Dyrdymały

Dyrdymały

nie do końca poważne przemyślenia na różne tematy

Okiem Niepoczytalnego Bibliotekarza Cyfrowego, Wpisy Archiwalne - LiveJournal:

eBook na przyszłość

Książka na papierze, czy na czytniku?

W ostat­ni czwar­tek zawę­dro­wa­łam z Kasią i Ludwi­kiem "LUDzi­kiem" na spo­tka­nie dys­ku­syj­ne Oswo­ić ebo­oka. Wyda­rze­nie było bar­dzo cie­ka­we, dowie­dzia­łam się kil­ku nowych rze­czy, mia­łam moż­li­wość potrzy­ma­nia w dło­ni Kin­dla i iPa­da. Nie oby­ło się też bez kil­ku zasko­czeń… Ale wszyst­ko po kolei!

Książka kontra e-Książka

Zarów­no zapis w for­mie dru­ko­wa­nej, jak i elek­tro­nicz­nej ma swo­je wady i zale­ty. Wie­le zale­ży też od indy­wi­du­al­nych upodo­bań czy­tel­ni­ka. Jeśli cho­dzi o mnie, to bez pro­ble­mu z ekra­nu kom­pu­te­ra prze­czy­tam krót­kie tek­sty: posty na forum, wpi­sy na blo­gu, komik­sy. Jed­nak­że jeśli rzecz, z któ­rą muszę się zapo­znać jest dłuż­sza – tra­fia do drukowania.

Na spo­tka­niu Oswo­ić ebo­oka zapre­zen­to­wa­no Kin­dla i iPa­da. Gdy­bym mia­ła wybie­rać – kupi­ła­bym Kin­dla. Powo­dem jest to, że sto­su­je się w nim tech­no­lo­gię e-ink, któ­ra spra­wia, że ekran urzą­dze­nia nie emi­tu­je świa­tła. iPad jest faj­ną zabaw­ką, gadże­tem, jed­nak­że czy­ta się z nie­go tak samo, jak z ekra­nu komputera.

W przy­pad­ku oby­dwóch urzą­dzeń, dla prze­cięt­ne­go Pola­ka zapo­rą nie­ste­ty będzie cena. Pro­ble­mem może być tak­że to, że zarów­no Ama­zon, jak i Apple swo­ją ofer­tę wydaw­ni­czą kie­ru­ją głów­nie do klien­tów z kra­jów anglo­ję­zycz­nych. Gdy­by jed­nak czyt­ni­ki ebo­oków były tanie, a przy­go­to­wa­ne na tego typu urzą­dze­nia apli­ka­cje dostęp­ne po pol­sku – pro­blem wciąż nie został­by do koń­ca rozwiązany.

Wyobraź­my sobie pro­stą sytu­ację: wyjazd na biwak, gdzie nie ma dostę­pu do elek­trycz­no­ści. A na tej szkół­ce prze­trwa­nia kil­ka kon­ku­ren­cji, w któ­rych będą ze sobą rywa­li­zo­wa­ły książ­ka papie­ro­wa i ebo­ok (na Kindlu).


Runda I: Ile książek możemy ze sobą zabrać?

ksią­żek papie­ro­wych – niewiele

ebo­oków – tyle, ile zmie­ści się w czyt­ni­ku, czy­li bar­dzo dużo

Rundę I wygrywają: ebooki


Runda II: Prawdopodobieństwo kradzieży

książ­ka papie­ro­wa – niewielke

ebo­ok – duuuże

Rundę II wygrywa: książka papierowa


Runda III: Prawdopodobieństwo uszkodzenia

książ­ka papie­ro­wa – może się spa­lić, pomo­czyć, wymiąć – jed­nak­że z nad­pa­lo­nej, pomo­czo­nej i wymię­tej cały czas będzie się dało coś przeczytać

ebo­ok – może się spa­lić, pomo­czyć, zgnieść lub stłuc – po czymś takim korzy­sta­nie z nie­go może być nie­moż­li­we lub bar­dzo utrudnione

