Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Szaleństwo Serialowe:

Zwyczajne zbrodnie przerażają najbardziej

Broadchurch sezony 1-3 [bezspoilerowo]

Co defini­u­je arcy­dzieło? To, że jest per­fek­cyjne pod każdym wzglę­dem? A może to, że jest rozpoz­nawane i doce­ni­ane przez więk­szość ludzi na świecie? Czy może fakt, że prze­maw­ia do ciebie bardziej, niż inne rzeczy; że zaprzą­ta twój umysł, ściska serce, a nawet – trafia do two­jej duszy?

Broad­church nie jest seri­alem per­fek­cyjnym, nie jest też pro­dukcją rozpoz­nawaną na sze­roką skalę, ale dawno nie widzi­ałam seri­alu, który tak bard­zo by mnie poruszył i którego oglą­danie było czymś więcej, niż tylko coty­god­niowym śledze­niem fabuły.

Kiedy na planie Broad­church padł pier­wszy klaps, praw­dopodob­nie nikt nie przewidy­wał, że ser­i­al stanie się hitem – pro­dukcją, która będzie zgar­ni­ać niemal każdą nagrodę do jakiej zostanie nomi­nowana i którą będą oglą­dać mil­iony ludzi na całym świecie (choć nie zys­ka aż takiej pop­u­larnoś­ci jak więk­szość amerykańs­kich seri­ali).

Kiedy zasi­adłam do oglą­da­nia pier­wszego odcin­ka Broad­church, nie przy­puszcza­łam, że oto patrzę na początek seri­alu, który wywrze na mnie tak duże wraże­nie. I o którym będę myśleć na dłu­go po obe­jrze­niu każdego odcin­ka.

A prze­cież na papierze Broad­church nie wyda­je się ani trochę intere­su­jące. Poszuki­wanie morder­cy jede­nas­to­let­niego chłop­ca – ileż to razy czy­tałam o podob­nych his­to­ri­ach w powieś­ci­ach krymi­nal­nych lub oglą­dałam je w seri­alach sen­sacyjnych.

Ale Broad­church było inne, bardziej prawdzi­we. Bohaterowie byli tak zwycza­jni, że aż nud­ni, ale właśnie dzię­ki temu rozu­mi­ałam ich dra­mat. Kiedy oni płakali – ja płakałam razem z nimi. A kiedy widzi­ałam, jak się śmieją – robiło mi się lżej na ser­cu. I choć niek­tórych lubiłam bardziej, a innych mniej – prze­j­mowałam się losem wszys­t­kich, jak­by byli moją rodz­iną.

Polic­jan­ci z Broad­church także byli zupełnie inni niż stróże prawa, do których przyzwycza­iła mnie pop­kul­tura. Nie mówili one-lin­era­mi, nie byli bystrza­ka­mi mądrze­jszy­mi od Sher­loc­ka Holme­sa i nie rysowali mind-mapy na białej tabl­i­cy. I choć oni również – podob­nie, jak mieszkań­cy Broad­church – zdawali się być nud­ni, uwiel­bi­ałam ich i kibi­cow­ałam im moc­niej, niż wielu innym posta­ciom z filmów lub seri­ali. W Broad­church nie było też samo­chodowych poś­cigów, nie padł ani jeden strzał i nie nastąpił żaden wybuch, a pomi­mo to fabuła była bardziej emocjonu­ją­ca, niż w niejed­nym filmie akcji. Co ważne, jak na dobry krymi­nał przys­tało – niemal do samego koń­ca nie wiedzi­ałam, kto był morder­cą. Co ważniejsze, kiedy już poz­nałam jego tożsamość – nie czułam satys­fakcji, bo odkrycie było wstrząsające i łamiące serce – tak samo mieszkań­com mias­ta, jak i mnie.

Wisienką na tor­cie była nato­mi­ast strona audio-wiz­ual­na seri­alu. Piękne i zarazem niepoko­jące uję­cia, połąc­zone z hip­no­tyzu­jącą muzyką. Albo jej brakiem – bo cisza w ścieżce dźwiękowej także potrafi mieć niesamowite brzmie­nie.

Pier­wszy sezon Broad­church się skończył, his­to­ria dobiegła koń­ca. Ale pomi­mo tego, pod koniec napisów koń­cowych pojaw­iło się jed­no krótkie zdanie: Broad­church powró­ci.

Nadzie­ja zmiesza­ła się z niepoko­jem. Z jed­nej strony pokochałam kli­mat seri­alu i jego bohaterów więc chci­ałabym zobaczyć następ­ne odcin­ki, z drugiej wszys­tkie wat­ki zostały zamknięte i bałam się, że kon­tynu­ac­ja całej his­torii będzie jedynie skok­iem na kasę.

Na szczęś­cie okaza­ło się, że twór­ca seri­alu, Chris Chib­naill, naprawdę miał pomysł na to, jak kon­tyn­uować całą his­torię. I pokazał mi to, co więk­szość filmów i seri­ali woli przemil­czeć, czyli co dzi­ało się po tym, jak zabój­ca został uję­ty.

Zobaczyłam, jak radzi sobie nie tylko rodz­i­na ofi­ary, ale także blis­cy morder­cy, których życie prze­cież także legło w gruzach. Obser­wowałam pro­ces sądowy i to, jak łat­wo moż­na zma­nip­u­lować fak­ta­mi, przed­staw­ić je w innym świ­etle. I jak dobre, ludzkie uczyn­ki mogą zostać zin­ter­pre­towane w zły sposób.

Do tego wszys­tkiego zami­ast nowej zagad­ki krymi­nal­nej, seri­alowi polic­jan­ci starali się rozwiązać sprawę sprzed lat. I ta, choć dużo mniej emocjonu­ją­ca od tej z pier­wszego sezonu, także trzy­mała w napię­ciu.

Nieste­ty dru­gi sezon Broad­church choć niezły, nie był tak udany, jak pier­wszy. Dlat­ego też, kiedy po finałowym odcinku znów pojaw­iła się infor­ma­c­ja, że ser­i­al będzie kon­tyn­uowany – miałam znacznie więcej obaw, niż po pier­wszym sezonie i byłam niemal zupełnie pozbaw­iona nadziei, że trze­cia seria okaże się dobra.

I tym razem Chris Chib­naill także mnie zaskoczył. Zszokował od pier­wszej sce­ny i spraw­ił, że po obe­jrze­niu każdego odcin­ka trze­ciej serii przez cały tydzień nie mogłam przes­tać myśleć o Broad­church. Nowy i zarazem ostat­ni sezon seri­alu okazał się być zupełnie inny i jed­nocześnie najlep­szy ze wszys­t­kich. Tym razem tem­atem nie było morder­st­wo, ale gwałt. Morder­st­wo bowiem, bez wzglę­du na to, jak real­isty­cznie zostało­by przed­staw­ione – wciąż wyda­je mi się być czymś abstrak­cyjnym, co na pewno nigdy nie będzie mnie doty­czyć. Prze­moc sek­su­al­na jest zbrod­nią dużo bardziej prawdzi­wą – czymś co mogło­by spotkać mnie lub kogoś z moich blis­kich. I czymś, co w dzisiejszych, dzi­wnych cza­sach, budzi jeszcze więk­szy niepokój.

Tem­at był bard­zo trud­ny, ale Chib­nail­lowi udało się go przed­staw­ić w mis­tr­zows­ki sposób – z wyczu­ciem i sza­cunkiem, pokazu­jąc przy tym różne aspek­ty prze­mo­cy sek­su­al­nej, ale przede wszys­tkim – podob­nie, jak w pier­wszych dwóch sezonach – zwraca­jąc uwagę na to, że świat nie jest czarno-biały, i że częs­to ci, którzy dokonu­ją zbrod­ni, sami także są ofi­ara­mi.

A ter­az ser­i­al dotarł do ostate­cznego, finałowego odcin­ka, po którym nie zobaczyłam już plan­szy Broad­church powró­ci. Jak na dobre zakończe­nie przys­tało, pro­dukc­ja pozostaw­iła mnie ze ściśnię­tym żołąd­kiem, zła­manym sercem i męt­likiem w głowie. Dawno nie oglą­dałam seri­alu, którego ostat­ni odcinek wywołał­by u mnie takie emoc­je.

Per­fect śpiewał: Trze­ba wiedzieć kiedy ze sce­ny zejść niepoko­nanym. Broad­church udało się coś takiego osiągnąć. I choć mnie to cieszy, to jed­nocześnie już ter­az czu­ję, że będzie mi tego seri­alu brakowało. Zwłaszcza po tym ostat­nim, genial­nym sezonie.

źródło zdję­cia ilus­tru­jącego wpis: David Ten­nant News

  • Pingback: Perfekcyjnie niedobrani detektywi* | Dyrdymały Filmowo‑Serialowe()

  • Mar­lena Bier

    Spaceru­jąc po Twoim blogu znalazłam ten intere­su­ją­cy wpis i pomyślałam, ze koniecznie muszę się z Tobą podzielić jed­nym z moich ostat­nich odkryć w związku z tym seri­alem. W sum­ie mogłabym napisać tutaj dłu­gi hymn pochwal­ny (choć znalazło by się też pewnie miejsce dla jak­iś tam poprawek), zwłaszcza na tem­at cud­ownej relacji pomiędzy Ellie i Hardym, którą moż­na było tak łat­wo zep­suć w ostat­niej serii, ale na szczęś­cie… Tak naprawdę piszę jed­nak dlat­ego, że chci­ałam Ci coś pole­cić (choć możli­we, ze już na to trafiłaś). Gdzieś na Twoim blogu przeczy­tałam, że bard­zo lubisz oglą­dać “relac­je z planu”, o tym jak pra­cow­ało się nad danym filmem. Ja to wprost uwiel­bi­am i wcale nie psu­je mi to odbioru koń­cowego dzieła :) Uwiel­bi­am bry­tyjską telewiz­ję właśnie za to, że więk­szość pro­dukcji ma właśnie takie własne “mak­ing of” (częs­to jako dodatek na DVD razem z wywiada­mi). Choć oczy­wiś­cie nic nie moż się rów­nać z “Doc­tor Who Con­fi­den­tial” :)
    Na pewno wiesz, że Broachurch też ma swo­je “behind scenes”. To, co chcę Ci jed­nak pole­cić to coś podob­ne­go i innego zarazem. Jest to świet­ny wywiad rze­ka (z serii Roy­al Tele­vi­sion Soci­ety – Anato­my of the hit) z Ch. Chib­nallem, J. Feath­er­stone, J. Strongiem (reży­serem) i Olivią Col­man ( nagrany po pier­wszej serii), gdzie mówią o wielu intere­su­ją­cych szczegółach, omaw­ia­ją ulu­bione sce­ny i odpowiada­ją na naprawdę inteligentne pyta­nia z wid­owni w bard­zo kam­er­al­nej atmos­ferze. Trze­ba chwil­ki cza­su, żeby to obe­jrzeć, bo jest długie, ale ja łyknęłam to w ciągu jed­nego wiec­zo­ra z niemal otwarty­mi przez cały czas ustami.“RTS Broad­church – anato­my of the hit” – Zna­jdziesz go tutaj:
    https://www.rts.org.uk/article/broadchurch-what-makes-hit

    • mogłabym napisać tutaj dłu­gi hymn pochwal­ny

      Jeśli chcesz, to nie krępuj się i pisz – chęt­nie go przeczy­tam! ;)

      zwłaszcza na tem­at cud­ownej relacji pomiędzy Ellie i Hardym, którą moż­na było tak łat­wo zep­suć w ostat­niej serii

      Tu muszę dodać, że to, jak łat­wo było tą relację pop­suć, świet­nie (nieste­ty!) było widać w Gra­ce­point. Brr, do tej pory prze­chodzą mnie cia­r­ki, gdy o tym myślę!

      oczy­wiś­cie nic nie może się rów­nać z “Doc­tor Who Con­fi­den­tial” :)

      Tu bym jed­nak dysku­towała, czy dzi­en­ni­ki Ten­nan­ta nie były równie dobre, a momen­ta­mi nawet lep­sze. ;) Szko­da, że David nie tworzy podob­nych nagrań przy okazji innych pro­dukcji.

      Na pewno wiesz, że Broachurch też ma swo­je “behind scenes”. To, co chcę Ci jed­nak pole­cić to […] świet­ny wywiad rze­ka (z serii Roy­al Tele­vi­sion Soci­ety – Anato­my of the hit)

      Masz pod­wójną rację – widzi­ałam „behind the scenes”, ale po raz pier­wszy słyszę o tym wywiadzie. Dzięku­ję za link! :D

