Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

A w Krakowie, Drobna Prywata, Wpisy Archiwalne - Blogspot:

Dzień pełen emocjonujących wrażeń

i innych niecodziennych wydarzeń

Moje życie jest dość nudne i monot­onne. Praw­ie każdy dzień jest taki sam jak poprzed­ni i w pamię­ci wszys­tkie zle­wa­ją się w jed­ną całość. Dziś jed­nak było zupełnie inaczej.

Gdy­bym miała pamięt­nik, praw­dopodob­nie tam bym wszys­tko zapisała. Ale z racji, że takiego nie prowadzę, blog zostanie dziś zde­grad­owany do roli takiego dzi­en­ni­ka. Dlat­ego nie przedłuża­jąc: Dro­gi pamięt­niczku, dzisiejszy dzień minął mi nad wyraz emocjonu­ją­co…

Poranek

Śro­da zaczęła się zwycza­jnie. W pra­cy miałam być na popołud­niowej zmi­an­ie. Plusem takiej sytu­acji jest to, że moż­na się wys­pać, a dotar­cie do pra­cy jest przy­jem­niejsze, bo w auto­busach nie ma ścisku. Minusem nato­mi­ast, że właś­ci­wie cały dzień jest stra­cony, bo gdy wró­ci się do domu, jest po godzinie 22, więc jedyną sen­sowną rzeczą, jaką moż­na zro­bić jest zjedze­nie kolacji i pójś­cie spać.

Auto­bus, który przy­jechał na przys­tanek, nie był jed­nak pusty, ale wypełniony ludź­mi po brze­gi. Co w samo połud­nie jest dość dzi­wnym zjawiskiem – takie rzeczy są prob­le­mem głównie w poran­nych i popołud­niowych godz­i­nach szczy­tu. Jakoś wcis­nęłam się do środ­ka: w jed­nej ręce ple­cak, w drugiej tele­fon komórkowy z ebook­iem, dla zabi­cia cza­su. Wokół pełno ludzi, ścisk taki, że właś­ci­wie nie dało się wykon­ać żad­nego ruchu. Chwilę odd­echu miałam jedynie na przys­tankach, kiedy wraz z resztą tłu­mu wychodz­iłam na ulicę, by wypuś­cić wysi­ada­ją­cych ludzi.

I właśnie gdy tak wyszłam z auto­busu na Mate­cznym, zobaczyłam, że mam otwarty ple­cak. Oczy­wiś­cie w pier­wszej chwili nie wpadłam w panikę. Może sam się otworzył? Może wcześniej zapom­ni­ałam go zamknąć? (co było mało praw­dopodob­ne, ale prze­cież mogło się zdarzyć) Ale coś było nie tak, bo poza główną kieszenią, otwarta była też bocz­na, do której praw­ie nigdy niczego nie wkładam. Niedo­brze. Sięgnęłam ręką do środ­ka. Fuck, nie ma port­fela. Sprawdzam jeszcze raz, i kole­jny – w końcu ple­cak jest duży, mam w nim masę szpar­gałów, port­fel mógł się gdzieś zaw­ieruszyć. Ale jed­nak go nie było. Okradli mnie.

Gonitwa

Skar­ciłam samą siebie, bo gdy­bym nie była pochłonię­ta lek­turą, być może nie padłabym ofi­arą kies­zonkow­ca. Ale z drugiej strony, gdy­by tele­fon był w ple­caku, również mógł­by zostać mi ukradziony. Wysi­adłam przys­tanek przed pracą, pobiegłam do banku zas­trzec kartę płat­niczą (która, o zgro­zo, była zbliże­niowa). W banku pan stwierdz­ił, że nie może mi pomóc, bo musi­ałabym się wyle­gi­t­y­mować dowo­dem oso­bistym. A ten był w moim port­felu. Banki­er poradz­ił bym zadz­woniła na infolin­ię. Tak też zro­biłam i o dzi­wo (a także na szczęś­cie), po kilku­min­u­towej roz­mowie z kon­sul­tan­tem, kar­ta była już zas­trzeżona.

