Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Wpisy z tagiem: David Ten­nant

Szaleństwo Serialowe:

Przy­tul­na apo­ka­lip­sa dla fanów

Dobry omen / Good Omens

Pra­wie dwa lata cze­ka­nia, oglą­da­nia zdjęć z pla­nu, zachwy­ca­nia zwia­stu­na­mi i cie­sze­nia z tego, jaka che­mia jest mię­dzy akto­ra­mi, kie­dy ci udzie­la­ją wspól­nych wywia­dów. Dwa lata wie­rze­nia w to, że koń­co­wy efekt będzie cudow­nie boski oraz jed­no­cze­snych obaw, że dobry­mi chę­cia­mi jest jed­nak pie­kło wybru­ko­wa­ne i wszyst­ko dia­bli wezmą. I w koń­cu sta­ło się – ostat­ni dzień maja był jed­no­cze­śnie dniem sądu osta­tecz­ne­go – na takiej zasa­dzie, że mogłam naresz­cie się prze­ko­nać, jak wyglą­da Dobry omen i osta­tecz­nie osą­dzić serial jako całość, bo w sie­ci od razu poja­wi­ły się wszyst­kie jego odcin­ki.

Jak już się pew­nie domy­śla­cie, w dzi­siej­szym Dyr­dy­ma­le podzie­lę się z wami moimi wra­że­nia­mi z sean­su Dobre­go ome­nu. Dla­te­go, bez dal­sze­go owi­ja­nia w baweł­nę – przejdź­my do Apo­ka­lip­sy!

Dobrze się zapowiada, Szybki Wpis:

Wszyst­kie zna­ki na nie­bie wska­zu­ją, że to będzie pie­kiel­nie dobre!

Zapowiedź Dobry Omen

Ostat­nio zachwy­cam się tra­ile­ra­mi głów­nie na Face­bo­oku, bo tak jest szyb­ciej i łatwiej. W tym przy­pad­ku muszę prze­zwy­cię­żyć leni­stwo i odno­to­wać tutaj: ekra­ni­za­cja Dobre­go Ome­nu, któ­ra będzie mia­ła pre­mie­rę w przy­szłym roku, jak na razie zapo­wia­da się fan­ta­stycz­nie!

Bajkowe Animki, Szaleństwo Serialowe:

Odje­cha­ny kosmos

Final Space, sezon 1

Opo­wiem wam dziś o seria­lu, któ­ry polu­bi­łam od pierw­szej sce­ny, i w któ­rym z każ­dym odcin­kiem zako­chi­wa­łam się coraz bar­dziej i bar­dziej. Pro­duk­cję widzia­łam dwa razy – naj­pierw w coty­go­dnio­wych odstę­pach cza­su, ostat­nio w cało­ści na Net­flix. Gene­ral­nie: WOW, super, eks­tra i tak dalej. Jest jed­nak pewien pro­blem: to taki serial, któ­re­go fabu­łę cięż­ko stre­ścić. Ostat­nio pró­bo­wa­łam pole­cić go mojej Sio­strze. Na pyta­nie „o czym to jest?” uda­ło mi się wydu­kać: „no więc jest sobie kosmo­nau­ta… i eee… on ma sta­tek kosmicz­ny… no i wiesz… leci przez kosmos… a potem… hmm… spo­ty­ka kosmi­tę…” W tym miej­scu dałam za wygra­ną i zamil­kłam.

Napi­szę szcze­rze: jeśli wystar­czy wam reko­men­da­cja: „mega, odjaz­do­we, OGLĄ­DAJ­CIE!!!”, to skończ­cie czy­tać Dyr­dy­ma­ła w tym miej­scu i leć­cie na Net­flix, zoba­czyć Final Spa­ce. Gdy­by­ście jed­nak, podob­nie jak moja Sio­stra, chcie­li dowie­dzieć się, dla­cze­go war­to zer­k­nąć na tą pro­duk­cję, to spró­bu­ję wam bez spo­ile­rów, duży­mi ogól­ni­ka­mi wyja­śnić, dla­cze­go Final Spa­ce jest super.

