Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Słuchając Audiobooka:

Mój pierwszy raz z audio-komiksem

Thorgal w wersji czytanej

Nie pamię­tam, jaki był pier­wszy komiks, który przeczy­tałam. Obstaw­iam, Kac­zo­ra Don­al­da lub coś w podob­nym sty­lu. Z tego jed­nak powodu przez dłu­gi czas żyłam w przeko­na­niu, że wszys­tkie inne komiksy są do Kac­zo­ra Don­al­da podob­ne. Czyli zabawne, łatwe w lek­turze, ale jed­nocześnie nie będące jakimś poważnym i ambit­nym źródłem rozry­w­ki. Dodatkowo nauczy­ciele w szkole, jak mantrę pow­tarza­li, że komiksy, podob­nie jak telewiz­ja ogranicza­ją wyobraźnię i obniża­ją intelekt. Od telewiz­ji nie potrafiłam się oder­wać, nato­mi­ast od komik­sów przez kil­ka lat trzy­małam się z dale­ka, myśląc przy tym, że to w jak­iś sposób czyni mnie mądrze­jszą i bardziej dorosłą.

Aż tu pewnego pięknego dnia Kasia Lew­cun przyniosła do szkoły kil­ka zeszytów Thor­gala. Najpierw ją wyśmi­ałam. Bo prze­cież komiksy są głupie i dla dzieci, i mnie – poważnej czytel­niczce Tolkiena i Sap­kowskiego, nie przys­toi nawet spoglą­dać na takie bzdury. Ale Kasia była upar­ta: to wcale nie jest głupie i jak poczy­tasz, to na pewno ci się spodo­ba – mówiła. W końcu więc ustąpiłam i… wow! Thor­gal stał się pier­wszym komik­sem, w którym się zakochałam. I który pokazał mi, że his­to­rie w obrazkach wcale nie są gorsze od tych książkowych.

Wspom­i­nam o tym, bo ostat­nio znów postanow­iłam przeżyć z Thor­galem swój „pier­wszy raz”, ale w nieco innej formie. Sięgnęłam bowiem po audio-komiks będą­cy adap­tacją przygód dziel­nego wikinga.

Dwa w jednym

Choć audio­book z Thor­galem jest dostęp­ny w sprzedaży już od dłuższego cza­su, lenist­wo w połącze­niu z niechę­cią do kupowa­nia czegokol­wiek przez inter­net spraw­iło, że nie sięgnęłam po port­fel w dniu pre­miery słu­chowiska. Zakupu dokon­ałam dopiero gdy Thor­gal trafił do sprzedaży w Biedronce. Oczy­wiś­cie słu­chowisko było sprzedawane w trady­cyjnej, fizy­cznej formie, czyli na CD. Co jak dla mnie znów było na plus, bo jak wiecie mam drob­ny lęk przed utratą cyfrowych danych, więc wolę audio­book na pły­cie (z której zawsze moż­na prze­grać dane na kom­put­er), od audio­booka nie na pły­cie. Poza tym płyt­ka posi­a­da piękną okład­kę i naprawdę nie jest mi szko­da, że ter­az zaj­mu­je miejsce na półce.

Ale do czego w ogóle zmierzam? Otóż po otwar­ciu pudeł­ka z płytą czekała mnie miła niespodzian­ka. W środ­ku zna­j­dował się kod dostępu – po wpisa­niu go na cdp.pl, audio­book został automaty­cznie dodany do mojej cyfrowej pół­ki z zaku­pi­ony­mi na tejże stron­ie pro­duk­ta­mi. Niby drob­na rzecz, ale mnie naprawdę ucieszyła. Wyobraża­cie sobie, jak fajnie by było, gdy­by coś takiego było stan­dar­d­em i to nie tylko w przy­pad­ku audio­booków. Na przykład gdy­by do zaku­pi­onej, papierowej książ­ki dodawany był kod dostępu do e-booka.

Więcej, niż obraz

Prze­r­o­bi­e­nie książ­ki na audio­booka jest dość proste. Bierze­my lek­to­ra, staw­iamy przed mikro­fonem, daje­my książkę do przeczy­ta­nia i gotowe. Z komik­sem sprawa się kom­p­liku­je, bo tu głównym ele­mentem dzieła jest prze­cież obraz, a nie tekst. Byłam więc niezmiernie ciekawa co w takim audio-komik­sie będzie czy­tane. Czy, niczym w fil­mach dla niewidomych ktoś będzie po pros­tu opisy­wał co namalowano na ilus­trac­jach? Nic z tych rzeczy. Okaza­ło się, że twór­cy słu­chowiska tak jak­by napisali książkę na pod­staw­ie komik­su i stwor­zony przez nich tekst został potem przeczy­tany.