      • Mar­lena Bier

        Sko­ro mnie tak pięknie zachę­casz nie mogę odmówić :)
        Szcz­erze powiedzi­awszy to Broad­church pier­wszy raz widzi­ałam na tyle późno po pre­mierze, że wypadłam ze wszys­t­kich sen­sownych dyskusji. W tam­tym cza­sie dopiero odkry­wałam w sobie miłość do bry­tyjskiej telewiz­ji i pewnego niezwykłego Szko­ta. Tu i ówdzie czy­tałam o tym, jakie to jest dobre, ale w sum­ie to unikałam zbyt szczegółowych dyskusji, bo wciąż jeszcze nie widzi­ałam całoś­ci. Muszę się przyz­nać, że w sum­ie widzi­ałam właś­ci­wie pier­wszą ser­ię i więk­szość drugiej naraz (ostat­nie dwa odcin­ki szłam już ze wszys­tki­mi), za to widzi­ałam to dosłown­ie w trzy dni. Naprawdę nigdy wcześniej (ani później aż do ter­az) nic mnie nie zafas­cynowało aż tak, że po pros­tu musi­ałam obe­jrzeć jeszcze jeden odcinek, a ponieważ prze­ważnie oglą­dam filmy późnym wiec­zorem, kończyło się na siedze­niu do póź­na w nocy ( dobrze, ze ist­nieją week­endy :) ) Piszę o tym dlat­ego, że pewnie ma to wpływ na mój odbiór, bo moje zas­tanaw­ian­ie się nad zagad­ką było ździebko krót­sze i mniej treś­ci­we, niż gdy­bym oglą­dała to z tygod­nia na tydzień.
        Oprócz teatru i niesamowitego Davi­da Ten­nan­ta, uwiel­bi­am też krymi­nały i tajem­nicze zagad­ki (niezła mieszan­ka :) ) i z także właśnie myślą zasi­adałam przed mon­i­tor. Dobry krymi­nał + David to będzie coś ekstra. Uprzed­zona, ze David cud­nie mówi w tym swoim Szkockim akcen­cie (no jed­nak nie wszys­tkie dyskus­je mnie ominęły), oglą­dałam w ory­gi­nale i taka byłam szczęśli­wa, że słuchałam mamy, gdy mówiła “ucz się dziecko języków” (cho­ci­aż słown­ik miałam “pod pachą”) :) Jak on się cud­nie złoś­ci, jak chro­powate są te jego szkock­ie uprze­j­moś­ci, “just mag­ic” :) No i tak obe­jrza­łam pier­wszą ser­ię, a potem usi­adłam i pomyślałam “wow, co to właś­ci­wie było”, “jak to sobie w głowie uporząd­kować”? I jak ja to mam napisać, żeby ni być banal­ną, i nie powielać wszys­tkiego, co się o tym seri­alu pisze? Wiem, myślę sobie, napiszę co poczułam. Czułam się cud­own­ie wzrus­zona, oślepi­a­ją­co zszokowana, śmi­ałam się w momen­tach, w których pewnie nie powin­nam (po pros­tu reakc­ja nat­u­ral­na) i płakałam tak, że pewnie Hardy wyrzu­cił­by mnie z biu­ra po pier­wszych 5 sekun­dach i bałam się, oj bałam , że Hardy umrze, że morder­cą będzie pogu­biony chło­piec, że ksiądz jed­nak będzie ped­ofilem (ach te stereo­typy), i znów, że Hardy umrze i nie zna­jdzie zabój­cy, i nie odkupi winy…, i tak bard­zo chci­ałam, żeby hardy się uśmiech­nął i … może coś zjadł? I ‚żeby przes­tał wrzeszczeć na Ellie, bo ona prze­cież robi co może… Jak to możli­we, prze­cież to tylko film, papierowi ludzie, aktorzy mówią­cy wyuc­zone słowa… No właśnie, to jest chy­ba sed­no tego wszys­tkiego. Ci ludzie byli tacy zwyk­li, tacy nor­mal­ni. Spotkali się na fes­tynie w szkole (jak ja kil­ka tygod­ni temu), cza­sem im się roz­mazał mak­i­jaż, cza­sem pomoczył but, ktoś powiedzi­ał coś głupiego, ktoś inny zaśmi­ał się gdzie nie trze­ba. Nie wyglą­dali jak z żur­nala, nie jeździli mer­cedesem i w więk­szoś­ci gnieździli się w małych domach, narzeka­jąc na niewystar­cza­jącą pen­sję. To moglibyśmy być my… Nawet David, z tą swo­ją śmieszną fryzurą i cza­sem przy­brud­zonym krawa­tem jak­iś taki zwykły był (i jak on to zro­bił, że wydawał się chud­szy niż zwyk­le…). To jest dla mnie mis­tr­zost­wo tej serii, ta zwykłość, nor­mal­ność, aż do bólu… Dzię­ki temu w ogóle nie raz­iło mnie, ze wszyscy mają jakieś takie dzi­wne sekre­ty, że oto przed nami zbiór ludzi, z których praw­ie każdy przed czymś ucieka, bo wyda­je się, ze to takie w sum­ie życiowe, te ich smut­ki, małe sekre­ty, wsty­dli­we grzesz­ki… A potem to morder­st­wo, jak policzek, jak drza­z­ga, a po jej wyję­ciu została rana, wiel­ka rana…
        Gdy­bym miała, śla­dem wywiadu, który ci pole­ci­ałam, wybrać ulu­bioną scenę, zaskaku­ją­co nie była­by to sce­na, gdy Hardy mówi Ellie, kto zabił, choć jest naprawdę zapier­a­ją­ca dech w pier­si­ach. Dla mnie są dwie takie sce­ny, do których kilka­krot­nie później wracałam. Pier­wsza to kolac­ja u Ellie, bo jest taka… no właśnie jaka? Niezwykła chy­ba. Dwo­je ludzi, którzy się chy­ba nie znoszą, a jed­nak chy­ba lubią, no sami nie mogą się zde­cy­dować i mąż, który … no jak się zna zakończe­nie, to chy­ba inaczej się tę scenę widzi. Uwiel­bi­am ją, bo Hardy jest taki uroc­zo niedos­tosowany z tymi swoi­mi prezen­ta­mi, próba­mi rozmów i aferą z imion­a­mi (swo­ją drogą jak on wymaw­ia Alec… :) :) ), ale w końcu się jed­nak uśmiech­nął. Kur­cze dla mnie Ten­nant to syn­on­im śmiechu i uśmiechu, a tu aż pod­skoczyłam, jak się biedak roześmi­ał, no i w końcu coś je i pije coś innego niż herbatę :) No i Ellie, taka ciepła, współczu­ją­ca nawet temu swo­je­mu sze­fowi – bucowi i z uśmiechem przyj­mu­ją­ca “miłe inaczej” uwa­gi Hard­ego. Nie do podro­bi­enia :) Dru­ga z moich ulu­bionych scen to ta, w której Hardy wyz­na­je reporterom prawdę o swo­jej przeszłoś­ci. Przyz­nam się, ze po zakończe­niu odcin­ka wró­ciłam do tej sce­ny tylko po to, żeby śledz­ić wyraz twarzy Ten­nan­ta. Jak ten człowiek gra twarzą! Taka per­fekc­ja jest po pros­tu niemożli­wa! Tego jego łza­we oczy szczeni­a­ka i ta wal­ka o zachowanie twarzy… W momen­cie gdy miał wyz­nać prawdę o roman­sie żony zro­bił led­wie widoczny ruch szczęką, ale potrafił w nim zmieś­cić całą złość i gorycz do głębi zran­ionego mężczyzny tak, że nawet Ollie wyczuł powagę chwili. Po pros­tu mis­tr­zost­wo! W ogóle w całym seri­alu jest mul­tum scen, do których warto wró­cić po to tylko żeby popa­trzeć na czy­jaś twarz, zwłaszcza Ten­nan­ta. To właśnie wtedy nabrałam wielkiego na poz­nanie przeszłoś­ci Hard­ego, już ter­az, naty­ch­mi­ast chci­ałam wiedzieć, co tak zraniło tego człowieka, że zmienił się w kulkę bólu i wściekłoś­ci… David po pros­tu zas­trzelił mnie tą rolą, po raz kole­jny…
        Co dla mnie warte jest pod­kreśle­nia nie tylko David i Olivia gra­ją tu świet­nie, cho­ci­aż to ich relac­ja jest osią i najlep­szą chy­ba częś­cią fil­mu. Bard­zo podobała mi się postać taty Dan­niego – A. Buchan (no jak moż­na kogoś tak lubić i nie znosić jed­nocześnie, jak ja jego?) oraz młodego reportera, zresztą moim zdaniem ten młody aktor (Jonathan Bai­ley) jeszcze nas nier­az zaskoczy, no i cud­na, prawdzi­wa rola sprzedaw­cy prasy, ale David Bradley to prze­cież klasa sama w sobie. No i jak dla mnie “aktorem” wartym każdej nagrody jest tu muzy­ka Ola­fu­ra Arnald­se­na. Cóż ona daje za kli­mat.…
        Jejej ostrze­gałam, ze hymn pochwal­ny będzie dłu­gi, ale serio nie tak częs­to mnie coś aż tak porusza. Nawet nie doszłam jeszcze do drugiej serii, która jest chy­ba najbardziej “moją” ze wszys­t­kich trzech :) Napiszę o niej jeszcze, ale dam ci szan­sę na razie poczy­tać ten wywód, co by cię nie zanudz­ić na śmierć :)

        • Wow, to jest chy­ba najlep­sza recen­z­ja pier­wszego sezonu, jaką przeczy­tałam! :)

          w sum­ie widzi­ałam właś­ci­wie pier­wszą ser­ię i więk­szość drugiej naraz

          Jeśli chodzi o mnie, to obe­jrza­łam pier­wszy sezon hurtem, a dru­gi śledz­iłam już na bieżą­co, tydzień po tygod­niu.

          Czułam się cud­own­ie wzrus­zona, oślepi­a­ją­co zszokowana, śmi­ałam się w momen­tach, w których pewnie nie powin­nam (po pros­tu reakc­ja nat­u­ral­na) i płakałam tak, że pewnie Hardy wyrzu­cił­by mnie z biu­ra po pier­wszych 5 sekun­dach i bałam się, oj bałam , że Hardy umrze, że morder­cą będzie pogu­biony chło­piec, że ksiądz jed­nak będzie ped­ofilem (ach te stereo­typy), i znów, że Hardy umrze i nie zna­jdzie zabój­cy, i nie odkupi winy…, i tak bard­zo chci­ałam, żeby hardy się uśmiech­nął i … może coś zjadł? I ‚żeby przes­tał wrzeszczeć na Ellie, bo ona prze­cież robi co może… Jak to możli­we, prze­cież to tylko film, papierowi ludzie, aktorzy mówią­cy wyuc­zone słowa… No właśnie, to jest chy­ba sed­no tego wszys­tkiego. Ci ludzie byli tacy zwyk­li, tacy nor­mal­ni.

          Ach, miałam dokład­nie tak samo! W pier­wszym sezonie najbardziej zach­wyciło mnie właśnie to, że ser­i­al wywoły­wał we mnie takie emoc­je. I to, że opowiadał o zwykłych ludzi­ach, którzy po pier­wsze nie byli nud­ni, a po drugie, których losem się prze­j­mowałam, i z który­mi cza­sem potrafiłam się nawet utożsamić. I że pomi­mo całego tego dra­matyz­mu – ser­i­al potrafił mnie rozbaw­ić.

          Nawet David, z tą swo­ją śmieszną fryzurą

          Mam taką teorię, że fryzu­ra Hardy’ego w jak­iś sposób odzwier­cied­lała stan jego ducha oraz nastaw­ie­nie do Broad­church i jego mieszkańców. A co ty o tym sądzisz? ;)

          Gdy­bym miała, śla­dem wywiadu, który ci pole­ci­ałam, wybrać ulu­bioną scenę, zaskaku­ją­co nie była­by to sce­na, gdy Hardy mówi Ellie, kto zabił, choć jest naprawdę zapier­a­ją­ca dech w pier­si­ach. Dla mnie są dwie takie sce­ny, do których kilka­krot­nie później wracałam. Pier­wsza to kolac­ja u Ellie

          Wywiadu jeszcze nie zdążyłam obe­jrzeć. Nato­mi­ast także uwiel­bi­am scenę przy kolacji. I poza momen­ta­mi, które wymieniłaś (i pomi­mo tego, że wiem, jak sezon się kończy), zawsze rozczu­la mnie, jak pod koniec mąż Ellie mówi do niej „I love you, Miller”. :D

          Dru­ga z moich ulu­bionych scen to ta, w której Hardy wyz­na­je reporterom prawdę o swo­jej przeszłoś­ci.

          Pięknie opisałaś tą scenę! :)
          Ja nato­mi­ast mam z nią pewien „prob­lem”. Otóż w odróżnie­niu od ciebie, ciężko mi się ją oglą­da, bo serce mi się kra­je, gdy patrzę na tego bied­nego Hardy’ego. Zawsze mam ochotę krzyknąć do ekranu „niech go w końcu ktoś przy­tuli!!!”

          Ja nato­mi­ast bard­zo lubię jeszcze tą scenę z końców­ki ostat­niego odcin­ka, w której Hardy i Miller roz­maw­ia­ją ze sobą w poko­ju hotelowym Hardy’ego. Przy czym tutaj świet­nie widać nie tylko tal­ent aktorów, ale też kun­szt sce­narzysty, bo dia­log sam w sobie jest po pros­tu dobrze napisany. Mądrze, ale jed­nocześnie zwycza­jnie i bez pato­su. Ot, dokład­nie tak, jak praw­dopodob­nie roz­maw­ial­i­by ze sobą prawdzi­wi ludzie. W ogóle dialo­gi w Broad­church są mis­tr­zost­wem samym w sobie, właśnie dzię­ki temu, że brzmią tak zwycza­jnie i niezwyk­le zarazem.

          Wspom­ni­ałaś też o humorze w Broad­church, ale przy okazji (nie wiem, czy zwró­ciłaś na to uwagę), uwiel­bi­am to, że cza­sem twór­cy seri­alu puszcza­li oko do fanów aktorów. Ten­nant na przykład w pier­wszym odcinku wci­na lody jak w Black­pool, a w sce­nie, w której rozen­tuz­jaz­mowany bada szcząt­ki spalonej łód­ki zachowu­je się tak, jak­by znów był Dok­torem.

          A osob­ną kwest­ią, która dodatkowo spraw­ia, że uważam Broad­church za arcy­dzieło, jest to, co dzi­ało się za kulisa­mi. Fakt, że sce­narzyś­ci do samego koń­ca ukry­wali przed aktora­mi infor­ma­cję „kto zabił” (choć Olivia Col­man podob­no wiedzi­ała to od początku). To, że aktorzy na planie świet­nie się baw­ili, że ewident­nie zżyli się ze sobą. I że jed­nocześnie lubili postaci, które gra­ją i trak­towali je nie do koń­ca poważnie (pokazana na filmie zza kulis pier­wszego sezonu ściana ze zdję­ci­a­mi pode­jrzanych po pros­tu wymi­a­ta! :)

          Nawet nie doszłam jeszcze do drugiej serii, która jest chy­ba najbardziej “moją” ze wszys­t­kich trzech :)

          W takim razie tym bardziej nie mogę się doczekać, co na jej tem­at napiszesz, bo ja za tą ser­ią (nieste­ty!) przepadam najm­niej, więc tym bardziej ciekawi mnie two­je zdanie na jej tem­at. ;)

          PS. Nie wiem, czy intere­su­jąc cię fanar­ty związane z Ten­nan­tem, ale jeśli tak (i jeśli jeszcze nie znasz tej autor­ki) – koniecznie przyjrzyj się pra­com Halor­vic –
          rysu­je ona obraz­ki z różny­mi wcie­le­ni­a­mi Ten­nan­ta (i nie tylko takie z Ten­nan­tem). Przy czym te związane z Broad­church są moim zdaniem najbardziej udane (Tum­blr nieste­ty nie daje możli­woś­ci wyszuki­wa­nia w archi­wum, więc poda­ję link do całego archi­wum prac Halor­vic)
          http://halorvic.com/archive

          A tutaj jeden z tych fanartów, na zachętę ;)

          http://68.media.tumblr.com/e0b95f12852d13c0f97f08e35079ce01/tumblr_nbec2lBlmI1r4optjo1_500.png

          źródło: http://halorvic.com/post/96647582794/what-is-this-thing-and-why-is-it-on-my-desk

          • Mar­lena Bier

            Wow, to jest chy­ba najlep­sza recen­z­ja pier­wszego sezonu, jaką przeczy­tałam! :)” Jej, bard­zo dzięku­ję :) Tym bardziej mi miło, że pisałam tak od ser­ca :)

            “Mam taką teorię, że fryzu­ra Hardy’ego w jak­iś sposób odzwier­cied­lała stan jego ducha oraz nastaw­ie­nie do Broad­church i jego mieszkańców.”
            Myślę, że masz rac­je, w końcu jego “hate” lista jest na pocza­tku bard­zo dłu­ga, więc nie ma się dla kogo stroić :). Mnie się jeszcze wyda­je, że bard­zo trafnie mu dobra­no dolegli­woś­ci, bo biedak miał dosłown­ie i w przenośni “zła­mane” serce (jed­nak ang­iel­skie “bro­ken” ma chy­ba więk­szą pojem­ność znaczeniową).

            “zawsze rozczu­la mnie, jak pod koniec mąż Ellie mówi do niej „I love you, Miller” ” Mnie też to rozczu­la ogrom­nie i nie mogę uwierzyć, ze moż­na się aż tak pogu­bić. Pewnie nie ja jed­na obe­jrza­łam dru­gi raz pier­wszą serie po to tylko, żeby poszukać śladów winy i chy­ba nie znalazłam nic, oprócz kilku niewin­nych w sum­ie pytań rzu­conych tu i ówdzie. Nato­mi­ast wiesz co mnie zas­tanow­iło? Złość, jaką okazy­wał Tom w sto­sunku do Dan­nego. Wiem, ze to później uza­sad­nił, ale czy to nie jest trochę tak, ze dzieci wyczuwa­ją pewne rzeczy, które dorośli tak bard­zo chcą ukryć?
            “Zawsze mam ochotę krzyknąć do ekranu „niech go w końcu ktoś przy­tuli!!!” ” Świę­ta rac­ja… Ty wiesz, że ja się popłakałam za pier­wszym razem? I jeszcze myślałam, że on nie da rady wstać z tego krzesła. Masz rację, ze ta sce­na jest bolesna, ale mnie i tak przy­cią­ga jak magnes, przez to co zro­bił z niej David, choć za każdym razem trochę mi się “pocą oczy”. A tak przy okazji tego płaczu (oj troszkę tego było przez trzy serie) najbardziej rycza­łam przy zda­niu “I love you zil­lions” by Mark Latimer, nor­mal­nie poczułam się fizy­cznie cho­ra w tym momen­cie…
            “Ja nato­mi­ast bard­zo lubię jeszcze tą scenę z końców­ki ostat­niego odcin­ka”
            Tak, to kole­j­na rewela­cyj­na sce­na. To takie piękne, że nie wkradł się tam ani jeden banał, a mimo to było tam coś oczyszcza­jącego i dającego pokrzepi­e­nie w tym całym morzu smutku. Cud­own­ie napisane i abso­lut­ni genial­nie zagrane.