Pojedynki Filmowo-Serialowe:

Poje­dy­nek na popsu­te mózgi

Odnaleźć siebie [Regarding Henry] kontra Recovery

Dzie­li je ponad pięt­na­ście lat róż­ni­cy. Jeden jest dobrze sfi­nan­so­wa­ną, hol­ly­wo­odz­ką pro­duk­cją, dru­gi – nisko­bu­dże­to­wym fil­mem BBC. W pierw­szym wystą­pił Har­ri­son Ford, u szczy­tu swo­jej karie­ry, w dru­gim – David Ten­nant, któ­ry wła­śnie zawład­nął ser­ca­mi fanów Dok­to­ra Who. Jeden w mło­do­ści set­ki razy obej­rza­łam na kase­cie VHS, dru­gi jako dwu­dzie­sto i wię­cej lat­ka – rów­nie wie­le razy na ekra­nie kom­pu­te­ra.

Dwie na pozór róż­ne pro­duk­cje, któ­re łączy to, że poka­zu­ją życie po ura­zie mózgu. I któ­re – jak się prze­ko­na­cie – opo­wia­da­ją nie­mal tą samą histo­rię, ale w zupeł­nie inny spo­sób.

W dzi­siej­szym Dyr­dy­ma­le, po prze­ciw­nych stro­nach rin­gu sta­ną Odna­leźć sie­bie oraz Reco­ve­ry. A w grę będzie wcho­dzi­ła nie tyle jakość oby­dwu fil­mów, co to, jak na prze­strze­ni lat zmie­nił się spo­sób opo­wia­da­nia o cho­ro­bach mózgu. Nie ma więc mowy o sto­so­wa­niu tary­fy ulgo­wej „jak na tam­te cza­sy”. Choć to wca­le nie ozna­cza, że star­szy z dzi­siej­szych zawod­ni­ków jest z góry ska­za­ny na poraż­kę!

UWA­GA! Z racji tego, że oby­dwie z oma­wia­nych pro­duk­cji mia­ły pre­mie­rę wie­le lat temu, we wpi­sie poja­wią się, niczym nie zasła­nia­ne spo­ile­ry.

Szaleństwo Serialowe:

Cze­ka­jąc na Ten­nan­ta

Jessica Jones, sezon 2

Dru­gi sezon Jes­si­ci Jones, któ­ry nie bez powo­du miał swo­ją pre­mie­rę w Dzień Kobiet, miał być pew­ne­go rodza­ju mani­fe­sta­cją girl power. Kobie­ty domi­no­wa­ły tu nie tyl­ko na ekra­nie, ale też rzą­dzi­ły po dru­giej stro­nie kame­ry. Dla­te­go nie­co paskud­nie czu­łam się z powo­du tego, że serial zaczę­łam oglą­dać głów­nie dla moje­go ulu­bio­ne­go, bry­tyj­skie­go akto­ra – Davi­da Ten­nan­ta.

Jesz­cze gorzej czu­ję się teraz, po zoba­cze­niu całe­go sezo­nu. Bo gdy­by nie Ten­nant, praw­do­po­dob­nie nigdy nie dooglą­da­ła­bym przy­gód Jes­si­ci Jones do koń­ca.

PS. Poniż­sze prze­my­śle­nia są raczej pozba­wio­ne spo­ile­rów.

Ogólnie Rzecz Ujmując:

Nie­win­na rola akto­ra

Czy aktorów* powinno obwiniać się za to, że grają kiepskie role, w złych filmach?

Kie­dy film lub serial jest nie­uda­ny, winą za taki stan rze­czy zwy­kle obar­cza się sce­na­rzy­stę, reży­se­ra lub akto­rów. Tych ostat­nich albo za to, że byli drew­nia­ni, albo – że w ogó­le zde­cy­do­wa­li się wziąć udział w danej pro­duk­cji. Sama nie sta­no­wię tutaj wyjąt­ku, bo nie­raz zda­rza mi się blu­zgać wła­śnie pod adre­sem osób na tych sta­no­wi­skach. Przy czym zda­ję sobie spra­wę z tego, że jest to myśle­nie na skró­ty. Wszak two­rze­nie fil­mu lub seria­lu jest pro­ce­sem bar­dzo skom­pli­ko­wa­nym. I tak, jak w przy­pad­ku moty­la wywo­łu­ją­ce­go hura­gan w teo­rii cha­osu – trud­no jest dociec, kto lub co tak napraw­dę dopro­wa­dzi­ło do tego, że dana pro­duk­cja się nie uda­ła.

