Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Szaleństwo Serialowe:

Zwyczajne zbrodnie przerażają najbardziej

Broadchurch sezony 1-3 [bezspoilerowo]

Co defi­niu­je arcy­dzie­ło? To, że jest per­fek­cyj­ne pod każ­dym wzglę­dem? A może to, że jest roz­po­zna­wa­ne i doce­nia­ne przez więk­szo­ść ludzi na świe­cie? Czy może fakt, że prze­ma­wia do cie­bie bar­dziej, niż inne rze­czy; że zaprzą­ta twój umy­sł, ści­ska ser­ce, a nawet – tra­fia do two­jej duszy?

Bro­ad­chur­ch nie jest seria­lem per­fek­cyj­nym, nie jest też pro­duk­cją roz­po­zna­wa­ną na sze­ro­ką ska­lę, ale daw­no nie widzia­łam seria­lu, któ­ry tak bar­dzo by mnie poru­szył i któ­re­go oglą­da­nie było czymś wię­cej, niż tyl­ko coty­go­dnio­wym śle­dze­niem fabu­ły.

Kie­dy na pla­nie Bro­ad­chur­ch padł pierw­szy klaps, praw­do­po­dob­nie nikt nie prze­wi­dy­wał, że serial sta­nie się hitem – pro­duk­cją, któ­ra będzie zgar­niać nie­mal każ­dą nagro­dę do jakiej zosta­nie nomi­no­wa­na i któ­rą będą oglą­dać milio­ny ludzi na całym świe­cie (choć nie zyska aż takiej popu­lar­no­ści jak więk­szo­ść ame­ry­kań­ski­ch seria­li).

Kie­dy zasia­dłam do oglą­da­nia pierw­sze­go odcin­ka Bro­ad­chur­ch, nie przy­pusz­cza­łam, że oto patrzę na począ­tek seria­lu, któ­ry wywrze na mnie tak duże wra­że­nie. I o któ­rym będę myśleć na dłu­go po obej­rze­niu każ­de­go odcin­ka.

A prze­cież na papie­rze Bro­ad­chur­ch nie wyda­je się ani tro­chę inte­re­su­ją­ce. Poszu­ki­wa­nie mor­der­cy jede­na­sto­let­nie­go chłop­ca – ileż to razy czy­ta­łam o podob­ny­ch histo­ria­ch w powie­ścia­ch kry­mi­nal­ny­ch lub oglą­da­łam je w seria­la­ch sen­sa­cyj­ny­ch.

Ale Bro­ad­chur­ch było inne, bar­dziej praw­dzi­we. Boha­te­ro­wie byli tak zwy­czaj­ni, że aż nud­ni, ale wła­śnie dzię­ki temu rozu­mia­łam ich dra­mat. Kie­dy oni pła­ka­li – ja pła­ka­łam razem z nimi. A kie­dy widzia­łam, jak się śmie­ją – robi­ło mi się lżej na ser­cu. I choć nie­któ­ry­ch lubi­łam bar­dziej, a inny­ch mniej – przej­mo­wa­łam się losem wszyst­ki­ch, jak­by byli moją rodzi­ną.

Poli­cjan­ci z Bro­ad­chur­ch tak­że byli zupeł­nie inni niż stró­że pra­wa, do któ­ry­ch przy­zwy­cza­iła mnie popkul­tu­ra. Nie mówi­li one-line­ra­mi, nie byli bystrza­ka­mi mądrzej­szy­mi od Sher­loc­ka Hol­me­sa i nie ryso­wa­li mind-mapy na bia­łej tabli­cy. I choć oni rów­nież – podob­nie, jak miesz­kań­cy Bro­ad­chur­ch – zda­wa­li się być nud­ni, uwiel­bia­łam ich i kibi­co­wa­łam im moc­niej, niż wie­lu innym posta­ciom z fil­mów lub seria­li. W Bro­ad­chur­ch nie było też samo­cho­do­wy­ch pości­gów, nie padł ani jeden strzał i nie nastą­pił żaden wybu­ch, a pomi­mo to fabu­ła była bar­dziej emo­cjo­nu­ją­ca, niż w nie­jed­nym fil­mie akcji. Co waż­ne, jak na dobry kry­mi­nał przy­sta­ło – nie­mal do same­go koń­ca nie wie­dzia­łam, kto był mor­der­cą. Co waż­niej­sze, kie­dy już pozna­łam jego toż­sa­mo­ść – nie czu­łam satys­fak­cji, bo odkry­cie było wstrzą­sa­ją­ce i łamią­ce ser­ce – tak samo miesz­kań­com mia­sta, jak i mnie.

Wisien­ką na tor­cie była nato­mia­st stro­na audio-wizu­al­na seria­lu. Pięk­ne i zara­zem nie­po­ko­ją­ce uję­cia, połą­czo­ne z hip­no­ty­zu­ją­cą muzy­ką. Albo jej bra­kiem – bo cisza w ścież­ce dźwię­ko­wej tak­że potra­fi mieć nie­sa­mo­wi­te brzmie­nie.

Pierw­szy sezon Bro­ad­chur­ch się skoń­czył, histo­ria dobie­gła koń­ca. Ale pomi­mo tego, pod koniec napi­sów koń­co­wy­ch poja­wi­ło się jed­no krót­kie zda­nie: Bro­ad­chur­ch powró­ci.

Nadzie­ja zmie­sza­ła się z nie­po­ko­jem. Z jed­nej stro­ny poko­cha­łam kli­mat seria­lu i jego boha­te­rów więc chcia­ła­bym zoba­czyć następ­ne odcin­ki, z dru­giej wszyst­kie wat­ki zosta­ły zamknię­te i bałam się, że kon­ty­nu­acja całej histo­rii będzie jedy­nie sko­kiem na kasę.

Na szczę­ście oka­za­ło się, że twór­ca seria­lu, Chris Chib­na­ill, napraw­dę miał pomy­sł na to, jak kon­ty­nu­ować całą histo­rię. I poka­zał mi to, co więk­szo­ść fil­mów i seria­li woli prze­mil­czeć, czy­li co dzia­ło się po tym, jak zabój­ca został uję­ty.

Zoba­czy­łam, jak radzi sobie nie tyl­ko rodzi­na ofia­ry, ale tak­że bli­scy mor­der­cy, któ­ry­ch życie prze­cież tak­że legło w gru­za­ch. Obser­wo­wa­łam pro­ces sądo­wy i to, jak łatwo moż­na zma­ni­pu­lo­wać fak­ta­mi, przed­sta­wić je w innym świe­tle. I jak dobre, ludz­kie uczyn­ki mogą zostać zin­ter­pre­to­wa­ne w zły spo­sób.

Do tego wszyst­kie­go zamia­st nowej zagad­ki kry­mi­nal­nej, seria­lo­wi poli­cjan­ci sta­ra­li się roz­wią­zać spra­wę sprzed lat. I ta, choć dużo mniej emo­cjo­nu­ją­ca od tej z pierw­sze­go sezo­nu, tak­że trzy­ma­ła w napię­ciu.

Nie­ste­ty dru­gi sezon Bro­ad­chur­ch choć nie­zły, nie był tak uda­ny, jak pierw­szy. Dla­te­go też, kie­dy po fina­ło­wym odcin­ku znów poja­wi­ła się infor­ma­cja, że serial będzie kon­ty­nu­owa­ny – mia­łam znacz­nie wię­cej obaw, niż po pierw­szym sezo­nie i byłam nie­mal zupeł­nie pozba­wio­na nadziei, że trze­cia seria oka­że się dobra.

I tym razem Chris Chib­na­ill tak­że mnie zasko­czył. Zszo­ko­wał od pierw­szej sce­ny i spra­wił, że po obej­rze­niu każ­de­go odcin­ka trze­ciej serii przez cały tydzień nie mogłam prze­stać myśleć o Bro­ad­chur­ch. Nowy i zara­zem ostat­ni sezon seria­lu oka­zał się być zupeł­nie inny i jed­no­cze­śnie naj­lep­szy ze wszyst­ki­ch. Tym razem tema­tem nie było mor­der­stwo, ale gwałt. Mor­der­stwo bowiem, bez wzglę­du na to, jak reali­stycz­nie zosta­ło­by przed­sta­wio­ne – wciąż wyda­je mi się być czymś abs­trak­cyj­nym, co na pew­no nigdy nie będzie mnie doty­czyć. Prze­moc sek­su­al­na jest zbrod­nią dużo bar­dziej praw­dzi­wą – czymś co mogło­by spo­tkać mnie lub kogoś z moich bli­ski­ch. I czymś, co w dzi­siej­szy­ch, dziw­ny­ch cza­sa­ch, budzi jesz­cze więk­szy nie­po­kój.

Temat był bar­dzo trud­ny, ale Chib­na­il­lo­wi uda­ło się go przed­sta­wić w mistrzow­ski spo­sób – z wyczu­ciem i sza­cun­kiem, poka­zu­jąc przy tym róż­ne aspek­ty prze­mo­cy sek­su­al­nej, ale przede wszyst­kim – podob­nie, jak w pierw­szy­ch dwó­ch sezo­na­ch – zwra­ca­jąc uwa­gę na to, że świat nie jest czar­no-bia­ły, i że czę­sto ci, któ­rzy doko­nu­ją zbrod­ni, sami tak­że są ofia­ra­mi.

A teraz serial dotarł do osta­tecz­ne­go, fina­ło­we­go odcin­ka, po któ­rym nie zoba­czy­łam już plan­szy Bro­ad­chur­ch powró­ci. Jak na dobre zakoń­cze­nie przy­sta­ło, pro­duk­cja pozo­sta­wi­ła mnie ze ści­śnię­tym żołąd­kiem, zła­ma­nym ser­cem i mętli­kiem w gło­wie. Daw­no nie oglą­da­łam seria­lu, któ­re­go ostat­ni odci­nek wywo­łał­by u mnie takie emo­cje.

Per­fect śpie­wał: Trze­ba wie­dzieć kie­dy ze sce­ny zej­ść nie­po­ko­na­nym. Bro­ad­chur­ch uda­ło się coś takie­go osią­gnąć. I choć mnie to cie­szy, to jed­no­cze­śnie już teraz czu­ję, że będzie mi tego seria­lu bra­ko­wa­ło. Zwłasz­cza po tym ostat­nim, genial­nym sezo­nie.

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: David Ten­nant News

  • Pingback: Perfekcyjnie niedobrani detektywi* | Dyrdymały Filmowo‑Serialowe()

  • Mar­le­na Bier

    Spa­ce­ru­jąc po Two­im blo­gu zna­la­złam ten inte­re­su­ją­cy wpis i pomy­śla­łam, ze koniecz­nie muszę się z Tobą podzie­lić jed­nym z moich ostat­ni­ch odkryć w związ­ku z tym seria­lem. W sumie mogła­bym napi­sać tutaj dłu­gi hymn pochwal­ny (choć zna­la­zło by się też pew­nie miej­sce dla jakiś tam popra­wek), zwłasz­cza na temat cudow­nej rela­cji pomię­dzy Ellie i Har­dym, któ­rą moż­na było tak łatwo zepsuć w ostat­niej serii, ale na szczę­ście… Tak napraw­dę piszę jed­nak dla­te­go, że chcia­łam Ci coś pole­cić (choć moż­li­we, ze już na to tra­fi­łaś). Gdzieś na Two­im blo­gu prze­czy­ta­łam, że bar­dzo lubi­sz oglą­dać „rela­cje z pla­nu”, o tym jak pra­co­wa­ło się nad danym fil­mem. Ja to wpro­st uwiel­biam i wca­le nie psu­je mi to odbio­ru koń­co­we­go dzie­ła :) Uwiel­biam bry­tyj­ską tele­wi­zję wła­śnie za to, że więk­szo­ść pro­duk­cji ma wła­śnie takie wła­sne „making of” (czę­sto jako doda­tek na DVD razem z wywia­da­mi). Choć oczy­wi­ście nic nie moż się rów­nać z „Doctor Who Con­fi­den­tial” :)
    Na pew­no wie­sz, że Bro­achur­ch też ma swo­je „behind sce­nes”. To, co chcę Ci jed­nak pole­cić to coś podob­ne­go i inne­go zara­zem. Jest to świet­ny wywiad rze­ka (z serii Roy­al Tele­vi­sion Socie­ty – Ana­to­my of the hit) z Ch. Chib­nal­lem, J. Feather­sto­ne, J. Stron­giem (reży­se­rem) i Oli­vią Col­man ( nagra­ny po pierw­szej serii), gdzie mówią o wie­lu inte­re­su­ją­cy­ch szcze­gó­ła­ch, oma­wia­ją ulu­bio­ne sce­ny i odpo­wia­da­ją na napraw­dę inte­li­gent­ne pyta­nia z widow­ni w bar­dzo kame­ral­nej atmos­fe­rze. Trze­ba chwil­ki cza­su, żeby to obej­rzeć, bo jest dłu­gie, ale ja łyk­nę­łam to w cią­gu jed­ne­go wie­czo­ra z nie­mal otwar­ty­mi przez cały czas ustami.”RTS Bro­ad­chur­ch – ana­to­my of the hit” – Znaj­dzie­sz go tutaj:
    https://​www​.rts​.org​.uk/​a​r​t​i​c​l​e​/​b​r​o​a​d​c​h​u​r​c​h​-​w​h​a​t​-​m​a​k​e​s​-​hit

    • mogła­bym napi­sać tutaj dłu­gi hymn pochwal­ny

      Jeśli chce­sz, to nie krę­puj się i pisz – chęt­nie go prze­czy­tam! ;)

      zwłasz­cza na temat cudow­nej rela­cji pomię­dzy Ellie i Har­dym, któ­rą moż­na było tak łatwo zepsuć w ostat­niej serii

      Tu muszę dodać, że to, jak łatwo było tą rela­cję popsuć, świet­nie (nie­ste­ty!) było widać w Gra­ce­po­int. Brr, do tej pory prze­cho­dzą mnie ciar­ki, gdy o tym myślę!

      oczy­wi­ście nic nie może się rów­nać z „Doctor Who Con­fi­den­tial” :)

      Tu bym jed­nak dys­ku­to­wa­ła, czy dzien­ni­ki Ten­nan­ta nie były rów­nie dobre, a momen­ta­mi nawet lep­sze. ;) Szko­da, że David nie two­rzy podob­ny­ch nagrań przy oka­zji inny­ch pro­duk­cji.

