie tan­ce kto­re tan­czy sie w parach. I robil­by mi piek­ne maki­ja­ze i fry­zu­ry na spe­jal­ne wyj­scia. I jesz­cze maso­wal­by mi co wie­czor sto­py. I wystre­so­wal­by moje­go psa. Oj duzo by sie dla nie­go zna­la­zlo zajec! ;)

    • Och widzisz, o maso­wa­niu stóp nie pomy­śla­łam! Świet­ny pomysł. :)
      Za to tre­su­ry psa bała­bym się takie­mu robo­to­wi powie­rzyć. Mogło­by się skoń­czyć na tym, że zwie­rzak wyko­ny­wał­by komen­dy andro­ida, a cie­bie igno­ro­wał. :P

      • Kata­rzy­na Lewcun

        I tak mnie ignoruje,tak to by przy­naj­mniej andro­ida slu­chal :D