Być może fani Thor­gala oburzą się, gdy przeczy­ta­ją to, co ter­az napiszę, ale co mi tam: w moim mnie­ma­niu w wielu miejs­cach słu­chowisko jest znacznie lep­sze, od komik­su. Bo widzi­cie: to co w ory­gi­nale zostało przed­staw­ione w kilku, bła­ho wyglą­da­ją­cych obrazkach, twór­cy audio-komik­su opisy­wali znacznie dokład­niej, sku­pi­a­jąc się na ele­men­tach, których pokazać się nie da, takich jak odczu­cia, emoc­je i myśli bohaterów. I tak na przykład, gdy w komik­sie poz­na­je­my Thor­gala, zanur­zonego po pas w lodowa­tej wodzie, przykutego do skały i czeka­jącego na przypływ, a tym samym na włas­ną śmierć – po kilku stronach nasz bohater zosta­je uwol­niony, a niebez­pieczeńst­wo mija tak szy­bko, że nawet nie jesteśmy w stanie odczuć, że takowe kiedykol­wiek ist­ni­ało. Nato­mi­ast w przy­pad­ku wer­sji audio tkwimy z Thor­galem w zim­nej wodzie przez kil­ka długich min­ut, wśród szu­mu rozbi­ja­ją­cych się o skałę obok nas, lodowatych fal. A w głosie bohat­era bez prob­le­mu usłyszymy jego gniew, roz­pacz i stra­ch.

To wszys­tko spraw­ia, że – zna­jąc komiks – odkry­wamy go na nowo. I troszkę podob­nie jak wtedy, gdy czy­tamy książkę na pod­staw­ie której obe­jrzeliśmy wcześniej film, dowiadu­je­my się, że to co zobaczyliśmy wcześniej, było jedynie wycinkiem więk­szej całoś­ci.

Ale czasem dźwięk to trochę za mało

Nieste­ty w audio-komik­sie zdarza­ją się też sytu­acje odwrotne do tych opisanych wyżej. Nar­ra­tor milknie, a twór­cy słu­chowiska stara­ją się opowiedzieć to, co się dzieje, samy­mi tylko dźwięka­mi otoczenia. W takich wypad­kach czułam się dość moc­no zagu­biona, brak trady­cyjnego, słownego opisu sytu­acji spraw­iał, że nie byłam sobie w stanie w pełni wyobraz­ić niek­tórych scen. I wręcz chci­ałam sięgnąć do papierowego ory­gi­nału, zobaczyć obrazek, na którym wszys­tko bazowało.

Takich momen­tów nie było co praw­da dużo i nie psuły one odbioru całoś­ci. Ale było mi troszeczkę szko­da, że nie wyko­rzys­tano w takich chwilach nar­ra­to­ra, który prze­cież wszędzie indziej spra­wował się wyśmieni­cie.

I kto to mówi?

Thor­gal, jak na słu­chowisko przys­tało, jest czy­tany na role. Dobór aktorów (lek­torów?) uży­cza­ją­cych głosy poszczegól­nym posta­ciom był bard­zo dobry. Głosy każdego ide­al­nie pasu­ją do czy­tanej przez niego postaci. Co więcej: po samym tylko brzmie­niu poszczegól­nych bohaterów jest się w stanie określić ich charak­ter (po głosie Thor­gala naty­ch­mi­ast moż­na poz­nać, że choć facet nie daje sobie w kaszę dmuchać, to jed­nocześnie ma nieco łagod­niejsze usposo­bi­e­nie, niż inni wikingowie). Dodatkowo wiele postaci wypowia­da się w charak­terysty­czny dla siebie sposób* (dla przykładu Gan­dalf Sza­lony mówi nieco archaicznym językiem). Poza tym aktorzy pod­kłada­ją­cy głosy naprawdę dobrze spisu­ją się od strony… no właśnie aktorskiej. Dzię­ki temu bez prob­le­mu moż­na określić, co w danej chwili czu­ją poszczegól­ni bohaterowie.