      Na pew­no wie­sz, że Bro­achur­ch też ma swo­je „behind sce­nes”. To, co chcę Ci jed­nak pole­cić to […] świet­ny wywiad rze­ka (z serii Roy­al Tele­vi­sion Socie­ty – Ana­to­my of the hit)

      Masz podwój­ną rację – widzia­łam „behind the sce­nes”, ale po raz pierw­szy sły­szę o tym wywia­dzie. Dzię­ku­ję za link! :D

      • Mar­le­na Bier

        Sko­ro mnie tak pięk­nie zachę­ca­sz nie mogę odmó­wić :)
        Szcze­rze powie­dziaw­szy to Bro­ad­chur­ch pierw­szy raz widzia­łam na tyle póź­no po pre­mie­rze, że wypa­dłam ze wszyst­ki­ch sen­sow­ny­ch dys­ku­sji. W tam­tym cza­sie dopie­ro odkry­wa­łam w sobie miło­ść do bry­tyj­skiej tele­wi­zji i pew­ne­go nie­zwy­kłe­go Szko­ta. Tu i ówdzie czy­ta­łam o tym, jakie to jest dobre, ale w sumie to uni­ka­łam zbyt szcze­gó­ło­wy­ch dys­ku­sji, bo wciąż jesz­cze nie widzia­łam cało­ści. Muszę się przy­znać, że w sumie widzia­łam wła­ści­wie pierw­szą serię i więk­szo­ść dru­giej naraz (ostat­nie dwa odcin­ki szłam już ze wszyst­ki­mi), za to widzia­łam to dosłow­nie w trzy dni. Napraw­dę nigdy wcze­śniej (ani póź­niej aż do teraz) nic mnie nie zafa­scy­no­wa­ło aż tak, że po pro­stu musia­łam obej­rzeć jesz­cze jeden odci­nek, a ponie­waż prze­waż­nie oglą­dam fil­my póź­nym wie­czo­rem, koń­czy­ło się na sie­dze­niu do póź­na w nocy ( dobrze, ze ist­nie­ją week­en­dy :) ) Piszę o tym dla­te­go, że pew­nie ma to wpływ na mój odbiór, bo moje zasta­na­wia­nie się nad zagad­ką było ździeb­ko krót­sze i mniej tre­ści­we, niż gdy­bym oglą­da­ła to z tygo­dnia na tydzień.
        Opró­cz teatru i nie­sa­mo­wi­te­go Davi­da Ten­nan­ta, uwiel­biam też kry­mi­na­ły i tajem­ni­cze zagad­ki (nie­zła mie­szan­ka :) ) i z tak­że wła­śnie myślą zasia­da­łam przed moni­tor. Dobry kry­mi­nał + David to będzie coś eks­tra. Uprze­dzo­na, ze David cud­nie mówi w tym swo­im Szkoc­kim akcen­cie (no jed­nak nie wszyst­kie dys­ku­sje mnie omi­nę­ły), oglą­da­łam w ory­gi­na­le i taka byłam szczę­śli­wa, że słu­cha­łam mamy, gdy mówi­ła „ucz się dziec­ko języ­ków” (cho­ciaż słow­nik mia­łam „pod pachą”) :) Jak on się cud­nie zło­ści, jak chro­po­wa­te są te jego szkoc­kie uprzej­mo­ści, „just magic” :) No i tak obej­rza­łam pierw­szą serię, a potem usia­dłam i pomy­śla­łam „wow, co to wła­ści­wie było”, „jak to sobie w gło­wie upo­rząd­ko­wać”? I jak ja to mam napi­sać, żeby ni być banal­ną, i nie powie­lać wszyst­kie­go, co się o tym seria­lu pisze? Wiem, myślę sobie, napi­szę co poczu­łam. Czu­łam się cudow­nie wzru­szo­na, ośle­pia­ją­co zszo­ko­wa­na, śmia­łam się w momen­ta­ch, w któ­ry­ch pew­nie nie powin­nam (po pro­stu reak­cja natu­ral­na) i pła­ka­łam tak, że pew­nie Har­dy wyrzu­cił­by mnie z biu­ra po pierw­szy­ch 5 sekun­da­ch i bałam się, oj bałam , że Har­dy umrze, że mor­der­cą będzie pogu­bio­ny chło­piec, że ksią­dz jed­nak będzie pedo­fi­lem (ach te ste­reo­ty­py), i znów, że Har­dy umrze i nie znaj­dzie zabój­cy, i nie odku­pi winy…, i tak bar­dzo chcia­łam, żeby har­dy się uśmiech­nął i … może coś zja­dł? I ,żeby prze­stał wrzesz­czeć na Ellie, bo ona prze­cież robi co może… Jak to moż­li­we, prze­cież to tyl­ko film, papie­ro­wi ludzie, akto­rzy mówią­cy wyuczo­ne sło­wa… No wła­śnie, to jest chy­ba sed­no tego wszyst­kie­go. Ci ludzie byli tacy zwy­kli, tacy nor­mal­ni. Spo­tka­li się na festy­nie w szko­le (jak ja kil­ka tygo­dni temu), cza­sem im się roz­ma­zał maki­jaż, cza­sem pomo­czył but, ktoś powie­dział coś głu­pie­go, ktoś inny zaśmiał się gdzie nie trze­ba. Nie wyglą­da­li jak z żur­na­la, nie jeź­dzi­li mer­ce­de­sem i w więk­szo­ści gnieź­dzi­li się w mały­ch doma­ch, narze­ka­jąc na nie­wy­star­cza­ją­cą pen­sję. To mogli­by­śmy być my… Nawet David, z tą swo­ją śmiesz­ną fry­zu­rą i cza­sem przy­bru­dzo­nym kra­wa­tem jakiś taki zwy­kły był (i jak on to zro­bił, że wyda­wał się chud­szy niż zwy­kle…). To jest dla mnie mistrzo­stwo tej serii, ta zwy­kło­ść, nor­mal­no­ść, aż do bólu… Dzię­ki temu w ogó­le nie razi­ło mnie, ze wszy­scy mają jakieś takie dziw­ne sekre­ty, że oto przed nami zbiór ludzi, z któ­ry­ch pra­wie każ­dy przed czymś ucie­ka, bo wyda­je się, ze to takie w sumie życio­we, te ich smut­ki, małe sekre­ty, wsty­dli­we grzesz­ki… A potem to mor­der­stwo, jak poli­czek, jak drza­zga, a po jej wyję­ciu zosta­ła rana, wiel­ka rana…
        Gdy­bym mia­ła, śla­dem wywia­du, któ­ry ci pole­cia­łam, wybrać ulu­bio­ną sce­nę, zaska­ku­ją­co nie była­by to sce­na, gdy Har­dy mówi Ellie, kto zabił, choć jest napraw­dę zapie­ra­ją­ca dech w pier­sia­ch. Dla mnie są dwie takie sce­ny, do któ­ry­ch kil­ka­krot­nie póź­niej wra­ca­łam. Pierw­sza to kola­cja u Ellie, bo jest taka… no wła­śnie jaka? Nie­zwy­kła chy­ba. Dwo­je ludzi, któ­rzy się chy­ba nie zno­szą, a jed­nak chy­ba lubią, no sami nie mogą się zde­cy­do­wać i mąż, któ­ry … no jak się zna zakoń­cze­nie, to chy­ba ina­czej się tę sce­nę widzi. Uwiel­biam ją, bo Har­dy jest taki uro­czo nie­do­sto­so­wa­ny z tymi swo­imi pre­zen­ta­mi, pró­ba­mi roz­mów i afe­rą z imio­na­mi (swo­ją dro­gą jak on wyma­wia Alec… :) :) ), ale w koń­cu się jed­nak uśmiech­nął. Kur­cze dla mnie Ten­nant to syno­nim śmie­chu i uśmie­chu, a tu aż pod­sko­czy­łam, jak się bie­dak roze­śmiał, no i w koń­cu coś je i pije coś inne­go niż her­ba­tę :) No i Ellie, taka cie­pła, współ­czu­ją­ca nawet temu swo­je­mu sze­fo­wi – buco­wi i z uśmie­chem przyj­mu­ją­ca „miłe ina­czej” uwa­gi Har­de­go. Nie do pod­ro­bie­nia :) Dru­ga z moich ulu­bio­ny­ch scen to ta, w któ­rej Har­dy wyzna­je repor­te­rom praw­dę o swo­jej prze­szło­ści. Przy­znam się, ze po zakoń­cze­niu odcin­ka wró­ci­łam do tej sce­ny tyl­ko po to, żeby śle­dzić wyraz twa­rzy Ten­nan­ta. Jak ten czło­wiek gra twa­rzą! Taka per­fek­cja jest po pro­stu nie­moż­li­wa! Tego jego łza­we oczy szcze­nia­ka i ta wal­ka o zacho­wa­nie twa­rzy… W momen­cie gdy miał wyznać praw­dę o roman­sie żony zro­bił led­wie widocz­ny ruch szczę­ką, ale potra­fił w nim zmie­ścić całą zło­ść i gory­cz do głę­bi zra­nio­ne­go męż­czy­zny tak, że nawet Ollie wyczuł powa­gę chwi­li. Po pro­stu mistrzo­stwo! W ogó­le w całym seria­lu jest mul­tum scen, do któ­ry­ch war­to wró­cić po to tyl­ko żeby popa­trzeć na czy­jaś twa­rz, zwłasz­cza Ten­nan­ta. To wła­śnie wte­dy nabra­łam wiel­kie­go na pozna­nie prze­szło­ści Har­de­go, już teraz, natych­mia­st chcia­łam wie­dzieć, co tak zra­ni­ło tego czło­wie­ka, że zmie­nił się w kul­kę bólu i wście­kło­ści… David po pro­stu zastrze­lił mnie tą rolą, po raz kolej­ny…
        Co dla mnie war­te jest pod­kre­śle­nia nie tyl­ko David i Oli­via gra­ją tu świet­nie, cho­ciaż to ich rela­cja jest osią i naj­lep­szą chy­ba czę­ścią fil­mu. Bar­dzo podo­ba­ła mi się postać taty Dan­nie­go – A. Buchan (no jak moż­na kogoś tak lubić i nie zno­sić jed­no­cze­śnie, jak ja jego?) oraz mło­de­go repor­te­ra, zresz­tą moim zda­niem ten mło­dy aktor (Jona­than Bailey) jesz­cze nas nie­raz zasko­czy, no i cud­na, praw­dzi­wa rola sprze­daw­cy pra­sy, ale David Bra­dley to prze­cież kla­sa sama w sobie. No i jak dla mnie „akto­rem” war­tym każ­dej nagro­dy jest tu muzy­ka Ola­fu­ra Arnald­se­na. Cóż ona daje za kli­mat….
        Jejej ostrze­ga­łam, ze hymn pochwal­ny będzie dłu­gi, ale serio nie tak czę­sto mnie coś aż tak poru­sza. Nawet nie doszłam jesz­cze do dru­giej serii, któ­ra jest chy­ba naj­bar­dziej „moją” ze wszyst­ki­ch trzech :) Napi­szę o niej jesz­cze, ale dam ci szan­sę na razie poczy­tać ten wywód, co by cię nie zanu­dzić na śmierć :)

        • Wow, to jest chy­ba naj­lep­sza recen­zja pierw­sze­go sezo­nu, jaką prze­czy­ta­łam! :)

          w sumie widzia­łam wła­ści­wie pierw­szą serię i więk­szo­ść dru­giej naraz

          Jeśli cho­dzi o mnie, to obej­rza­łam pierw­szy sezon hur­tem, a dru­gi śle­dzi­łam już na bie­żą­co, tydzień po tygo­dniu.

          Czu­łam się cudow­nie wzru­szo­na, ośle­pia­ją­co zszo­ko­wa­na, śmia­łam się w momen­ta­ch, w któ­ry­ch pew­nie nie powin­nam (po pro­stu reak­cja natu­ral­na) i pła­ka­łam tak, że pew­nie Har­dy wyrzu­cił­by mnie z biu­ra po pierw­szy­ch 5 sekun­da­ch i bałam się, oj bałam , że Har­dy umrze, że mor­der­cą będzie pogu­bio­ny chło­piec, że ksią­dz jed­nak będzie pedo­fi­lem (ach te ste­reo­ty­py), i znów, że Har­dy umrze i nie znaj­dzie zabój­cy, i nie odku­pi winy…, i tak bar­dzo chcia­łam, żeby har­dy się uśmiech­nął i … może coś zja­dł? I ,żeby prze­stał wrzesz­czeć na Ellie, bo ona prze­cież robi co może… Jak to moż­li­we, prze­cież to tyl­ko film, papie­ro­wi ludzie, akto­rzy mówią­cy wyuczo­ne sło­wa… No wła­śnie, to jest chy­ba sed­no tego wszyst­kie­go. Ci ludzie byli tacy zwy­kli, tacy nor­mal­ni.

          Ach, mia­łam dokład­nie tak samo! W pierw­szym sezo­nie naj­bar­dziej zachwy­ci­ło mnie wła­śnie to, że serial wywo­ły­wał we mnie takie emo­cje. I to, że opo­wia­dał o zwy­kły­ch ludzia­ch, któ­rzy po pierw­sze nie byli nud­ni, a po dru­gie, któ­ry­ch losem się przej­mo­wa­łam, i z któ­ry­mi cza­sem potra­fi­łam się nawet utoż­sa­mić. I że pomi­mo całe­go tego dra­ma­ty­zmu – serial potra­fił mnie roz­ba­wić.

          Nawet David, z tą swo­ją śmiesz­ną fry­zu­rą

          Mam taką teo­rię, że fry­zu­ra Hardy’ego w jakiś spo­sób odzwier­cie­dla­ła stan jego ducha oraz nasta­wie­nie do Bro­ad­chur­ch i jego miesz­kań­ców. A co ty o tym sądzi­sz? ;)

          Gdy­bym mia­ła, śla­dem wywia­du, któ­ry ci pole­cia­łam, wybrać ulu­bio­ną sce­nę, zaska­ku­ją­co nie była­by to sce­na, gdy Har­dy mówi Ellie, kto zabił, choć jest napraw­dę zapie­ra­ją­ca dech w pier­sia­ch. Dla mnie są dwie takie sce­ny, do któ­ry­ch kil­ka­krot­nie póź­niej wra­ca­łam. Pierw­sza to kola­cja u Ellie

          Wywia­du jesz­cze nie zdą­ży­łam obej­rzeć. Nato­mia­st tak­że uwiel­biam sce­nę przy kola­cji. I poza momen­ta­mi, któ­re wymie­ni­łaś (i pomi­mo tego, że wiem, jak sezon się koń­czy), zawsze roz­czu­la mnie, jak pod koniec mąż Ellie mówi do niej „I love you, Mil­ler”. :D

          Dru­ga z moich ulu­bio­ny­ch scen to ta, w któ­rej Har­dy wyzna­je repor­te­rom praw­dę o swo­jej prze­szło­ści.

          Pięk­nie opi­sa­łaś tą sce­nę! :)
          Ja nato­mia­st mam z nią pewien „pro­blem”. Otóż w odróż­nie­niu od cie­bie, cięż­ko mi się ją oglą­da, bo ser­ce mi się kra­je, gdy patrzę na tego bied­ne­go Hardy’ego. Zawsze mam ocho­tę krzyk­nąć do ekra­nu „nie­ch go w koń­cu ktoś przy­tu­li!!!”