Resztę dro­gi do pra­cy pokon­ałam pies­zo. Auto­bus odpadał, bo prze­cież nie miałam gotów­ki, bile­tu miesięcznego i dowodu oso­bis­tego, więc gdy­by była kon­tro­la, miałabym przech­la­pane. Już w pra­cy wytłu­maczyłam sze­fowi, co mnie spotkało. Ten poz­wolił mi pójść na policję, zgłosić całą sprawę. W końcu nie było żartów: ktoś mógł­by wziąć kredyt na mój dowód, ba – ukraść całą moją tożsamość, bo prze­cież na dowodzie jest wszys­tko: PESEL, imiona rodz­iców, adres zamel­dowa­nia, nawet mój pod­pis.

Znowu pies­zo, pobiegłam na najbliższy komis­ari­at. Po drodze, w akcie des­per­acji zadz­woniłam do Siostry. Szczęśli­wie Ela nie była zaję­ta, więc poprosiłam ją, by pod­jechała na przys­tanek, na którym – jak przy­puszczam – zostałam okradziona. Ist­ni­ała bowiem nikła szansa, że złodziej zabrał pieniądze, a port­fel wyrzu­cił.

Dotarłam na policję. I tu zaczęły się schody. Funkcjonar­iusz odpowiedzial­ny za przyj­mowanie zgłoszeń był zaję­ty, nie było wiado­mo, kiedy mógł­by się mną zająć – może za pół godziny, a może za pół­torej. Poza tym przestępst­wo zostało popełnione w rejonie innego komis­ariatu. Pan polic­jant wytłu­maczy mi, że jeśli zgłoszę kradzież u niego, będą musieli przesłać zgłosze­nie na ten dru­gi komis­ari­at i cała pro­ce­du­ra zajmie kil­ka dni. Stwierdz­ił, że szy­b­ciej będzie, jeśli sama wybiorę się do tamtej placów­ki, bo wtedy sprawa zostanie załatwiona naty­ch­mi­ast.

Zrezyg­nowałam z pomo­cy policji i wró­ciłam do pra­cy. Komis­ari­aty są czynne całą dobę, więc ten dru­gi planowałam odwiedz­ić, gdy już skończę pracę. Kur­cze, zaled­wie wczo­raj czy­tałam u zwierza o tym, że nie powin­no być tak, że kiedy zostanie zła­mane pra­wo, to najwięcej prob­lemów ma potem ofi­ara zbrod­ni, a nie przestęp­ca. I jestem wściekła, że z powodu biurokracji polic­ja nie może dzi­ałać tak sprawnie, jak pan na infolinii w banku – raz, dwa i sprawa załatwiona. Zwłaszcza, gdy liczył się czas i w chwili, kiedy ja tkwiłam na komis­aria­cie jak­iś przestęp­ca przy pomo­cy moich doku­men­tów mógł popeł­ni­ać zbrod­nię.

Odd­z­woniła Sios­tra. Poszuki­wa­nia zakończyły się niepowodze­niem. Bidu­la przetrząs­nęła nawet śmiet­ni­ki w okoli­cach przys­tanku, ale niczego nie znalazła. Straciłam wszelkie nadzieje na odnalezie­nie port­fela. Zaczęłam się zas­tanaw­iać ile cza­su zajmie mi ponowne wyro­bi­e­nie wszys­t­kich doku­men­tów. Sko­ro zgłosze­nie kradzieży jest tak skom­p­likowane, to jak bard­zo zaw­iłe i czasochłonne będą pozostałe pro­ce­dury?

Szczęście

I wtedy wydarzył się cud – port­fel został odnaleziony! Do Eli zadz­woniła jakaś pani z wiado­moś­cią, że odnalazła zgubę. I tu kole­jny szczęśli­wy zbieg okolicznoś­ci – miałam w port­felu wiz­ytówkę Siostry. Tylko i wyłącznie z sen­ty­men­tu, bo prze­cież dane telead­resowe Eli znam na pamięć, nie muszę mieć ich nigdzie zapisanych. I właśnie dzię­ki tej wiz­ytów­ce pani, która znalazła mój port­fel skon­tak­towała się z Elą.