W dzi­siej­szym Dyr­dy­ma­le odło­żę na bok sce­na­rzy­stów oraz reży­se­rów i sku­pię na samych akto­rach. I na tym, dla­cze­go cza­sem poja­wia­ją się oni w nie­uda­nych pro­duk­cjach lub też ich wystę­py są kiep­skie. Przy czym nie będzie to zbiór fak­tów, tyl­ko moich przy­pusz­czeń i gdy­bań – bo prze­cież nie wiem, jak tak napraw­dę wyglą­da pra­ca w Hol­ly­wo­od.

Choć przy­to­czę tu róż­ne przy­kła­dy, głów­nym boha­te­rem wpi­su będzie Wil­liam Ficht­ner. Czę­ścio­wo z powo­du tego, że fil­mo­gra­fia akto­ra peł­na jest kiep­skich fil­mów, a czę­ścio­wo – ponie­waż Bill miał tydzień temu uro­dzi­ny, więc nale­ży mu się Dyr­dy­mał ode mnie. :)


* Trak­tuj­cie sło­wo aktor jako wyraz w for­mie bez­oso­bo­wej, ozna­cza­ją­cej zarów­no akto­ra jak i aktor­kę.

Szaleństwo Serialowe:

Popi­sy za kie­row­ni­cą

Top Gear America, sezon 1

Kie­dy ktoś opo­wia­da mi z pasją o swo­ich zain­te­re­so­wa­niach – mogę go słu­chać godzi­na­mi. Nawet, jeśli na dany temat nie mam zie­lo­ne­go poję­cia lub do tej pory zupeł­nie mnie on nie inte­re­so­wał. I przy­kła­do­wo nie krę­ci mnie moto­ry­za­cja, ale jeśli o samo­cho­dach zacznie mówić Wil­liam Ficht­ner – nie potra­fię przejść obo­jęt­nie obok jego wypo­wie­dzi (nie tyl­ko z powo­du tego, że Ficht­ner jest moim ulu­bio­nym akto­rem).

Kie­dyś w trak­cie słu­cha­nia jed­ne­go z wywia­dów, pod­czas któ­rych Ficht­ner zachwy­cał się samo­cho­da­mi, pomy­śla­łam sobie, że aktor powi­nien kie­dyś (czy­taj: na fil­mo­wo-seria­lo­wej eme­ry­tu­rze) zostać gospo­da­rzem pro­gra­mu o moto­ry­za­cji. I chy­ba nie tyl­ko mi wpadł do gło­wy taki pomysł (albo też ktoś w Hol­ly­wo­od czy­ta moje myśli), bo w tym roku Wil­liam (mam nadzie­ję, że jesz­cze nie myślą­cy o eme­ry­tu­rze) został jed­nym z pro­wa­dzą­cych w ame­ry­kań­skiej wer­sji Top Gear.

Pierw­szy sezon pro­gra­mu nie­daw­no dobiegł koń­ca, a ja w dzi­siej­szym Dyr­dy­ma­le spró­bu­ję odpo­wie­dzieć na pyta­nie, czy oglą­da­nie Ficht­ne­ra w nowej „roli” było dla mnie speł­nie­niem marzeń, czy też jed­ną z sytu­acji typu „uwa­żaj, cze­go sobie życzysz”. I czy Top Gear Ame­ri­ca sam w sobie jest pro­duk­cją, na któ­rą war­to zwró­cić uwa­gę.

PS. We wpi­sie poja­wią się rucho­me GIFy. Nie prze­pa­dam za taką for­mą ilu­stra­cji i z góry prze­pra­szam tych, któ­rzy rów­nież jej nie lubią. Nie­ste­ty w nie­któ­rych przy­pad­kach do tre­ści Dyr­dy­ma­ła nie paso­wa­ło ani zdję­cie, ani wideo (bo takich w sie­ci po pro­stu nie było), tyl­ko wła­śnie GIF.