Rundę III wygrywa: książka papierowa


Runda IV: Poręczność

książ­ka papie­ro­wa – w mia­rę wzro­stu obję­to­ści, zmniej­sza się jej poręcz­ność, ponad­to mogą wystą­pić pro­ble­my ze zna­le­zie­niem ostat­nio czy­ta­nej strony

ebo­ok – bar­dzo poręcz­ny, natych­miast wyświe­tla ostat­nio czy­ta­ną stronę

Rundę IV wygrywa: ebook


Runda V: Problem braku prądu

książ­ka papie­ro­wa – po zmro­ku czy­ta­nie jest utrudnione

ebo­ok – po zmro­ku czy­ta­nie jest utrud­nio­ne, a gdy wyła­du­je się bate­ria – sta­je się niemożliwe

Rundę V wygrywa: książka papierowa


Końcowy wynik:

książ­ka papie­ro­wa: 3 punk­ty

ebo­ok: 2 punk­ty

Wygrywa książka papierowa


Oczy­wi­ście, moż­na wymy­ślić inne kon­ku­ren­cje, ale umów­my się – póki czyt­ni­ki ebo­oków nie będą wodo­od­por­ne, ela­stycz­ne i napę­dza­ne samo­go­nem lub innym łatwo dostęp­nym pali­wem – ich przy­dat­ność w tere­nie nie będzie duża. Jed­nak­że nale­ży tutaj zazna­czyć, że w miej­skich warun­kach ebo­oki mogą radzić sobie znacz­nie lepiej, niż na biwaku.

ebook komórkowy

Na czwart­ko­wym spo­tka­niu była tak­że mowa o czy­ta­niu ksią­żek elek­tro­nicz­nych na tele­fo­nach komór­ko­wych. Jeden z uczest­ni­ków wspo­mi­nał o tym, że sie­ci tele­fo­nów komór­ko­wych mogły­by, podob­nie jak Ama­zon, sprze­da­wać ebo­oki bez­prze­wo­do­wo. Takie roz­wią­za­nie jak naj­bar­dziej mi się podoba.

Ale zatrzy­maj­my się na moment przy samych tele­fo­nów komór­ko­wych. Z jed­nej stro­ny w odróż­nie­niu od Kin­dla lub iPa­da są one ogól­no­do­stęp­ne. Z dru­giej pro­ble­mem może być duże zróż­ni­co­wa­nie mode­li komó­rek oraz wgra­ne­go na nie opro­gra­mo­wa­nia (na każ­dym tele­fo­nie ebo­ok będzie się wyświe­tlał ina­czej). Pró­bo­wa­łam czy­tać na mojej komór­ce i nie­ste­ty nie było to przy­jem­ne doświad­cze­nie. Ale zda­ję sobie spra­wę z tego, że inne mode­le tele­fo­nów mogą się do czy­ta­nia nada­wać lepiej od mojego.

Dodat­ko­wo na spo­tka­niu jed­na z zapro­szo­nych osób wysnu­ła bar­dzo śmia­łą tezę, że przy tak szyb­kim postę­pie tech­no­lo­gicz­nym ebo­oki już nie­dłu­go wyprą książ­ki w for­mie papie­ro­wej. W tej kwe­stii zupeł­nie się nie zga­dzam. ebo­oki owszem mogą stać się bar­dziej powszech­ne, jed­nak­że wyda­je mi się, że jesz­cze przez przez wie­le lat nie zastą­pią ksią­żek papierowych.

Nowe możliwości publikacji

Uczest­ni­cy spo­tka­nia zasta­na­wia­li się tak­że, jak moż­li­wo­ści tech­nicz­ne – zwią­za­ne z publi­ko­wa­niem w for­mie cyfro­wej – mogą wpły­nąć na sam kształt i for­mę tekstu.

