Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Czytanki:

Fil­my lep­sze od ksią­żek

Powieści pokonane przez swoje ekranizacje

„Spodo­bał ci się film? Prze­czy­taj książ­kę, była lep­sza” – mówią. I zazwy­czaj mają rację. Dziś jed­nak, na prze­kór temu opo­wiem wam o książ­kach, któ­re oka­za­ły się gor­sze od (czę­sto wspa­nia­łych) fil­mów, któ­re na nich bazo­wa­ły.

Cres­si­da Cowell – Jak wytre­so­wać sobie smo­ka

Jak wytresować sobie smoka

źró­dło: Ama­zon

Tro­chę dzi­wi mnie, że Dre­am­Works wyku­pił pra­wa do książ­ki, bo film ma ze swo­im pier­wo­wzo­rem wspól­ne tyl­ko smo­ki, wikin­gów i imio­na głów­nych boha­te­rów. W książ­ce smo­ki były małe (plus minus wiel­ko­ści kotów) i zło­śli­we, nasz głów­ny boha­ter rozu­miał ich mowę, ale na nich nie latał i prze­ży­wał zupeł­nie inne przy­go­dy niż Hic­kup, któ­re­go zna­my z fil­mu.

Dzie­ło Cres­si­dy Cowell jest typo­wym przy­kła­dem śmiesz­nej książ­ki pisa­nej dla dzie­cia­ków. Coś w sty­lu Przy­gód Kapi­ta­na Maj­ta­sa – czy­ta­łam coś takie­go w dzie­ciń­stwie i bawi­łam się napraw­dę dobrze. Oba­wiam się jed­nak, że gdy­bym się­gnę­ła po Kapi­ta­na Maj­ta­sa teraz, żar­ty zawar­te w książ­ce wyda­ły­by mi się żenu­ją­ce. Tak samo Jak wytre­so­wać sobie smo­ka – Asia, lat 10, zapew­ne świet­nie bawi­ła­by się pod­czas lek­tu­ry, pro­blem w tym, że książ­ka tra­fi­ła w ręce doro­słej już Joan­ny.

Ponad­to dzie­ło Cowell w porów­na­niu z fil­mem wypa­da znacz­nie gorzej pod wzglę­dem fabu­ły oraz wystę­pu­ją­cych w histro­ri posta­ci. Film opo­wia­da o przy­jaź­ni, zwal­cza­niu uprze­dzeń, jest pełen sym­pa­tycz­nych boha­te­rów i przede wszyst­kim – uro­czych smo­ków. W książ­ce, jak już wspo­mi­na­łam – smo­ki są małe i zło­śli­we. A boha­te­ro­wie napi­sa­ni bar­dzo sche­ma­tycz­nie, cza­sem wręcz ste­reo­ty­po­wo. Nato­miast sama fabu­ła jest mało wcią­ga­ją­ca.

Przy oka­zji „bra­wa” nale­żą się pol­skie­mu wydaw­cy. Książ­ka poja­wi­ła się w naszym kra­ju w 2003 roku (czy­li sie­dem lat przed pre­mie­rą fil­mu) i do tej pory nie zosta­ła wzno­wio­na, przez co moż­na na nią natra­fić jedy­nie w nie­któ­rych biblio­te­kach. Ot, typo­wy przy­kład pol­skiej szko­ły wydaw­ni­czej, czy­li nie wyda­waj­my książ­ki wte­dy, gdy jest na nią popyt, a potem marudź­my, że Pola­cy nie czy­ta­ją. A tro­chę szko­da, bo teraz, gdy film jest w modzie, dzie­cia­ki zapew­ne chęt­nie się­gnę­ły­by po papie­ro­wy ory­gi­nał. I być może Jak wytre­so­wać sobie smo­ka było­by dla nich tym, czym dla wie­lu osób w moim wie­ku Har­ry Pot­ter – książ­ką, któ­ra poka­za­ła­by, że czy­ta­nie może być faj­ne.

Film Jak wytre­so­wać smo­ka może­cie kupić mię­dzy inny­mi w tych skle­pach:

Hobbit

źró­dło: Parę słów o książ­kach

J.R.R. Tol­kien – Hob­bit

Z Hob­bi­tem mam podob­ny pro­blem, jak z Jak wytre­so­wać sobie smo­ka – byłam zbyt doro­sła, gdy się­gnę­łam po książ­kę. Poza tym Hob­bi­ta prze­czy­ta­łam po Wład­cy Pier­ście­ni, więc moje ocze­ki­wa­nia wzglę­dem książ­ki były bar­dzo duże i chy­ba przez to jesz­cze bar­dziej się roz­cza­ro­wa­łam.