            Wspom­ni­ałaś też o humorze w Broad­church, ale przy okazji (nie wiem, czy zwró­ciłaś na to uwagę), uwiel­bi­am to, że cza­sem twór­cy seri­alu puszcza­li oko do fanów aktorów.” Pewnie, że zwró­ciłam uwagę i uwiel­bi­ałam te momen­ty :) Nato­mi­ast, pojaw­ia­jące się w ogóle w całej serii wąt­ki humorysty­czne uważam za jeden z ele­men­tów stanow­ią­cych o tym, jak dobry jest ten ser­i­al. “A osob­ną kwest­ią, która dodatkowo spraw­ia, że uważam Broad­church za arcy­dzieło, jest to, co dzi­ało się za kulisa­mi.”
            Tak, to zde­cy­dowanie jest tem­at na jak­iś refer­at :) Jak się słucha wywiadów z tymi ludź­mi to aż bije od nich entuz­jazm i to, ze są bard­zo zży­ci ze swoi­mi bohat­era­mi, i że trak­tu­ją się jak jed­ną wiel­ka rodz­inę. Myślę, że to właśnie jest w dużej mierze powód utworzenia się tak wiary­god­nych relacji między bohat­era­mi. No i pomysł ukrycia przed aktora­mi tożsamoś­ci zabój­cy jest niesamow­ity, a gale­ria aktorów – pode­jrzanych to mis­tr­zost­wo świa­ta :)
            Miło mi, że chcesz poczy­tać co myślę o drugiej serii, choć obaw­iam się, że moje argu­men­ty będą mało mery­to­ryczne, za to bard­zo subiek­ty­wno – uczu­ciowe :) Zas­tanaw­iałam się jak ubrać w słowa to co myślę o drugiej serii. I wiesz, trud­no mi to tak klarown­ie pod­sumować, jak w serii pier­wszej, bo to, co mnie tu urzekło to właśnie fakt, że fabuła ma kil­ka wątków, nie bieg­nie w jed­nej linii i wciąż mnie zaskaku­je. Jako stary “wyjadacz” krymi­nałów w więk­szoś­ci potrafię zori­en­tować się w tym kto jest zły, a kto dobry (bo morder­ców to ja rzad­ko dobrze typu­ję ;) ), a tu okaza­ło się, że na każde moje “aha, a więc to tak”, dostawałam “what?!!!” To, co tu chy­ba najbardziej lubię w tej serii to niesamowite zakończenia więk­szoś­ci odcinków, takie, że chci­ało­by się potrząsać ekranem, żeby wycis­nąć jeszcze min­utkę… Uważam, ze niek­tóre z nich powin­no się linkować pod definicją słowa “cliffhang­er”:) Na pewno ciekawe jest tutaj to, że jak w pier­wszej serii nie widzi­ałam właś­ci­wie żad­nych wad (co najwyżej ktoś mnie iry­tował), tak w tej coś znalazłam, ale mimo to ona wabi mnie moc­niej :)
            Jeśli idzie o marudze­nie, to nie przekon­ał mnie wątek z pani­a­mi prawniczka­mi. Hmm… Nie jestem znaw­cą bry­tyjskiego sądown­ict­wa, ale wąt­pię, że adwoka­towi w sądzie wol­no powiedzieć wszys­tko… Rozu­miem, ze to tak miało być, że okrut­na i krwiożer­cza pani adwokat, kon­tra spraw­iedli­wa i tak­tow­na pani proku­ra­tor, no ale ludzie… Wiesz jak ja się nawyzy­wałam do kom­put­era? “no zgłośże jak­iś sprze­ciw” war­cza­łam, albo “no i czemu tam­ta kobi­eta nie powoła Joe na świad­ka, sko­ro tam­ta tego wyraźnie uni­ka”? Cóż, mnie to nie przekon­ało, cho­ci­aż dzię­ki takiemu poprowadze­niu wątku dostal­iśmy kil­ka nieza­pom­ni­anych scen, jak np. przesłuchanie Toma przez panią proku­ra­tor – no klasa sama w sobie. Za to, co tu na pewno się udało, to kon­sek­wenc­ja w budowie postaci, z który­mi zdążyliśmy już zaprzy­jaźnić. Staw­ia­jąc się przed sądem byli dokład­nie tacy, jak ich zapamię­tałam, a więc wciąż żywi i prawdzi­wi, Beth – trochę nabur­mus­zona i mądrze­jsza niż resz­ta świa­ta, Mark – pogu­biony pan sam-nie-wiem-czego-chcę -ale-tak-mi-przykro, Hardy – pro­fesjon­al­ny i chłod­ny, nie dają­cy się zbić z tropu, Ellie – taka jak ją kocham, peł­na emocji, zawsze z tą prawdą w oczach, choć musi wal­czyć o każdy kole­jny odd­ech, sil­na i sła­ba jed­nocześnie:) No i jak dla mnie wstrząsające było to, że żaden, nawet naj­drob­niejszy czyn naszych bohaterów nie został bez kon­sek­wencji… W ogóle w cały tym pro­ce­sie śred­nio słuchałam pań prawniczek, za to z zach­wytem obser­wowałam reakc­je i przeży­wałam emoc­je “moich” bohaterów. To było niesamowite… Rodz­ice Dan­nego, którzy prze­chodzili od nien­aw­iś­ci do roz­paczy w dwie sekundy, Hardy, który nagle poczuł się taki odpowiedzial­ny za Ellie, Ollie, który właśnie przeży­wał przy­godę życia (jeśli ktoś myśli, że Ten­nant wytrzeszcza oczy, to powinien jemu się przyjrzeć w cza­sie tego pro­ce­su :) ), no i ona, Ellie… W jed­nym z wywiadów Olivia Col­man powiedzi­ała o tej serii “I’m nails now”. Świę­ta rac­ja, bo dla mnie ona jest tu definicją sil­nej kobi­ety, tej która nie boi się okazy­wać emocji, ale jed­nocześnie nie ucieka, lecz z ostatkiem dumy sia­da w sali sądowej pod gra­dem nieprzy­jaznych spo­jrzeń, każdego dnia, wal­czy o miłość dzieci, a jeszcze zna­j­du­je w sobie siłę, żeby poz­bier­ać do kupy tego swo­jego sze­fa – buca. Niesamowi­ta! Najbardziej sug­esty­wny, jeśli o tę siłę idzie, jest dla mnie moment, gdy sama malu­je tę nieszczęs­ną syp­i­al­nię, jak­by chcąc wykrzy­czeć światu, że ona i nikt inny ma kon­trolę nad jej życiem. No, a jak to wszys­tko się skończyło to ja najbardziej na świeci chci­ałam przy­tulić Ellie, gdy tak stała z oczy­ma pełny­mi łez za ple­ca­mi Beth Latimer.
            Sprawa z Sand­brook z kolei to taki dzi­wny przy­padek… Widzisz ja tak strasznie chci­ałam wiedzieć co spotkało tego mil­czącego detek­ty­wa. Strasznie mnie emocjonował rozwój tej sprawy, która ostate­cznie nie była jakaś tam wstrząsają­co dzi­w­na, tylko tak idio­ty­cznie i iry­tu­ją­co banal­na. Gdy na końcu Hardy mówi „All this lives” to mnie samej chce się płakać nad tymi bezsen­sowny­mi ludzkim strata­mi… Na początku na pewno byłam zain­try­gowana, a enig­maty­cz­na postać Lee nieustan­nie błąkała mi się po głowie. Potem się porząd­nie wkurzyłam, że Hardy, ten chłod­ny pro­fesjon­al­ista, który od siebie wyma­ga najwięcej, który rozstaw­ia ludzi po kątach i ma taką zran­ioną duszę, się tak dał wyprowadz­ić w pole i wplą­tał się w jakąś chorą relację z nienor­mal­ną kobi­etą! No, a na końcu to znów chci­ałam przy­tulić Hard­ego, bo nikt na świeci nie miał nigdy więk­szej racji niż ex pani Hardy, gdy powiedzi­ała „you’re a good man Alec” i wszys­tko zrozu­mi­ałam, gdy zobaczyłam na własne oczy jak przez wiele metrów niósł ciało martwej dziew­czyn­ki brodząc w wodzie, już wiedzi­ałam czemu go pokochałam i czemu musi­ałam zobaczyć co stało się w Sand­brook. I super było pode­jrzeć rodz­inę Harde’go i dowiedzieć się, że jeszcze przed Sand­brook nie był wcale jakimś tam słod­kim misi­aczkiem. Jed­nak najważniejsze, co ta sprawa przyniosła, to niesamow­ity rozwój relacji na linii Alec – Ellie. Po pros­tu wow! Jakże ja się śmi­ałam, jak sobie spacerowali z wózeczkiem jak stare małżeńst­wo, choć Hardy nie mógł zapamię­tać imienia dziec­ka, jakie cud­ne były ich złośli­woś­ci, od których biła sym­pa­tia. Jakie cud­owne było nagle odwróce­nie tych relacji z pier­wszej serii, ter­az to on ma oso­bisty sto­sunek do sprawy, a to Ellie jest tą, która ma odwagę przy­wołać go do porząd­ku, gdy uczu­cia chcą zakrzy­czeć rozsądek. Każ­da ich sce­na ma mil­iony drob­nych smaczków i prowadzi ich do zrozu­mienia, że nikt inny na świecie nie rozu­mie ich tak, jak ten dru­gi. Bo choć ona ma każdą emocję wyp­isaną na twarzy, a on skry­wa wszys­tko głęboko, to mają takie podob­ne dusze, wyz­na­ją podob­ne wartoś­ci, i bard­zo głęboko się szanu­ją, a to co naj­moc­niej cemen­tu­je ich przy­jaźń to chy­ba świado­mość, że w naj­gorszych chwilach życia, nie było niko­go obok, tylko on, tylko ona, ramię przy ramie­niu… Jakaż to pięk­na, prawdzi­wa przy­jaźń! To jest to, przez co wprost nie mogę oder­wać oczu od tej serii, to jak pięknie naras­ta ich relac­ja, jak mozol­nie poma­ga­ją sobie postaw­ić się na nogi po hura­ganach jakie przeszły przez ich życia…
            Ulu­biona sce­na… Och, trud­ny wybór, ale znów typu­ję dwie, oby­d­wie jed­nak z końców­ki. Pier­wsza to Hardy w poko­ju przesłuchań, odkła­da zdję­cie dziew­czyn­ki, która nie była jego córką, choć zawsze nosił je w port­felu, sia­da i płacze. Jejku jak on płacze, a ja z nim… Nie wiem czy się zgodzisz, ale uważam, że nikt ze znanych mi aktorów nie płacze tak, jak David Ten­nant, tak prawdzi­wie i rozdzier­a­ją­co, aż czu­je się niemal fizy­czny ból jak się na to patrzy… Dru­ga ze scen to roz­mowa na molo, gdy tym razem Hardy szu­ka zrozu­mienia, bo gdy już dokon­ał swo­jego odkupi­enia, zrozu­mi­ał, że po drodze zniszczył tak wiele, że już nie ma powro­tu, a praw­da wcale nie przyniosła mu spodziewanej ulgi. I znów tego jego łza­we oczy, i znów mam ochotę przy­tulić Ten­nan­ta… Lecz tym razem to ona, wspani­ała Ellie, niesie nadzieję….
            No jak widzisz, ja ode­brałam tę ser­ię bard­zo oso­biś­cie. Jak obuchem uderzyła mnie myśl, że spraw­iedli­wość bywa róż­na, a wskazanie win­nego pal­cem, o które tak wal­czy się we wszys­t­kich klasy­cznych krymi­nałach, niczego nie zmienia, nie leczy i nie przynosi ulgi, bo to może zro­bić tylko dru­gi człowiek, ten który jest obok, jeśli ma się szczęś­cie. Zatem kil­ka razy odwró­cono jak­iś stereo­typy, sztam­powe moty­wy, świet­ny kawałek pis­arst­wa swo­ją drogą, jeśli idzie o sce­nar­iusz. Ta seria przyniosła mi może reflek­sji, sporo złoś­ci i wrzeszczenia na ekran, trochę łez i sporo uśmiechu, a nawet śmiechu. No i Hardy wresz­cie się uśmiech­nął i cieszę się, że jest ktoś kogo tak ucz­ci­wie i po pros­tu kocha, co widać wyraźnie w pewnej krótkiej roz­mowie tele­fon­icznej, gdzie jego uśmiech był jak słońce po długim deszc­zowym week­endzie…

          • bard­zo trafnie mu dobra­no dolegli­woś­ci

            Tak, mi też się to podobało. I jak we wspom­ni­anej na końcu two­jego komen­tarza sce­nie, kiedy Hardy z uśmiechem stwierdz­ił, „No more bro­ken heart” – aż mi się lżej na ser­cu zro­biło!

            Inna sprawa, w tej samej sce­nie Hardy naw­iązu­je do seri­alu „The Six Mil­lion Dol­lar Man” i zawsze, jak to słyszę, to tak sobie myślę: a co, jeśli on jest w rzeczy­wis­toś­ci strasznym geekiem (równie dużym, jak Ten­nant)? Może kiedy nikt nie widzi, czy­tu­je komiksy (i tak naprawdę zosta­je w pra­cy po godz­i­nach do późnej nocy, by czy­tać te komiksy pod biurkiem?)? Może ukrad­kiem chodzi do kina na filmy Mar­vela? Może ma gdzieś w szafie schowaną pel­erynę Super­mana? A wszys­tko to w tajem­ni­cy, bo poważne­mu grumpy detek­ty­wowi nie wypa­da robić takich rzeczy. Oj, gdy­by Miller się o tym dowiedzi­ała – była­by z tego wiel­ka afera! Przez tydzień wszyscy w Broad­church plotkowal­i­by tylko o tym, ale był­by wstyd! :)

            Miło mi, że chcesz poczy­tać co myślę o drugiej serii, choć obaw­iam się, że moje argu­men­ty będą mało mery­to­ryczne, za to bard­zo subiek­ty­wno – uczu­ciowe :)

            Oj Mar­leno, tym co napisałaś, strasznie mnie rozczarowałaś! Kiedy wspom­ni­ałaś, że dru­gi sezon podo­ba ci się bardziej, myślałam, że w końcu pojawi się między nami jakaś różni­ca zdań, jakieś pole do zażartej dyskusji i pró­by przeko­na­nia drugiej strony do włas­nych racji. A tym­cza­sem znowu myślimy bard­zo podob­nie! ;)

            Jeśli idzie o marudze­nie, to nie przekon­ał mnie wątek z pani­a­mi prawniczka­mi.

            Tak, ja też cier­pi­ałam pod­czas oglą­da­nia scen w sądzie.

            Co ciekawe, przeczy­tałam gdzieś kiedyś, że nawet bry­tyjs­cy prawni­cy byli oburzeni tym, jak to wszys­tko zostało przed­staw­ione w seri­alu, bo przekła­mań (na nieko­rzyść sys­te­mu sądown­ict­wa) było w Broad­church bard­zo dużo.

            Mnie nato­mi­ast najbardziej raz­iło to, że obrona zami­ast bronić Joe, starała się zwal­ić winę na kogoś innego. I to, że pode­j­mowała takie pró­by, częs­to wyko­rzys­tu­jąc infor­ma­c­je zasłyszane z plotek lub gruby­mi nić­mi szyte przy­puszczenia (jak sug­es­tia, że Miller i Hardy mieli romans).

            No i jak dla mnie wstrząsające było to, że żaden, nawet naj­drob­niejszy czyn naszych bohaterów nie został bez kon­sek­wencji…

            Tak, to była jed­na z najwięk­szych zalet tego sezonu!

            ona jest tu definicją sil­nej kobi­ety, tej która nie boi się okazy­wać emocji, ale jed­nocześnie nie ucieka, lecz z ostatkiem dumy sia­da w sali sądowej pod gra­dem nieprzy­jaznych spo­jrzeń, każdego dnia, wal­czy o miłość dzieci […]. Najbardziej sug­esty­wny, jeśli o tę siłę idzie, jest dla mnie moment, gdy sama malu­je tę nieszczęs­ną syp­i­al­nię, jak­by chcąc wykrzy­czeć światu, że ona i nikt inny ma kon­trolę nad jej życiem.