Odpo­wiedź na to pyta­nie tro­chę mnie roz­cza­ro­wa­ła. Jeden z gości stwier­dził bowiem, że być może kie­dyś, w przy­szło­ści tekst w książ­kach będzie przy­po­mi­nał bar­dziej pre­zen­ta­cje mul­ti­me­dial­ne, gdzie w treść będą wkom­po­no­wa­ne ani­mo­wa­ne obra­zy, muzy­ka lub fil­my. Prze­pra­szam, jak to „w przy­szło­ści”?! A czy to, co w obec­nej chwi­li może­my zoba­czyć w inter­ne­to­wych ser­wi­sach infor­ma­cyj­nych lub blo­gach nie jest wła­śnie taką lite­ra­tu­rą multimedialną?

Nale­ży się tak­że zasta­no­wić, czy czy­tel­ni­cy pożą­da­ją takiej mul­ti­me­dial­no­ści. W przy­pad­ku wyżej wymie­nio­nych ser­wi­sów infor­ma­cyj­nych i blo­gów jest to raczej mul­ti­me­dial­ność w mało nachal­nej for­mie. Jeśli czy­tel­nik chce, może klik­nąć na link i obej­rzeć film lub zobaczyć/​usłyszeć inną rzecz. Jeśli nie jest tym zain­te­re­so­wa­ny – ele­men­ty mul­ti­me­dial­ne nie zosta­ną mu zaprezentowane.

Na spo­tka­niu mogli­śmy zoba­czyć Ali­cję w kra­inie cza­rów w wer­sji przy­go­to­wa­nej spe­cjal­nie na iPa­da. Z racji tego, że urzą­dze­nie Apple'a reje­stru­je ruchy użyt­kow­ni­ka (na przy­kład to, czy jest trzy­ma­ne w pio­nie, czy w pozio­mie) – na ekra­nie, poza tek­stem książ­ki poja­wia­ły się tak­że róż­ne­go rodza­ju ani­ma­cje, któ­re reago­wa­ły na to, w jakiej pozy­cji został usta­wio­ny iPad. Po odpo­wied­nim poru­sze­niu urzą­dze­niem gra­ficz­ne ele­men­ty pod­ska­ki­wa­ły, prze­su­wa­ły się i tak dalej. Niby faj­nie, ale tyl­ko, jeśli mamy do czy­nie­nia z książ­ką dla dzie­ci. Wte­dy takie mul­ti­me­dial­ne, inte­rak­tyw­ne ilu­stra­cje mogą być doce­nio­ne przez czy­tel­ni­ków. Ale, czy doro­sły użyt­kow­nik iPa­da tak­że był­by szczę­śli­wy, gdy­by pod­czas lek­tu­ry coś toczy­ło mu się po ekranie?

Poza ani­ma­cja­mi i mul­ti­me­dial­no­ścią e-lite­ra­tu­ra ofe­ru­je nam jesz­cze jed­no – inte­rak­cyj­ność. Pisarz może roz­wi­nąć swo­je opo­wia­da­nie na kil­ka róż­nych spo­so­bów tak, by to czy­tel­nik decy­do­wał, w jaki spo­sób ma poto­czyć się akcja. Oczy­wi­ście, książ­ka w wer­sji papie­ro­wej tak­że daje taką moż­li­wość. Jed­nak­że for­ma „jeśli wybie­rasz opcję A, przejdź do roz­dzia­łu 57, a jeśli wybie­rasz opcję B – do roz­dzia­łu 32” – nie jest zbyt atrak­cyj­na. Książ­ka elek­tro­nicz­na ofe­ru­je zamiast tego sieć hiper­łą­czy, dzię­ki któ­rym czy­ta­nie tego typu tek­stów sta­je się dużo prost­sze. Pyta­nie tyl­ko, czy war­to two­rzyć tek­sty inte­rak­cyj­ne? Moim zda­niem – nie. I już tłu­ma­czę, dla­cze­go tak myślę.