          Ja nato­mia­st bar­dzo lubię jesz­cze tą sce­nę z koń­ców­ki ostat­nie­go odcin­ka, w któ­rej Har­dy i Mil­ler roz­ma­wia­ją ze sobą w poko­ju hote­lo­wym Hardy’ego. Przy czym tutaj świet­nie widać nie tyl­ko talent akto­rów, ale też kunszt sce­na­rzy­sty, bo dia­log sam w sobie jest po pro­stu dobrze napi­sa­ny. Mądrze, ale jed­no­cze­śnie zwy­czaj­nie i bez pato­su. Ot, dokład­nie tak, jak praw­do­po­dob­nie roz­ma­wia­li­by ze sobą praw­dzi­wi ludzie. W ogó­le dia­lo­gi w Bro­ad­chur­ch są mistrzo­stwem samym w sobie, wła­śnie dzię­ki temu, że brzmią tak zwy­czaj­nie i nie­zwy­kle zara­zem.

          Wspo­mnia­łaś też o humo­rze w Bro­ad­chur­ch, ale przy oka­zji (nie wiem, czy zwró­ci­łaś na to uwa­gę), uwiel­biam to, że cza­sem twór­cy seria­lu pusz­cza­li oko do fanów akto­rów. Ten­nant na przy­kład w pierw­szym odcin­ku wci­na lody jak w Black­po­ol, a w sce­nie, w któ­rej roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny bada szcząt­ki spa­lo­nej łód­ki zacho­wu­je się tak, jak­by znów był Dok­to­rem.

          A osob­ną kwe­stią, któ­ra dodat­ko­wo spra­wia, że uwa­żam Bro­ad­chur­ch za arcy­dzie­ło, jest to, co dzia­ło się za kuli­sa­mi. Fakt, że sce­na­rzy­ści do same­go koń­ca ukry­wa­li przed akto­ra­mi infor­ma­cję „kto zabił” (choć Oli­via Col­man podob­no wie­dzia­ła to od począt­ku). To, że akto­rzy na pla­nie świet­nie się bawi­li, że ewi­dent­nie zży­li się ze sobą. I że jed­no­cze­śnie lubi­li posta­ci, któ­re gra­ją i trak­to­wa­li je nie do koń­ca poważ­nie (poka­za­na na fil­mie zza kulis pierw­sze­go sezo­nu ścia­na ze zdję­cia­mi podej­rza­ny­ch po pro­stu wymia­ta! :)

          Nawet nie doszłam jesz­cze do dru­giej serii, któ­ra jest chy­ba naj­bar­dziej „moją” ze wszyst­ki­ch trzech :)

          W takim razie tym bar­dziej nie mogę się docze­kać, co na jej temat napi­sze­sz, bo ja za tą serią (nie­ste­ty!) prze­pa­dam naj­mniej, więc tym bar­dziej cie­ka­wi mnie two­je zda­nie na jej temat. ;)

          PS. Nie wiem, czy inte­re­su­jąc cię fanar­ty zwią­za­ne z Ten­nan­tem, ale jeśli tak (i jeśli jesz­cze nie zna­sz tej autor­ki) – koniecz­nie przyj­rzyj się pra­com Halo­rvic –
          rysu­je ona obraz­ki z róż­ny­mi wcie­le­nia­mi Ten­nan­ta (i nie tyl­ko takie z Ten­nan­tem). Przy czym te zwią­za­ne z Bro­ad­chur­ch są moim zda­niem naj­bar­dziej uda­ne (Tum­blr nie­ste­ty nie daje moż­li­wo­ści wyszu­ki­wa­nia w archi­wum, więc poda­ję link do całe­go archi­wum prac Halo­rvic)
          http://​halo​rvic​.com/​a​r​c​h​ive

          A tutaj jeden z tych fanar­tów, na zachę­tę ;)

          http://​68​.media​.tum​blr​.com/​e​0​b​9​5​f​1​2​8​5​2​d​1​3​c​0​f​9​7​f​0​8​e​3​5​0​7​9​c​e​0​1​/​t​u​m​b​l​r​_​n​b​e​c​2​l​B​l​m​I​1​r​4​o​p​t​j​o​1​_​5​0​0​.​png

          źró­dło: http://​halo​rvic​.com/​p​o​s​t​/​9​6​6​4​7​5​8​2​7​9​4​/​w​h​a​t​-​i​s​-​t​h​i​s​-​t​h​i​n​g​-​a​n​d​-​w​h​y​-​i​s​-​i​t​-​o​n​-​m​y​-​d​esk

          • Mar­le­na Bier

            „Wow, to jest chy­ba naj­lep­sza recen­zja pierw­sze­go sezo­nu, jaką prze­czy­ta­łam! :)” Jej, bar­dzo dzię­ku­ję :) Tym bar­dziej mi miło, że pisa­łam tak od ser­ca :)

            „Mam taką teo­rię, że fry­zu­ra Hardy’ego w jakiś spo­sób odzwier­cie­dla­ła stan jego ducha oraz nasta­wie­nie do Bro­ad­chur­ch i jego miesz­kań­ców.”
            Myślę, że masz racje, w koń­cu jego „hate” lista jest na poczat­ku bar­dzo dłu­ga, więc nie ma się dla kogo stro­ić :). Mnie się jesz­cze wyda­je, że bar­dzo traf­nie mu dobra­no dole­gli­wo­ści, bo bie­dak miał dosłow­nie i w prze­no­śni „zła­ma­ne” ser­ce (jed­nak angiel­skie „bro­ken” ma chy­ba więk­szą pojem­no­ść zna­cze­nio­wą).

            „zawsze roz­czu­la mnie, jak pod koniec mąż Ellie mówi do niej „I love you, Mil­ler” ” Mnie też to roz­czu­la ogrom­nie i nie mogę uwie­rzyć, ze moż­na się aż tak pogu­bić. Pew­nie nie ja jed­na obej­rza­łam dru­gi raz pierw­szą serie po to tyl­ko, żeby poszu­kać śla­dów winy i chy­ba nie zna­la­złam nic, opró­cz kil­ku nie­win­ny­ch w sumie pytań rzu­co­ny­ch tu i ówdzie. Nato­mia­st wie­sz co mnie zasta­no­wi­ło? Zło­ść, jaką oka­zy­wał Tom w sto­sun­ku do Dan­ne­go. Wiem, ze to póź­niej uza­sad­nił, ale czy to nie jest tro­chę tak, ze dzie­ci wyczu­wa­ją pew­ne rze­czy, któ­re doro­śli tak bar­dzo chcą ukryć?
            „Zawsze mam ocho­tę krzyk­nąć do ekra­nu „nie­ch go w koń­cu ktoś przy­tu­li!!!” ” Świę­ta racja… Ty wie­sz, że ja się popła­ka­łam za pierw­szym razem? I jesz­cze myśla­łam, że on nie da rady wstać z tego krze­sła. Masz rację, ze ta sce­na jest bole­sna, ale mnie i tak przy­cią­ga jak magnes, przez to co zro­bił z niej David, choć za każ­dym razem tro­chę mi się „pocą oczy”. A tak przy oka­zji tego pła­czu (oj trosz­kę tego było przez trzy serie) naj­bar­dziej rycza­łam przy zda­niu „I love you zil­lions” by Mark Lati­mer, nor­mal­nie poczu­łam się fizycz­nie cho­ra w tym momen­cie…
            „Ja nato­mia­st bar­dzo lubię jesz­cze tą sce­nę z koń­ców­ki ostat­nie­go odcin­ka”
            Tak, to kolej­na rewe­la­cyj­na sce­na. To takie pięk­ne, że nie wkra­dł się tam ani jeden banał, a mimo to było tam coś oczysz­cza­ją­ce­go i dają­ce­go pokrze­pie­nie w tym całym morzu smut­ku. Cudow­nie napi­sa­ne i abso­lut­ni genial­nie zagra­ne.

            „Wspo­mnia­łaś też o humo­rze w Bro­ad­chur­ch, ale przy oka­zji (nie wiem, czy zwró­ci­łaś na to uwa­gę), uwiel­biam to, że cza­sem twór­cy seria­lu pusz­cza­li oko do fanów akto­rów.” Pew­nie, że zwró­ci­łam uwa­gę i uwiel­bia­łam te momen­ty :) Nato­mia­st, poja­wia­ją­ce się w ogó­le w całej serii wąt­ki humo­ry­stycz­ne uwa­żam za jeden z ele­men­tów sta­no­wią­cy­ch o tym, jak dobry jest ten serial. „A osob­ną kwe­stią, któ­ra dodat­ko­wo spra­wia, że uwa­żam Bro­ad­chur­ch za arcy­dzie­ło, jest to, co dzia­ło się za kuli­sa­mi.”
            Tak, to zde­cy­do­wa­nie jest temat na jakiś refe­rat :) Jak się słu­cha wywia­dów z tymi ludź­mi to aż bije od nich entu­zja­zm i to, ze są bar­dzo zży­ci ze swo­imi boha­te­ra­mi, i że trak­tu­ją się jak jed­ną wiel­ka rodzi­nę. Myślę, że to wła­śnie jest w dużej mie­rze powód utwo­rze­nia się tak wia­ry­god­ny­ch rela­cji mię­dzy boha­te­ra­mi. No i pomy­sł ukry­cia przed akto­ra­mi toż­sa­mo­ści zabój­cy jest nie­sa­mo­wi­ty, a gale­ria akto­rów – podej­rza­ny­ch to mistrzo­stwo świa­ta :)
            Miło mi, że chce­sz poczy­tać co myślę o dru­giej serii, choć oba­wiam się, że moje argu­men­ty będą mało mery­to­rycz­ne, za to bar­dzo subiek­tyw­no – uczu­cio­we :) Zasta­na­wia­łam się jak ubrać w sło­wa to co myślę o dru­giej serii. I wie­sz, trud­no mi to tak kla­row­nie pod­su­mo­wać, jak w serii pierw­szej, bo to, co mnie tu urze­kło to wła­śnie fakt, że fabu­ła ma kil­ka wąt­ków, nie bie­gnie w jed­nej linii i wciąż mnie zaska­ku­je. Jako sta­ry „wyja­da­cz” kry­mi­na­łów w więk­szo­ści potra­fię zorien­to­wać się w tym kto jest zły, a kto dobry (bo mor­der­ców to ja rzad­ko dobrze typu­ję ;) ), a tu oka­za­ło się, że na każ­de moje „aha, a więc to tak”, dosta­wa­łam „what?!!!” To, co tu chy­ba naj­bar­dziej lubię w tej serii to nie­sa­mo­wi­te zakoń­cze­nia więk­szo­ści odcin­ków, takie, że chcia­ło­by się potrzą­sać ekra­nem, żeby wyci­snąć jesz­cze minut­kę… Uwa­żam, ze nie­któ­re z nich powin­no się lin­ko­wać pod defi­ni­cją sło­wa „clif­fhan­ger”:) Na pew­no cie­ka­we jest tutaj to, że jak w pierw­szej serii nie widzia­łam wła­ści­wie żad­ny­ch wad (co naj­wy­żej ktoś mnie iry­to­wał), tak w tej coś zna­la­złam, ale mimo to ona wabi mnie moc­niej :)
            Jeśli idzie o maru­dze­nie, to nie prze­ko­nał mnie wątek z pania­mi praw­nicz­ka­mi. Hmm… Nie jestem znaw­cą bry­tyj­skie­go sądow­nic­twa, ale wąt­pię, że adwo­ka­to­wi w sądzie wol­no powie­dzieć wszyst­ko… Rozu­miem, ze to tak mia­ło być, że okrut­na i krwio­żer­cza pani adwo­kat, kon­tra spra­wie­dli­wa i tak­tow­na pani pro­ku­ra­tor, no ale ludzie… Wie­sz jak ja się nawy­zy­wa­łam do kom­pu­te­ra? „no zgłoś­że jakiś sprze­ciw” war­cza­łam, albo „no i cze­mu tam­ta kobie­ta nie powo­ła Joe na świad­ka, sko­ro tam­ta tego wyraź­nie uni­ka”? Cóż, mnie to nie prze­ko­na­ło, cho­ciaż dzię­ki takie­mu popro­wa­dze­niu wąt­ku dosta­li­śmy kil­ka nie­za­po­mnia­ny­ch scen, jak np. prze­słu­cha­nie Toma przez panią pro­ku­ra­tor – no kla­sa sama w sobie. Za to, co tu na pew­no się uda­ło, to kon­se­kwen­cja w budo­wie posta­ci, z któ­ry­mi zdą­ży­li­śmy już zaprzy­jaź­nić. Sta­wia­jąc się przed sądem byli dokład­nie tacy, jak ich zapa­mię­ta­łam, a więc wciąż żywi i praw­dzi­wi, Beth – tro­chę nabur­mu­szo­na i mądrzej­sza niż resz­ta świa­ta, Mark – pogu­bio­ny pan sam-nie-wiem-cze­go-chcę –ale-tak-mi-przy­kro, Har­dy – pro­fe­sjo­nal­ny i chłod­ny, nie dają­cy się zbić z tro­pu, Ellie – taka jak ją kocham, peł­na emo­cji, zawsze z tą praw­dą w ocza­ch, choć musi wal­czyć o każ­dy kolej­ny odde­ch, sil­na i sła­ba jed­no­cze­śnie:) No i jak dla mnie wstrzą­sa­ją­ce było to, że żaden, nawet naj­drob­niej­szy czyn naszy­ch boha­te­rów nie został bez kon­se­kwen­cji… W ogó­le w cały tym pro­ce­sie śred­nio słu­cha­łam pań praw­ni­czek, za to z zachwy­tem obser­wo­wa­łam reak­cje i prze­ży­wa­łam emo­cje „moich” boha­te­rów. To było nie­sa­mo­wi­te… Rodzi­ce Dan­ne­go, któ­rzy prze­cho­dzi­li od nie­na­wi­ści do roz­pa­czy w dwie sekun­dy, Har­dy, któ­ry nagle poczuł się taki odpo­wie­dzial­ny za Ellie, Ollie, któ­ry wła­śnie prze­ży­wał przy­go­dę życia (jeśli ktoś myśli, że Ten­nant wytrzesz­cza oczy, to powi­nien jemu się przyj­rzeć w cza­sie tego pro­ce­su :) ), no i ona, Ellie… W jed­nym z wywia­dów Oli­via Col­man powie­dzia­ła o tej serii „I’m nails now”. Świę­ta racja, bo dla mnie ona jest tu defi­ni­cją sil­nej kobie­ty, tej któ­ra nie boi się oka­zy­wać emo­cji, ale jed­no­cze­śnie nie ucie­ka, lecz z ostat­kiem dumy sia­da w sali sądo­wej pod gra­dem nie­przy­ja­zny­ch spoj­rzeń, każ­de­go dnia, wal­czy o miło­ść dzie­ci, a jesz­cze znaj­du­je w sobie siłę, żeby pozbie­rać do kupy tego swo­je­go sze­fa – buca. Nie­sa­mo­wi­ta! Naj­bar­dziej suge­styw­ny, jeśli o tę siłę idzie, jest dla mnie moment, gdy sama malu­je tę nie­szczę­sną sypial­nię, jak­by chcąc wykrzy­czeć świa­tu, że ona i nikt inny ma kon­tro­lę nad jej życiem. No, a jak to wszyst­ko się skoń­czy­ło to ja naj­bar­dziej na świe­ci chcia­łam przy­tu­lić Ellie, gdy tak sta­ła z oczy­ma peł­ny­mi łez za ple­ca­mi Beth Lati­mer.
            Spra­wa z Sand­bro­ok z kolei to taki dziw­ny przy­pa­dek… Widzi­sz ja tak strasz­nie chcia­łam wie­dzieć co spo­tka­ło tego mil­czą­ce­go detek­ty­wa. Strasz­nie mnie emo­cjo­no­wał roz­wój tej spra­wy, któ­ra osta­tecz­nie nie była jakaś tam wstrzą­sa­ją­co dziw­na, tyl­ko tak idio­tycz­nie i iry­tu­ją­co banal­na. Gdy na koń­cu Har­dy mówi „All this lives” to mnie samej chce się pła­kać nad tymi bez­sen­sow­ny­mi ludz­kim stra­ta­mi… Na począt­ku na pew­no byłam zain­try­go­wa­na, a enig­ma­tycz­na postać Lee nie­ustan­nie błą­ka­ła mi się po gło­wie. Potem się porząd­nie wku­rzy­łam, że Har­dy, ten chłod­ny pro­fe­sjo­na­li­sta, któ­ry od sie­bie wyma­ga naj­wię­cej, któ­ry roz­sta­wia ludzi po kąta­ch i ma taką zra­nio­ną duszę, się tak dał wypro­wa­dzić w pole i wplą­tał się w jakąś cho­rą rela­cję z nie­nor­mal­ną kobie­tą! No, a na koń­cu to znów chcia­łam przy­tu­lić Har­de­go, bo nikt na świe­ci nie miał nigdy więk­szej racji niż ex pani Har­dy, gdy powie­dzia­ła „you’re a good man Alec” i wszyst­ko zro­zu­mia­łam, gdy zoba­czy­łam na wła­sne oczy jak przez wie­le metrów nió­sł cia­ło mar­twej dziew­czyn­ki bro­dząc w wodzie, już wie­dzia­łam cze­mu go poko­cha­łam i cze­mu musia­łam zoba­czyć co sta­ło się w Sand­bro­ok. I super było podej­rzeć rodzi­nę Harde’go i dowie­dzieć się, że jesz­cze przed Sand­bro­ok nie był wca­le jakimś tam słod­kim misiacz­kiem. Jed­nak naj­waż­niej­sze, co ta spra­wa przy­nio­sła, to nie­sa­mo­wi­ty roz­wój rela­cji na linii Alec – Ellie. Po pro­stu wow! Jak­że ja się śmia­łam, jak sobie spa­ce­ro­wa­li z wózecz­kiem jak sta­re mał­żeń­stwo, choć Har­dy nie mógł zapa­mię­tać imie­nia dziec­ka, jakie cud­ne były ich zło­śli­wo­ści, od któ­ry­ch biła sym­pa­tia. Jakie cudow­ne było nagle odwró­ce­nie tych rela­cji z pierw­szej serii, teraz to on ma oso­bi­sty sto­su­nek do spra­wy, a to Ellie jest tą, któ­ra ma odwa­gę przy­wo­łać go do porząd­ku, gdy uczu­cia chcą zakrzy­czeć roz­są­dek. Każ­da ich sce­na ma milio­ny drob­ny­ch smacz­ków i pro­wa­dzi ich do zro­zu­mie­nia, że nikt inny na świe­cie nie rozu­mie ich tak, jak ten dru­gi. Bo choć ona ma każ­dą emo­cję wypi­sa­ną na twa­rzy, a on skry­wa wszyst­ko głę­bo­ko, to mają takie podob­ne dusze, wyzna­ją podob­ne war­to­ści, i bar­dzo głę­bo­ko się sza­nu­ją, a to co naj­moc­niej cemen­tu­je ich przy­ja­źń to chy­ba świa­do­mo­ść, że w naj­gor­szy­ch chwi­la­ch życia, nie było niko­go obok, tyl­ko on, tyl­ko ona, ramię przy ramie­niu… Jakaż to pięk­na, praw­dzi­wa przy­ja­źń! To jest to, przez co wpro­st nie mogę ode­rwać oczu od tej serii, to jak pięk­nie nara­sta ich rela­cja, jak mozol­nie poma­ga­ją sobie posta­wić się na nogi po hura­ga­na­ch jakie prze­szły przez ich życia…
            Ulu­bio­na sce­na… Och, trud­ny wybór, ale znów typu­ję dwie, oby­dwie jed­nak z koń­ców­ki. Pierw­sza to Har­dy w poko­ju prze­słu­chań, odkła­da zdję­cie dziew­czyn­ki, któ­ra nie była jego cór­ką, choć zawsze nosił je w port­fe­lu, sia­da i pła­cze. Jej­ku jak on pła­cze, a ja z nim… Nie wiem czy się zgo­dzi­sz, ale uwa­żam, że nikt ze zna­ny­ch mi akto­rów nie pła­cze tak, jak David Ten­nant, tak praw­dzi­wie i roz­dzie­ra­ją­co, aż czu­je się nie­mal fizycz­ny ból jak się na to patrzy… Dru­ga ze scen to roz­mo­wa na molo, gdy tym razem Har­dy szu­ka zro­zu­mie­nia, bo gdy już doko­nał swo­je­go odku­pie­nia, zro­zu­miał, że po dro­dze znisz­czył tak wie­le, że już nie ma powro­tu, a praw­da wca­le nie przy­nio­sła mu spo­dzie­wa­nej ulgi. I znów tego jego łza­we oczy, i znów mam ocho­tę przy­tu­lić Ten­nan­ta… Lecz tym razem to ona, wspa­nia­ła Ellie, nie­sie nadzie­ję….
            No jak widzi­sz, ja ode­bra­łam tę serię bar­dzo oso­bi­ście. Jak obu­chem ude­rzy­ła mnie myśl, że spra­wie­dli­wo­ść bywa róż­na, a wska­za­nie win­ne­go pal­cem, o któ­re tak wal­czy się we wszyst­ki­ch kla­sycz­ny­ch kry­mi­na­ła­ch, nicze­go nie zmie­nia, nie leczy i nie przy­no­si ulgi, bo to może zro­bić tyl­ko dru­gi czło­wiek, ten któ­ry jest obok, jeśli ma się szczę­ście. Zatem kil­ka razy odwró­co­no jakiś ste­reo­ty­py, sztam­po­we moty­wy, świet­ny kawa­łek pisar­stwa swo­ją dro­gą, jeśli idzie o sce­na­riu­sz. Ta seria przy­nio­sła mi może reflek­sji, spo­ro zło­ści i wrzesz­cze­nia na ekran, tro­chę łez i spo­ro uśmie­chu, a nawet śmie­chu. No i Har­dy wresz­cie się uśmiech­nął i cie­szę się, że jest ktoś kogo tak uczci­wie i po pro­stu kocha, co widać wyraź­nie w pew­nej krót­kiej roz­mo­wie tele­fo­nicz­nej, gdzie jego uśmie­ch był jak słoń­ce po dłu­gim desz­czo­wym week­en­dzie…