            Tak, też uwiel­bi­am ten moment.

            Ale jeszcze bardziej lubię scenę, w której Miller wrzeszczy w sądowym kory­tarzu na swo­jego syna. Głu­pio się do tego przyz­nać, ale za każdym razem, kiedy widzę tą scenę, Col­man wywołu­je we mnie taki sam lęk, jaki czułam, kiedy byłam mała i na mnie krzy­cza­ła moja mama (przy czym, żeby nie było – moja mama jest wspani­ałą osobą i nie chcę pisać o niej niczego złego. Po pros­tu jej też – jak chy­ba wszys­tkim – puszcza­ły cza­sem ner­wy).

            a jeszcze zna­j­du­je w sobie siłę, żeby poz­bier­ać do kupy tego swo­jego sze­fa – buca

            Dla mnie w Broad­church w ogóle niezwykłe jest to, że od drugiego sezonu Miller jest znacznie skuteczniejszą polic­jan­tką od Hardy’ego. I że jest od niego lep­sza głównie za sprawą swo­jego charak­teru. Tego, że z jed­nej strony życie dało jej w kość i stała się bardziej pode­jr­zli­wa, ale z drugiej – nie zatraciła życ­zli­woś­ci, jaką miała w sobie w pier­wszej serii. Oraz tego, że jest od Hardy’ego dużo przyziem­niejszą postacią (kto inny, jak nie Ellie, zwró­cił­by uwagę na pan­ele podło­gowe?)

            Sprawa z Sand­brook […] nie była jakaś tam wstrząsają­co dzi­w­na, tylko tak idio­ty­cznie i iry­tu­ją­co banal­na.

            Tak, ja też mam do niej mieszane uczu­cia. Bo ta banal­ność jed­nocześnie mnie rozczarowała i urzekła.

            I super było pode­jrzeć rodz­inę Harde’go

            Tak, ja też uwiel­bi­am sce­ny z udzi­ałem byłej żony lub cór­ki. A zwłaszcza cór­ki. BTW, strasz­na szko­da, że ta sce­na została wyrzu­cona z odcin­ka (jak­by nie przewinęło się samo, prze­suń sobie do 3:16)

            https://youtu.be/cAIxFXGwX6o?t=3m16s

            Jed­nak najważniejsze, co ta sprawa przyniosła, to niesamow­ity rozwój relacji na linii Alec – Ellie.

            Tak, zgadzam się ze wszys­tkim, co na ten tem­at napisałaś! Sama nie potrafiłabym ująć tego lep­iej. :)

            I zawsze rozbra­ja mnie ich „łóżkowa” sce­na, bo odnoszę wraże­nie, że została ona napisana spec­jal­nie dla osób, które uważały, że Hardy i Miller powin­ni się w sobie zakochać. Mis­tr­zows­ki trolling! :D

            To jest to, przez co wprost nie mogę oder­wać oczu od tej serii, to jak pięknie naras­ta ich relac­ja, jak mozol­nie poma­ga­ją sobie postaw­ić się na nogi po hura­ganach jakie przeszły przez ich życia…

            Tak, ja mam dokład­nie tak samo. Jeśli wracam do drugiego sezonu, to tylko po to, by pooglą­dać sobie sce­ny z Hardym i Miller.

            Pier­wsza to Hardy w poko­ju przesłuchań, odkła­da zdję­cie dziew­czyn­ki, która nie była jego córką, choć zawsze nosił je w port­felu, sia­da i płacze.

            Znów myślimy podob­nie! To jest moja najukochańsza sce­na w całym seri­alu. I wciąż nie mogę wyjść z podzi­wu, ile uczuć Ten­nan­towi udało się zawszeć w tych kilku prostych ges­tach. I jak bard­zo patrze­nie na niego łamie mi serce.

            Inną z moich ulu­bionych scen jest ta z pier­wszego odcin­ka, pod­czas której Hardy roz­maw­ia z Miller w toale­cie. Jest ona dla mnie kwin­tes­encją Broad­church, bo pokazu­je, jak świet­nie twór­cy seri­alu potrafią pisać dialo­gi, jak umieją łączyć dra­mat z humorem. I przy okazji – jak aktorzy pięknie to wszys­tko odgry­wa­ją.

            Przy okazji obe­jrza­łam podlinkowane przez ciebie wcześniej „RTS Broad­church – anato­my of the hit” i miałaś rację (znowu! :) uwiel­bi­am oglą­dać tego typu rzeczy i ten wywiad bard­zo mi się spodobał. I ter­az jest mi nawet trochę głu­pio, że wcześniej nie dociekałam, skąd w ogóle wziął się pomysł na Broad­church. To, jak Chib­nall o tym opowia­da jest po pros­tu piękne. Jeszcze raz dzięku­ję ci za link!

            I już na sam koniec: proszę, w wol­nej chwili napisz co myślisz o trze­ciej serii Broad­church. Strasznie mnie ciekawi two­ja opinia na ten tem­at! :)

          • Mar­lena Bier

            Oj Mar­leno, tym co napisałaś, strasznie mnie rozczarowałaś! (…)myślałam, że w końcu pojawi się między nami jakaś różni­ca zdań (…). A tym­cza­sem znowu myślimy bard­zo podob­nie! ;)”
            Hihi! A mnie się to właśnie podo­ba. Nie masz poję­cia ( a w sum­ie może i masz ;) ) jak to cud­nie spotkać kogoś komu powiesz „a widzi­ałaś, jak…”, „a słysza­łaś, że…” i ta osobo już to wie, a jeśli nie – bard­zo chce się dowiedzieć. I super jest się tak bezkarnie pozach­wycać i nie usłyszeć, ze chy­ba mi nieco odbiło :) A co do Broad­church, seria 2… Dla mnie właśnie tutaj drzemie całe jego pię­kno. Sama popa­trz, myślimy tak samo, zgadza­my się niemal co do joty, a jed­nak mamy zupełnie inny odbiór drugiej serii, bo, to co tu najważniejsze, to niepow­tarzal­na atmos­fera, jakaś nieuch­wyt­na nuta, która albo rezonu­je nam w ser­cu, albo nie i tego w ogóle i w szczególe nie da się ubrać w słowa :)

            Inna sprawa, w tej samej sce­nie Hardy naw­iązu­je do seri­alu „The Six Mil­lion Dol­lar Man” i zawsze, jak to słyszę, to tak sobie myślę: a co, jeśli on jest w rzeczy­wis­toś­ci strasznym geekiem (równie dużym, jak Ten­nant)”
            Po pier­wsze, uwiel­bi­am Cię, bo nikt kogo znam nie rozpoz­nał­by tej sce­ny po takim opisie jak mój, ale ja od razu wiedzi­ałam, że Ty zrozu­miesz :D No i właśnie wyobraz­iłam sobie, jak Hardy czy­ta komiksy pod biurkiem, po pros­tu mnie rozłożyłaś na łopat­ki… :D

            Mnie nato­mi­ast najbardziej raz­iło to, że obrona zami­ast bronić Joe, starała się zwal­ić winę na kogoś innego. I to, że pode­j­mowała takie pró­by, częs­to wyko­rzys­tu­jąc infor­ma­c­je zasłyszane z plotek i innych źródeł, których nie dało się do koń­ca udowod­nić”
            Raczej nie mieli innego wyjś­cia, bo Hardy i Miller mimo wszys­tko zro­bili kawał świet­nej robo­ty jeśli idzie o śledzt­wo. Mnie jed­nak bardziej boli, jak Ci napisałam postawa pani proku­ra­tor i tej pożal-się-Boże sędziny, która karze ludziom odpowiadać na bard­zo oso­biste pyta­nia, jak np.. „How is your sex life?”. Też czy­tałam o tym , że prawni­cy bry­tyjs­cy byli wściek­li na to jak potrak­towano tu sys­tem prawny, i zapewne słusznie…

            Ale jeszcze bardziej lubię scenę, w której Miller wrzeszczy w sądowym kory­tarzu na swo­jego syna.” Ja też ją uwiel­bi­am i pamię­tam, że pomyślałam wtedy „naresz­cie, nie daj się Miller!”.

            Dla mnie w Broad­church w ogóle niezwykłe jest to, że od drugiego sezonu Miller jest znacznie skuteczniejszą polic­jan­tką od Hardy’ego.”
            Tak, to praw­da. Moim zdaniem jest tak dlat­ego, że ter­az to on nie potrafi wyjść poza szablon, być obo­jęt­nym i spo­jrzeć z boku. No i Ellie jest rzeczy­wiś­cie znacznie sil­niejsza i wiele się nauczyła. Jest taki moment w drugiej serii, gdy Hardy roz­maw­ia z Claire przez tele­fon (wtedy gdy są razem z Miller w Sand­brook). Wszyscy widz­imy jak dusi sobie w emoc­je, ale dla mnie cud­ne było, że gdy się rozłączył Miller tak charak­terysty­cznie skinęła głową, jak mama chwalą­ca dziecko za dobre wyko­nanie obow­iązku :)To pokazu­je jak diame­tral­nie się zmieniła ich relac­ja.

            BTW, strasz­na szko­da, że ta sce­na została wyrzu­cona z odcin­ka” Oj tak, ta i następ­na :) Bied­ny Hardy, no naprawdę nikt go nie chce przy­tulić ;)

            I zawsze rozbra­ja mnie ich „łóżkowa” sce­na, bo odnoszę wraże­nie, że została ona napisana spec­jal­nie dla osób, które uważały, że Hardy i Miller powin­ni się w sobie zakochać. Mis­tr­zows­ki trolling! :D”
            Masz abso­lut­ną rację :D Kil­ka razy nam sce­narzys­ta „mru­gał okiem w ten sposób” (np. jak Hardy zawa­hał się pod drzwia­mi syp­i­al­ni w domku Claire albo jak zadeklarował możli­wość pocałowa­nia Miller), ale ta sce­na to jest mis­tr­zost­wo świa­ta, uwiel­bi­am ją :)
            „Inną z moich ulu­bionych scen jest ta z pier­wszego odcin­ka, pod­czas której Hardy roz­maw­ia z Miller w toale­cie.” To praw­da, jest świet­na, świet­na, świet­na :D

            Bard­zo się cieszę, że podobał Ci się podlinkowany przez mnie wywiad. W ogóle przy­jem­nie jest popa­trzeć, jak Chib­nall kocha to swo­je seri­alowe „dziecko” i rozbaw­ił mnie wyborem ulu­bionej sce­ny, bo to chy­ba znaczy, że on też czu­je podob­nie jak my, gdzie chy­ba najbardziej leży wyjątkowość Broad­church :D Szko­da, ze Olivia nie dostała szan­sy na samodzielne wybranie ulu­bionej sce­ny, ale dam sobie głowę uciąć, ze była­by to któraś ze scen z Davi­dem.