Raz, dla zaba­wy stwo­rzy­łam opo­wia­da­nie mul­ti­me­dial­ne. Nie było to nic wiel­kie­go – ot, fan­fic­tion o Ale­xan­drze Maho­ne, w któ­rym sku­pi­łam się głów­nie na for­mie, a nie na tre­ści (przez co sama fabu­ła nie była zbyt cie­ka­wa). Wymy­śle­nie samej histo­rii nie było zbyt trud­ne. Jed­nak stwo­rze­nie całej sie­ci połą­czeń… Żeby się nie pogu­bić roz­ry­so­wa­łam sobie drze­wo decy­zyj­ne – było sze­ro­kie na trzy stro­ny A4. A każ­dy z roz­pi­sa­nych pod­punk­tów musiał zaist­nieć na osob­nym slaj­dzie całej pre­zen­ta­cji. Oka­za­ło się jed­nak, że czy­tel­ni­kom ta for­ma nie­zbyt przy­pa­dła do gustu. Po pierw­sze – bar­dzo szyb­ko zmę­czy­ło ich czy­ta­nie z ekra­nu. Po dru­gie – praw­do­po­dob­nie prze­czy­ta­li dwie, góra trzy moż­li­we wer­sje opo­wia­da­nia. I nie dzi­wię im się, bo mi samej tak­że nie chcia­ło­by się czy­tać wię­cej. Jaki więc z tego wnio­sek? Wysi­łek wło­żo­ny w two­rze­nie opo­wia­dań inte­rak­cyj­nych jest nie­współ­mier­ny do zain­te­re­so­wa­nia i zado­wo­le­nia czy­tel­ni­ków. Inny­mi sło­wy – tego typu ebo­oki owszem, mogą spo­ra­dycz­nie poja­wić się jako bajer, ale nie przyj­mą się w ska­li masowej.

Kłopotliwy format

Wyzwa­niem dla wydaw­ców (a cza­sem tak­że auto­rów) może być dosto­so­wa­nie tek­stu do wyświe­tla­nia go na róż­nych urzą­dze­niach i w róż­nych for­ma­tach. Tra­dy­cyj­ne książ­ki naj­le­piej pre­zen­tu­ją się, gdy tekst jest umiesz­czo­ny na kart­ce w pio­nie. Jed­nak­że w przy­pad­ku ebo­oków, któ­re mają być wyświe­tla­ne na ekra­nach pano­ra­micz­nych, moim zda­niem lep­szym roz­wią­za­niem jest orien­ta­cja pozio­ma. Ale jak powin­ny wyglą­dać ebo­oki przy­sto­so­wa­ne do czy­ta­nia na komór­kach? Na pew­no nie tak samo, jak te do oglą­da­nia na kom­pu­te­rach. Jesz­cze inny for­mat muszą mieć ebo­oki, któ­re chce­my prze­czy­tać na Kindlu.

Jed­na z osób zapro­szo­nych na spo­tka­nie stwier­dzi­ła, że ktoś obli­czył, że na ekra­nie (nie­ste­ty – nie powie­dzia­ła, na jak dużym ekra­nie) – moż­na zoba­czyć śred­nio 21 lini­jek tek­stu. W związ­ku z tym oko­ło 20 linij­ki powin­no nastą­pić coś, co zain­te­re­su­je czy­tel­ni­ka i zachę­ci go do dal­sze­go czy­ta­nia. Hmm… poli­czy­łam i u sie­bie na kom­pu­te­rze widzę oko­ło 36 lini­jek tek­stu. Więc „pra­wo 21 lini­jek” w moim przy­pad­ku by się nie sprawdziło.

e-Wydawnictwa?

Ta sama oso­ba, któ­ra powie­dzia­ła, że ebo­oki bar­dzo szyb­ko wyprą z ryn­ku dru­ko­wa­ne książ­ki stwier­dzi­ła tak­że, że nie­dłu­go prze­sta­ną ist­nieć tak­że wydaw­nic­twa. Dla­cze­go? Bo w obec­nej chwi­li każ­dy może opu­bli­ko­wać w inter­ne­cie co tyl­ko chce i znaj­dzie czy­tel­ni­ków nawet, jeśli jego tekst nie będzie prze­strze­gał zasad orto­gra­fii, gra­ma­ty­ki i inter­punk­cji. Nie do koń­ca się z tym zga­dzam. Bo to praw­da, w sie­ci może publi­ko­wać każ­dy. Ale nie każ­dy tekst znaj­dzie czytelników.