Wiem, że opi­nie na temat fil­mu Pete­ra Jack­so­na są róż­ne, ale jed­no trze­ba reży­se­ro­wi przy­znać – z nie­co infan­tyl­nej powiast­ki dla dzie­ci uda­ło mu się stwo­rzyć coś epic­kie­go. I roz­wią­za­nia, któ­re w książ­ce wyda­wa­ły się nie­co głu­pie (jak na przy­kład rzu­ca­nie w prze­ciw­ni­ków pło­ną­cy­mi szysz­ka­mi), na ekra­nie pre­zen­to­wa­ły się znacz­nie lepiej, a ich oglą­da­nie wręcz wgnia­ta­ło w fotel.

Książ­ko­we­go Hob­bi­ta może­cie kupić mię­dzy inny­mi w tych księ­gar­niach:

Fil­mo­we­go Hob­bi­ta (część I) może­cie kupić mię­dzy inny­mi w tych skle­pach:

Micha­el Crich­ton – Park Juraj­ski

Park Jurajski

źró­dło: Empik

Powieść Crich­to­na jest świet­nym przy­kła­dem książ­ki, któ­ra sta­ła się ofia­rą wła­sne­go suk­ce­su oraz spo­ile­rów. Dla­cze­go? Bo autor w pierw­szej czę­ści Par­ku Juraj­skie­go (któ­ra sta­no­wi nie­mal 14 całej powie­ści) sta­ra się budo­wać suspens. Co to za dziw­ne pogry­zie­nia? Co to za nowy gatu­nek jasz­czur­ki? I o co w tym wszyst­kim cho­dzi? Jej­ku, prze­cież wiem, że to dino­zau­ry, więc czy może­my już przejść do rze­czy? Nie, jesz­cze nie. Jesz­cze przez 50 stron ludzie będą się zasta­na­wiać co to za dziw­ne jasz­czur­ki. Spiel­berg pomi­nął to wszyst­ko i co naj­waż­niej­sze: pierw­sze­go dino­zau­ra poka­zał już w dwu­dzie­stej minu­cie fil­mu.

Co do resz­ty powie­ści – Spiel­berg wziął z niej to, co naj­lep­sze, wie­le ele­men­tów pod­ra­so­wał i zre­zy­gno­wał z masy tech­nicz­no-nauko­we­go beł­ko­tu. Dzię­ki temu mię­dzy inny­mi uda­ło mu się stwo­rzyć znacz­nie sym­pa­tycz­niej­szych boha­te­rów (w książ­ce było kil­ka posta­ci, któ­re iry­to­wa­ły mnie tak moc­no, że aż życzy­łam im, by zosta­ły pożar­te). Sym­pa­tycz­niej­sze były tak­że dino­zau­ry. Bo Spiel­berg poka­zał ich pięk­no, maje­stat, spra­wił, że do tej pory zachwy­ca­ją, gdy poja­wia­ją się na ekra­nie. Crich­ton trak­to­wał dino­zau­ry bar­dziej jako bez­dusz­ne, wyho­do­wa­ne w pró­bów­ce bestie.

Książ­ko­wy Park Juraj­ski nie jest zły i war­to go prze­czy­tać, mię­dzy inny­mi ze wzglę­du na to, że jego fabu­ła jest znacz­nie bar­dziej roz­bu­do­wa­na, niż fil­mu. A gdy dino­zau­ry w koń­cu wydo­sta­ją się na wol­ność, nie moż­na ode­rwać się od lek­tu­ry. Pro­blem w tym, że naj­pierw trze­ba do tej fascy­nu­ją­cej czę­ści powie­ści dotrzeć, a żeby to uczy­nić nale­ży prze­brnąć przez nie­mal poło­wę książ­ki, któ­ra nie jest aż tak cie­ka­wa.

Aha, jeśli nie chce się wam czy­tać powie­ści Crich­to­na, tutaj macie wideo porów­nu­ją­ce papie­ro­wy i fil­mo­wy Park Juraj­ski:

Książ­ko­wy Park Juraj­ski może­cie kupić mię­dzy inny­mi w tych księ­gar­niach:

Fil­mo­wy Park Juraj­ski może­cie kupić mię­dzy inny­mi w tych skle­pach:

Człowiek, który gapił się na kozy

źró­dło: Tan­de­ciar­nia

Jon Ron­son – Czło­wiek, któ­ry gapił się na kozy

Jon Ron­son zaczy­na swo­ją książ­kę zupeł­nie nie­po­waż­nie: LOL, czy wie­cie że w ame­ry­kań­skiej armii wyda­je się pie­nią­dze na szko­le­nie ludzi do zabi­ja­nia kóz wzro­kiem? Ale ze stro­ny na stro­nę robi­ło się coraz mniej zabaw­nie. I kie­dy czy­ta­łam jeden z ostat­nich roz­dzia­łów, opo­wia­da­ją­cy o czło­wie­ku, któ­ry całe swo­je życie poświę­cił na to, by udo­wod­nić, iż jego ojciec nie popeł­nił samo­bój­stwa, tyl­ko został zamor­do­wa­ny przez rzą­do­wych agen­tów – zupeł­nie nie było mi do śmie­chu.