Przy okazji, moje pode­jrzenia doty­czące tego, że złodziej mógł porzu­cić łup po opróżnie­niu go z pieniędzy, okaza­ły się słuszne. Z tym, że zro­bił to kil­ka przys­tanków dalej od miejs­ca, w którym mnie okradł.

Ale to nie wszys­tko: Ela (zan­im jeszcze port­fel się odnalazł) stwierdz­iła, że sko­ro ja nie mogę pode­jść na inny komis­ari­at, to ona zro­bi to za mnie. Co praw­da niczego nie załatwiła, bo tego typu sprawy trze­ba zgłaszać oso­biś­cie, ale na miejs­cu spotkała człowieka, który został okradziony mniej więcej w tym samym cza­sie i tej samej okol­i­cy, co ja. Może więc oby­d­wo­je padliśmy ofi­arą tego samego kies­zonkow­ca? Cóż, nigdy się tego nie dowiem, mam tylko nadzieję, że okradzione­mu panu szczęś­cie dopisało podob­nie, jak mi.

Wielkie szczęście

Wró­ciłam do pra­cy, szczęśli­wa jak nigdy. Tyle wrażeń jed­nego dnia – to się nieczęs­to zdarza! Tyle, że dzień się jeszcze nie skończył…

Zasi­adłam do kom­put­era. Patrzę, a tam nowa wiado­mość mailowa, Google Alert. Kliknęłam w niego bez entuz­jaz­mu, bo aler­ty mam ustaw­ione jedynie na Willia­ma Ficht­nera, a ten ostat­nio nie pracu­je zbyt inten­sy­wnie, więc nie spodziewam się żad­nego powala­jącego newsa. A tu taka wiado­mość:


William Fichtner przyjeżdża do Polski

źródło: Onet.pl

Niewiele brakowało, a z wraże­nia spadłabym z krzesła. Tyle szczęś­cia jed­nego dnia. To niewiary­godne!

Nie opiszę wam, jak wielką radość ter­az czu­ję, bo nie jestem w stanie zawrzeć tego w słowach. Zami­ast tego pora na morał, bo prze­cież każ­da dobra his­to­ria powin­na taki mieć. A ta ma ich aż cztery.

Po pier­wsze – czy­tanie ebooków na tele­fonie komórkowym może uchronić go przed kradzieżą. Ale jed­nocześnie – może na nią naraz­ić twój port­fel.

Po drugie – zawsze noś w port­felu wiz­ytówkę swo­jej Siostry lub innej bliskiej oso­by.

Po trze­cie – nie należy tracić wiary w ludzi. Bo w tłu­mie zna­j­du­ją się nie tylko przestęp­cy, ale także oso­by ucz­ci­we, które niespodziewanie mogą ci pomóc.

I co najważniejsze – nawet naj­gorszy dzień może się prze­rodz­ić w dzień niesły­chanie dobry. A nawet jeszcze lep­szy.


Dro­gi pamięt­niczku, to wszys­tko, co miałam ci dziś do napisa­nia. Ale dzień jeszcze się nie skończył, więc kto wie, co jeszcze może się wydarzyć?


I jeszcze jed­no: ten wpis dedyku­ję mojej Siostrze. Która jest wspani­ała z różnych powodów – nie tylko dlat­ego, że straciła dziś pół dnia na poszuki­wa­ni­ach mojego port­fela. Dzięku­ję, Elu!

Wpis pochodzi z poprzed­niej odsłony blo­ga.

Został zredagowany i niez­nacznie zmody­fikowany.

Ory­gi­nal­ny tekst możesz zobaczyć w ser­wisie Blogspot.com.

  • Anon­i­mowy

    :-*

  • Dlat­ego mam para­no­je ze sprawdzaniem gdziekol­wiek w tłocznych miejs­cach zamknię­cia ple­ca­ka co kil­ka min­ut albo noszę go na przedzie jak uda­jąc ciążę, a świę­ta trój­ca port­fel-tele­fon-klucz wyłącznie po kieszeni­ach. Jeden mój zagin­iony dowód już jest gdzieś ‘out there’, zas­tanaw­iam się cza­sem, czy może cho­ci­aż przysłużył się jakiemuś zbiegowi do rozpoczę­cia nowego życia w Argen­tynie.