Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Szaleństwo Serialowe:

Zwyczajne zbrodnie przerażają najbardziej

Broadchurch sezony 1-3 [bezspoilerowo]

Co defi­niu­je arcy­dzie­ło? To, że jest per­fek­cyj­ne pod każ­dym wzglę­dem? A może to, że jest roz­po­zna­wa­ne i doce­nia­ne przez więk­szo­ść ludzi na świe­cie? Czy może fakt, że prze­ma­wia do cie­bie bar­dziej, niż inne rze­czy; że zaprzą­ta twój umy­sł, ści­ska ser­ce, a nawet – tra­fia do two­jej duszy?

Bro­ad­chur­ch nie jest seria­lem per­fek­cyj­nym, nie jest też pro­duk­cją roz­po­zna­wa­ną na sze­ro­ką ska­lę, ale daw­no nie widzia­łam seria­lu, któ­ry tak bar­dzo by mnie poru­szył i któ­re­go oglą­da­nie było czymś wię­cej, niż tyl­ko coty­go­dnio­wym śle­dze­niem fabu­ły.

Kie­dy na pla­nie Bro­ad­chur­ch padł pierw­szy klaps, praw­do­po­dob­nie nikt nie prze­wi­dy­wał, że serial sta­nie się hitem – pro­duk­cją, któ­ra będzie zgar­niać nie­mal każ­dą nagro­dę do jakiej zosta­nie nomi­no­wa­na i któ­rą będą oglą­dać milio­ny ludzi na całym świe­cie (choć nie zyska aż takiej popu­lar­no­ści jak więk­szo­ść ame­ry­kań­ski­ch seria­li).

Kie­dy zasia­dłam do oglą­da­nia pierw­sze­go odcin­ka Bro­ad­chur­ch, nie przy­pusz­cza­łam, że oto patrzę na począ­tek seria­lu, któ­ry wywrze na mnie tak duże wra­że­nie. I o któ­rym będę myśleć na dłu­go po obej­rze­niu każ­de­go odcin­ka.

A prze­cież na papie­rze Bro­ad­chur­ch nie wyda­je się ani tro­chę inte­re­su­ją­ce. Poszu­ki­wa­nie mor­der­cy jede­na­sto­let­nie­go chłop­ca – ileż to razy czy­ta­łam o podob­ny­ch histo­ria­ch w powie­ścia­ch kry­mi­nal­ny­ch lub oglą­da­łam je w seria­la­ch sen­sa­cyj­ny­ch.

Ale Bro­ad­chur­ch było inne, bar­dziej praw­dzi­we. Boha­te­ro­wie byli tak zwy­czaj­ni, że aż nud­ni, ale wła­śnie dzię­ki temu rozu­mia­łam ich dra­mat. Kie­dy oni pła­ka­li – ja pła­ka­łam razem z nimi. A kie­dy widzia­łam, jak się śmie­ją – robi­ło mi się lżej na ser­cu. I choć nie­któ­ry­ch lubi­łam bar­dziej, a inny­ch mniej – przej­mo­wa­łam się losem wszyst­ki­ch, jak­by byli moją rodzi­ną.

Poli­cjan­ci z Bro­ad­chur­ch tak­że byli zupeł­nie inni niż stró­że pra­wa, do któ­ry­ch przy­zwy­cza­iła mnie popkul­tu­ra. Nie mówi­li one-line­ra­mi, nie byli bystrza­ka­mi mądrzej­szy­mi od Sher­loc­ka Hol­me­sa i nie ryso­wa­li mind-mapy na bia­łej tabli­cy. I choć oni rów­nież – podob­nie, jak miesz­kań­cy Bro­ad­chur­ch – zda­wa­li się być nud­ni, uwiel­bia­łam ich i kibi­co­wa­łam im moc­niej, niż wie­lu innym posta­ciom z fil­mów lub seria­li. W Bro­ad­chur­ch nie było też samo­cho­do­wy­ch pości­gów, nie padł ani jeden strzał i nie nastą­pił żaden wybu­ch, a pomi­mo to fabu­ła była bar­dziej emo­cjo­nu­ją­ca, niż w nie­jed­nym fil­mie akcji. Co waż­ne, jak na dobry kry­mi­nał przy­sta­ło – nie­mal do same­go koń­ca nie wie­dzia­łam, kto był mor­der­cą. Co waż­niej­sze, kie­dy już pozna­łam jego toż­sa­mo­ść – nie czu­łam satys­fak­cji, bo odkry­cie było wstrzą­sa­ją­ce i łamią­ce ser­ce – tak samo miesz­kań­com mia­sta, jak i mnie.

Wisien­ką na tor­cie była nato­mia­st stro­na audio-wizu­al­na seria­lu. Pięk­ne i zara­zem nie­po­ko­ją­ce uję­cia, połą­czo­ne z hip­no­ty­zu­ją­cą muzy­ką. Albo jej bra­kiem – bo cisza w ścież­ce dźwię­ko­wej tak­że potra­fi mieć nie­sa­mo­wi­te brzmie­nie.

Pierw­szy sezon Bro­ad­chur­ch się skoń­czył, histo­ria dobie­gła koń­ca. Ale pomi­mo tego, pod koniec napi­sów koń­co­wy­ch poja­wi­ło się jed­no krót­kie zda­nie: Bro­ad­chur­ch powró­ci.