Przy czym i tutaj muszę odrobinę pomarudz­ić. Niezbyt podobało mi się to, jak brzmi­ał Gan­dalf Sza­lony, bo mówił on (albo prędzej: wrzeszczał) w sposób zbyt ekspresyjny. A jego mani­akalny śmiech był jeszcze gorszy. Z tego powodu postać ta – paradok­sal­nie – brzmi­ała za bard­zo komik­sowo, zbyt niere­al­nie i przez to zupełnie nie pasowała do resz­ty słu­chowiska.


* Nieste­ty nie pamię­tam, czy ten sposób mówienia poszczegól­nych bohaterów został wymyślony przez twór­ców słu­chowiska, czy też zacz­erp­nię­ty z komik­su (bo ten czy­tałam ład­nych kil­ka lat temu).

Nie mów tego piosenką

Skan­dy­nawsko-fan­tasty­czny kli­mat słu­chowiska dodatkowo potęgu­je ścież­ka dźwiękowa. Piosen­ki zespołu Wardruna pasu­ją tutaj jak ulał*. Ale znów muszę odrobinę ponarzekać. Bo, jak wiele osób w dzisiejszych cza­sach, jestem niecier­pli­wa, chcę by coś wydarzyło się już, ter­az i naty­ch­mi­ast. Z tego powodu piosen­ki, które rozpoczy­nały i zamykały poszczególne rozdzi­ały audio-komik­su, na dłuższą metę mnie den­er­wowały. Rozu­miem, że były one po to, by słuchacz jeszcze bardziej wczuł się w kli­mat. I gdy­by słu­chowisko było puszczane w radiu, powiedzmy po jed­nym odcinku dzi­en­nie, było­by to świetne rozwiązanie. Nato­mi­ast ja, słucha­jąc hurtem wszys­tkiego i niecier­pli­wie czeka­jąc na to, co wydarzy się dalej, wszys­tkie te muzy­czne wstaw­ki po pros­tu, bezl­i­tośnie przewi­jałam. Przy czym zda­ję sobie sprawę, że tylko ja mogę być takim bar­barzyńcą i inni odbior­cy audio-komik­su z zach­wytem odsłuchali wszys­tko, od des­ki, do des­ki.

Jed­nakże nie twierdzę, że sam pomysł na takie muzy­czne wstaw­ki jest chy­biony. Po pros­tu powin­ny one być znacznie krót­sze.


* Choć oczy­wiś­cie do piosenek, których tek­stów się nie rozu­mie trze­ba pod­chodz­ić ostrożnie, bo nigdy nie ma pewnoś­ci, czy epicko brzmią­ca bal­la­da nie jest przy­pad­kiem szwedzką wer­sją prze­bo­ju dis­co-polo sprzed wielu lat – Majtecz­ki w kropecz­ki.

Idealny prezent na gwiazdkę?

Przesłuchałam oby­d­wa z wypro­dukowanych do tej pory przez Sound Tropez Thor­ga­lowych audio-komik­sów i choć nie są one pozbaw­ione wad, to jed­nak mają znacznie więcej zalet. I swoim brzmie­niem po pros­tu zach­wyca­ją. Z niecier­pli­woś­cią czekam więc na dal­sze częś­ci tego audio­booka.

Zbliża­ją się świę­ta i jeśli nie wiecie, co chcielibyś­cie znaleźć pod choinką, może­cie poprosić właśnie o Thor­gala. Nieważne, czy jesteś­cie fana­mi komik­su, czy też nigdy go nie przeczy­tal­iś­cie – na pewno słu­chowisko się wam spodo­ba. Poza tym Sound Tropez, jest fir­mą bard­zo przy­jazną dla użytkown­ików: sprze­da wer­sję na CD, dorzu­ci kupon na wer­sję inter­ne­tową i za wszys­tko każe sobie zapłacić naprawdę niewiele (a ter­az mają jeszcze świąteczne pro­moc­je!). I żeby niko­go nie kusiło: przy tak niskiej cenie audio­booka, nie ma sen­su Thor­gala piracić – bo to będzie zakrawać tylko i wyłącznie na chamst­wo i skąpst­wo. A jeśli mój tekst nie zachę­cił was wystar­cza­ją­co, zawsze może­cie na własne uszy przekon­ać się, że naprawdę warto mieć taki audio-komiks dla siebie:

Thorgala możecie kupić między innymi w tych księgarniach:

Thorgal audiobook