Poza tym książ­ki lub arty­ku­ły nauko­we sta­ją się w stu pro­cen­tach nauko­we tyl­ko wte­dy, gdy zosta­ną zre­cen­zo­wa­ne. Zre­cen­zo­wa­nie daje im pewien rodzaj cer­ty­fi­ka­tu, zna­ku jako­ści. A recen­zen­ci są zatrud­nia­ni przez wydaw­nic­twa. W przy­pad­ku utwo­rów lite­rac­kich spra­wa ma się podob­nie – z tym, że recen­zen­ta zastę­pu­je tu redak­tor. A kto zatrud­nia redak­to­rów? Wydawnictwa.

Kasia powie­dzia­ła mi, że na koń­cu jed­nej ze swo­ich ksią­żek Ste­phen King umie­ścił frag­ment swo­je­go naj­now­sze­go dzie­ła, któ­ry nie został jesz­cze zre­da­go­wa­ny. Kasia zapo­zna­ła się z tym tek­stem i czy­ta­ło się jej go znacz­nie gorzej od „zwy­kłych” utwo­rów Kin­ga. Na tym przy­kła­dzie widać więc, że redak­cja ma (mniej­szy lub więk­szy) wpływ na jakość dzie­ła literackiego.

No dobrze, redak­tor lub recen­zent jest więc waż­ny. A co z edy­to­ra­mi odpo­wie­dzial­ny­mi za skład tek­stu? Prze­cież teraz, każ­dy może zło­żyć sobie książ­kę w Wor­dzie i zro­bić z niej PDF-a. Jeśli jesteś w tym dobry i masz wyczu­cie, to zga­dza się – nie potrze­bu­jesz pomo­cy wykwa­li­fi­ko­wa­ne­go spe­ca od edy­tor­stwa. Ale więk­szość ludzi spra­wi, że tekst napi­sa­ny w Wor­dzie po prze­kształ­ce­niu w PDF wciąż będzie wyglą­dał jak tekst napi­sa­ny w Wor­dzie. A czy pli­ki pisa­ne w Wor­dzie wyglą­da­ją ład­nie i atrak­cyj­nie? Raczej nie.

Moim zda­niem wydaw­nic­twa są póki co bez­piecz­ne. Bo choć każ­dy może opu­bli­ko­wać swój tekst w sie­ci, to nie każ­dy jest na tyle dobrym auto­rem, by jego dzie­ła mogły dostą­pić zaszczy­tu bycia recen­zo­wa­ny­mi lub reda­go­wa­ny­mi. A na dźwięk sło­wa „ebo­ok” mogą drżeć chy­ba tyl­ko dru­ka­rze – choć oni tak­że, zarów­no w bli­skiej, jak i dale­kiej przy­szło­ści nie powin­ni jesz­cze bać się utra­ty pracy.

Piractwo

Na spo­tka­niu pewien autor powie­dział, że zasta­na­wiał się, czy zgo­dzić się na to, by jego dzie­ło zosta­ło opu­bli­ko­wa­ne w for­mie cyfro­wej. Ale gdy o tym myślał nie wie­dział, że jego utwór został już zdi­gi­ta­li­zo­wa­ny. Przez stu­den­tów, któ­rzy zeska­no­wa­li książ­kę i umie­ści­li ją w inter­ne­cie. Nato­miast inny autor przy­znał się, że oddał swo­ją książ­kę do biblio­te­ki Google Books nie­mal zupeł­nie za dar­mo. Na pyta­nie dla­cze­go to zro­bił odpo­wie­dział, że prze­cież jego powieść i tak od daw­na, w wer­sji pirac­kiej krą­ży po sieci.

