Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Czytanki, Wpisy Archiwalne - Blogspot:

Uwierz w tygrysa

Yann Martel: Życie Pi / Life of Pi

Okład­ka, na której w małej, białej łód­ce, pośrod­ku bezkre­su morza zna­j­du­je się samot­ny człowiek oraz tygrys. I tytuł sugeru­ją­cy, że głównym bohaterem książ­ki będzie licz­ba Pi. Było w tym wszys­tkim coś absurdal­nego, ale jed­nocześnie intrygu­jącego i przy­cią­ga­jącego.

Kil­ka lat temu, kiedy niemal każdego dnia widzi­ałam książkę za szy­bą wit­ryny niewielkiej księ­gar­ni, którą mijałam w drodze do szkoły, nie miałam cza­su na czy­tanie. Ale zarówno obraz okład­ki, jak i tytuł książ­ki moc­no utk­wiły mi w pamię­ci. A sama powieść znalazła na liś­cie rzeczy, które chci­ałam pewnego dnia przeczy­tać.

Ostat­nio zobaczyłam zwias­tun fil­mu Życie Pi i stwierdz­iłam, że przed pójś­ciem do kina muszę w końcu zapoz­nać się z treś­cią książ­ki.

Religijny inaczej

Na wstępie autor, Yann Mar­tel, stwierdz­ił, że his­to­ria, którą opisał wydarzyła się naprawdę. A chwilę później dodał, że po jej przeczy­ta­niu uwierzy się w Boga. W tym miejs­cu prz­er­wałam lek­turę. Spo­jrza­łam jeszcze raz na okład­kę. Książkę w Polsce wydał katolic­ki Znak. Ojej. Liczyłam na powieść o chłopcu i tygrysie uwięzionych w szalupie pośrod­ku Oceanu Spoko­jnego. A tu wszys­tko wskazy­wało na to, że będzie to udu­chowiona opowieść religi­j­na. Ale ponieważ wciąż miałam moc­ne postanowie­nie przeczy­ta­nia książ­ki przed obe­jrze­niem fil­mu, wstrzy­małam odd­ech, zacis­nęłam zęby i powró­ciłam do lek­tu­ry.

Na szczęś­cie szy­bko przekon­ałam się, że to nie jest bard­zo religi­j­na his­to­ria. A ta szczyp­ta misty­cyz­mu w niej zawarta, jest zupełnie inna niż to, czego się spodziewałam. Główny bohater, Pi Patel, był bowiem jed­nocześnie bud­dys­tą, kato­likiem i muzuł­ma­ninem. Taka politeisty­cz­na wiara uczyniła z niego postać w pewnym sen­sie uni­w­er­sal­ną, która postrze­gała świat przez pryz­mat kilku religii jed­nocześnie.

Gdzie jest tygrys?

Yann Mar­tel zaskoczył mnie w jeszcze jeden sposób – znany mi z okład­ki (oraz zwias­tu­na fil­mowego) tygrys pojaw­ił się dopiero w drugiej połowie książ­ki. Pier­wsza część powieś­ci trak­towała o życiu i doras­ta­niu głównego bohat­era. O tym, dlaczego nazy­wał się Pi, czemu wierzył w aż tylu różnych bogów. No i przede wszys­tkim, jak doszło do tego, że razem z tygry­sem trafił do szalupy ratunkowej.

Początkowo czy­tałam to wszys­tko niecier­pli­wie. Przyzwycza­jona do inter­ne­tu oraz amerykańs­kich seri­ali, w których już po kilku chwilach jestem rac­zona czymś sen­sacyjnym, tutaj musi­ałam przełknąć wątek biograficzno-oby­cza­jowy, w którym tygrysy praw­ie wcale nie wys­tępowały. O dzi­wo, po lek­turze kilku stron, moje roz­drażnie­nie minęło, a ja przes­tałam wypa­try­wać na hory­zon­cie szalupy z wielkim, pasi­astym kotem na pokładzie. Zami­ast tego zafas­cynowało mnie życie głównego bohat­era i to, że przyszło mu doras­tać w naprawdę niezwykłej krainie. Dodatkowo kil­ka stwierdzeń w książce spraw­iło, że zupełnie zmieniłam zdanie na tem­at niek­tórych spraw.