Nadzie­ja zmie­sza­ła się z nie­po­ko­jem. Z jed­nej stro­ny poko­cha­łam kli­mat seria­lu i jego boha­te­rów więc chcia­ła­bym zoba­czyć następ­ne odcin­ki, z dru­giej wszyst­kie wat­ki zosta­ły zamknię­te i bałam się, że kon­ty­nu­acja całej histo­rii będzie jedy­nie sko­kiem na kasę.

Na szczę­ście oka­za­ło się, że twór­ca seria­lu, Chris Chib­na­ill, napraw­dę miał pomy­sł na to, jak kon­ty­nu­ować całą histo­rię. I poka­zał mi to, co więk­szo­ść fil­mów i seria­li woli prze­mil­czeć, czy­li co dzia­ło się po tym, jak zabój­ca został uję­ty.

Zoba­czy­łam, jak radzi sobie nie tyl­ko rodzi­na ofia­ry, ale tak­że bli­scy mor­der­cy, któ­ry­ch życie prze­cież tak­że legło w gru­za­ch. Obser­wo­wa­łam pro­ces sądo­wy i to, jak łatwo moż­na zma­ni­pu­lo­wać fak­ta­mi, przed­sta­wić je w innym świe­tle. I jak dobre, ludz­kie uczyn­ki mogą zostać zin­ter­pre­to­wa­ne w zły spo­sób.

Do tego wszyst­kie­go zamia­st nowej zagad­ki kry­mi­nal­nej, seria­lo­wi poli­cjan­ci sta­ra­li się roz­wią­zać spra­wę sprzed lat. I ta, choć dużo mniej emo­cjo­nu­ją­ca od tej z pierw­sze­go sezo­nu, tak­że trzy­ma­ła w napię­ciu.

Nie­ste­ty dru­gi sezon Bro­ad­chur­ch choć nie­zły, nie był tak uda­ny, jak pierw­szy. Dla­te­go też, kie­dy po fina­ło­wym odcin­ku znów poja­wi­ła się infor­ma­cja, że serial będzie kon­ty­nu­owa­ny – mia­łam znacz­nie wię­cej obaw, niż po pierw­szym sezo­nie i byłam nie­mal zupeł­nie pozba­wio­na nadziei, że trze­cia seria oka­że się dobra.

I tym razem Chris Chib­na­ill tak­że mnie zasko­czył. Zszo­ko­wał od pierw­szej sce­ny i spra­wił, że po obej­rze­niu każ­de­go odcin­ka trze­ciej serii przez cały tydzień nie mogłam prze­stać myśleć o Bro­ad­chur­ch. Nowy i zara­zem ostat­ni sezon seria­lu oka­zał się być zupeł­nie inny i jed­no­cze­śnie naj­lep­szy ze wszyst­ki­ch. Tym razem tema­tem nie było mor­der­stwo, ale gwałt. Mor­der­stwo bowiem, bez wzglę­du na to, jak reali­stycz­nie zosta­ło­by przed­sta­wio­ne – wciąż wyda­je mi się być czymś abs­trak­cyj­nym, co na pew­no nigdy nie będzie mnie doty­czyć. Prze­moc sek­su­al­na jest zbrod­nią dużo bar­dziej praw­dzi­wą – czymś co mogło­by spo­tkać mnie lub kogoś z moich bli­ski­ch. I czymś, co w dzi­siej­szy­ch, dziw­ny­ch cza­sa­ch, budzi jesz­cze więk­szy nie­po­kój.

Temat był bar­dzo trud­ny, ale Chib­na­il­lo­wi uda­ło się go przed­sta­wić w mistrzow­ski spo­sób – z wyczu­ciem i sza­cun­kiem, poka­zu­jąc przy tym róż­ne aspek­ty prze­mo­cy sek­su­al­nej, ale przede wszyst­kim – podob­nie, jak w pierw­szy­ch dwó­ch sezo­na­ch – zwra­ca­jąc uwa­gę na to, że świat nie jest czar­no-bia­ły, i że czę­sto ci, któ­rzy doko­nu­ją zbrod­ni, sami tak­że są ofia­ra­mi.

A teraz serial dotarł do osta­tecz­ne­go, fina­ło­we­go odcin­ka, po któ­rym nie zoba­czy­łam już plan­szy Bro­ad­chur­ch powró­ci. Jak na dobre zakoń­cze­nie przy­sta­ło, pro­duk­cja pozo­sta­wi­ła mnie ze ści­śnię­tym żołąd­kiem, zła­ma­nym ser­cem i mętli­kiem w gło­wie. Daw­no nie oglą­da­łam seria­lu, któ­re­go ostat­ni odci­nek wywo­łał­by u mnie takie emo­cje.

Per­fect śpie­wał: Trze­ba wie­dzieć kie­dy ze sce­ny zej­ść nie­po­ko­na­nym. Bro­ad­chur­ch uda­ło się coś takie­go osią­gnąć. I choć mnie to cie­szy, to jed­no­cze­śnie już teraz czu­ję, że będzie mi tego seria­lu bra­ko­wa­ło. Zwłasz­cza po tym ostat­nim, genial­nym sezo­nie.

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: David Ten­nant News