            Bard­zo chęt­nie podzielą się też opinią na tem­at trze­ciej serii Broad­church. Tylko, że nie umiem pisać o tym krótko, także czy­taj ile dasz radę :D Uważam, że jest ona Re-we-la-cyj-na! Po pier­wsze bard­zo pozy­ty­wnie zaskoczyła mnie tem­aty­ka. Chy­ba nikt z nas nie chci­ał, żeby pojaw­iło się kole­jne morder­st­wo, bo to by diame­tral­nie zmieniło ducha seri­alu. Z drugiej strony bałam się, że będziemy dalej brnęli w sprawę Latimerów i nieukaranego winowa­j­cy… Na szczęś­cie jest zupełnie inaczej. Widzi­ałam już kilka­krot­nie w różnych seri­ach czy fil­mach krymi­nal­nych pró­by pod­ję­cia tem­atu prze­mo­cy sek­su­al­nej, jed­nak nie pamię­tam, żebym do tej pory zobaczyła tak dogłęb­ne i jed­nocześnie tak­towne trak­towanie takiego przy­pad­ku. To było bard­zo bolesne, a jed­nocześnie dzi­wnie pociesza­jące doświad­cze­nie. Po pier­wsze chy­ba pier­wszy raz widzi­ałam cały ciąg pro­ce­du­ral­ny i tak, jak to pięknie ujęłaś w jed­nym ze swoich postów, chci­ałabym wierzyć, że to naprawdę tak dzi­ała, że zawsze zna­jdzie się taki Hardy, który powie, że nie masz się czego wsty­dz­ić i taka Ellie, która całą swo­ją postawa wyrazi ogrom współczu­cia, że ktoś zapro­ponu­je tabletkę po i potrzy­ma za rękę w cza­sie bada­nia, że wresz­cie ktoś się do mnie zgłosi z pomocą, bo ja nie mam siły jej szukać. Jed­nak pro­ce­dury to nie wszys­tko bo, co ważne, bard­zo mądrze pokazano, prze­moc wobec kobi­et, to nie zawsze gwałt, ale to każ­da, nawet naj­drob­niejsza pró­ba ubezwłas­nowol­nienia kobi­ety i trak­towa­nia jej jak przed­miot, czego niezły dostal­iśmy kat­a­log w cza­sie tej serii. Pon­ad­to uważam, że cała postać Trish jest doskonale, wręcz mądrze, napisana i świet­nie zagrana. Przeczy­tałam gdzieś niepochleb­ną uwagę na tem­at jej wieku i muszę powiedzieć, że się na to zezłoś­ciłam. Według mnie to właśnie świet­ny wybór. Może to i jest banał, ale w dzisiejszym świecie dobrze jest pokazać, że oso­by powyżej powiedzmy czter­dzi­est­ki też mają życie, też mogą się baw­ić i popeł­ni­ać głupst­wa, a nieszczęś­cie może się zdarzyć każde­mu i nie mają na nie monopolu dłu­gono­gie blon­dyn­ki zaraz po maturze. Bo, jak to mądrze uję­to w jed­nym z odcinków, w prze­mo­cy sek­su­al­nej wcale nie chodzi o seks i pożą­danie, ale o władzę, a tu lim­it wieku nie obow­iązu­je. Podobało mi się też, że Trish nie była krysz­tałową ofi­arą, która od razu niemal sta­je do wal­ki o siebie samą, ale kobi­etą z krwi i koś­ci, taką która się czegoś wsty­dzi i coś tam może i ukry­wa, która sobie ewident­nie nie radzi momen­ta­mi, ale jed­nak próbu­je wys­taw­ić głowę na powierzch­nię wody. Znów, taką nor­mal­ną… Uważam też, że Julie Hes­mond­hal­gh zagrała wstrząsają­co prawdzi­wie i koniecznie muszę ją jeszcze zobaczyć w innej roli. Co mi się nato­mi­ast nie podobało, to jed­nowymi­arowi mężczyźni (no poza Hardym chy­ba), wszyscy, łącznie z Markiem Latimerem myślą­cy tylko o sobie i jacyś tacy wybit­nie słabi u boku tych sil­nych kobi­et. A prze­cież nie jest tak, że jak na hory­zon­cie pojaw­ia się sil­na kobi­eta, to mężczyz­na albo musi chcieć ją zniewolić, albo uciec do kochan­ki… Nie jest też tak, ze ktoś jest słabeuszem albo macho, zabrakło mi u nich tych odcieni szaroś­ci, który­mi uwiedli mnie męs­cy bohaterowie wcześniej…
            Bard­zo mi się też podobało, jak potrak­towano sprawę Danny’ego. Wiemy, że minęło kil­ka lat, no ale prze­cież czegoś takiego nie da się wymazać, to nie zni­ka… Super było to, ze ta sprawa gdzieś tam jest, ale się nią nie epatu­je, że pamię­tamy o zmarłym chłopcu, ale życie poszło jed­nak dalej. Uważam, ze to co nam pokazano odnośnie rodziny Latimerów jest jed­nak trochę stereo­ty­powe, ale jakoś tak potrzeb­ne. Na ich przykładzie oglą­damy, jak ludzie radzą sobie z żałobą. Jed­ni, jak Beth, przekuwa­ją ją w dzi­ałanie, aby nawet na chwilę nie poz­wolić się dopaść myślom, inni, jak Mark nurza­ją się w roz­paczy, bezowoc­nie szuka­ją zem­sty i zadośćuczynienia. Ta rodz­i­na nie ma szans na przetr­wanie właśnie z powodu tych różnych spo­jrzeń, i jakkol­wiek dla widza chy­ba ważne było takie studi­um żało­by, tak ja oso­biś­cie uważam, że takie sce­nar­iusze częś­ciej piszą jed­nak twór­cy melo­dra­matów, niż życie…. I muszę Ci powiedzieć, ze sama nie wiem co myśleć o sce­nie roz­mowy z Joe… Spodziewałam się jakiegoś hura­ganu emocji, a tak naprawdę byłam znies­mac­zona tym, jakim on jest okrop­nym tchórzem i jakoś tak źle mi z tym, ze on sobie gdzieś to życie ukła­da od nowa… Za to Mar­ka znów przez chwilę lubiłam… Cóż, Chib­nall chy­ba lubi, jak bohaterowi pyta­ją „dlaczego”, tylko, że my sami tak na serio nie zawsze chce­my dostać odpowiedź…
            Troszkę szko­da mi było, że poznikały posta­cie, z który­mi się zaprzy­jaźniłam, albo, jak w przy­pad­ku pani reporter, trochę spłaszc­zono ich wąt­ki, ale rozu­miem, ze zro­bili oni miejsce nowym, z który­mi też się trochę zaprzy­jaźniłam, choć jakoś tak w sekundzie mi się rozsz­erzył świat i Broad­church już nie było takie małe i senne, a oni jed­nak nie aż tak blis­cy, jak ci pier­wsi… Tak w kat­e­gorii żar­tu, gdy usłysza­łam, że na imprezie urodzi­nowej u Cath było około osiemdziesię­ciu samych mężczyzn, to moja pier­wsza myśl była, a skąd ich wzięła aż tylu? :) Strasznie miło było też zobaczyć wszys­t­kich razem w sce­nie w koś­ciele, która moim zdaniem po pros­tu musi­ała pow­stać dla fanów Broad­church, jak tak mała krop­ka nad „i” :)
            No i wresz­cie oni, Hardy i Miller. Jak tak sobie obser­wowałam ich relację, to po raz pier­wszy dotarło do mnie, że Chib­nall rzeczy­wiś­cie może mówić prawdę i od początku zaplanował, że Broad­church będzie miało trzy częś­ci. Najpierw górą był ten dzi­wnie nieprzy­jem­ny szkoc­ki detek­tyw, potem zaś ta naduczu­ciowa miejs­cowa detek­tyw, a ter­az… naresz­cie są part­nera­mi! Ona nabyła doświad­czenia, nabrała pewnoś­ci siebie i jed­nak przyjęła chy­ba kil­ka rad Hard’ego, on zaś stał się nieco bardziej ludz­ki, nawet radzi się jej w kilku kwes­t­i­ach i ter­az, naresz­cie są sobie abso­lut­nie równi. Tym razem Ellie, cho­ci­aż zawsze bieg­nie, gdy Hardy szy­bkim krok­iem wychodzi z biu­ra woła­jąc „Miller!”, to ter­az i ona potrafi być tym „złym” gliną z pog­a­rdli­wą miną (pięknie to widać w sce­nie, w której przy­wołu­je do porząd­ku tą młodą polic­jan­tkę), no i potrafi tak dogadać Hard’emu, że mu w pię­ty idzie. I uwiel­bi­am sce­ny, w których Ellie popi­ja napój ener­gety­czny albo krad­nie Hard’emu tosty, tak, dla niej nie ma już granic, bo wresz­cie jest pew­na włas­nej wartoś­ci i tego, że jej życia nie defini­u­ją czyny jej męża. Z kolei Hardy… Ha! I tu mnie Chib­nall abso­lut­nie kupił! Ty wiesz jak ja się bałam, ze ter­az, gdy ze zdrowiem lep­iej i ciężar spadł mu z ser­ca, zro­bią z niego rados­nego skowron­ka, który poda­je rękę na przy­wi­tanie i parzy ludziom herbatę, albo chodzi z kumpla­mi do pubu, żeby pokazać jak wspaniale odmieniło się jego życie…. Tym­cza­sem znów widać, że Chib­nall miał na niego pomysł od samego początku, a przy pomo­cy genial­nego jak zwyk­le Davi­da, pokazał nam niesamowicie spójną postać. Wiemy, że jest lep­iej, bo nam już pan detek­tyw nie chlip­ie po kątach i rusza się żwaw­iej, ale fryzurę dalej ma dzi­wną i krawat źle zaw­iązany, bo w końcu kli­fy są dalej „stu­pid”. Wciąż ciężko mu wyz­nać uczu­cia, choć jak mówi córce, ze ją kocha, to ja bym go tak do ser­ca przy­tuliła, z tym jego zakłopotaniem ciężkim… a jed­nak wciąż jest zamknię­tym w sobie odlud­kiem, a jak się złoś­ci, spraw­iedli­wie czy też nie, nawet na tę bied­ną Trish, to sobie solid­nie zapra­cowu­je na przy­domek, jaki mu wybrał SOCO Bri­an :) Swo­ją drogą, jak Ten­nat nakrzy­czał na tę młodą polic­jan­tkę (piękne naw­iązanie zresztą do poprzed­niego sezonu i tego, co może i nie może ostać się w sądzie), to ja aż się odsunęłam od ekranu. No i sce­na z kolega­mi Daisy jest po pros­tu epic­ka! Och, jakim trze­ba być doskon­ałym aktorem, żeby tylko mały­mi, niepo­zorny­mi ges­ta­mi pokazać jak wiele się zmieniło w życiu postaci, a jed­nak pozostać dogłęb­nie tym samym człowiekiem. Znów chylę czoła przed Ten­nan­tem. No a przy tym wszys­tkim, Hardy dalej tak głęboko gdzieś w ser­cu jest wrażli­wym i uczu­ciowym człowiekiem, co widać w jego relacji z córką albo gdy tak bard­zo wsty­dzi się bycia mężczyzną po wszys­tkim co zobaczył… No i w sum­ie kocha się jed­nak te chodzącą burzę grad­ową i czeka się na ten cień uśmiechu, choć jeden promy­czek słoń­ca :D
            Jeśli idzie o ulu­bione sce­ny, to podobało mi się bard­zo wiele drob­nych scen, więc strasznie ciężko mi było wybrać. Zacznę od „hon­or­able men­tion”: Hardy i Ellie wpada­ją na siebie w drodze do domu późnym wiec­zorem, każde idzie z innej strony… Podo­ba mi się dwu­biegunowść tej sce­ny. Najpierw jest ten dzi­wny straszny nas­trój, w końcu ona idzie sama, w mieś­cie gra­su­je gwał­ci­ciel, a tu ktoś na nią wpa­da… a potem zaraz ele­ment ulgi i humoru. „Did you kiss her?” z miną jaką pokazu­je Ellie jest warte mil­ion dolarów! :D Tym razem jed­nak, choć David i Olivia grali cud­nie, palmę pier­wszeńst­wa odd­a­je Trish i jej pier­wszej sce­nie na komis­aria­cie. Wstrząsające, prz­er­aża­jące, prawdzi­we! Dru­ga zaś z “naj” scen… no niech i tam będzie sztam­powo :) – ostat­nia sce­na na ławeczce, w imię wszys­tkiego, czego nie zep­suli twór­cy seri­alu, w imię kli­fu, który widz­imy jako pier­wszy, gdy zaczy­namy naszą przy­godę z seri­alem i ostat­ni właśnie, w imię okrop­nych min Hard’ego i ślicznych uśmiechów Ellie, w imię dwój­ki najlep­szych przy­jaciół z dwóch końców ławecz­ki, w imię mojej miłoś­ci do Broad­church, którego esencją i cen­trum jest jed­nak ten widok…

          • Nie masz poję­cia ( a w sum­ie może i masz ;) ) jak to cud­nie spotkać kogoś komu powiesz „a widzi­ałaś, jak…”, „a słysza­łaś, że…” i ta osobo już to wie, a jeśli nie – bard­zo chce się dowiedzieć. I super jest się tak bezkarnie pozach­wycać i nie usłyszeć, ze chy­ba mi nieco odbiło :)

            Och Mar­leno, znów myślimy dokład­nie tak samo! :D

            Sama popa­trz, myślimy tak samo, zgadza­my się niemal co do joty, a jed­nak mamy zupełnie inny odbiór drugiej serii, bo, to co tu najważniejsze, to niepow­tarzal­na atmos­fera, jakaś nieuch­wyt­na nuta, która albo rezonu­je nam w ser­cu, albo nie i tego w ogóle i w szczególe nie da się ubrać w słowa :)

            Tak, dokład­nie na tym pole­ga niezwykłość nie tylko Broad­church, ale także np. Dok­to­ra Who. Moż­na wymienić masę racjon­al­nych argu­men­tów, które prze­maw­ia­ją za tymi seri­ala­mi, ale koniec końców liczą się tylko emoc­je, jakie te seri­ale wywołu­ją (w przy­pad­ku Dok­to­ra ciężko jest mi określić, czemu nie lubię serii zro­bionych przez Mof­fa­ta, bo właśnie – teo­re­ty­cznie nie są one złe, ale prak­ty­cznie nie wywołu­ją u mnie takich emocji jak serie RTD).

            No i właśnie wyobraz­iłam sobie, jak Hardy czy­ta komiksy pod biurkiem, po pros­tu mnie rozłożyłaś na łopat­ki… :D

            Cieszę się, że popraw­iłam ci tym humor! :D

            Bied­ny Hardy, no naprawdę nikt go nie chce przy­tulić ;)

            Miller powin­na mu kupić koszulkę z napisem “I need a hug!” :D

            jak Hardy zawa­hał się pod drzwia­mi syp­i­al­ni w domku Claire albo jak zadeklarował możli­wość pocałowa­nia Miller

            Tak, też uwiel­bi­am te sce­ny. Niby drob­nos­t­ki, ale cieszą mnie niesamowicie!

            Szko­da, ze Olivia nie dostała szan­sy na samodzielne wybranie ulu­bionej sce­ny

            Mnie nato­mi­ast rozbroiło, jak odpowiedzi­ała na pytanie, czy granie Miller ją zmieniło, do jakich prze­myśleń ją doprowadz­iło. Było to piękne dlat­ego, bo każdy inny aktor zaczął­by tu filo­zo­fować, jak bard­zo rola wpłynęła na jego życie, a Col­man pros­to z mostu powiedzi­ała, że żad­nych prze­myśleń nie miała, bo ona jest tylko aktorką, która odgry­wa daną rolę. Ale jed­nocześnie wspani­ałe było to, że ewident­nie zro­biło się jej głu­pio, że nie ma filo­zoficznych prze­myśleń, na które ewident­nie liczyła oso­ba zada­ją­ca pytanie.

            Może to i jest banał, ale w dzisiejszym świecie dobrze jest pokazać, że oso­by powyżej powiedzmy czter­dzi­est­ki też mają życie, też mogą się baw­ić i popeł­ni­ać głupst­wa, a nieszczęś­cie może się zdarzyć każde­mu i nie mają na nie monopolu dłu­gono­gie blon­dyn­ki zaraz po maturze.

            Znowu się zgadza­my!!! :D

            Podobało mi się też, że Trish nie była krysz­tałową ofi­arą, […] ale kobi­etą z krwi i koś­ci, taką która się czegoś wsty­dzi

            Dla mnie najpiękniejszy i jed­nocześnie najbardziej wstrząsają­cym momentem jej wys­tępu, była sce­na, w której zapy­tała „jak ja o tym [gwał­cie] powiem mojej córce”.

            Co mi się nato­mi­ast nie podobało, to jed­nowymi­arowi mężczyźni

            Ja na to nie zwró­ciłam uwa­gi, choć ter­az, kiedy o tym piszesz – masz całkow­itą rację.

            Mnie na pewno rozczarował wątek fac­eta, który wcześniej został posąd­zony o gwałt. O ile ciekaw­iej było­by, gdy­by rozwiązano to tak, jak się na począ­tu zapowiadało – czyli gdy­by okaza­ło się, że to był tak naprawdę miły i dobry człowiek, który wpadł w kłopo­ty, bo jakaś dziew­czy­na nie zrozu­mi­ała jego intencji (inny­mi słowy: gdy­by rozwiązano to trochę, jak wątek sklepikarza granego przez Davi­da Bradleya w pier­wszym sezonie). I szcz­erze mówiąc byłam zła na twór­ców, że ta postać okaza­ła się tak bard­zo creepy, bo to było sztam­powe.

            Inną rzeczą, która mnie rozczarowała były metody wychowaw­cze Miller. Prze­cież ona ze swoim synem nie przeprowadz­iła żad­nej nor­mal­nej roz­mowy – zawsze tylko na niego krzy­cza­ła.

            A sko­ro już w mężczyz­nach w trzec­im sezonie mowa: chylę czoła przed Chib­nallem za to, jak zro­bił mnie w konia odnośnie tego, kto jest gwał­ci­cielem. Bo ja pode­jrze­wałam tego chłopa­ka po jed­nym z pier­wszych odcinków. Ale potem, jak w następ­nym epi­zodzie zostało powiedziane, że gwał­ty miały miejsce na przestrzeni ostat­nich lat – wykreśliłam go z listy pode­jrzanych i potem już nie brałam już pod uwagę. Dlat­ego na końcu byłam naprawdę zaskoc­zona.

            sama nie wiem co myśleć o sce­nie roz­mowy z Joe… Spodziewałam się jakiegoś hura­ganu emocji, a tak naprawdę byłam znies­mac­zona tym, jakim on jest okrop­nym tchórzem i jakoś tak źle mi z tym, ze on sobie gdzieś to życie ukła­da od nowa… Za to Mar­ka znów przez chwilę lubiłam… Cóż, Chib­nall chy­ba lubi, jak bohaterowi pyta­ją „dlaczego”, tylko, że my sami tak na serio nie zawsze chce­my dostać odpowiedź…

            Mi się nato­mi­ast spokój tego spotka­nia podobał. I to, że Joe ułożył sobie na nowo życie także. Z prostego powodu: to pięknie pokazy­wało, że świat nie jest tak spraw­iedli­wy, jak byśmy chcieli. To zestaw­ie­nie Joe, który spoko­jnie egzys­tu­je, z Markiem, który jest wrakiem człowieka było dla mnie bard­zo wstrząsające. I tak, też lubię, jak bohaterowie Broad­church pyta­ją „dlaczego”. :)

            albo, jak w przy­pad­ku pani reporter, trochę spłaszc­zono ich wąt­ki

            Mi strasznie było szko­da także wątku księdza, bo w nim był gigan­ty­czny potenc­jał. Nie do koń­ca rozu­miem też, czemu w seri­alu pojaw­ił się tata Miller, bo to była taka postać, której właś­ci­wie mogło­by nie być.

            Tak w kat­e­gorii żar­tu, gdy usłysza­łam, że na imprezie urodzi­nowej u Cath było około osiemdziesię­ciu samych mężczyzn, to moja pier­wsza myśl była, a skąd ich wzięła aż tylu? :)

            Hihi, rzeczy­wiś­cie słusz­na uwa­ga! Tak samo w sce­nie, w której była akc­ja ze „światełka­mi wspar­cia dla Trish” (nie wiem, jak to inaczej nazwać, ale pewnie domyślisz się, o co mi chodzi ;) – jak to możli­we, że w Broad­church nagle znalazło się tyle kobi­et?!

            Z resztą, co do skali, dla mnie bard­zo zaskaku­ją­cy był wirtu­al­ny spac­er (za pośred­nictwem Google Street) po West Bay, czyli miasteczku, w którym głównie krę­cili Broad­church. Jejku, jaka to jest mała mieścin­ka! Przy okazji, jeśli się przyjrzeć, moż­na w jed­nym miejs­cu w odd­ali zobaczyć chatkę, w której Hardy mieszkał w drugiej serii. :)

            naresz­cie są part­nera­mi!