          • bar­dzo traf­nie mu dobra­no dole­gli­wo­ści

            Tak, mi też się to podo­ba­ło. I jak we wspo­mnia­nej na koń­cu two­je­go komen­ta­rza sce­nie, kie­dy Har­dy z uśmie­chem stwier­dził, „No more bro­ken heart” – aż mi się lżej na ser­cu zro­bi­ło!

            Inna spra­wa, w tej samej sce­nie Har­dy nawią­zu­je do seria­lu „The Six Mil­lion Dol­lar Man” i zawsze, jak to sły­szę, to tak sobie myślę: a co, jeśli on jest w rze­czy­wi­sto­ści strasz­nym geekiem (rów­nie dużym, jak Ten­nant)? Może kie­dy nikt nie widzi, czy­tu­je komik­sy (i tak napraw­dę zosta­je w pra­cy po godzi­na­ch do póź­nej nocy, by czy­tać te komik­sy pod biur­kiem?)? Może ukrad­kiem cho­dzi do kina na fil­my Marve­la? Może ma gdzieś w sza­fie scho­wa­ną pele­ry­nę Super­ma­na? A wszyst­ko to w tajem­ni­cy, bo poważ­ne­mu grum­py detek­ty­wo­wi nie wypa­da robić taki­ch rze­czy. Oj, gdy­by Mil­ler się o tym dowie­dzia­ła – była­by z tego wiel­ka afe­ra! Przez tydzień wszy­scy w Bro­ad­chur­ch plot­ko­wa­li­by tyl­ko o tym, ale był­by wstyd! :)

            Miło mi, że chce­sz poczy­tać co myślę o dru­giej serii, choć oba­wiam się, że moje argu­men­ty będą mało mery­to­rycz­ne, za to bar­dzo subiek­tyw­no – uczu­cio­we :)

            Oj Mar­le­no, tym co napi­sa­łaś, strasz­nie mnie roz­cza­ro­wa­łaś! Kie­dy wspo­mnia­łaś, że dru­gi sezon podo­ba ci się bar­dziej, myśla­łam, że w koń­cu poja­wi się mię­dzy nami jakaś róż­ni­ca zdań, jakieś pole do zażar­tej dys­ku­sji i pró­by prze­ko­na­nia dru­giej stro­ny do wła­sny­ch racji. A tym­cza­sem zno­wu myśli­my bar­dzo podob­nie! ;)

            Jeśli idzie o maru­dze­nie, to nie prze­ko­nał mnie wątek z pania­mi praw­nicz­ka­mi.

            Tak, ja też cier­pia­łam pod­czas oglą­da­nia scen w sądzie.

            Co cie­ka­we, prze­czy­ta­łam gdzieś kie­dyś, że nawet bry­tyj­scy praw­ni­cy byli obu­rze­ni tym, jak to wszyst­ko zosta­ło przed­sta­wio­ne w seria­lu, bo prze­kła­mań (na nie­ko­rzy­ść sys­te­mu sądow­nic­twa) było w Bro­ad­chur­ch bar­dzo dużo.

            Mnie nato­mia­st naj­bar­dziej razi­ło to, że obro­na zamia­st bro­nić Joe, sta­ra­ła się zwa­lić winę na kogoś inne­go. I to, że podej­mo­wa­ła takie pró­by, czę­sto wyko­rzy­stu­jąc infor­ma­cje zasły­sza­ne z plo­tek lub gru­by­mi nić­mi szy­te przy­pusz­cze­nia (jak suge­stia, że Mil­ler i Har­dy mie­li romans).

            No i jak dla mnie wstrzą­sa­ją­ce było to, że żaden, nawet naj­drob­niej­szy czyn naszy­ch boha­te­rów nie został bez kon­se­kwen­cji…

            Tak, to była jed­na z naj­więk­szy­ch zalet tego sezo­nu!

            ona jest tu defi­ni­cją sil­nej kobie­ty, tej któ­ra nie boi się oka­zy­wać emo­cji, ale jed­no­cze­śnie nie ucie­ka, lecz z ostat­kiem dumy sia­da w sali sądo­wej pod gra­dem nie­przy­ja­zny­ch spoj­rzeń, każ­de­go dnia, wal­czy o miło­ść dzie­ci […]. Naj­bar­dziej suge­styw­ny, jeśli o tę siłę idzie, jest dla mnie moment, gdy sama malu­je tę nie­szczę­sną sypial­nię, jak­by chcąc wykrzy­czeć świa­tu, że ona i nikt inny ma kon­tro­lę nad jej życiem.

            Tak, też uwiel­biam ten moment.

            Ale jesz­cze bar­dziej lubię sce­nę, w któ­rej Mil­ler wrzesz­czy w sądo­wym kory­ta­rzu na swo­je­go syna. Głu­pio się do tego przy­znać, ale za każ­dym razem, kie­dy widzę tą sce­nę, Col­man wywo­łu­je we mnie taki sam lęk, jaki czu­łam, kie­dy byłam mała i na mnie krzy­cza­ła moja mama (przy czym, żeby nie było – moja mama jest wspa­nia­łą oso­bą i nie chcę pisać o niej nicze­go złe­go. Po pro­stu jej też – jak chy­ba wszyst­kim – pusz­cza­ły cza­sem ner­wy).

            a jesz­cze znaj­du­je w sobie siłę, żeby pozbie­rać do kupy tego swo­je­go sze­fa – buca

            Dla mnie w Bro­ad­chur­ch w ogó­le nie­zwy­kłe jest to, że od dru­gie­go sezo­nu Mil­ler jest znacz­nie sku­tecz­niej­szą poli­cjant­ką od Hardy’ego. I że jest od nie­go lep­sza głów­nie za spra­wą swo­je­go cha­rak­te­ru. Tego, że z jed­nej stro­ny życie dało jej w kość i sta­ła się bar­dziej podejrz­li­wa, ale z dru­giej – nie zatra­ci­ła życz­li­wo­ści, jaką mia­ła w sobie w pierw­szej serii. Oraz tego, że jest od Hardy’ego dużo przy­ziem­niej­szą posta­cią (kto inny, jak nie Ellie, zwró­cił­by uwa­gę na pane­le pod­ło­go­we?)

            Spra­wa z Sand­bro­ok […] nie była jakaś tam wstrzą­sa­ją­co dziw­na, tyl­ko tak idio­tycz­nie i iry­tu­ją­co banal­na.

            Tak, ja też mam do niej mie­sza­ne uczu­cia. Bo ta banal­no­ść jed­no­cze­śnie mnie roz­cza­ro­wa­ła i urze­kła.

            I super było podej­rzeć rodzi­nę Harde’go

            Tak, ja też uwiel­biam sce­ny z udzia­łem byłej żony lub cór­ki. A zwłasz­cza cór­ki. BTW, strasz­na szko­da, że ta sce­na zosta­ła wyrzu­co­na z odcin­ka (jak­by nie prze­wi­nę­ło się samo, prze­suń sobie do 3:16)

            https://​youtu​.be/​c​A​I​x​F​X​G​w​X​6​o​?​t​=​3​m​16s

            Jed­nak naj­waż­niej­sze, co ta spra­wa przy­nio­sła, to nie­sa­mo­wi­ty roz­wój rela­cji na linii Alec – Ellie.

            Tak, zga­dzam się ze wszyst­kim, co na ten temat napi­sa­łaś! Sama nie potra­fi­ła­bym ująć tego lepiej. :)

            I zawsze roz­bra­ja mnie ich „łóż­ko­wa” sce­na, bo odno­szę wra­że­nie, że zosta­ła ona napi­sa­na spe­cjal­nie dla osób, któ­re uwa­ża­ły, że Har­dy i Mil­ler powin­ni się w sobie zako­chać. Mistrzow­ski trol­ling! :D

            To jest to, przez co wpro­st nie mogę ode­rwać oczu od tej serii, to jak pięk­nie nara­sta ich rela­cja, jak mozol­nie poma­ga­ją sobie posta­wić się na nogi po hura­ga­na­ch jakie prze­szły przez ich życia…

            Tak, ja mam dokład­nie tak samo. Jeśli wra­cam do dru­gie­go sezo­nu, to tyl­ko po to, by pooglą­dać sobie sce­ny z Har­dym i Mil­ler.