Czło­wiek, któ­ry gapił się na kozy to dobra i mądra książ­ka. A film zro­bił jej chy­ba naj­więk­szą krzyw­dę, jaką mógł – zupeł­nie wypa­czył jej zna­cze­nie, ludz­kie dra­ma­ty ubrał w absurd i gro­te­skę, a fabu­łę – jak na hol­ly­wo­odz­ką pro­duk­cję przy­sta­ło – nała­do­wał akcją. Aż dziw bie­rze, że nie powsta­ła teo­ria spi­sko­wa mówią­ca, że ekra­ni­za­cja była finan­so­wa­na przez rząd USA i spe­cjal­nie nada­no jej taką prze­śmiew­czą for­mę. Bo wie­cie, ekra­ni­za­cje zwy­kle powo­du­ją, że ludzie wolą się­gnąć po nie, niż po książ­ki będą­ce ich pier­wo­wzo­ra­mi. W wyni­ku tego fil­my czę­sto utrwa­la­ją się w naszej pamię­ci lepiej, a książ­ki wręcz popa­da­ją w zapo­mnie­nie. I śmiesz­ne­go, fil­mo­we­go Czło­wie­ka, któ­ry gapił się na kozy praw­do­po­dob­nie zna wię­cej osób, niż ory­gi­nal­ny, bar­dziej poważ­ny, papie­ro­wy ory­gi­nał.

Ale zostaw­my już teo­rie spi­sko­we w spo­ko­ju i wróć­my do tego, dla­cze­go film jest mimo wszyst­ko lep­szy. Wiem, że wyj­dę teraz na oso­bę nie­zwy­kle płyt­ką, ale wła­śnie te lek­kie i kome­dio­we ele­men­ty spra­wi­ły, że ekra­ni­za­cja podo­ba­ła mi się bar­dziej. Zwłasz­cza, że film miał w sobie tak­że szczyp­tę magii, któ­rej nie­ste­ty nie posia­da­ła książ­ka.

Jon Ron­son poka­zy­wał w swo­im dzie­le, że rząd USA jest zły i krzyw­dzi ludzi. Co owszem, jest przy­kre i dołu­je mnie, gdy o tym myślę. Ale z dru­giej stro­ny, co ja mogę na to pora­dzić? Nato­miast film, pomi­mo swo­je­go lek­kie­go tonu dawał do myśle­nia i spra­wiał, że pod­czas jego oglą­da­nia zasta­na­wia­łam się na rze­cza­mi, któ­re doty­czą mnie bar­dziej, niż tor­tu­ry więź­niów w Guan­ta­na­mo.

Poza tym pod­czas czy­ta­nia Czło­wie­ka, któ­ry gapił się na kozy mia­łam jesz­cze jeden pro­blem: książ­ka mia­ła zbyt dużo boha­te­rów. Ron­son jak na porząd­ne­go repor­te­ra przy­sta­ło, dokład­nie opi­sał ich losy: gdzie byli, co robi­li – ale ponie­waż były to same suche fak­ty, a posta­ci było napraw­dę dużo, po pew­nym cza­sie zaczę­łam się gubić w tym, kto jest kim. A nazwi­ska zna­czy­ły dla mnie tyle, co imio­na kra­sno­lu­dów w Hob­bi­cie (potra­fi­cie wymie­nić i scha­rak­te­ry­zo­wać wszyst­kich kra­sno­lu­dów, któ­rzy towa­rzy­szy­li Bil­bo? Bo ja nie). Film nato­miast znacz­nie upro­ścił fabu­łę, z wie­lu wąt­ków zre­zy­gno­wał. I przede wszyst­kim: jeśli jed­ne­go boha­te­ra gra Geo­r­ge Clo­oney, dru­gie­go Jeff Brid­ges, a trze­cie­go Kevin Spa­cey, to nawet jeśli zapo­mni się nazwi­ska ich posta­ci, to czło­wiek wciąż jest się w sta­nie poła­pać, kto jest kim.

Zda­ję sobie spra­wę, że oso­by, któ­re prze­czy­ta­ły książ­kę przed obej­rze­niem jej adap­ta­cji, mogą mieć odwrot­ne zda­nie niż ja (ja wcze­śniej widzia­łam film), wła­śnie z powo­du tego, że film wie­le poważ­nych kwe­stii spły­cił lub przed­sta­wił w spo­sób kome­dio­wy. Ale jeśli cho­dzi o mnie, gdy myślę Czło­wiek, któ­ry gapił się na kozy, sta­je mi przed ocza­mi film, a nie książ­ka. Więc może ta moja teo­ria spi­sko­wa o któ­rej napi­sa­łam wyżej, rze­czy­wi­ście jest praw­dzi­wa?

Czy coś jesz­cze?

A wy? Czy­ta­li­ście jakieś książ­ki, któ­re oka­za­ły się gor­sze od swo­ich fil­mo­wych adap­ta­cji? Nie bądź­cie leni­wi i napisz­cie w komen­ta­rzu. Strasz­nie cie­ka­wi mnie, jakie tytu­ły wymie­ni­cie!

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: Tay­lor­Ma­de­Mar­ke­ting©