Te dwa podej­ścia ide­al­nie ilu­stru­ją to, co w obec­nej chwi­li auto­rzy i wydaw­cy myślą o ebo­okach. Część mówi digi­ta­li­za­cji „nie” i nie bie­rze pod uwa­gę tego, że jeśli oni sami tego nie zro­bią, to wyrę­czy ich ktoś inny. Resz­ta zga­dza się, bo woli, by w inter­ne­cie zna­lazł się ory­gi­nał ich dzie­ła, niż wer­sja piracka.

Kil­ka z obec­nych na spo­tka­niu osób stwier­dzi­ło, że wydaw­cy ksią­żek powin­ni brać przy­kład z wydaw­ców muzy­ki, któ­rzy prze­cież z pirac­twem zma­ga­ją się już od dłuż­sze­go cza­su. Pyta­nie – jakie mogą być docho­do­we spo­so­by na udo­stęp­nia­nie ebo­oków w sieci?


Sprzedaż ebooków

Ten model ist­nie­je w Ama­zo­nie i jest docho­do­wy. Rodzą się jed­nak dwa pyta­nia: czy czy­tel­ni­cy kupią ebo­ok, jeśli w innym miej­scu będą mogli zna­leźć jego pirac­ką wer­sję za dar­mo? I jaka musi być cena ebo­oka, by jego dys­try­bu­cja była opłacalna?

Moim zda­niem, jeśli ebo­ok był­by dostęp­ny za dwa do pię­ciu zło­tych, to mogła­bym go nabyć. Ale jed­na z gosz­czą­cych na spo­tka­niu osób stwier­dzi­ła, że żeby pro­duk­cja ebo­oka się zwró­ci­ła, jego cena musia­ła­by wyno­sić oko­ło 20zł! A za 20zł nikt ebo­oka nie kupi. Ludzie będą wole­li nabyć nie­co droż­szą, papie­ro­wą książ­kę. Albo się­gnąć po pirac­ką wer­sję ebooka.


Wolne datki

Jeśli podo­ba ci się to, co stwo­rzy­łem – wes­przyj mnie finan­so­wo. W ten spo­sób zara­bia­ją auto­rzy udo­stęp­nia­ją­cy swo­je pra­ce na wol­nych licen­cjach, takich jak Cre­ati­ve Com­mons. I zara­bia­ją na tym napraw­dę dobrze, pod warun­kiem, że to, co two­rzą jest war­to­ścio­we. Gdy­by więc wydaw­nic­two zde­cy­do­wa­ło się na taką for­mę czer­pa­nia zysków z publi­ko­wa­nia ksią­żek, musia­ło­by albo wyda­wać tyl­ko napraw­dę świet­ne rze­czy, albo zain­we­sto­wać w dobrą kam­pa­nię reklamową.


Dochód z reklam

Ta meto­da spraw­dza się w przy­pad­ku fil­mów. Po obej­rze­niu krót­kie­go blo­ku rekla­mo­we­go moż­na zoba­czyć film w sie­ci, zupeł­nie za dar­mo i legalnie.

Na spo­tka­niu zapy­ta­łam wydaw­cę jed­nej z gazet, dla­cze­go cza­so­pi­smo nie może zara­biać w podob­ny spo­sób na rekla­mach wyświe­tla­nych na stro­nie tej­że gaze­ty. Odpo­wie­dział, że rekla­my są z Googla i to Google zabie­ra lwią część przychodów.

Prze­pra­szam, ale cze­goś tu nie rozu­miem. Sko­ro stro­na inter­ne­to­wa nale­ży do gaze­ty i to ona zarzą­dza tre­ścia­mi, jakie się tam poja­wia­ją, to dla­cze­go miej­sce na rekla­my odda­je Googlo­wi, sko­ro jest to tak nie­opła­cal­ne? Czy Google ich do tego zmu­sza? Prze­cież mogą pod­pi­sać umo­wę z kimś innym. Ale pew­nie, naj­pro­ściej jest powie­dzieć, że z reklam nie ma dużych przychodów.