            Pierw­sza to Har­dy w poko­ju prze­słu­chań, odkła­da zdję­cie dziew­czyn­ki, któ­ra nie była jego cór­ką, choć zawsze nosił je w port­fe­lu, sia­da i pła­cze.

            Znów myśli­my podob­nie! To jest moja naj­uko­chań­sza sce­na w całym seria­lu. I wciąż nie mogę wyj­ść z podzi­wu, ile uczuć Ten­nan­to­wi uda­ło się zawszeć w tych kil­ku pro­sty­ch gesta­ch. I jak bar­dzo patrze­nie na nie­go łamie mi ser­ce.

            Inną z moich ulu­bio­ny­ch scen jest ta z pierw­sze­go odcin­ka, pod­czas któ­rej Har­dy roz­ma­wia z Mil­ler w toa­le­cie. Jest ona dla mnie kwin­te­sen­cją Bro­ad­chur­ch, bo poka­zu­je, jak świet­nie twór­cy seria­lu potra­fią pisać dia­lo­gi, jak umie­ją łączyć dra­mat z humo­rem. I przy oka­zji – jak akto­rzy pięk­nie to wszyst­ko odgry­wa­ją.

            Przy oka­zji obej­rza­łam pod­lin­ko­wa­ne przez cie­bie wcze­śniej „RTS Bro­ad­chur­ch – ana­to­my of the hit” i mia­łaś rację (zno­wu! :) uwiel­biam oglą­dać tego typu rze­czy i ten wywiad bar­dzo mi się spodo­bał. I teraz jest mi nawet tro­chę głu­pio, że wcze­śniej nie docie­ka­łam, skąd w ogó­le wziął się pomy­sł na Bro­ad­chur­ch. To, jak Chib­nall o tym opo­wia­da jest po pro­stu pięk­ne. Jesz­cze raz dzię­ku­ję ci za link!

            I już na sam koniec: pro­szę, w wol­nej chwi­li napi­sz co myśli­sz o trze­ciej serii Bro­ad­chur­ch. Strasz­nie mnie cie­ka­wi two­ja opi­nia na ten temat! :)

          • Mar­le­na Bier

            „Oj Mar­le­no, tym co napi­sa­łaś, strasz­nie mnie roz­cza­ro­wa­łaś! (…)myśla­łam, że w koń­cu poja­wi się mię­dzy nami jakaś róż­ni­ca zdań (…). A tym­cza­sem zno­wu myśli­my bar­dzo podob­nie! ;)”
            Hihi! A mnie się to wła­śnie podo­ba. Nie masz poję­cia ( a w sumie może i masz ;) ) jak to cud­nie spo­tkać kogoś komu powie­sz „a widzia­łaś, jak…”, „a sły­sza­łaś, że…” i ta oso­bo już to wie, a jeśli nie – bar­dzo chce się dowie­dzieć. I super jest się tak bez­kar­nie poza­chwy­cać i nie usły­szeć, ze chy­ba mi nie­co odbi­ło :) A co do Bro­ad­chur­ch, seria 2… Dla mnie wła­śnie tutaj drze­mie całe jego pięk­no. Sama popa­trz, myśli­my tak samo, zga­dza­my się nie­mal co do joty, a jed­nak mamy zupeł­nie inny odbiór dru­giej serii, bo, to co tu naj­waż­niej­sze, to nie­po­wta­rzal­na atmos­fe­ra, jakaś nie­uchwyt­na nuta, któ­ra albo rezo­nu­je nam w ser­cu, albo nie i tego w ogó­le i w szcze­gó­le nie da się ubrać w sło­wa :)

            „Inna spra­wa, w tej samej sce­nie Har­dy nawią­zu­je do seria­lu „The Six Mil­lion Dol­lar Man” i zawsze, jak to sły­szę, to tak sobie myślę: a co, jeśli on jest w rze­czy­wi­sto­ści strasz­nym geekiem (rów­nie dużym, jak Ten­nant)”
            Po pierw­sze, uwiel­biam Cię, bo nikt kogo znam nie roz­po­znał­by tej sce­ny po takim opi­sie jak mój, ale ja od razu wie­dzia­łam, że Ty zro­zu­mie­sz :D No i wła­śnie wyobra­zi­łam sobie, jak Har­dy czy­ta komik­sy pod biur­kiem, po pro­stu mnie roz­ło­ży­łaś na łopat­ki… :D

            „Mnie nato­mia­st naj­bar­dziej razi­ło to, że obro­na zamia­st bro­nić Joe, sta­ra­ła się zwa­lić winę na kogoś inne­go. I to, że podej­mo­wa­ła takie pró­by, czę­sto wyko­rzy­stu­jąc infor­ma­cje zasły­sza­ne z plo­tek i inny­ch źró­deł, któ­ry­ch nie dało się do koń­ca udo­wod­nić”
            Raczej nie mie­li inne­go wyj­ścia, bo Har­dy i Mil­ler mimo wszyst­ko zro­bi­li kawał świet­nej robo­ty jeśli idzie o śledz­two. Mnie jed­nak bar­dziej boli, jak Ci napi­sa­łam posta­wa pani pro­ku­ra­tor i tej pożal-się-Boże sędzi­ny, któ­ra karze ludziom odpo­wia­dać na bar­dzo oso­bi­ste pyta­nia, jak np.. „How is your sex life?”. Też czy­ta­łam o tym , że praw­ni­cy bry­tyj­scy byli wście­kli na to jak potrak­to­wa­no tu sys­tem praw­ny, i zapew­ne słusz­nie…

            „Ale jesz­cze bar­dziej lubię sce­nę, w któ­rej Mil­ler wrzesz­czy w sądo­wym kory­ta­rzu na swo­je­go syna.” Ja też ją uwiel­biam i pamię­tam, że pomy­śla­łam wte­dy „naresz­cie, nie daj się Mil­ler!”.

            „Dla mnie w Bro­ad­chur­ch w ogó­le nie­zwy­kłe jest to, że od dru­gie­go sezo­nu Mil­ler jest znacz­nie sku­tecz­niej­szą poli­cjant­ką od Hardy’ego.”
            Tak, to praw­da. Moim zda­niem jest tak dla­te­go, że teraz to on nie potra­fi wyj­ść poza sza­blon, być obo­jęt­nym i spoj­rzeć z boku. No i Ellie jest rze­czy­wi­ście znacz­nie sil­niej­sza i wie­le się nauczy­ła. Jest taki moment w dru­giej serii, gdy Har­dy roz­ma­wia z Cla­ire przez tele­fon (wte­dy gdy są razem z Mil­ler w Sand­bro­ok). Wszy­scy widzi­my jak dusi sobie w emo­cje, ale dla mnie cud­ne było, że gdy się roz­łą­czył Mil­ler tak cha­rak­te­ry­stycz­nie ski­nę­ła gło­wą, jak mama chwa­lą­ca dziec­ko za dobre wyko­na­nie obo­wiąz­ku :)To poka­zu­je jak dia­me­tral­nie się zmie­ni­ła ich rela­cja.

            „BTW, strasz­na szko­da, że ta sce­na zosta­ła wyrzu­co­na z odcin­ka” Oj tak, ta i następ­na :) Bied­ny Har­dy, no napraw­dę nikt go nie chce przy­tu­lić ;)

            „I zawsze roz­bra­ja mnie ich „łóż­ko­wa” sce­na, bo odno­szę wra­że­nie, że zosta­ła ona napi­sa­na spe­cjal­nie dla osób, któ­re uwa­ża­ły, że Har­dy i Mil­ler powin­ni się w sobie zako­chać. Mistrzow­ski trol­ling! :D”
            Masz abso­lut­ną rację :D Kil­ka razy nam sce­na­rzy­sta „mru­gał okiem w ten spo­sób” (np. jak Har­dy zawa­hał się pod drzwia­mi sypial­ni w dom­ku Cla­ire albo jak zade­kla­ro­wał moż­li­wo­ść poca­ło­wa­nia Mil­ler), ale ta sce­na to jest mistrzo­stwo świa­ta, uwiel­biam ją :)
            „Inną z moich ulu­bio­ny­ch scen jest ta z pierw­sze­go odcin­ka, pod­czas któ­rej Har­dy roz­ma­wia z Mil­ler w toa­le­cie.” To praw­da, jest świet­na, świet­na, świet­na :D

            Bar­dzo się cie­szę, że podo­bał Ci się pod­lin­ko­wa­ny przez mnie wywiad. W ogó­le przy­jem­nie jest popa­trzeć, jak Chib­nall kocha to swo­je seria­lo­we „dziec­ko” i roz­ba­wił mnie wybo­rem ulu­bio­nej sce­ny, bo to chy­ba zna­czy, że on też czu­je podob­nie jak my, gdzie chy­ba naj­bar­dziej leży wyjąt­ko­wo­ść Bro­ad­chur­ch :D Szko­da, ze Oli­via nie dosta­ła szan­sy na samo­dziel­ne wybra­nie ulu­bio­nej sce­ny, ale dam sobie gło­wę uciąć, ze była­by to któ­raś ze scen z Davi­dem.