            Tak, dla mnie też najws­panial­szą rzeczą w trzec­im sezonie było to, jak pięknie Hardy i Miller się uzu­peł­niali.

            Ty wiesz jak ja się bałam, ze […] zro­bią z niego rados­nego skowron­ka, który […] parzy ludziom herbatę

            Ej, ale on prze­cież parzył ludziom herbatę!!! :D

            Swo­ją drogą bard­zo podo­ba mi się, jak na początku drugiego odcin­ka Hardy przynosi herbatę Miller. Drob­ne, ale jakże piękne naw­iązanie do pier­wszej serii i pokazanie, jak bard­zo zmieniła się ich relac­ja.

            to sobie solid­nie zapra­cowu­je na przy­domek, jaki mu wybrał SOCO Bri­an :)

            Swo­ją drogą, uwiel­bi­am scenę z „Dirty Bri­anem” w tym sezonie! I późniejsze pytanie Hardy’ego o to, jak dłu­go Bri­an i spół­ka nazy­wa­ją go “shit­face”. :D

            Hardy i Ellie wpada­ją na siebie w drodze do domu późnym wiec­zorem, każde idzie z innej strony

            Tak, też uwiel­bi­am tą scenę!

            A swo­ją drogą, musimy w tym miejs­cu poroz­maw­iać o rand­ce Hardy’ego. Bo mnie szcz­erze mówiąc ta sce­na praw­ie w ogóle nie urzekła. Za to podo­ba mi się to, co ją poprzedz­iło – że Hardy przez cały dzień był dzi­wnie miły dla Miller. Znacznie bardziej lubię nato­mi­ast scenę usuniętą, bo ona ślicznie pokazu­je, jak bard­zo „akward” był Hardy (tak na mar­gin­e­sie ja się zawsze głow­ię, jak udało mu się zdobyć żonę). Nato­mi­ast na samej rand­ce jedyną fajną rzeczą jest dla mnie to, jak Ten­nant robił maślane oczy (hmm, może była żona Hardy’ego zakochała się w nim właśnie z powodu tych maślanych oczu…). Bo on dokład­nie taką samą minę zro­bił w pier­wszym sezonie, kiedy podry­wał właś­ci­cielkę hotelu – więc sza­cun dla Ten­nan­ta, że uczynił postać Hardy’ego spójną także pod wzglę­dem tych spo­jrzeń.

            Nato­mi­ast moi­mi naju­lu­bieńszy­mi sce­na­mi, poza wspom­ni­any­mi przez ciebie dwoma napada­mi złoś­ci Hardy’ego, są wszys­tkie jego roz­mowy z córką – zwłaszcza ta, w której Daisy mówi mu o tej spraw­ie ze zdję­ci­a­mi i kiedy przechadza­ją się po plaży, i ona stwierdza, że chce wró­cić do mamy. Inną sceną jest pogadan­ka z Miller, kiedy ta je jajko po szkocku.

            Zarówno ta roz­mowa z córką na plaży, jak i z Miller, są piękne nie tylko z powodu tego, że zostały świet­nie napisane i zagrane, i że niosą ze sobą duży ładunek emocjon­al­ny. Dla mnie najws­panial­sze jest w nich to, że jest w nich jak­iś taki spoko­jny rytm, który mnie wręcz hip­no­tyzu­je. Przyz­nam się, że obe­jrza­łam te sce­ny nie­zlic­zoną ilość razy i cią­gle nie mogę się na nie nap­a­trzeć.

            I jeszcze co do sce­ny z jajkiem po szkocku. Strasznie bawi mnie, jak pięknie pokazu­je ona „mag­ię kina”. Bo murek wyglą­da tak, jak­by był nis­ki, tym­cza­sem w rzeczy­wis­toś­ci miał on jakieś pół­to­ra metra wysokoś­ci (czy widzi­ałaś zdję­cia z planu z tej sce­ny?).

            A w związku z tym mam dla ciebie kole­jną wyimag­i­nowaną scenę. Otóż wyobrażam sobie, co by było, gdy­by Hardy i Miller naprawdę musieli wdra­pać sie na tak wyso­ki murek. Wyobrażam sobie jak Hardy pod­sadza Miller, przy okazji marudząc „Naprawdę musisz jeść swo­je głupie drugie śni­adanie aku­rat tutaj?” na co Miller odpowia­da mu „Nie chci­ałeś jeść w restau­racji, to ter­az nie marudź i pod­sadź mnie jeszcze trochę!”. A potem, kiedy już Miller wdra­pała się na szczyt murku, poda­je rękę Hardy’emu i kiedy wcią­ga go na górę mówi „Jak dobrze, że jesteś taki chudy!”

            I jest jeszcze jed­na rzecz, jaką sobie wyobrażam, kiedy w tej sce­nie Hardy stwierdza, że nie kon­tak­tował się z Miller, kiedy nie było go w Broad­church, bo zgu­bił tele­fon. Tutaj mam w głowie taką ret­ro­spekcję: Hardy (który jak wiemy, skrycie jest strasznym geekiem ;) stoi przed wit­ryną sklepu Apple i roz­mar­zonym wzrok­iem patrzy na nowe iPho­ny. Potem wzdy­cha ciężko, wycią­ga z kieszeni swo­jego Blackberry’ego, spoglą­da na niego smut­no i – ponieważ jest prag­maty­cznym Szkotem – stwierdza, że nowy tele­fon kupi sobie dopiero wtedy, kiedy pop­su­je mu się ten stary. W tej samej chwili przy­chodzi do niego SMS od Miller, wiado­mość w sty­lu „Jak się masz, Hardy?” upstr­zona masą emotek. Na widok wiado­moś­ci Hardy stwierdza „Chrzanić to!”, wyrzu­ca tele­fon za siebie, wbie­ga do sklepu Appla i z uśmiechem na ustach stwierdza „Szy­bko! Zgu­biłem tele­fon i muszę sobie kupić nowy!” :D

            A wraca­jąc do scen, które naprawdę pojaw­iły się w Broad­church, uwiel­bi­am masę drob­nych momen­tów:

            To, że w pier­wszym odcinku Miller mówi Trish, że lubi, jak Hardy przyrządza herbatę, i że pode­jrze­wa, iż detek­tyw kiedyś pal­ił. I to, że w ostat­nim odcinku Hardy stwierdza, że kiedyś pal­ił.

            To, że w pier­wszym odcinku Miller daje Trish swój numer tele­fonu, mówiąc przy tym „nie wspom­i­naj o tym moje­mu sze­fowi” – i sposób, w jaki reagu­je Hardy, kiedy Trish dzwoni do Miller.

            Uwiel­bi­am, jak przed sceną z jajkiem po szkocku, kel­ner w restau­racji pyta, czy Miller i Hardy chcieli­by coś zamówić i Miller robi taką śmieszną minę, a Hardy ponuro odpowia­da „nie”. Albo jak przesłuchu­ją dziew­czynę w bud­ce z loda­mi, i Hardy stwierdza, że nie przys­zli tu kupować lodów, a Miller kwin­tu­je to słowa­mi „mów za siebie”.

            Kocham wszys­tkie sce­ny, w których Hardy żali się Miller, że chy­ba nie jest dobrym ojcem. I to, jak Miller radzi mu, by podarł bilet Daisy. I to, jaki Hardy jest zad­owolony, po tym, jak ten bilet podarł (BTW, popełniłam kiedyś taki obrazek na ten tem­at: https://sillydyrdymaly.tumblr.com/post/159466730674/i-think-this-is-what-miller-thought-in-last )

            Oczy­wiś­cie uwiel­bi­am też zakończe­nie – bo to był najlep­szy finał, na jaki zasługi­wała cała his­to­ria.

            I tu, na koniec mojego długiego wywodu, mam dla ciebie jeszcze jed­ną wyimag­i­nowaną scenę. Po tym, jak Hardy i Miller mówią sobie „do zobaczenia jutro”, każde z nich wraca do swo­jego domu, tak? Z tym, że Miller – praw­idłowo – idzie molo w stronę lądu, a Hardy – no właśnie – w stronę morza. Dlat­ego wyobrażam sobie, że na końcu mola zacu­mowana jest motorówka, do której wsi­a­da (a nawet: wskaku­je!) Hardy (który w końcu przes­tał się bać „być na wodzie”), a potem odpły­wa do domu, czyli trochę w stronę zachodzącego słoń­ca, po drodze epicko powiewa­jąc pro­chow­cem na wietrze. :D

          • Mar­lena Bier

            Jesteś abso­lut­nie niesamowi­ta, jak Ty to robisz, ze tak szy­bko odpisu­jesz? Dzięku­je Ci bard­zo, że chce Ci się to robić tak wycz­er­pu­ją­co :D

            Tak, dokład­nie na tym pole­ga niezwykłość nie tylko Broad­church, ale także np. Dok­to­ra Who. „
            Praw­da, praw­da. A próbowałaś kiedyś zupełne­mu laikowi w tej kwestii wyjaśnić fenomen tych seri­ali albo to, dlaczego tak Cię porusza­ją? Ja próbowałam, ale zawsze dochodz­iłam do punk­tu, w którym musi­ałam odesłać do samodziel­nego przeży­cia tych emocji, bo albo wszys­tko co mówiłam okazy­wało się śmiesznie banalne i nie do koń­ca prawdzi­we, jak w przy­pad­ku postaci Dok­to­ra, albo nie dało się nic sen­sownego powiedzieć bez spolerowa­nia :) WNo, i tak w kat­e­gorii żar­tu, do „Broad­church” przekon­ałam kil­ka osób (zro­biłam nawet wiec­zorek fil­mowy we włas­nym domu :) ), ale zawsze się zaczy­nało w takim sty­lu: „a co to (tj. tytuł – przyp­is włas­ny ;D) właś­ci­wie znaczy po pol­sku?” „To jest nazwa miejs­cowoś­ci”, „Acha, czyli, co to będą jakieś pier­doły o ludzi­ach z małego miastecz­ka?” „I tak, i nie, musisz zobaczyć sam” :D Z Dok­torem to mam trochę więk­szy prob­lem, bo nigdy nie wiem od czego zacząć :D

            Cieszę się, że popraw­iłam ci tym humor! :D”
            I to jak :D Uwiel­bi­am też te Two­je pomysły na nowe sce­ny z „Broad­church” :D I są takie trafione w charak­tery postaci, widać, że też się z nimi tak moc­no zżyłaś. Nie zwró­ciłam wcześniej uwa­gi na ten murek (dzię­ki :D), ale śmi­ałam się do rozpuku z Two­jego opisu. To by tak do nich pasowało, tym bardziej, że Ellie rzeczy­wiś­cie Hardy’emu cią­gle robi uwa­gi o chu­doś­ci i racjon­al­nym odży­wia­n­iu :D No, a ostat­nia sce­na w Twoim wyko­na­niu… epic­ka! :D

            Miller powin­na mu kupić koszulkę z napisem “I need a hug!” :D”
            Wtedy może naresz­cie wtedy ktoś by się nadarzył, cho­ci­aż wiesz, Daisy w końcu uległa i dała mu tego przy­tu­lasa :)

            Mnie nato­mi­ast rozbroiło, jak odpowiedzi­ała na pytanie, czy granie Miller ją zmieniło, do jakich prze­myśleń ją doprowadz­iło.”
            Mnie też się podobała jej szczerość, za którą zresztą bard­zo lubię Olivię Col­man. Słysza­łam kil­ka jej wywiadów i ona właśnie wcale się nie stara „czarować” niko­go, tylko mówi tak pros­to, od ser­ca. A co do zaw­sty­dzenia, urzekło mnie tutaj, że ona właś­ci­wie cały czas jest nieco spes­zona tym, ze jej rola została tak dobrze przyję­ta, choć widać, że bard­zo się z tego cieszy :)

            Dla mnie najpiękniejszy i jed­nocześnie najbardziej wstrząsają­cym momentem jej wys­tępu, była sce­na, w której zapy­tała „jak ja o tym [gwał­cie] powiem mojej córce”

            Dla mnie z kolei jest to sce­na rekon­strukcji w miejs­cu gdzie to wszys­tko się stało, bard­zo ją podzi­wiałam i bard­zo jej współczułam, a Hard’ego to bym kop­nęła w kostkę, gdy­bym była Ellie, w pewnym momen­cie. W ogóle mam taką teorię, że on tak gru­boskórnie trak­tu­je cza­sem Trish, bo sam nie wie co zro­bić ze sobą w takiej sytu­acji. Kil­ka razy przyz­na­je, że ten typ przestępst­wa nie ma dla niego w ogóle sen­su. Doda­je też, że w takich chwilach wsty­dzi się bycia mężczyzną i, że bard­zo boi się, że przestęp­ca znów uderzy. Wiemy, że on ma prob­le­my z wyrażaniem empatii i chy­ba wyda­je mu się, że najlepiej wyrazi swo­je uczu­cia, jeśli złapie gwał­ci­ciela, a więc dąży do tego za wszelką cenę…
            No i mnie jeszcze tak moc­no uderzyły słowa Trish „I wish he just killed me”… To, jak pokazano wszys­tko przez co przeszła Trish jest tak dobrze i sug­esty­wnie napisane, ze aż trud­no mi uwierzyć, że to pisał mężczyz­na ( oczy­wiś­cie nie ma w tej uwadze żad­nych podtek­stów sek­sis­tows­kich :) )

            Inną rzeczą, która mnie rozczarowała były metody wychowaw­cze Miller.”
            Też o tym pomyślałam. Prze­cież ona daje takie dobre rady Hardy’emu. No i miała naprawdę piękną relację z synem w pier­wszej serii i chy­ba ją nieźle poukładała drugiej, a tu… Hmmm, może to znów ten­denc­ja do pokazy­wa­nia ‘nieustraszonej Miller, której już żaden facet nie pod­skoczy”, albo, bo ja wiem… pró­ba zastąpi­enia Tomowi mężczyzny, który trzy­mał­by o sil­ną ręka? W każdym razie strasznie szko­da, bo Ellie zda­je się mieć znacznie więcej empatii dla obcych osób, niż dla włas­nego syna, a jemu potrze­ba chy­ba więcej uwa­gi i na pewno przy­dała­by się prawdzi­wa roz­mowa, a nie „gad­ka umoral­ni­a­ją­ca”. Wiesz co mi przyszło do głowy? Hardy poprosił Ellie, żeby przyszła do niego i radz­iła mu w spraw­ie cór­ki. Ciekawe jak­by zareagował, gdy­by Ellie poprosiła jego, żeby synal­ka wziął na bok i go tam pouświadami­ał. To mogło­by być zabawne, gdy­by Hardy, mis­trz relacji damsko-męs­kich (He He :D), wziął go na te pyszne lody z wafelkiem i spróbował mu tłu­maczyć coś o sza­cunku do kobi­et i innych tego typu sprawach… (oby nie tak, jak kole­gom Daisy :D). A co do ojca Miller, mam takie wraże­nie, że, jak to bywa w bry­tyjskiej telewiz­ji, nie moż­na przekraczać pewnej grani­cy. Ellie, ma być tą która godzi wspaniale pracę z rolą samot­nej mat­ki, a ma prze­cież małe dziecko. Sios­tra i Ollie zniknęli gdzieś za hory­zon­tem , więc ktoś musi­ał się zająć tym maleńst­wem i stąd, moim skrom­nym zdaniem, cały wątek ojca Ellie…

            (..) chylę czoła przed Chib­nallem za to, jak zro­bił mnie w konia odnośnie tego, kto jest gwał­ci­cielem.” No, żebyś wiedzi­ała!!! Ja na początku strasznie chci­ałam, żeby to był ten właśnie chłop­ka (jeśli mogę tak napisać, choć to trochę niefor­tunne określe­nie, ale chy­ba wiesz o co mi chodzi), ale potem wzięłam sobie do ser­ca słowa Harde’go, że nie każdy kto jest dup­kiem od razu musi być gwał­ci­cielem. Także cha­peau bas panie Chib­nall :) Jed­nak sce­na, w której o tym opowia­da, i te jego uza­sad­nienia… tego by się nie pow­sty­dz­iła żad­na pro­dukc­ja o psy­chopaty­cznym zabój­cy. Była do głębi wstrząśnię­ta!