Zdradzę wam, że ostat­nio starałam się przeczy­tać kil­ka innych książek i niemal zupełnie nie mogłam się skupić na ich treś­ci. Myślałam, że to inter­net tak prze­stroił mój mózg, że niczym dziecko z ADHD nie jestem w stanie wysiedzieć dłu­go w jed­nym miejs­cu, nad kar­ta­mi powieś­ci. Tym­cza­sem dzię­ki Życiu Pi z ulgą odkryłam, że to nie mój umysł funkcjonu­je niewłaś­ci­wie, tylko książ­ki, które wcześniej czy­tałam, były do kitu. Nato­mi­ast Mar­tel pisze w sposób, który spraw­ia, że lek­tu­ra jego dzieła wpraw­ia w pewnego rodza­ju bło­gi nas­trój, ale jed­nocześnie nie wywołu­je znudzenia, przez co nie moż­na się oder­wać od czy­ta­nia.

Nie tylko tygrys

Szy­bko przeczy­tałam pier­wszą część książ­ki i wraz z głównym bohaterem, z lekkim bólem ser­ca opuś­ciłam kolorowe Indie. A potem w końcu wylą­dowałam w szalupie ratunkowej.

Tutaj również czekało mnie sporo niespodzianek. Początkowo w łód­ce na środ­ku oceanu poza Pi znalazła się także zebra, hiena, orang­utan oraz Richard Park­er. Tygrys Richard Park­er. Postać, której imię zostało w poprzed­niej częś­ci powieś­ci wspom­ni­ane kilka­krot­nie, ale o której dopiero ter­az dowiedzi­ałam się, że nie była człowiekiem.

Pomi­mo dość sielankowo wyglą­da­jącego obraz­ka na okład­ce, wydarzenia na oceanie były w więk­szoś­ci wypad­ków smutne, a momen­ta­mi prz­er­aża­jące. Jed­nak paradok­sal­nie, w czymś tak trag­icznym Martelowi także udało się zamieś­cić pozy­ty­wne przesłanie.

Tylko jak dłu­go moż­na pisać o dry­fowa­niu przez ocean, gdzie każdy dzień jest dokład­nie taki sam, jak poprzed­ni? Z tego autor również wybrnął obron­ną ręką. Ważne były bowiem nie tyle przy­gody głównego bohat­era, co jego wewnętrzne przeży­cia. A wszys­tkie przed­staw­ione w taki sposób, że razem z Pi cier­pi­ałam po stra­cie jego rodz­iców albo w chwili, w której chło­piec pier­wszy raz w życiu zabił rybę. To ostat­nie może brz­mi try­wial­nie, ale wspani­ałość Patela pole­gała właśnie na tym, że to nie był super­bo­hater, ale zwykły dzieci­ak, ktoś niemalże tak samo pospoli­ty, jak ja. A prze­ci­wnoś­ci losu, z który­mi przyszło mu się zmierzyć, także w mniejszym lub więk­szym stop­niu doty­czyły nieszczęść, jakie mogą spotkać każdego, prze­cięt­nego człowieka.

Czy wierzysz w Richarda Parkera?

Trze­cia, ostat­nia część powieś­ci, była w pewnym sen­sie testem naszej wiary. Wtedy bowiem Pi opowiedzi­ał o swoich przeży­ci­ach na morzu ponown­ie, ale tym razem bez zebry, hieny, orang­utana oraz tygrysa obec­nych na pokładzie szalupy. Nowa wer­s­ja his­torii zdawała się być racjon­al­na i bardziej praw­dopodob­na od poprzed­niej. Ale czy to ona była prawdzi­wa?


Za sprawą Życia Pi nie udało mi się bardziej uwierzyć w Boga. Jed­nak bez dwóch zdań uwierzyłam w Richar­da Park­era.

Wierz, ale myśl!

Po tym, jak przeczy­tałam książkę, Yann Mar­tel udzielił mi jeszcze jed­nej lekcji.

Pod­czas lek­tu­ry cały czas myślałam, że opisana w powieś­ci his­to­ria wydarzyła się naprawdę. W końcu Mar­tel stwierdz­ił, że całość jest opar­ta na fak­tach, napisana na pod­staw­ie rozmów z Pi Patelem. Autor wspom­ni­ał, że widzi­ał wycin­ki gazet na tem­at Hin­dusa, i że odbył roz­mowy z Japończykiem, który prowadz­ił dochodze­nie związane z zatonię­ciem statku, którym płynął Patel. To wszys­tko nadawało książce naprawdę dużej aut­en­ty­cznoś­ci.