            Bar­dzo chęt­nie podzie­lą się też opi­nią na temat trze­ciej serii Bro­ad­chur­ch. Tyl­ko, że nie umiem pisać o tym krót­ko, tak­że czy­taj ile dasz radę :D Uwa­żam, że jest ona Re-we-la-cyj-na! Po pierw­sze bar­dzo pozy­tyw­nie zasko­czy­ła mnie tema­ty­ka. Chy­ba nikt z nas nie chciał, żeby poja­wi­ło się kolej­ne mor­der­stwo, bo to by dia­me­tral­nie zmie­ni­ło ducha seria­lu. Z dru­giej stro­ny bałam się, że będzie­my dalej brnę­li w spra­wę Lati­me­rów i nie­uka­ra­ne­go wino­waj­cy… Na szczę­ście jest zupeł­nie ina­czej. Widzia­łam już kil­ka­krot­nie w róż­ny­ch seria­ch czy fil­ma­ch kry­mi­nal­ny­ch pró­by pod­ję­cia tema­tu prze­mo­cy sek­su­al­nej, jed­nak nie pamię­tam, żebym do tej pory zoba­czy­ła tak dogłęb­ne i jed­no­cze­śnie tak­tow­ne trak­to­wa­nie takie­go przy­pad­ku. To było bar­dzo bole­sne, a jed­no­cze­śnie dziw­nie pocie­sza­ją­ce doświad­cze­nie. Po pierw­sze chy­ba pierw­szy raz widzia­łam cały ciąg pro­ce­du­ral­ny i tak, jak to pięk­nie uję­łaś w jed­nym ze swo­ich postów, chcia­ła­bym wie­rzyć, że to napraw­dę tak dzia­ła, że zawsze znaj­dzie się taki Har­dy, któ­ry powie, że nie masz się cze­go wsty­dzić i taka Ellie, któ­ra całą swo­ją posta­wa wyra­zi ogrom współ­czu­cia, że ktoś zapro­po­nu­je tablet­kę po i potrzy­ma za rękę w cza­sie bada­nia, że wresz­cie ktoś się do mnie zgło­si z pomo­cą, bo ja nie mam siły jej szu­kać. Jed­nak pro­ce­du­ry to nie wszyst­ko bo, co waż­ne, bar­dzo mądrze poka­za­no, prze­moc wobec kobiet, to nie zawsze gwałt, ale to każ­da, nawet naj­drob­niej­sza pró­ba ubez­wła­sno­wol­nie­nia kobie­ty i trak­to­wa­nia jej jak przed­miot, cze­go nie­zły dosta­li­śmy kata­log w cza­sie tej serii. Ponad­to uwa­żam, że cała postać Tri­sh jest dosko­na­le, wrę­cz mądrze, napi­sa­na i świet­nie zagra­na. Prze­czy­ta­łam gdzieś nie­po­chleb­ną uwa­gę na temat jej wie­ku i muszę powie­dzieć, że się na to zezło­ści­łam. Według mnie to wła­śnie świet­ny wybór. Może to i jest banał, ale w dzi­siej­szym świe­cie dobrze jest poka­zać, że oso­by powy­żej powiedz­my czter­dziest­ki też mają życie, też mogą się bawić i popeł­niać głup­stwa, a nie­szczę­ście może się zda­rzyć każ­de­mu i nie mają na nie mono­po­lu dłu­go­no­gie blon­dyn­ki zaraz po matu­rze. Bo, jak to mądrze uję­to w jed­nym z odcin­ków, w prze­mo­cy sek­su­al­nej wca­le nie cho­dzi o seks i pożą­da­nie, ale o wła­dzę, a tu limit wie­ku nie obo­wią­zu­je. Podo­ba­ło mi się też, że Tri­sh nie była krysz­ta­ło­wą ofia­rą, któ­ra od razu nie­mal sta­je do wal­ki o sie­bie samą, ale kobie­tą z krwi i kości, taką któ­ra się cze­goś wsty­dzi i coś tam może i ukry­wa, któ­ra sobie ewi­dent­nie nie radzi momen­ta­mi, ale jed­nak pró­bu­je wysta­wić gło­wę na powierzch­nię wody. Znów, taką nor­mal­ną… Uwa­żam też, że Julie Hesmon­dhal­gh zagra­ła wstrzą­sa­ją­co praw­dzi­wie i koniecz­nie muszę ją jesz­cze zoba­czyć w innej roli. Co mi się nato­mia­st nie podo­ba­ło, to jed­no­wy­mia­ro­wi męż­czyź­ni (no poza Har­dym chy­ba), wszy­scy, łącz­nie z Mar­kiem Lati­me­rem myślą­cy tyl­ko o sobie i jacyś tacy wybit­nie sła­bi u boku tych sil­ny­ch kobiet. A prze­cież nie jest tak, że jak na hory­zon­cie poja­wia się sil­na kobie­ta, to męż­czy­zna albo musi chcieć ją znie­wo­lić, albo uciec do kochan­ki… Nie jest też tak, ze ktoś jest sła­be­uszem albo macho, zabra­kło mi u nich tych odcie­ni sza­ro­ści, któ­ry­mi uwie­dli mnie męscy boha­te­ro­wie wcze­śniej…
            Bar­dzo mi się też podo­ba­ło, jak potrak­to­wa­no spra­wę Danny’ego. Wie­my, że minę­ło kil­ka lat, no ale prze­cież cze­goś takie­go nie da się wyma­zać, to nie zni­ka… Super było to, ze ta spra­wa gdzieś tam jest, ale się nią nie epa­tu­je, że pamię­ta­my o zmar­łym chłop­cu, ale życie poszło jed­nak dalej. Uwa­żam, ze to co nam poka­za­no odno­śnie rodzi­ny Lati­me­rów jest jed­nak tro­chę ste­reo­ty­po­we, ale jakoś tak potrzeb­ne. Na ich przy­kła­dzie oglą­da­my, jak ludzie radzą sobie z żało­bą. Jed­ni, jak Beth, prze­ku­wa­ją ją w dzia­ła­nie, aby nawet na chwi­lę nie pozwo­lić się dopa­ść myślom, inni, jak Mark nurza­ją się w roz­pa­czy, bez­owoc­nie szu­ka­ją zemsty i zadość­uczy­nie­nia. Ta rodzi­na nie ma szans na prze­trwa­nie wła­śnie z powo­du tych róż­ny­ch spoj­rzeń, i jak­kol­wiek dla widza chy­ba waż­ne było takie stu­dium żało­by, tak ja oso­bi­ście uwa­żam, że takie sce­na­riu­sze czę­ściej piszą jed­nak twór­cy melo­dra­ma­tów, niż życie…. I muszę Ci powie­dzieć, ze sama nie wiem co myśleć o sce­nie roz­mo­wy z Joe… Spo­dzie­wa­łam się jakie­goś hura­ga­nu emo­cji, a tak napraw­dę byłam znie­sma­czo­na tym, jakim on jest okrop­nym tchó­rzem i jakoś tak źle mi z tym, ze on sobie gdzieś to życie ukła­da od nowa… Za to Mar­ka znów przez chwi­lę lubi­łam… Cóż, Chib­nall chy­ba lubi, jak boha­te­ro­wi pyta­ją „dla­cze­go”, tyl­ko, że my sami tak na serio nie zawsze chce­my dostać odpo­wie­dź…
            Trosz­kę szko­da mi było, że pozni­ka­ły posta­cie, z któ­ry­mi się zaprzy­jaź­ni­łam, albo, jak w przy­pad­ku pani repor­ter, tro­chę spłasz­czo­no ich wąt­ki, ale rozu­miem, ze zro­bi­li oni miej­sce nowym, z któ­ry­mi też się tro­chę zaprzy­jaź­ni­łam, choć jakoś tak w sekun­dzie mi się roz­sze­rzył świat i Bro­ad­chur­ch już nie było takie małe i sen­ne, a oni jed­nak nie aż tak bli­scy, jak ci pierw­si… Tak w kate­go­rii żar­tu, gdy usły­sza­łam, że na impre­zie uro­dzi­no­wej u Cath było oko­ło osiem­dzie­się­ciu samy­ch męż­czy­zn, to moja pierw­sza myśl była, a skąd ich wzię­ła aż tylu? :) Strasz­nie miło było też zoba­czyć wszyst­ki­ch razem w sce­nie w koście­le, któ­ra moim zda­niem po pro­stu musia­ła powstać dla fanów Bro­ad­chur­ch, jak tak mała krop­ka nad „i” :)
            No i wresz­cie oni, Har­dy i Mil­ler. Jak tak sobie obser­wo­wa­łam ich rela­cję, to po raz pierw­szy dotar­ło do mnie, że Chib­nall rze­czy­wi­ście może mówić praw­dę i od począt­ku zapla­no­wał, że Bro­ad­chur­ch będzie mia­ło trzy czę­ści. Naj­pierw górą był ten dziw­nie nie­przy­jem­ny szkoc­ki detek­tyw, potem zaś ta nad­uczu­cio­wa miej­sco­wa detek­tyw, a teraz… naresz­cie są part­ne­ra­mi! Ona naby­ła doświad­cze­nia, nabra­ła pew­no­ści sie­bie i jed­nak przy­ję­ła chy­ba kil­ka rad Hard’ego, on zaś stał się nie­co bar­dziej ludz­ki, nawet radzi się jej w kil­ku kwe­stia­ch i teraz, naresz­cie są sobie abso­lut­nie rów­ni. Tym razem Ellie, cho­ciaż zawsze bie­gnie, gdy Har­dy szyb­kim kro­kiem wycho­dzi z biu­ra woła­jąc „Mil­ler!”, to teraz i ona potra­fi być tym „złym” gli­ną z pogar­dli­wą miną (pięk­nie to widać w sce­nie, w któ­rej przy­wo­łu­je do porząd­ku tą mło­dą poli­cjant­kę), no i potra­fi tak doga­dać Hard’emu, że mu w pię­ty idzie. I uwiel­biam sce­ny, w któ­ry­ch Ellie popi­ja napój ener­ge­tycz­ny albo krad­nie Hard’emu tosty, tak, dla niej nie ma już gra­nic, bo wresz­cie jest pew­na wła­snej war­to­ści i tego, że jej życia nie defi­niu­ją czy­ny jej męża. Z kolei Har­dy… Ha! I tu mnie Chib­nall abso­lut­nie kupił! Ty wie­sz jak ja się bałam, ze teraz, gdy ze zdro­wiem lepiej i cię­żar spa­dł mu z ser­ca, zro­bią z nie­go rado­sne­go skow­ron­ka, któ­ry poda­je rękę na przy­wi­ta­nie i parzy ludziom her­ba­tę, albo cho­dzi z kum­pla­mi do pubu, żeby poka­zać jak wspa­nia­le odmie­ni­ło się jego życie…. Tym­cza­sem znów widać, że Chib­nall miał na nie­go pomy­sł od same­go począt­ku, a przy pomo­cy genial­ne­go jak zwy­kle Davi­da, poka­zał nam nie­sa­mo­wi­cie spój­ną postać. Wie­my, że jest lepiej, bo nam już pan detek­tyw nie chli­pie po kąta­ch i rusza się żwa­wiej, ale fry­zu­rę dalej ma dziw­ną i kra­wat źle zawią­za­ny, bo w koń­cu kli­fy są dalej „stu­pid”. Wciąż cięż­ko mu wyznać uczu­cia, choć jak mówi cór­ce, ze ją kocha, to ja bym go tak do ser­ca przy­tu­li­ła, z tym jego zakło­po­ta­niem cięż­kim… a jed­nak wciąż jest zamknię­tym w sobie odlud­kiem, a jak się zło­ści, spra­wie­dli­wie czy też nie, nawet na tę bied­ną Tri­sh, to sobie solid­nie zapra­co­wu­je na przy­do­mek, jaki mu wybrał SOCO Brian :) Swo­ją dro­gą, jak Ten­nat nakrzy­czał na tę mło­dą poli­cjant­kę (pięk­ne nawią­za­nie zresz­tą do poprzed­nie­go sezo­nu i tego, co może i nie może ostać się w sądzie), to ja aż się odsu­nę­łam od ekra­nu. No i sce­na z kole­ga­mi Daisy jest po pro­stu epic­ka! Och, jakim trze­ba być dosko­na­łym akto­rem, żeby tyl­ko mały­mi, nie­po­zor­ny­mi gesta­mi poka­zać jak wie­le się zmie­ni­ło w życiu posta­ci, a jed­nak pozo­stać dogłęb­nie tym samym czło­wie­kiem. Znów chy­lę czo­ła przed Ten­nan­tem. No a przy tym wszyst­kim, Har­dy dalej tak głę­bo­ko gdzieś w ser­cu jest wraż­li­wym i uczu­cio­wym czło­wie­kiem, co widać w jego rela­cji z cór­ką albo gdy tak bar­dzo wsty­dzi się bycia męż­czy­zną po wszyst­kim co zoba­czył… No i w sumie kocha się jed­nak te cho­dzą­cą burzę gra­do­wą i cze­ka się na ten cień uśmie­chu, choć jeden pro­my­czek słoń­ca :D
            Jeśli idzie o ulu­bio­ne sce­ny, to podo­ba­ło mi się bar­dzo wie­le drob­ny­ch scen, więc strasz­nie cięż­ko mi było wybrać. Zacznę od „hono­ra­ble men­tion”: Har­dy i Ellie wpa­da­ją na sie­bie w dro­dze do domu póź­nym wie­czo­rem, każ­de idzie z innej stro­ny… Podo­ba mi się dwu­bie­gu­now­ść tej sce­ny. Naj­pierw jest ten dziw­ny strasz­ny nastrój, w koń­cu ona idzie sama, w mie­ście gra­su­je gwał­ci­ciel, a tu ktoś na nią wpa­da… a potem zaraz ele­ment ulgi i humo­ru. „Did you kiss her?” z miną jaką poka­zu­je Ellie jest war­te milion dola­rów! :D Tym razem jed­nak, choć David i Oli­via gra­li cud­nie, pal­mę pierw­szeń­stwa odda­je Tri­sh i jej pierw­szej sce­nie na komi­sa­ria­cie. Wstrzą­sa­ją­ce, prze­ra­ża­ją­ce, praw­dzi­we! Dru­ga zaś z „naj” scen… no nie­ch i tam będzie sztam­po­wo :) – ostat­nia sce­na na ławecz­ce, w imię wszyst­kie­go, cze­go nie zepsu­li twór­cy seria­lu, w imię kli­fu, któ­ry widzi­my jako pierw­szy, gdy zaczy­na­my naszą przy­go­dę z seria­lem i ostat­ni wła­śnie, w imię okrop­ny­ch min Hard’ego i ślicz­ny­ch uśmie­chów Ellie, w imię dwój­ki naj­lep­szy­ch przy­ja­ciół z dwó­ch koń­ców ławecz­ki, w imię mojej miło­ści do Bro­ad­chur­ch, któ­re­go esen­cją i cen­trum jest jed­nak ten widok…

          • Nie masz poję­cia ( a w sumie może i masz ;) ) jak to cud­nie spo­tkać kogoś komu powie­sz „a widzia­łaś, jak…”, „a sły­sza­łaś, że…” i ta oso­bo już to wie, a jeśli nie – bar­dzo chce się dowie­dzieć. I super jest się tak bez­kar­nie poza­chwy­cać i nie usły­szeć, ze chy­ba mi nie­co odbi­ło :)

            Och Mar­le­no, znów myśli­my dokład­nie tak samo! :D

            Sama popa­trz, myśli­my tak samo, zga­dza­my się nie­mal co do joty, a jed­nak mamy zupeł­nie inny odbiór dru­giej serii, bo, to co tu naj­waż­niej­sze, to nie­po­wta­rzal­na atmos­fe­ra, jakaś nie­uchwyt­na nuta, któ­ra albo rezo­nu­je nam w ser­cu, albo nie i tego w ogó­le i w szcze­gó­le nie da się ubrać w sło­wa :)

            Tak, dokład­nie na tym pole­ga nie­zwy­kło­ść nie tyl­ko Bro­ad­chur­ch, ale tak­że np. Dok­to­ra Who. Moż­na wymie­nić masę racjo­nal­ny­ch argu­men­tów, któ­re prze­ma­wia­ją za tymi seria­la­mi, ale koniec koń­ców liczą się tyl­ko emo­cje, jakie te seria­le wywo­łu­ją (w przy­pad­ku Dok­to­ra cięż­ko jest mi okre­ślić, cze­mu nie lubię serii zro­bio­ny­ch przez Mof­fa­ta, bo wła­śnie – teo­re­tycz­nie nie są one złe, ale prak­tycz­nie nie wywo­łu­ją u mnie taki­ch emo­cji jak serie RTD).

            No i wła­śnie wyobra­zi­łam sobie, jak Har­dy czy­ta komik­sy pod biur­kiem, po pro­stu mnie roz­ło­ży­łaś na łopat­ki… :D

            Cie­szę się, że popra­wi­łam ci tym humor! :D

            Bied­ny Har­dy, no napraw­dę nikt go nie chce przy­tu­lić ;)

            Mil­ler powin­na mu kupić koszul­kę z napi­sem „I need a hug!” :D

            jak Har­dy zawa­hał się pod drzwia­mi sypial­ni w dom­ku Cla­ire albo jak zade­kla­ro­wał moż­li­wo­ść poca­ło­wa­nia Mil­ler

            Tak, też uwiel­biam te sce­ny. Niby drob­nost­ki, ale cie­szą mnie nie­sa­mo­wi­cie!

            Szko­da, ze Oli­via nie dosta­ła szan­sy na samo­dziel­ne wybra­nie ulu­bio­nej sce­ny

            Mnie nato­mia­st roz­bro­iło, jak odpo­wie­dzia­ła na pyta­nie, czy gra­nie Mil­ler ją zmie­ni­ło, do jaki­ch prze­my­śleń ją dopro­wa­dzi­ło. Było to pięk­ne dla­te­go, bo każ­dy inny aktor zaczął­by tu filo­zo­fo­wać, jak bar­dzo rola wpły­nę­ła na jego życie, a Col­man pro­sto z mostu powie­dzia­ła, że żad­ny­ch prze­my­śleń nie mia­ła, bo ona jest tyl­ko aktor­ką, któ­ra odgry­wa daną rolę. Ale jed­no­cze­śnie wspa­nia­łe było to, że ewi­dent­nie zro­bi­ło się jej głu­pio, że nie ma filo­zo­ficz­ny­ch prze­my­śleń, na któ­re ewi­dent­nie liczy­ła oso­ba zada­ją­ca pyta­nie.

            Może to i jest banał, ale w dzi­siej­szym świe­cie dobrze jest poka­zać, że oso­by powy­żej powiedz­my czter­dziest­ki też mają życie, też mogą się bawić i popeł­niać głup­stwa, a nie­szczę­ście może się zda­rzyć każ­de­mu i nie mają na nie mono­po­lu dłu­go­no­gie blon­dyn­ki zaraz po matu­rze.

            Zno­wu się zga­dza­my!!! :D

            Podo­ba­ło mi się też, że Tri­sh nie była krysz­ta­ło­wą ofia­rą, […] ale kobie­tą z krwi i kości, taką któ­ra się cze­goś wsty­dzi

            Dla mnie naj­pięk­niej­szy i jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej wstrzą­sa­ją­cym momen­tem jej wystę­pu, była sce­na, w któ­rej zapy­ta­ła „jak ja o tym [gwał­cie] powiem mojej cór­ce”.

            Co mi się nato­mia­st nie podo­ba­ło, to jed­no­wy­mia­ro­wi męż­czyź­ni

            Ja na to nie zwró­ci­łam uwa­gi, choć teraz, kie­dy o tym pisze­sz – masz cał­ko­wi­tą rację.

            Mnie na pew­no roz­cza­ro­wał wątek face­ta, któ­ry wcze­śniej został posą­dzo­ny o gwałt. O ile cie­ka­wiej było­by, gdy­by roz­wią­za­no to tak, jak się na począ­tu zapo­wia­da­ło – czy­li gdy­by oka­za­ło się, że to był tak napraw­dę miły i dobry czło­wiek, któ­ry wpa­dł w kło­po­ty, bo jakaś dziew­czy­na nie zro­zu­mia­ła jego inten­cji (inny­mi sło­wy: gdy­by roz­wią­za­no to tro­chę, jak wątek skle­pi­ka­rza gra­ne­go przez Davi­da Bra­dleya w pierw­szym sezo­nie). I szcze­rze mówiąc byłam zła na twór­ców, że ta postać oka­za­ła się tak bar­dzo cre­epy, bo to było sztam­po­we.

            Inną rze­czą, któ­ra mnie roz­cza­ro­wa­ła były meto­dy wycho­waw­cze Mil­ler. Prze­cież ona ze swo­im synem nie prze­pro­wa­dzi­ła żad­nej nor­mal­nej roz­mo­wy – zawsze tyl­ko na nie­go krzy­cza­ła.