Aktorzy - nie tylko gwiazdorzy:

Jeśli nie macie cza­su na oglą­da­nie

Najlepsze momenty długiego wywiadu z Davidem Tennantem

Ostat­nio odkry­łam na YouTu­be wywiad z Davi­dem Ten­nan­tem. Piszę „odkry­łam”, bo wideo nie jest nowe, pocho­dzi sprzed ponad roku (czy­li z cza­sów, kie­dy John Hurt jesz­cze żył, a Donald Trump nie był pre­zy­den­tem). Nagra­nie jest szcze­gól­nie war­to­ścio­we, bo Ten­nant mówi w nim mię­dzy inny­mi o pra­cy w teatrze i są to infor­ma­cje, któ­re zain­te­re­su­ją każ­de­go – nie tyl­ko fanów fil­mów, seria­li albo szkoc­kie­go akto­ra.

Nor­mal­nie pod­lin­ko­wa­ła­bym taki fil­mik na fej­sie, jest jed­nak pewien pro­blem: nagra­nie trwa ponad pół­to­rej godzi­ny. Zda­ję sobie więc spra­wę z tego, że więk­szość z was wyłą­czy je po minu­cie (o ile w ogó­le zabie­rze się za oglą­da­nie), tym samym nie docie­ra­jąc do naj­cie­kaw­szych rze­czy, jakie Ten­nant wte­dy powie­dział.

Wła­śnie dla­te­go – z myślą o was, zago­nie­ni ludzie – piszę tego, nie­ty­po­we­go Dyr­dy­ma­ła. Będzie on spi­sem tre­ści, zawie­ra­ją­cym lin­ki do naj­cie­kaw­szych frag­men­tów wywia­du. Dzię­ki temu nie musi­cie poświę­cać Ten­nan­to­wi pół­to­rej godzi­ny (choć jeśli dys­po­nu­je­cie tak dużą ilo­ścią cza­su – pole­cam wam obej­rzeć cały wywiad), a jedy­nie (w zależ­no­ści od tego, któ­re tema­ty was zain­te­re­su­ją) od kil­ku do kil­ku­dzie­się­ciu minut.

I jesz­cze jed­na uwa­ga. Jeśli nie macie cza­su nawet na czy­ta­nie tego Dyr­dy­ma­ła, poświęć­cie zale­d­wie jed­ną chwi­lę i posłu­chaj­cie, jakie trzy rady David Ten­nant ma dla mło­dych akto­rów (czas: 1:10:39) (może to zachę­ci was do zapo­zna­nia się z resz­tą wywia­du ;)

Szaleństwo Serialowe:

Per­fek­cyj­nie nie­do­bra­ni detek­ty­wi*

Ellie Miller i Alec Hardy z Broadchurch

Ostat­nio sta­łam się nie­co mono­te­ma­tycz­na i wszę­dzie, gdzie tyl­ko się da, wspo­mi­nam o Bro­ad­church. Seria­lem zachwy­ca­łam się tutaj, dwu­krot­nie na Dyr­dy­ma­łach, a raz nawet na Popa­mi­nie. I choć wiem, że powo­li robi się to iry­tu­ją­ce – muszę poświę­cić bry­tyj­skiej pro­duk­cji jesz­cze jeden wpis. We wszyst­kich wcze­śniej­szych tek­stach pisa­łam bowiem o seria­lu bar­dzo ogól­nie, pra­wie nie wspo­mi­na­jąc na naj­waż­niej­szej rze­czy, któ­ra spra­wi­ła, że skradł on moje ser­ce.

Tema­tem dzi­siej­sze­go Dyr­dy­ma­ła zno­wu, po raz ostat­ni, będzie Bro­ad­church. I będzie to wpis inny od pozo­sta­łych, bo sku­pię się w nim na parze głów­nych boha­te­rów, dla któ­rych przede wszyst­kim oglą­da­łam serial – na Ellie Mil­ler i Ale­cu Har­dym.

UWA­GA – w tek­ście poja­wi się kil­ka (drob­nych i ukry­tych, ale jed­nak) spo­ile­rów!

* W tytu­le i resz­cie wpi­su umyśl­nie popeł­ni­łam pew­ne­go rodza­ju błąd tłu­ma­cze­nio­wy. Pisząc „detek­ty­wi” cho­dzi­ło mi bowiem o bry­tyj­skich, poli­cyj­nych detek­ty­wów, bo taki­mi są Mil­ler i Har­dy (detek­tyw w pol­skim tego sło­wa zna­cze­niu, to po angiel­sku pri­va­te inve­sti­ga­tor).