            To zestaw­ie­nie Joe, który spoko­jnie egzys­tu­je, z Markiem, który jest wrakiem człowieka było dla mnie bard­zo wstrząsające.”
            Coś w tym jest, co o nich napisałaś. Jed­nak, ja chy­ba bard­zo chci­ałam zobaczyć trochę tej spraw­iedli­woś­ci… Cho­ci­aż wiesz, mam takie wraże­nie, ze w tej serii było kil­ka takich rozmów, które dały nam wiele bard­zo satys­fakcjonu­ją­cych odpowiedzi, poza­mykały pewne wąt­ki, za co jako fan­ka jestem Chib­nal­lowi bard­zo wdz­ięcz­na. Tak właśnie ode­brałam scenę roz­mowy „przy szkockim jajku”, gdy wiemy już co tam w duszy Hard’ego gra, a także scenę w domu Latimerów, gdy odkry­wamy, że śmierć Danny’ego była iskrą zapala­jącą od daw­na ist­nieją­cy lont, czy scenę w koś­ciele, gdzie widz­imy jakie miejsce w tej niewielkiej społecznoś­ci zaj­mu­ją ostate­cznie nasi bohaterowie (i uwiel­bi­am moment takiego „pogodzenia się księdza i Harrd’ego). Cza­sem fajnie jest „nie wiedzieć” i wymyślać sobie nowe his­torię, ale tak naprawdę ja jed­nak wolę nie tyle wiedzieć, co rozu­mieć i to od Broad­church na pewno dostałam :D
            Co do wirtu­al­nego spaceru po West Bay, to właśnie mnie natch­nęłaś do jego wyko­na­nia ;D

            Ej, ale on prze­cież parzył ludziom herbatę!!! :D”
            Dobra, coś tam komuś parzy i nawet kawy kupił dwie. Tak sobie myślę, że w sum­ie to on okazu­je się być najwięk­szym sukce­sem wychowaw­czym Ellie :D

            Swo­ją drogą, uwiel­bi­am scenę z „Dirty Bri­anem” w tym sezonie!”
            Ja też :D no i jed­nak go obchodzi co ludzie o nim myślą :)

            A swo­ją drogą, musimy w tym miejs­cu poroz­maw­iać o rand­ce Hardy’ego.”
            No właśnie, co za dzi­w­na sce­na… Lubię ją i jej nie znoszę jed­nocześnie. Myślę, że przeżyłam tu najwięk­sze „sec­ond­hand embarass­ment” od daw­na. Fajnie było dowiedzieć się, że na rand­kę wysłała Hard’ego cór­ka, a on ją tak kocha, że jej nie odmówił, ale ilość niestosownych uwag z oby­d­wu stron była po pros­tu zbyt duża jak na tę powierzch­nię, jak dla mnie. Mnie się też wycię­ta sce­na chy­ba podobała bardziej, cho­ci­aż jak Hardy wygłosił uwagę na tem­at siebie samego w roli przestęp­cy, to aż puknęłam się w czoło :) Uwa­ga, o zdoby­wa­niu żony – bard­zo trafiona, może to rzeczy­wiś­cie te maślane oczy…, :D O, i nie zwró­ciłam na to jak podob­na miał minę wtedy w hotelu (aż sobie wró­ciłam do tej sce­ny) i rzeczy­wiś­cie, bra­wo David! A tak przy okazji, nie sądzę, żeby on sobie ten fakt prze­myślał, więc ciekawe jak duży jest tu wkład włas­ny Ten­nan­ta, tj. jego własne wyobraże­nia na tem­at tego, jak się podry­wa kobi­ety i prze­myśleń jak taki moment zamienić w „akward moment” :)
            Bard­zo mi się podo­ba to, co napisałaś o ulu­bionych sce­nach. Jejku jej, ileż myśmy tu dostali drob­nych smaczków, cud­ownych chwil z Ellie i Hardym :) Wspaniale to wszys­tko wyła­pałaś. (iIbard­zo podobał mi się Twój Dyrdy­mał na tem­at „I’m too nice to peo­ple” :D) A ja zwró­ciłam też uwagę na taki dro­bi­azg z pier­wszego odcin­ka, w którym najpierw Ellie ziry­towana mówi „Every time!”, gdy Hardy zbyt dłu­go „parzy herbatę”, a za chwilę słyszymy iden­ty­czne „Every time!” z jego włas­nych ust, gdy wydało się, że Miller dała Trish pry­wat­ny numer tele­fonu. Zda­je się, ze oni już nawet myślą tak samo. I przy okazji dowiadu­je­my się, że Hardy dalej pil­nu­je pro­ce­dur, a Ellie, mimo całej traumy pro­ce­sowej, wciąż staw­ia na zwyk­le ludzkie gesty, nie bacząc na ewen­tu­alne kłopo­ty.
            Podo­ba mi się też jak Ellie tłu­maczy Hard’ego, ze jest zmęc­zony i zmartwiony, dlat­ego tak ostro reagu­je na dro­bi­az­gi (podświadomie czekałam aż powie, że zaraz go nakar­mi i położy go spać, i będzie lep­iej :D).
            No i relac­ja Hard’ego z jego córką jest cud­na po pros­tu. On tak pięknie z nia roz­maw­ia, tak szcz­erze i od ser­ca, i słusznie zauważyła Ellie, że nie ma rzeczy, której by dla niej nie zro­bił. Tak mi się podo­ba, że jak się dowiedzi­ał o tym, co ją spotkało to nie nakrzy­czał na nią (odwrot­nie niż Ellie na Toma), tylko jej aut­en­ty­cznie współczuł bard­zo chci­ał pomóc i tak strasznie się cieszę, że Chib­nall poz­wolił, żeby im się jed­nak trochę ułożyło, żeby jed­nak ktoś przy­tulił Hard’ego, żeby ktoś mu powiedzi­ał jak bard­zo jest z niego dum­ny. Wyda­je mi się, że to chy­ba jest taka najczyst­sza relac­ja w życiu tego dzi­wnie skom­p­likowanego mężczyzny :) Ogrom­nie intere­su­jące jest dla mnie też znowu odwróce­nie ról. Uczu­ciowa i pros­tolin­i­j­na Ellie nie bard­zo umie zbu­dowac relację z synem, a taki zamknię­ty w sobie zrzędli­wy Hardy, budu­je cud­ny związek z córką :)

          • Jesteś abso­lut­nie niesamowi­ta, jak Ty to robisz, ze tak szy­bko odpisu­jesz?

            Och, mogłabym cię zapy­tać o to samo. ;)

            Dzięku­je Ci bard­zo, że chce Ci się to robić tak wycz­er­pu­ją­co :D

            Nie ma za co. Cała przy­jem­ność po mojej stron­ie! :D

            próbowałaś kiedyś zupełne­mu laikowi w tej kwestii wyjaśnić fenomen tych seri­ali albo to, dlaczego tak Cię porusza­ją?

            Próbowałam kiedyś przekon­ać do Dok­tor Who moich rodz­iców. Moim błę­dem było to, że na początku pokaza­łam im pier­wszą ser­ię, w której ja zakochałam się niemal od pier­wszej sce­ny (kiedy Dok­tor chwycił Rose za rękę i krzyknął „RUN!”, jed­nocześnie skradł moje serce). Nieste­ty im to zupełnie nie podeszło, a potem nie chcieli dać seri­alowi drugiej szan­sy. :(

            Przy czym właśnie za sprawą rodz­iców odkryłam pewną zależność. Pier­wsze 4 serie Dok­tor Who są styl­isty­cznie bard­zo podob­ne do „Autostopem przez galak­tykę” z 2005 roku. Dlat­ego od tej pory, jeśli chcę pole­cić komuś Dok­to­ra, to wcześniej pytam tą osobę, czy zna ona i lubi tamten film.

            Inna sprawa – pal licho fenomen seri­alu. Spróbuj komuś wyjaśnić, jak dzi­ała śrubokręt son­iczny! Znów wraca­jąc do mojej rodzin­ki: moja sios­tra była kiedyś w Anglii i zapy­tała, co ma mi stamtąd przy­wieźć. Odpowiedzi­ałam – oczy­wiś­cie! – że chcę śrubokręt son­iczny 10-go Dok­to­ra. Sios­tra moją prośbę spełniła (choć nieste­ty załatwiła mi mod­el, który nie świszczy), ale przy okazji była bard­zo zain­try­gowana tym, co też za prezent mi kupiła. Równie zaciekaw­ieni byli moi rodz­ice. Kiedy więc w któryś week­end wró­ciła do domu i wielce podekscy­towana odpakowałam śrubokręt son­iczny – który w rzeczy­wis­toś­ci był prze­cież słabo świecącą na niebiesko latarką w dzi­wnym ksz­tał­cie – rodz­ice i sios­tra popa­trzyli na mnie, jak­bym sama była kos­mitą i zapy­tali „I to wszys­tko? To po pros­tu świeci?” :D

            do „Broad­church” przekon­ałam kil­ka osób

            W ten ser­i­al aku­rat udało mi się wciągnąć moich rodz­iców (zwłaszcza mamę). Do oglą­da­nia bard­zo przekon­ała ich infor­ma­c­ja „1 sezon, tylko 8 odcinków” (wtedy jeszcze nie było następ­nych serii). Poza tym, ponieważ zauważyłam, że im bardziej entuz­jaz­mu­ję się jakąś pro­dukcją, tym rodz­ice są do niej scep­ty­czniej nastaw­ieni, „zareklam­owałam” Broad­church słowa­mi „trochę nudne i nie wiem, czy się wam spodo­ba, ale sko­ro nie macie niczego ciekawszego do oglą­da­nia, to zerkni­j­cie na pier­wszy odcinek”. I zadzi­ałało – pier­wszy sezon bard­zo się im podobał. Ostat­nio puś­ciłam im dru­gi – mamie przy­padł do gus­tu, ale nieste­ty tata wynudz­ił się tak bard­zo, że oglą­dał jed­nym okiem i nie zrozu­mi­ał połowy wątków (myślał np. że Joe dokon­ał morder­st­wa w Sand­brook, LOL! :D )

            Z Dok­torem to mam trochę więk­szy prob­lem, bo nigdy nie wiem od czego zacząć :D

            Tak! Zwłaszcza, że opis „na sucho” brz­mi absurdal­nie i po pros­tu głu­pio – to trze­ba po pros­tu zobaczyć na własne oczy!

            Nie zwró­ciłam wcześniej uwa­gi na ten murek

            Tu masz zdję­cia:
            http://www.dailymail.co.uk/tvshowbiz/article-3624222/Broadchurch-s-Olivia-Colman-tucks-scotch-egg-joins-David-Tennant-film-final-series.html
            (tak wiem, na upartego zarówno Hardy, jak i Miller wydra­pal­i­by się na ten murek samodziel­nie, ale mniejsza o to ;)

            Tak na mar­gin­e­sie: inna rzecz, która śmieszy mnie w tego typu zdję­ci­ach z planu, to to, jakie oni noszą grube, puchowe kurt­ki. :D

            Słysza­łam kil­ka jej wywiadów i ona właśnie wcale się nie stara „czarować” niko­go, tylko mówi tak pros­to, od ser­ca.

            Mnie w Col­man najbardziej fas­cynu­je to, że z jed­nej strony ona zda­je się być bard­zo roztrzepaną osobą (cza­sem zro­bi głupią minę lub bez namysłu powie coś niestosownego, albo zapom­ni, jak nazy­wała się postać, którą grała w jakimś filmie), a z drugiej – jest chy­ba rozsąd­niejsza, niż się niek­tórym wyda­je. Wszyscy są np. zdzi­wieni tym, że nie wygadała niko­mu, że Joe jest morder­cą. Albo jaką pokerową twarz zachowała w trak­cie wywiadu, pod­czas roz­da­nia nagród NTA w 2015 roku, kiedy wiedzi­ała, że lada moment David dostanie swo­ją nagrodę spec­jal­ną, ale w żaden sposób tego nie zdradz­iła (a nawet obiecała Ten­nan­towi, że nigdy więcej go nie okłamie!)

            https://youtu.be/4wGIim-3db4

            Nie wspom­i­na­jąc już o tym, że jak moż­na nie kochać kogoś, kto odbiera BAFTA w taki sposób:

            https://youtu.be/puzflcodVkE

            W ogóle mam taką teorię, że on tak gru­boskórnie trak­tu­je cza­sem Trish, bo sam nie wie co zro­bić ze sobą w takiej sytu­acji. Kil­ka razy przyz­na­je, że ten typ przestępst­wa nie ma dla niego w ogóle sen­su. Doda­je też, że w takich chwilach wsty­dzi się bycia mężczyzną i, że bard­zo boi się, że przestęp­ca znów uderzy. Wiemy, że on ma prob­le­my z wyrażaniem empatii i chy­ba wyda­je mu się, że najlepiej wyrazi swo­je uczu­cia, jeśli złapie gwał­ci­ciela, a więc dąży do tego za wszelką cenę…

            Pięknie to ujęłaś. Przy czym moim zdaniem Hardy’ego ze wszys­t­kich tych rzeczy jed­nak najbardziej nakrę­cał lęk przed tym, że gwał­ci­ciel zdąży skrzy­wdz­ić kole­jną osobę zan­im detek­tyw go złapie. Z jed­nej strony czuł presję, na pewno chci­ał uchronić się przed wyrzu­ta­mi sum­ienia, jakie mógł­by czuć, gdy­by doszło do kole­jnego gwał­tu. I przede wszys­tkim – strasznie bał się o swo­ją córkę i pewnie przez to, że staw­iał ją na pier­wszym miejs­cu, mógł zapom­nieć o uczu­ci­ach Trish.

            Poza tym pode­jrze­wam, że on jed­nak pod­chodz­ił do tego prag­maty­cznie, na zasadzie, że Trish już została zgwał­cona i więk­sza krzy­w­da się jej nie przy­darzy, nato­mi­ast może przy­darzyć się innym. Wiem, że to brz­mi mega bez­dusznie, no ale właśnie – Hardy miał prob­le­my z empatią, więc nie zdzi­wiłabym się, gdy­by kierowała nim właśnie taka myśl.

            To, jak pokazano wszys­tko przez co przeszła Trish jest tak dobrze i sug­esty­wnie napisane, ze aż trud­no mi uwierzyć, że to pisał mężczyz­na

            Całkowicie się z tobą zgadzam!

            Ciekawe jak­by zareagował, gdy­by Ellie poprosiła jego, żeby synal­ka wziął na bok i go tam pouświadami­ał.

            Rany, to było­by piękne! :D

            Ellie, ma być tą która godzi wspaniale pracę z rolą samot­nej mat­ki, a ma prze­cież małe dziecko. Sios­tra i Ollie zniknęli gdzieś za hory­zon­tem , więc ktoś musi­ał się zająć tym maleńst­wem i stąd, moim skrom­nym zdaniem, cały wątek ojca Ellie…

            Niby tak, ale po pier­wsze: w drugiej serii Ellie zatrud­ni­ała opiekunkę do dziec­ka. A po drugie ja naprawdę nie mogłam oprzeć się wraże­niu, że na tatę Ellie był jak­iś więk­szy pomysł, tylko potem – no właśnie, co się stało? Nie pasował i został wykreślony, czy zabrakło na niego cza­su ekra­nowego?

            Popa­trz: na początku tata Ellie mówi jej, że praw­ie nie syp­ia, stwierdza „nie odkąd two­ja mama…”. No i właśnie, co się stało z mamą Ellie? Umarła, czy może rozs­tała się z tatą Ellie? Miller ewident­nie czu­je się nieco poiry­towana tym, że jej tata ter­az z nią miesz­ka. Czemu? Czy jest na niego o coś zła (bo jej rodz­ice się rozstali), czy też (jeśli mama Ellie umarła), przeży­wa żałobę inaczej, niż on i jego obec­ność jej przeszkadza, bo za każdym razem, jak Ellie widzi swo­jego tatę, przy­pom­i­na sobie, że niedawno umarła jej mama. No i potem, w którymś z odcinków tata Ellie zaczy­na czynić sek­sis­towskie uwa­gi, na które Miller bard­zo ostro reagu­je. Znów – jak­by miała do niego o coś żal.