            A sko­ro już w męż­czy­zna­ch w trze­cim sezo­nie mowa: chy­lę czo­ła przed Chib­nal­lem za to, jak zro­bił mnie w konia odno­śnie tego, kto jest gwał­ci­cie­lem. Bo ja podej­rze­wa­łam tego chło­pa­ka po jed­nym z pierw­szy­ch odcin­ków. Ale potem, jak w następ­nym epi­zo­dzie zosta­ło powie­dzia­ne, że gwał­ty mia­ły miej­sce na prze­strze­ni ostat­ni­ch lat – wykre­śli­łam go z listy podej­rza­ny­ch i potem już nie bra­łam już pod uwa­gę. Dla­te­go na koń­cu byłam napraw­dę zasko­czo­na.

            sama nie wiem co myśleć o sce­nie roz­mo­wy z Joe… Spo­dzie­wa­łam się jakie­goś hura­ga­nu emo­cji, a tak napraw­dę byłam znie­sma­czo­na tym, jakim on jest okrop­nym tchó­rzem i jakoś tak źle mi z tym, ze on sobie gdzieś to życie ukła­da od nowa… Za to Mar­ka znów przez chwi­lę lubi­łam… Cóż, Chib­nall chy­ba lubi, jak boha­te­ro­wi pyta­ją „dla­cze­go”, tyl­ko, że my sami tak na serio nie zawsze chce­my dostać odpo­wie­dź…

            Mi się nato­mia­st spo­kój tego spo­tka­nia podo­bał. I to, że Joe uło­żył sobie na nowo życie tak­że. Z pro­ste­go powo­du: to pięk­nie poka­zy­wa­ło, że świat nie jest tak spra­wie­dli­wy, jak byśmy chcie­li. To zesta­wie­nie Joe, któ­ry spo­koj­nie egzy­stu­je, z Mar­kiem, któ­ry jest wra­kiem czło­wie­ka było dla mnie bar­dzo wstrzą­sa­ją­ce. I tak, też lubię, jak boha­te­ro­wie Bro­ad­chur­ch pyta­ją „dla­cze­go”. :)

            albo, jak w przy­pad­ku pani repor­ter, tro­chę spłasz­czo­no ich wąt­ki

            Mi strasz­nie było szko­da tak­że wąt­ku księ­dza, bo w nim był gigan­tycz­ny poten­cjał. Nie do koń­ca rozu­miem też, cze­mu w seria­lu poja­wił się tata Mil­ler, bo to była taka postać, któ­rej wła­ści­wie mogło­by nie być.

            Tak w kate­go­rii żar­tu, gdy usły­sza­łam, że na impre­zie uro­dzi­no­wej u Cath było oko­ło osiem­dzie­się­ciu samy­ch męż­czy­zn, to moja pierw­sza myśl była, a skąd ich wzię­ła aż tylu? :)

            Hihi, rze­czy­wi­ście słusz­na uwa­ga! Tak samo w sce­nie, w któ­rej była akcja ze „świa­teł­ka­mi wspar­cia dla Tri­sh” (nie wiem, jak to ina­czej nazwać, ale pew­nie domy­śli­sz się, o co mi cho­dzi ;) – jak to moż­li­we, że w Bro­ad­chur­ch nagle zna­la­zło się tyle kobiet?!

            Z resz­tą, co do ska­li, dla mnie bar­dzo zaska­ku­ją­cy był wir­tu­al­ny spa­cer (za pośred­nic­twem Google Stre­et) po West Bay, czy­li mia­stecz­ku, w któ­rym głów­nie krę­ci­li Bro­ad­chur­ch. Jej­ku, jaka to jest mała mie­ścin­ka! Przy oka­zji, jeśli się przyj­rzeć, moż­na w jed­nym miej­scu w odda­li zoba­czyć chat­kę, w któ­rej Har­dy miesz­kał w dru­giej serii. :)

            naresz­cie są part­ne­ra­mi!

            Tak, dla mnie też naj­wspa­nial­szą rze­czą w trze­cim sezo­nie było to, jak pięk­nie Har­dy i Mil­ler się uzu­peł­nia­li.

            Ty wie­sz jak ja się bałam, ze […] zro­bią z nie­go rado­sne­go skow­ron­ka, któ­ry […] parzy ludziom her­ba­tę

            Ej, ale on prze­cież parzył ludziom her­ba­tę!!! :D

            Swo­ją dro­gą bar­dzo podo­ba mi się, jak na począt­ku dru­gie­go odcin­ka Har­dy przy­no­si her­ba­tę Mil­ler. Drob­ne, ale jak­że pięk­ne nawią­za­nie do pierw­szej serii i poka­za­nie, jak bar­dzo zmie­ni­ła się ich rela­cja.

            to sobie solid­nie zapra­co­wu­je na przy­do­mek, jaki mu wybrał SOCO Brian :)

            Swo­ją dro­gą, uwiel­biam sce­nę z „Dir­ty Bria­nem” w tym sezo­nie! I póź­niej­sze pyta­nie Hardy’ego o to, jak dłu­go Brian i spół­ka nazy­wa­ją go „shit­fa­ce”. :D

            Har­dy i Ellie wpa­da­ją na sie­bie w dro­dze do domu póź­nym wie­czo­rem, każ­de idzie z innej stro­ny

            Tak, też uwiel­biam tą sce­nę!

            A swo­ją dro­gą, musi­my w tym miej­scu poroz­ma­wiać o rand­ce Hardy’ego. Bo mnie szcze­rze mówiąc ta sce­na pra­wie w ogó­le nie urze­kła. Za to podo­ba mi się to, co ją poprze­dzi­ło – że Har­dy przez cały dzień był dziw­nie miły dla Mil­ler. Znacz­nie bar­dziej lubię nato­mia­st sce­nę usu­nię­tą, bo ona ślicz­nie poka­zu­je, jak bar­dzo „akward” był Har­dy (tak na mar­gi­ne­sie ja się zawsze gło­wię, jak uda­ło mu się zdo­być żonę). Nato­mia­st na samej rand­ce jedy­ną faj­ną rze­czą jest dla mnie to, jak Ten­nant robił maśla­ne oczy (hmm, może była żona Hardy’ego zako­cha­ła się w nim wła­śnie z powo­du tych maśla­ny­ch oczu…). Bo on dokład­nie taką samą minę zro­bił w pierw­szym sezo­nie, kie­dy pod­ry­wał wła­ści­ciel­kę hote­lu – więc sza­cun dla Ten­nan­ta, że uczy­nił postać Hardy’ego spój­ną tak­że pod wzglę­dem tych spoj­rzeń.

            Nato­mia­st moimi naj­ulu­bień­szy­mi sce­na­mi, poza wspo­mnia­ny­mi przez cie­bie dwo­ma napa­da­mi zło­ści Hardy’ego, są wszyst­kie jego roz­mo­wy z cór­ką – zwłasz­cza ta, w któ­rej Daisy mówi mu o tej spra­wie ze zdję­cia­mi i kie­dy prze­cha­dza­ją się po pla­ży, i ona stwier­dza, że chce wró­cić do mamy. Inną sce­ną jest poga­dan­ka z Mil­ler, kie­dy ta je jaj­ko po szkoc­ku.

            Zarów­no ta roz­mo­wa z cór­ką na pla­ży, jak i z Mil­ler, są pięk­ne nie tyl­ko z powo­du tego, że zosta­ły świet­nie napi­sa­ne i zagra­ne, i że nio­są ze sobą duży ładu­nek emo­cjo­nal­ny. Dla mnie naj­wspa­nial­sze jest w nich to, że jest w nich jakiś taki spo­koj­ny rytm, któ­ry mnie wrę­cz hip­no­ty­zu­je. Przy­znam się, że obej­rza­łam te sce­ny nie­zli­czo­ną ilo­ść razy i cią­gle nie mogę się na nie napa­trzeć.

            I jesz­cze co do sce­ny z jaj­kiem po szkoc­ku. Strasz­nie bawi mnie, jak pięk­nie poka­zu­je ona „magię kina”. Bo murek wyglą­da tak, jak­by był niski, tym­cza­sem w rze­czy­wi­sto­ści miał on jakieś pół­to­ra metra wyso­ko­ści (czy widzia­łaś zdję­cia z pla­nu z tej sce­ny?).

            A w związ­ku z tym mam dla cie­bie kolej­ną wyima­gi­no­wa­ną sce­nę. Otóż wyobra­żam sobie, co by było, gdy­by Har­dy i Mil­ler napraw­dę musie­li wdra­pać sie na tak wyso­ki murek. Wyobra­żam sobie jak Har­dy pod­sa­dza Mil­ler, przy oka­zji maru­dząc „Napraw­dę musi­sz jeść swo­je głu­pie dru­gie śnia­da­nie aku­rat tutaj?” na co Mil­ler odpo­wia­da mu „Nie chcia­łeś jeść w restau­ra­cji, to teraz nie maru­dź i pod­sa­dź mnie jesz­cze tro­chę!”. A potem, kie­dy już Mil­ler wdra­pa­ła się na szczyt mur­ku, poda­je rękę Hardy’emu i kie­dy wcią­ga go na górę mówi „Jak dobrze, że jesteś taki chu­dy!”

            I jest jesz­cze jed­na rze­cz, jaką sobie wyobra­żam, kie­dy w tej sce­nie Har­dy stwier­dza, że nie kon­tak­to­wał się z Mil­ler, kie­dy nie było go w Bro­ad­chur­ch, bo zgu­bił tele­fon. Tutaj mam w gło­wie taką retro­spek­cję: Har­dy (któ­ry jak wie­my, skry­cie jest strasz­nym geekiem ;) stoi przed witry­ną skle­pu Apple i roz­ma­rzo­nym wzro­kiem patrzy na nowe iPho­ny. Potem wzdy­cha cięż­ko, wycią­ga z kie­sze­ni swo­je­go Blackberry’ego, spo­glą­da na nie­go smut­no i – ponie­waż jest prag­ma­tycz­nym Szko­tem – stwier­dza, że nowy tele­fon kupi sobie dopie­ro wte­dy, kie­dy popsu­je mu się ten sta­ry. W tej samej chwi­li przy­cho­dzi do nie­go SMS od Mil­ler, wia­do­mo­ść w sty­lu „Jak się masz, Har­dy?” upstrzo­na masą emo­tek. Na widok wia­do­mo­ści Har­dy stwier­dza „Chrza­nić to!”, wyrzu­ca tele­fon za sie­bie, wbie­ga do skle­pu Appla i z uśmie­chem na usta­ch stwier­dza „Szyb­ko! Zgu­bi­łem tele­fon i muszę sobie kupić nowy!” :D

            A wra­ca­jąc do scen, któ­re napraw­dę poja­wi­ły się w Bro­ad­chur­ch, uwiel­biam masę drob­ny­ch momen­tów:

            To, że w pierw­szym odcin­ku Mil­ler mówi Tri­sh, że lubi, jak Har­dy przy­rzą­dza her­ba­tę, i że podej­rze­wa, iż detek­tyw kie­dyś palił. I to, że w ostat­nim odcin­ku Har­dy stwier­dza, że kie­dyś palił.

            To, że w pierw­szym odcin­ku Mil­ler daje Tri­sh swój numer tele­fo­nu, mówiąc przy tym „nie wspo­mi­naj o tym moje­mu sze­fo­wi” – i spo­sób, w jaki reagu­je Har­dy, kie­dy Tri­sh dzwo­ni do Mil­ler.

            Uwiel­biam, jak przed sce­ną z jaj­kiem po szkoc­ku, kel­ner w restau­ra­cji pyta, czy Mil­ler i Har­dy chcie­li­by coś zamó­wić i Mil­ler robi taką śmiesz­ną minę, a Har­dy ponu­ro odpo­wia­da „nie”. Albo jak prze­słu­chu­ją dziew­czy­nę w bud­ce z loda­mi, i Har­dy stwier­dza, że nie przy­szli tu kupo­wać lodów, a Mil­ler kwin­tu­je to sło­wa­mi „mów za sie­bie”.

            Kocham wszyst­kie sce­ny, w któ­ry­ch Har­dy żali się Mil­ler, że chy­ba nie jest dobrym ojcem. I to, jak Mil­ler radzi mu, by podarł bilet Daisy. I to, jaki Har­dy jest zado­wo­lo­ny, po tym, jak ten bilet podarł (BTW, popeł­ni­łam kie­dyś taki obra­zek na ten temat: https://​sil​ly​dyr​dy​ma​ly​.tum​blr​.com/​p​o​s​t​/​1​5​9​4​6​6​7​3​0​6​7​4​/​i​-​t​h​i​n​k​-​t​h​i​s​-​i​s​-​w​h​a​t​-​m​i​l​l​e​r​-​t​h​o​u​g​h​t​-​i​n​-​l​ast )

            Oczy­wi­ście uwiel­biam też zakoń­cze­nie – bo to był naj­lep­szy finał, na jaki zasłu­gi­wa­ła cała histo­ria.

            I tu, na koniec moje­go dłu­gie­go wywo­du, mam dla cie­bie jesz­cze jed­ną wyima­gi­no­wa­ną sce­nę. Po tym, jak Har­dy i Mil­ler mówią sobie „do zoba­cze­nia jutro”, każ­de z nich wra­ca do swo­je­go domu, tak? Z tym, że Mil­ler – pra­wi­dło­wo – idzie molo w stro­nę lądu, a Har­dy – no wła­śnie – w stro­nę morza. Dla­te­go wyobra­żam sobie, że na koń­cu mola zacu­mo­wa­na jest moto­rów­ka, do któ­rej wsia­da (a nawet: wska­ku­je!) Har­dy (któ­ry w koń­cu prze­stał się bać „być na wodzie”), a potem odpły­wa do domu, czy­li tro­chę w stro­nę zacho­dzą­ce­go słoń­ca, po dro­dze epic­ko powie­wa­jąc pro­chow­cem na wie­trze. :D

          • Mar­le­na Bier

            Jesteś abso­lut­nie nie­sa­mo­wi­ta, jak Ty to robi­sz, ze tak szyb­ko odpi­su­je­sz? Dzię­ku­je Ci bar­dzo, że chce Ci się to robić tak wyczer­pu­ją­co :D

            „Tak, dokład­nie na tym pole­ga nie­zwy­kło­ść nie tyl­ko Bro­ad­chur­ch, ale tak­że np. Dok­to­ra Who. „
            Praw­da, praw­da. A pró­bo­wa­łaś kie­dyś zupeł­ne­mu laiko­wi w tej kwe­stii wyja­śnić feno­men tych seria­li albo to, dla­cze­go tak Cię poru­sza­ją? Ja pró­bo­wa­łam, ale zawsze docho­dzi­łam do punk­tu, w któ­rym musia­łam ode­słać do samo­dziel­ne­go prze­ży­cia tych emo­cji, bo albo wszyst­ko co mówi­łam oka­zy­wa­ło się śmiesz­nie banal­ne i nie do koń­ca praw­dzi­we, jak w przy­pad­ku posta­ci Dok­to­ra, albo nie dało się nic sen­sow­ne­go powie­dzieć bez spo­le­ro­wa­nia :) WNo, i tak w kate­go­rii żar­tu, do „Bro­ad­chur­ch” prze­ko­na­łam kil­ka osób (zro­bi­łam nawet wie­czo­rek fil­mo­wy we wła­snym domu :) ), ale zawsze się zaczy­na­ło w takim sty­lu: „a co to (tj. tytuł – przy­pis wła­sny ;D) wła­ści­wie zna­czy po pol­sku?” „To jest nazwa miej­sco­wo­ści”, „Acha, czy­li, co to będą jakieś pier­do­ły o ludzia­ch z małe­go mia­stecz­ka?” „I tak, i nie, musi­sz zoba­czyć sam” :D Z Dok­to­rem to mam tro­chę więk­szy pro­blem, bo nigdy nie wiem od cze­go zacząć :D