Sprzedawanie licencji

Ta for­ma sprze­da­ży spraw­dza się w przy­pad­ku cza­so­pism nauko­wych. Czy­tel­nik może albo wyku­pić poje­dyn­czy arty­kuł, albo licen­cję na czy­ta­nie wszyst­kich, dowol­nych nume­rów gaze­ty. Licen­cje wyku­pu­ją zazwy­czaj duże insty­tu­cje, na przy­kład biblioteki.

Na spo­tka­niu pan z wydaw­nic­twa jakiś pod­ręcz­ni­ków szkol­nych powie­dział, że pla­nu­ją zro­bić coś podob­ne­go. Spra­wić, by ich pod­ręcz­ni­ki były wyda­wa­ne tyl­ko w for­mie ebo­oków, na któ­re licen­cje mogła­by wyku­pić szko­ła. Pomysł nie­zły, jest w nim jed­nak mały haczyk – wspo­mnia­ne wydaw­nic­two pra­gnie sprze­da­wać licen­cje od sztu­ki. To zna­czy, że jeśli szko­ła wyku­pi­ła­by taką licen­cję, to z e-pod­ręcz­ni­ków nie mogła­by korzy­stać nie­ogra­ni­czo­na licz­ba uczniów, tyl­ko dokład­nie taka ilość, na jaką licen­cja zosta­ła wyku­pio­na. A takie roz­wią­za­nie nie jest moim zda­niem zbyt dobre. Bo co, jeśli jakiś uczeń w ramach powtór­ki, chciał­by zer­k­nąć do e-pod­ręcz­ni­ka z poprzed­niej klasy?

e-Przyszłość?

Cze­go więc może­my się spo­dzie­wać po ebo­okach? Rewo­lu­cji moim zda­niem nie będzie. Jeśli już, to prę­dzej powol­na ewolucja.

Jeśli prze­cięt­ny czło­wiek zde­cy­du­je się na prze­czy­ta­nie książ­ki, naj­praw­do­po­dob­niej wybie­rze egzem­plarz w wer­sji dru­ko­wa­nej. Zmia­na może nastą­pić tyl­ko wte­dy, gdy czyt­ni­ki ebo­oków sta­ną się tań­sze i mniej podat­ne na uszkodzenia.

Wydaw­cy tak­że mogą póki co spać spo­koj­nie, bo prze­cież każ­dy wie, że nie sztu­ką jest napi­sać książ­kę – sztu­ką jest ją wydać (a potem, co rów­nie trud­ne – zna­leźć czy­tel­ni­ków, któ­rzy będą goto­wi ją kupić). A czy wyda­wa­nie nastą­pi w for­mie dru­ko­wa­nej, czy elek­tro­nicz­nej – to już zupeł­nie inna sprawa.

Zapo­mnia­łam dodać jesz­cze, że ebo­oki sprzy­ja­ją zacie­ra­niu się kul­tu­ro­wych gra­nic i glo­ba­li­za­cji. W koń­cu teraz każ­dy, kto tyl­ko chce, może dzię­ki inter­ne­to­wi prze­czy­tać elek­tro­nicz­ny dzien­nik, któ­ry w for­mie dru­ko­wa­nej uka­zu­je się na przy­kład w Tuva­lu. Pyta­nie tyl­ko, czy gaze­ta z Tuva­lu zosta­ła już zdi­gi­ta­li­zo­wa­na. No i przede wszyst­kim – jak wie­lu z nas inte­re­su­je się tym, co dzie­je się w Tuvalu?

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: The Gospel Coalition

Wpis pocho­dzi z poprzed­niej odsło­ny bloga.

Został zre­da­go­wa­ny i nie­znacz­nie zmodyfikowany.

Ory­gi­nal­ny tekst możesz zoba­czyć w ser­wi­sie Live​Jo​ur​nal​.com.