Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Wpisy z tagiem: Gracepoint

Ogólnie Rzecz Ujmując:

Niewinna rola aktora

Czy aktorów* powinno obwiniać się za to, że grają kiepskie role, w złych filmach?

Kie­dy film lub serial jest nie­uda­ny, winą za taki stan rze­czy zwy­kle obar­cza się sce­na­rzy­stę, reży­se­ra lub akto­rów. Tych ostat­nich albo za to, że byli drew­nia­ni, albo – że w ogó­le zde­cy­do­wa­li się wziąć udział w danej pro­duk­cji. Sama nie sta­no­wię tutaj wyjąt­ku, bo nie­raz zda­rza mi się blu­zgać wła­śnie pod adre­sem osób na tych sta­no­wi­skach. Przy czym zda­ję sobie spra­wę z tego, że jest to myśle­nie na skró­ty. Wszak two­rze­nie fil­mu lub seria­lu jest pro­ce­sem bar­dzo skom­pli­ko­wa­nym. I tak, jak w przy­pad­ku moty­la wywo­łu­ją­ce­go hura­gan w teo­rii cha­osu – trud­no jest dociec, kto lub co tak napraw­dę dopro­wa­dzi­ło do tego, że dana pro­duk­cja się nie uda­ła.

W dzi­siej­szym Dyr­dy­ma­le odło­żę na bok sce­na­rzy­stów oraz reży­se­rów i sku­pię na samych akto­rach. I na tym, dla­cze­go cza­sem poja­wia­ją się oni w nie­uda­nych pro­duk­cjach lub też ich wystę­py są kiep­skie. Przy czym nie będzie to zbiór fak­tów, tyl­ko moich przy­pusz­czeń i gdy­bań – bo prze­cież nie wiem, jak tak napraw­dę wyglą­da pra­ca w Hol­ly­wo­od.

Choć przy­to­czę tu róż­ne przy­kła­dy, głów­nym boha­te­rem wpi­su będzie Wil­liam Ficht­ner. Czę­ścio­wo z powo­du tego, że fil­mo­gra­fia akto­ra peł­na jest kiep­skich fil­mów, a czę­ścio­wo – ponie­waż Bill miał tydzień temu uro­dzi­ny, więc nale­ży mu się Dyr­dy­mał ode mnie. :)


* Trak­tuj­cie sło­wo aktor jako wyraz w for­mie bez­oso­bo­wej, ozna­cza­ją­cej zarów­no akto­ra jak i aktor­kę.

Szaleństwo Serialowe:

Perfekcyjnie niedobrani detektywi*

Ellie Miller i Alec Hardy z Broadchurch

Ostat­nio sta­łam się nie­co mono­te­ma­tycz­na i wszę­dzie, gdzie tyl­ko się da, wspo­mi­nam o Bro­ad­church. Seria­lem zachwy­ca­łam się tutaj, dwu­krot­nie na Dyr­dy­ma­łach, a raz nawet na Popa­mi­nie. I choć wiem, że powo­li robi się to iry­tu­ją­ce – muszę poświę­cić bry­tyj­skiej pro­duk­cji jesz­cze jeden wpis. We wszyst­kich wcze­śniej­szych tek­stach pisa­łam bowiem o seria­lu bar­dzo ogól­nie, pra­wie nie wspo­mi­na­jąc na naj­waż­niej­szej rze­czy, któ­ra spra­wi­ła, że skradł on moje ser­ce.

Tema­tem dzi­siej­sze­go Dyr­dy­ma­ła zno­wu, po raz ostat­ni, będzie Bro­ad­church. I będzie to wpis inny od pozo­sta­łych, bo sku­pię się w nim na parze głów­nych boha­te­rów, dla któ­rych przede wszyst­kim oglą­da­łam serial – na Ellie Mil­ler i Ale­cu Har­dym.

UWAGA – w tek­ście poja­wi się kil­ka (drob­nych i ukry­tych, ale jed­nak) spo­ile­rów!

* W tytu­le i resz­cie wpi­su umyśl­nie popeł­ni­łam pew­ne­go rodza­ju błąd tłu­ma­cze­nio­wy. Pisząc „detek­ty­wi” cho­dzi­ło mi bowiem o bry­tyj­skich, poli­cyj­nych detek­ty­wów, bo taki­mi są Mil­ler i Har­dy (detek­tyw w pol­skim tego sło­wa zna­cze­niu, to po angiel­sku pri­va­te inve­sti­ga­tor).

Pojedynki Filmowo-Serialowe, Szaleństwo Serialowe:

Czy brytyjskie klify są ładniejsze od amerykańskich?

Broadchurch kontra Gracepoint

Kie­dy usły­sza­łam pierw­sze plot­ki o tym, że powsta­nie ame­ry­kań­ski rema­ke Bro­ad­churchbyłam temu prze­ciw­na. Ale potem poja­wi­ły się dwa, sprzecz­ne uczu­cia. Z jed­nej stro­ny, ze wzglę­du na Davi­da Ten­nan­ta chcia­łam, by nowy serial się udał (bo prze­cież nikt nie lubi oglą­dać swo­ich ulu­bio­nych akto­rów w kiep­skich pro­duk­cjach). Z dru­giej nato­miast – z powo­du miło­ści do Bro­ad­church, mia­łam nadzie­ję, że ame­ry­kań­ski rema­ke będzie gor­szy od ory­gi­na­łu.

W koń­cu nad­szedł dzień pre­mie­ry Gra­ce­po­int i pierw­szy odci­nek oka­zał się być dokład­nie taki, jak przy­pusz­cza­łam: kiep­ski. Ale upar­cie oglą­da­łam dalej, licząc na to, że póź­niej będzie lepiej. Zwłasz­cza, że twór­cy zapo­wia­da­li, iż Gra­ce­po­int nie będzie dokład­ną kopią Bro­ad­church, i że nawet zakoń­cze­nie będzie inne. Teraz jestem po obej­rze­niu fina­łu i mojej pier­wot­nej opi­nii o seria­lu nie zmie­niam. Ale ponie­waż krót­kie stwier­dze­nie, że „Gra­ce­po­int jest złe”, było­by zbyt pro­ste, w dzi­siej­szym wpi­sie posta­ram się wyja­śnić, dla­cze­go coś, co uda­ło się Bry­tyj­czy­kom w Bro­ad­church, Ame­ry­ka­nom już nie wyszło.