A potem zerknęłam do inter­ne­tu i odkryłam, że Pi Patel nigdy nie ist­ni­ał, a niko­mu nie udało się przetr­wać na morzu tak dłu­go, jak jemu. Mimo to w sieci zna­j­du­je się sporo stron inter­ne­towych, na których może­my przeczy­tać, że Patel żył naprawdę, bo w swo­jej książce Mar­tel wyraźnie napisał, iż z nim roz­maw­iał. To uświadomiło mi, że pomi­mo glob­al­iza­cji, inter­ne­tu i tak dalej, wielu ludzi wciąż moż­na łat­wo oszukać. Wystar­czy, że pokaże­my im utr­waloną na papierze, wydaną w twardej okład­ce książkę z dopiskiem „true sto­ry”.

Sama także poczułam się moc­no zmieszana – wszak całą powieść przeczy­tałam w przeświad­cze­niu, że opowia­da ona o aut­en­ty­cznych wydarzeni­ach. Ale potem pomyślałam, że może i dobrze, że to nie jest prawdzi­wa his­to­ria. Bo dzię­ki temu cała książ­ka stała się dla mnie czymś w rodza­ju przy­powieś­ci.

I uwierzyłam w Pi Patela, mimo iż ten nie był prawdzi­wy.

Życie Pi możecie kupić między innymi w tych księgarniach:

Życie Pi okładka

źródło zdję­cia ilus­tru­jącego wpis: Beyond Hol­ly­wood

Wpis pochodzi z poprzed­niej odsłony blo­ga.

Został zredagowany i niez­nacznie zmody­fikowany.

Ory­gi­nal­ny tekst możesz zobaczyć w ser­wisie Blogspot.com.

  • Gaw­ith

    pisze w spo­sób, któ­ry spra­wia, że lek­tu­ra jego dzie­ła wpra­wia w pew­ne­go rodza­ju bło­gi nas­trój, ale jed­no­cze­śnie nie wywo­łu­je znu­dze­nia

    no, lubię te kawał­ki jak pisze o zachowa­ni­ach zwierząt i to ale­go­ryzu­je do życia społecznego. Ale z tym true sto­ry, to raczej jest tak, że współ­nar­ra­tor pis­arz-jeden z bohaterów stwierdza, że się sty­ka z prawdzi­wą his­torią, a nie sam autor gdzieś w posłow­iu sprzeda­je taką misty­fikację, nie?

    I sprze­ciw stanow­czy do R.Parkera w filmie, był praw­ie bezbłęd­ny (jeszcze wszys­tkie ruchy nie są ide­alne, ale po Pi oraz i Planecie Małp widać jak bard­zo malutko już dzieli cg od per­fekcji). Dowód – w niek­tórych sce­nach to BYŁ prawdzi­wy tygrys, ale nie połapiesz się zawsze, w których.

    • I sprze­ciw stanow­czy do R.Parkera

      Nieste­ty muszę obstaw­iać przy swoim. Choć pewnie jest to spowodowane zaję­ci­a­mi z grafi­ki kom­put­erowej na stu­di­ach, na których wykład­ow­ca dokład­nie nam tłu­maczył, gdzie widać, że mamy do czynienia z CGI. No i w tym przy­pad­ku widzi­ałam tego kom­put­erowego tygrysa. Owszem wiem, że cza­sem był on prawdzi­wy. I w kilku miejs­cach naprawdę nie potrafiłam stwierdz­ić, gdzie kończyła się pra­ca tre­sera i zaczy­nała rob­o­ta kom­put­era. Ale też było sporo scen, w których po pros­tu wiedzi­ałam, że R.Parker jest tworem CGI.

      Inna sprawa (i tu naprawdę nie potrafię pojąć, dlaczego tak jest), że w starszych fil­mach, takich jak Park Jura­js­ki albo Ostat­ni Smok, choć tech­nolo­gia stała na dużo niższym poziomie, to gady tam wygen­erowane moim zdaniem zdawały się być dużo bardziej realne, niż niek­tóre stwor­ki ze współczes­nych filmów.

      • Gaw­ith

        Bo u gadów może i fak­tu­ra skóry, i ruchy są jakieś mniej złożone i bardziej obce już w samej naturze, dlat­ego nie ma dla nas takiego dyso­nan­su.
        A taka ani­mac­ja (nie upier­am się, że per­fek­cyj­na, ale praw­ie) właśnie poma­ga, bo prawdzi­wego stwo­ra nie zmu­sisz, żeby zagrał dokład­nie jak chcesz i może wyjść taka sucho­ta jak w War Horse, gdzie głównie sound­track i rob­o­ta oper­a­to­ra muszą w każdej sce­nie pod­powiadać, że o tutaj widzu masz coś poczuć do tego konia. W Pi tygrys sam mnie umi­ał i wys­traszyć i rozk­leić.

  • Pingback: Cukierkowy, sztuczny tygrys | Dyrdymały Filmowo-Serialowe()