            „Cie­szę się, że popra­wi­łam ci tym humor! :D”
            I to jak :D Uwiel­biam też te Two­je pomy­sły na nowe sce­ny z „Bro­ad­chur­ch” :D I są takie tra­fio­ne w cha­rak­te­ry posta­ci, widać, że też się z nimi tak moc­no zży­łaś. Nie zwró­ci­łam wcze­śniej uwa­gi na ten murek (dzię­ki :D), ale śmia­łam się do roz­pu­ku z Two­je­go opi­su. To by tak do nich paso­wa­ło, tym bar­dziej, że Ellie rze­czy­wi­ście Hardy’emu cią­gle robi uwa­gi o chu­do­ści i racjo­nal­nym odży­wia­niu :D No, a ostat­nia sce­na w Two­im wyko­na­niu… epic­ka! :D

            „Mil­ler powin­na mu kupić koszul­kę z napi­sem „I need a hug!” :D”
            Wte­dy może naresz­cie wte­dy ktoś by się nada­rzył, cho­ciaż wie­sz, Daisy w koń­cu ule­gła i dała mu tego przy­tu­la­sa :)

            „Mnie nato­mia­st roz­bro­iło, jak odpo­wie­dzia­ła na pyta­nie, czy gra­nie Mil­ler ją zmie­ni­ło, do jaki­ch prze­my­śleń ją dopro­wa­dzi­ło.”
            Mnie też się podo­ba­ła jej szcze­ro­ść, za któ­rą zresz­tą bar­dzo lubię Oli­vię Col­man. Sły­sza­łam kil­ka jej wywia­dów i ona wła­śnie wca­le się nie sta­ra „cza­ro­wać” niko­go, tyl­ko mówi tak pro­sto, od ser­ca. A co do zawsty­dze­nia, urze­kło mnie tutaj, że ona wła­ści­wie cały czas jest nie­co spe­szo­na tym, ze jej rola zosta­ła tak dobrze przy­ję­ta, choć widać, że bar­dzo się z tego cie­szy :)

            „Dla mnie naj­pięk­niej­szy i jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej wstrzą­sa­ją­cym momen­tem jej wystę­pu, była sce­na, w któ­rej zapy­ta­ła „jak ja o tym [gwał­cie] powiem mojej cór­ce”

            Dla mnie z kolei jest to sce­na rekon­struk­cji w miej­scu gdzie to wszyst­ko się sta­ło, bar­dzo ją podzi­wia­łam i bar­dzo jej współ­czu­łam, a Hard’ego to bym kop­nę­ła w kost­kę, gdy­bym była Ellie, w pew­nym momen­cie. W ogó­le mam taką teo­rię, że on tak gru­bo­skór­nie trak­tu­je cza­sem Tri­sh, bo sam nie wie co zro­bić ze sobą w takiej sytu­acji. Kil­ka razy przy­zna­je, że ten typ prze­stęp­stwa nie ma dla nie­go w ogó­le sen­su. Doda­je też, że w taki­ch chwi­la­ch wsty­dzi się bycia męż­czy­zną i, że bar­dzo boi się, że prze­stęp­ca znów ude­rzy. Wie­my, że on ma pro­ble­my z wyra­ża­niem empa­tii i chy­ba wyda­je mu się, że naj­le­piej wyra­zi swo­je uczu­cia, jeśli zła­pie gwał­ci­cie­la, a więc dąży do tego za wszel­ką cenę…
            No i mnie jesz­cze tak moc­no ude­rzy­ły sło­wa Tri­sh „I wish he just kil­led me”… To, jak poka­za­no wszyst­ko przez co prze­szła Tri­sh jest tak dobrze i suge­styw­nie napi­sa­ne, ze aż trud­no mi uwie­rzyć, że to pisał męż­czy­zna ( oczy­wi­ście nie ma w tej uwa­dze żad­ny­ch pod­tek­stów sek­si­stow­ski­ch :) )

            „Inną rze­czą, któ­ra mnie roz­cza­ro­wa­ła były meto­dy wycho­waw­cze Mil­ler.”
            Też o tym pomy­śla­łam. Prze­cież ona daje takie dobre rady Hardy’emu. No i mia­ła napraw­dę pięk­ną rela­cję z synem w pierw­szej serii i chy­ba ją nie­źle poukła­da­ła dru­giej, a tu… Hmmm, może to znów ten­den­cja do poka­zy­wa­nia ‘nie­ustra­szo­nej Mil­ler, któ­rej już żaden facet nie pod­sko­czy”, albo, bo ja wiem… pró­ba zastą­pie­nia Tomo­wi męż­czy­zny, któ­ry trzy­mał­by o sil­ną ręka? W każ­dym razie strasz­nie szko­da, bo Ellie zda­je się mieć znacz­nie wię­cej empa­tii dla obcy­ch osób, niż dla wła­sne­go syna, a jemu potrze­ba chy­ba wię­cej uwa­gi i na pew­no przy­da­ła­by się praw­dzi­wa roz­mo­wa, a nie „gad­ka umo­ral­nia­ją­ca”. Wie­sz co mi przy­szło do gło­wy? Har­dy popro­sił Ellie, żeby przy­szła do nie­go i radzi­ła mu w spra­wie cór­ki. Cie­ka­we jak­by zare­ago­wał, gdy­by Ellie popro­si­ła jego, żeby synal­ka wziął na bok i go tam pouświa­da­miał. To mogło­by być zabaw­ne, gdy­by Har­dy, mistrz rela­cji dam­sko-męski­ch (He He :D), wziął go na te pysz­ne lody z wafel­kiem i spró­bo­wał mu tłu­ma­czyć coś o sza­cun­ku do kobiet i inny­ch tego typu spra­wa­ch… (oby nie tak, jak kole­gom Daisy :D). A co do ojca Mil­ler, mam takie wra­że­nie, że, jak to bywa w bry­tyj­skiej tele­wi­zji, nie moż­na prze­kra­czać pew­nej gra­ni­cy. Ellie, ma być tą któ­ra godzi wspa­nia­le pra­cę z rolą samot­nej mat­ki, a ma prze­cież małe dziec­ko. Sio­stra i Ollie znik­nę­li gdzieś za hory­zon­tem , więc ktoś musiał się zająć tym maleń­stwem i stąd, moim skrom­nym zda­niem, cały wątek ojca Ellie… 

            „(..) chy­lę czo­ła przed Chib­nal­lem za to, jak zro­bił mnie w konia odno­śnie tego, kto jest gwał­ci­cie­lem.” No, żebyś wie­dzia­ła!!! Ja na począt­ku strasz­nie chcia­łam, żeby to był ten wła­śnie chłop­ka (jeśli mogę tak napi­sać, choć to tro­chę nie­for­tun­ne okre­śle­nie, ale chy­ba wie­sz o co mi cho­dzi), ale potem wzię­łam sobie do ser­ca sło­wa Harde’go, że nie każ­dy kto jest dup­kiem od razu musi być gwał­ci­cie­lem. Tak­że cha­pe­au bas panie Chib­nall :) Jed­nak sce­na, w któ­rej o tym opo­wia­da, i te jego uza­sad­nie­nia… tego by się nie powsty­dzi­ła żad­na pro­duk­cja o psy­cho­pa­tycz­nym zabój­cy. Była do głę­bi wstrzą­śnię­ta!

            „To zesta­wie­nie Joe, któ­ry spo­koj­nie egzy­stu­je, z Mar­kiem, któ­ry jest wra­kiem czło­wie­ka było dla mnie bar­dzo wstrzą­sa­ją­ce.”
            Coś w tym jest, co o nich napi­sa­łaś. Jed­nak, ja chy­ba bar­dzo chcia­łam zoba­czyć tro­chę tej spra­wie­dli­wo­ści… Cho­ciaż wie­sz, mam takie wra­że­nie, ze w tej serii było kil­ka taki­ch roz­mów, któ­re dały nam wie­le bar­dzo satys­fak­cjo­nu­ją­cy­ch odpo­wie­dzi, poza­my­ka­ły pew­ne wąt­ki, za co jako fan­ka jestem Chib­nal­lo­wi bar­dzo wdzięcz­na. Tak wła­śnie ode­bra­łam sce­nę roz­mo­wy „przy szkoc­kim jaj­ku”, gdy wie­my już co tam w duszy Hard’ego gra, a tak­że sce­nę w domu Lati­me­rów, gdy odkry­wa­my, że śmierć Danny’ego była iskrą zapa­la­ją­cą od daw­na ist­nie­ją­cy lont, czy sce­nę w koście­le, gdzie widzi­my jakie miej­sce w tej nie­wiel­kiej spo­łecz­no­ści zaj­mu­ją osta­tecz­nie nasi boha­te­ro­wie (i uwiel­biam moment takie­go „pogo­dze­nia się księ­dza i Harrd’ego). Cza­sem faj­nie jest „nie wie­dzieć” i wymy­ślać sobie nowe histo­rię, ale tak napraw­dę ja jed­nak wolę nie tyle wie­dzieć, co rozu­mieć i to od Bro­ad­chur­ch na pew­no dosta­łam :D
            Co do wir­tu­al­ne­go spa­ce­ru po West Bay, to wła­śnie mnie natchnę­łaś do jego wyko­na­nia ;D

            „Ej, ale on prze­cież parzył ludziom her­ba­tę!!! :D”
            Dobra, coś tam komuś parzy i nawet kawy kupił dwie. Tak sobie myślę, że w sumie to on oka­zu­je się być naj­więk­szym suk­ce­sem wycho­waw­czym Ellie :D

            „Swo­ją dro­gą, uwiel­biam sce­nę z „Dir­ty Bria­nem” w tym sezo­nie!”
            Ja też :D no i jed­nak go obcho­dzi co ludzie o nim myślą :)

            „A swo­ją dro­gą, musi­my w tym miej­scu poroz­ma­wiać o rand­ce Hardy’ego.”
            No wła­śnie, co za dziw­na sce­na… Lubię ją i jej nie zno­szę jed­no­cze­śnie. Myślę, że prze­ży­łam tu naj­więk­sze „secon­dhand emba­ras­sment” od daw­na. Faj­nie było dowie­dzieć się, że na rand­kę wysła­ła Hard’ego cór­ka, a on ją tak kocha, że jej nie odmó­wił, ale ilo­ść nie­sto­sow­ny­ch uwag z oby­dwu stron była po pro­stu zbyt duża jak na tę powierzch­nię, jak dla mnie. Mnie się też wycię­ta sce­na chy­ba podo­ba­ła bar­dziej, cho­ciaż jak Har­dy wygło­sił uwa­gę na temat sie­bie same­go w roli prze­stęp­cy, to aż puk­nę­łam się w czo­ło :) Uwa­ga, o zdo­by­wa­niu żony – bar­dzo tra­fio­na, może to rze­czy­wi­ście te maśla­ne oczy…, :D O, i nie zwró­ci­łam na to jak podob­na miał minę wte­dy w hote­lu (aż sobie wró­ci­łam do tej sce­ny) i rze­czy­wi­ście, bra­wo David! A tak przy oka­zji, nie sądzę, żeby on sobie ten fakt prze­my­ślał, więc cie­ka­we jak duży jest tu wkład wła­sny Ten­nan­ta, tj. jego wła­sne wyobra­że­nia na temat tego, jak się pod­ry­wa kobie­ty i prze­my­śleń jak taki moment zamie­nić w „akward moment” :)
            Bar­dzo mi się podo­ba to, co napi­sa­łaś o ulu­bio­ny­ch sce­na­ch. Jej­ku jej, ileż myśmy tu dosta­li drob­ny­ch smacz­ków, cudow­ny­ch chwil z Ellie i Har­dym :) Wspa­nia­le to wszyst­ko wyła­pa­łaś. (iIbar­dzo podo­bał mi się Twój Dyr­dy­mał na temat „I’m too nice to people” :D) A ja zwró­ci­łam też uwa­gę na taki dro­bia­zg z pierw­sze­go odcin­ka, w któ­rym naj­pierw Ellie ziry­to­wa­na mówi „Eve­ry time!”, gdy Har­dy zbyt dłu­go „parzy her­ba­tę”, a za chwi­lę sły­szy­my iden­tycz­ne „Eve­ry time!” z jego wła­sny­ch ust, gdy wyda­ło się, że Mil­ler dała Tri­sh pry­wat­ny numer tele­fo­nu. Zda­je się, ze oni już nawet myślą tak samo. I przy oka­zji dowia­du­je­my się, że Har­dy dalej pil­nu­je pro­ce­dur, a Ellie, mimo całej trau­my pro­ce­so­wej, wciąż sta­wia na zwy­kle ludz­kie gesty, nie bacząc na ewen­tu­al­ne kło­po­ty.
            Podo­ba mi się też jak Ellie tłu­ma­czy Hard’ego, ze jest zmę­czo­ny i zmar­twio­ny, dla­te­go tak ostro reagu­je na dro­bia­zgi (pod­świa­do­mie cze­ka­łam aż powie, że zaraz go nakar­mi i poło­ży go spać, i będzie lepiej :D).
            No i rela­cja Hard’ego z jego cór­ką jest cud­na po pro­stu. On tak pięk­nie z nia roz­ma­wia, tak szcze­rze i od ser­ca, i słusz­nie zauwa­ży­ła Ellie, że nie ma rze­czy, któ­rej by dla niej nie zro­bił. Tak mi się podo­ba, że jak się dowie­dział o tym, co ją spo­tka­ło to nie nakrzy­czał na nią (odwrot­nie niż Ellie na Toma), tyl­ko jej auten­tycz­nie współ­czuł bar­dzo chciał pomóc i tak strasz­nie się cie­szę, że Chib­nall pozwo­lił, żeby im się jed­nak tro­chę uło­ży­ło, żeby jed­nak ktoś przy­tu­lił Hard’ego, żeby ktoś mu powie­dział jak bar­dzo jest z nie­go dum­ny. Wyda­je mi się, że to chy­ba jest taka naj­czyst­sza rela­cja w życiu tego dziw­nie skom­pli­ko­wa­ne­go męż­czy­zny :) Ogrom­nie inte­re­su­ją­ce jest dla mnie też zno­wu odwró­ce­nie ról. Uczu­cio­wa i pro­sto­li­nij­na Ellie nie bar­dzo umie zbu­do­wac rela­cję z synem, a taki zamknię­ty w sobie zrzę­dli­wy Har­dy, budu­je cud­ny zwią­zek z cór­ką :)