            Jak widzisz, pytań jest sporo – odpowiedzi żad­nych. I to mnie bard­zo iry­tu­je, bo na początku cały wątek taty Miller mnie zain­try­gował, a potem nie dostałam na niego abso­lut­nie żad­nych wyjaśnień.

            Ja na początku strasznie chci­ałam, żeby to był ten właśnie chłop­ka […] Jed­nak sce­na, w której o tym opowia­da, i te jego uza­sad­nienia… tego by się nie pow­sty­dz­iła żad­na pro­dukc­ja o psy­chopaty­cznym zabój­cy. Była do głębi wstrząśnię­ta!

            Ale nie, mi nie chodz­iło o kole­sia z fab­ry­ki lin, tylko o syna tak­sówkarza. ;) Dokład­niej mówiąc: zas­tanaw­iałam się, czy on nie zro­bił tego razem z synem Miller, bo to było­by prze­cież mega niespodziewane i dra­maty­czne rozwiązanie, na miarę pier­wszego sezonu.

            A co do opisanego przez ciebie kole­sia, to fakt – sce­na jego przesłucha­nia była bard­zo creepy. I w sum­ie ciekawe było to, że o ile zarówno w pier­wszym jak i drugim sezonie, moż­na było współczuć morder­com, tak w trzec­im zbrod­niarz okazał się jed­noz­nacznie odraża­jącą postacią.

            Cza­sem fajnie jest „nie wiedzieć” i wymyślać sobie nowe his­torię, ale tak naprawdę ja jed­nak wolę nie tyle wiedzieć, co rozu­mieć

            Mam tak samo. I właśnie dlat­ego tak mnie drażnił wątek taty Miller. :P

            Dobra, coś tam komuś parzy i nawet kawy kupił dwie.

            To jest przy okazji kole­j­na rzecz, która zas­tanaw­iała mnie właś­ci­wie od pier­wszego sezonu. Bo po tym, jak wtedy Miller nakrzy­cza­ła na Hardy’ego, że ten zro­bił herbatę tylko dla siebie – Hardy grzecznie zaczął robić herbatę także dla niej. Pytanie więc, czy Hardy tak się „poświę­cał”, bo:
            1) chci­ał w ten sposób wyraz­ić, że lubi i ceni Miller,
            2) dopiero wtedy odkrył, że tak wypa­da robić, że tak postępu­ją zwyk­li ludzie (bo wyda­je mi się, że pomi­mo całego swo­jego wyalienowa­nia Hardy jed­nak chci­ał zachowywać się nor­mal­nie, tylko nie wiedzi­ał, jak to zro­bić – jak np. w pier­wszym sezonie, kiedy zapros­zony na kolac­je do Ellie kupił te wszys­tkie rzeczy),
            3) ani uczu­cia Ellie, ani społeczne kon­we­nanse go nie obchodz­iły – robił tą herbatę dla świętego spoko­ju, bo nie chci­ał słuchać zrzędzenia Miller.

            No patrz, taka głu­pia sprawa jak herba­ta, a tyle się za nią kry­je! :D

            Fajnie było dowiedzieć się, że na rand­kę wysłała Hard’ego cór­ka, a on ją tak kocha, że jej nie odmówił, ale ilość niestosownych uwag z oby­d­wu stron była po pros­tu zbyt duża jak na tę powierzch­nię, jak dla mnie.

            Dokład­nie! Motyw z córką spoko. Ilość głupich tek­stów stanow­c­zo za duża, wręcz niewiary­god­na.

            Every time!”

            Swo­ją drogą, ja się zas­tanaw­iam, jak dłu­go Miller i Hardy pra­cow­ali razem przed trzec­im sezonem. I ile spraw wspól­nie rozwiąza­li? I czego doty­czyły te przestępst­wa?

            Tak mi się podo­ba, że jak się dowiedzi­ał o tym, co ją spotkało to nie nakrzy­czał na nią […], tylko jej aut­en­ty­cznie współczuł bard­zo chci­ał pomóc

            Tak, to naprawdę było piękne. Zwłaszcza, że w taki sposób zachował się aku­rat Hardy, który prze­cież z natu­ry zawsze zakła­da, że wszyscy są win­ni i pode­jrzani dopó­ki nie potwierdzi się ich ali­bi.

          • Mar­lena Bier

            Próbowałam kiedyś przekon­ać do Dok­tor Who moich rodz­iców.”
            Hehe, ja próbowałam tego samego, ale nie było szans. Mój tata, zażar­ty fan seri­alu „Star Trek” powiedzi­ał, że tak idio­ty­cznego statku kos­micznego jak TARDIS to on w życiu nie widzi­ał :D Jed­nak spa­sował, gdy miłość do seri­alu odkryła w sobie jego wnucz­ka i ter­az rzu­ca na Dok­to­ra jed­nym okiem, a cza­sem nawet prosi ją o wyjaśnienia, po to żeby zaraz znów przewracać ocza­mi :) Rzeczy­wiś­cie, świat Dok­to­ra bywa nieco zaw­iły, nawet sam David Ten­nant, stwierdza z uśmiechem, że dla każdego kto go nie zna, jakiekol­wiek opowieś­ci na ten tem­at brzmią jak abso­lutne bzdury :D Z kolei mój brat przez przy­padek widzi­ał z nami odcinek „Grid­lock” i był zach­wycony, także też odrobinkę się wciągnął, a wiec nigdy nie wiesz co się komu spodo­ba :D
            A pro­pos śrubokrę­ta son­icznego, to masz świętą rację. Dzię­ki dobrodziejst­wom inter­ne­tu kupiłam córce śrubokręt Jede­nastego Dok­to­ra. Mój mąż, zapalony majsterkow­icz, był strasznie rozczarowany jego wyglą­dem :) Za to moja cór­ka opisała mu go jako “taką różdżkę jak od czar­o­dzie­ja, tylko ona bardziej dzi­ała na maszyny” nor­mal­nie boki zry­wać :)

            Tak na mar­gin­e­sie: inna rzecz, która śmieszy mnie w tego typu zdję­ci­ach z planu, to to, jakie oni noszą grube, puchowe kurt­ki. :D”
            Świet­na uwa­ga. I wiesz, gdy oglą­dałam „Doc­tor Who Con­fi­den­tial”, to zauważyłam, że do niek­tórych scen wcale ich aktorzy nie ścią­gali, tylko zsuwali poniżej ramion :D Wyda­je mi się, że dosta­ją je spec­jal­nie do pra­cy na planie, ale raczej chy­ba dla ochrony kostiu­mu niż dla ochrony przed zim­nem :D

            Mnie w Col­man najbardziej fas­cynu­je to, że z jed­nej strony ona zda­je się być bard­zo roztrzepaną osobą (…) a z drugiej – jest chy­ba rozsąd­niejsza, niż się niek­tórym wyda­je. Wszyscy są np. zdzi­wieni tym, że nie wygadała niko­mu, że Joe jest morder­cą. (…) Nie wspom­i­na­jąc już o tym, że jak moż­na nie kochać kogoś, kto odbiera BAFTA w taki sposób”
            To praw­da, zresztą ona mówi nawet w taki charak­terysty­czny sposób i cza­sem wyda­je się, ze jest nie poważ­na, ale jest w tym tak ujmu­ją­ca i częs­to błyskotli­wa, że nie moż­na jej nie kochać. Myślę, że to, iż Ellie jest taka sym­pa­ty­cz­na, to duża zasłu­ga Col­man, która nadała jej rys włas­nego charak­teru. Świet­ny przykład z tą nagrodą BAFTA, uwiel­bi­am oby­d­wie ( a nawet „oby trzy”) jej prze­mowy, ale ta która podlinkowałaś jest prze­cud­na :)

            Poza tym pode­jrze­wam, że on jed­nak pod­chodz­ił do tego prag­maty­cznie, na zasadzie, że Trish już została zgwał­cona i więk­sza krzy­w­da się jej nie przy­darzy, nato­mi­ast może przy­darzyć się innym.” Rzeczy­wiś­cie to brz­mi jak jed­na z kwestii Hard’ego :D

            bo na początku cały wątek taty Miller mnie zain­try­gował, a potem nie dostałam na niego abso­lut­nie żad­nych wyjaśnień.” Ter­az, kiedy to tak opisu­jesz, wyda­je mi się, ze masz sporo racji. Szko­da, bo Broad­church jest zbyt dobre na takie wpad­ki…

            No patrz, taka głu­pia sprawa jak herba­ta, a tyle się za nią kry­je! :D”
            Uwiel­bi­am tę anal­izę, hehe mogły­byśmy tak godz­i­na­mi, praw­da? Tyle nam drob­nych gestów dała ta niesamowi­ta dwój­ka :) A co do herbaty, to ja myślę, że on się tak trochę próbu­je opiekować Ellie, okazać je swo­ją sym­pa­tię, bo inne „zachowa­nia społeczne” wciąż mu trze­ba wyjaś­ni­ać, ale to tylko moje subiek­ty­wne odczu­cie :D

            Ale nie, mi nie chodz­iło o kole­sia z fab­ry­ki lin, tylko o syna tak­sówkarza. ;) Dokład­niej mówiąc: zas­tanaw­iałam się, czy on nie zro­bił tego razem z synem Miller, bo to było­by prze­cież mega niespodziewane i dra­maty­czne rozwiązanie, na miarę pier­wszego sezonu.”
            A widzisz tu się nie zrozu­mi­ałyśmy, ale na swo­je uspraw­iedli­wie­nie mam fakt, że w sum­ie oni oby­d­wo­je dop­uś­cili się gwał­tu, cho­ci­aż to syn tak­sówkarza skrzy­wdz­ił Trish. No, a na współdzi­ałanie z Tomem nie wpadałam, ale to był­by hor­ror po pros­tu. A wiesz czego ja się obaw­iałam? Bałam się, że nasz krew­ki detek­tyw będzie się chci­ał dobrać chłopakowi do skóry, jak sobie sko­jarzy, że on był wśród tych, którzy prześlad­owali Daisy. Jak on na niego patrzył na końcu jego przesłucha­nia, z taką pog­a­rdą i złoś­cią… Pomyślałam sobie, że zaraz wybuch­nie i ktoś dostanie rykoszetem, najpewniej Miller, albo ta nowa polic­jan­t­ka, albo kole­jny przesłuchi­wany. A jed­nak on zachował zim­ną krew do koń­ca, nie krzy­czał i nie groz­ił, i właśnie to było dla mnie takie prz­er­aża­jące, fakt, że w obliczu tych czynów nawet Hardy’emu zabrakło słów. Za to znów byłam taka wdz­ięcz­na Chib­nal­lowi za to, że to właśnie jemu, temu zdawało­by się gru­boskórne­mu detek­ty­wowi poz­wolił powiedzieć: „He is not what men are”, a David dodał do niego jeszcze tę cud­owną mimikę tak, że czułam jak­by tymi słowa­mi przy­tulił Ellie do ser­ca.

            w sum­ie ciekawe było to, że o ile zarówno w pier­wszym jak i drugim sezonie, moż­na było współczuć morder­com, tak w trzec­im zbrod­niarz okazał się jed­noz­nacznie odraża­jącą postacią.”
            Dla mnie taką odraża­jącą postacią była jeszcze Claire. Jakoś tak od początku jej nie pol­u­biłam, od chwili gdy pier­wszy raz nazwała Ellie szczeni­aczkiem Harde’go. Wiem, że ona fizy­cznie niko­go nie zamor­dowała, ale mam wraże­nie, że tak samo pocią­gała za sznur­ki w przy­pad­ku Lee, jak Leo w przy­pad­ku Michaela. Nigdy do koń­ca nie mogłam roz­gryźć jej intencji. Może i nie było psy­chopatką jak Leo, który moment gwał­tu skwitował słowa­mi „It’s beau­ti­ful”. Miała jed­nak w sobie coś takiego, że bałabym się jej bard­zo, bo niczym rozkaprys­zone dziecko, gdy coś szło nie po jej myśli, była zdol­na abso­lut­nie do wszys­tkiego. W końców­ce trze­ciej serii już dru­gi raz sobie pomyślałam jak to jest, ze moż­na się tak dać zma­nip­u­lować drugiemu człowiekowi, do tego stop­nia, żeby zro­bić coś takiego jak Lee albo Michael? Strasznie mi żal tych zmarnowanych żyć, ludzi, którzy dokon­ali pot­wornych czynów w momen­cie słaboś­ci tak sobie myślę, że to, co Chib­nal­lowi wyszło rewela­cyjnie i tak bard­zo mnie prz­er­az­iło, to pokazanie, że jak to mówi Hardy, każdy może być złoczyńcą w odpowied­nich okolicznoś­ci­ach.

          • Mój tata, zażar­ty fan seri­alu „Star Trek” powiedzi­ał, że tak idio­ty­cznego statku kos­micznego jak TARDIS to on w życiu nie widzi­ał :D
            […]
            kupiłam córce śrubokręt Jede­nastego Dok­to­ra. Mój mąż, zapalony majsterkow­icz, był strasznie rozczarowany jego wyglą­dem :)

            I kto tu jest dzi­wny? My, czy oni? :P

            A tak szcz­erze, to ja ich rozu­miem, bo zan­im zaczęłam oglą­dać Dok­to­ra, to na pod­staw­ie samych tylko zdjęć z inter­ne­tu oce­ni­ałam, że to musi byś strasznie głupi ser­i­al, który jest zupełnie nie dla mnie. :P

            Wyda­je mi się, że dosta­ją je spec­jal­nie do pra­cy na planie, ale raczej chy­ba dla ochrony kostiu­mu niż dla ochrony przed zim­nem :D

            Nie, tu na pewno w grę wchodzi tem­per­atu­ra. Zauważ, że na tych zdję­ci­ach z planu Broad­church, które ci podesłałam, niek­tórzy członkowie ekipy fil­mowej też nosili puchów­ki. A w przy­pad­ku Doc­tor Who częs­to zdarza­ło się prze­cież, że odcin­ki, których akc­ja roz­gry­wała się w środ­ku lata, były tak naprawdę krę­cone w zimie, przy strasznych mrozach.

            Bałam się, że nasz krew­ki detek­tyw będzie się chci­ał dobrać chłopakowi do skóry, jak sobie sko­jarzy, że on był wśród tych, którzy prześlad­owali Daisy.

            Ja miałam trochę w drugą stronę – bałam się, że ten chłopak w jak­iś sposób wymi­ga się od zbrod­ni, tłu­macząc się tym, że Hardy się na niego uwz­iął i wszys­tko sfin­gował.

            Dla mnie taką odraża­jącą postacią była jeszcze Claire.

            Tak, masz rację. Przy czym ponieważ dla mnie trze­cia seria była dużo bardziej emocjonu­ją­ca, to i zbrod­niarze wydawali mi się bardziej prz­er­aża­ją­cy. Poza tym (choć mogę się mylić, bo nie intere­su­ję się Szek­spirem) to Claire była bard­zo szek­spirowską postacią. Taką współczes­ną Lady Mak­bet, czy coś w tym sty­lu. I przez to wydawała mi się trochę prz­erysowana, niere­al­na.

            Strasznie mi żal tych zmarnowanych żyć, ludzi, którzy dokon­ali pot­wornych czynów w momen­cie słaboś­ci tak sobie myślę, że to, co Chib­nal­lowi wyszło rewela­cyjnie i tak bard­zo mnie prz­er­az­iło, to pokazanie, że jak to mówi Hardy, każdy może być złoczyńcą w odpowied­nich okolicznoś­ci­ach.

            Och, to chy­ba naj­trafniejsze pod­sumowanie Broad­church, jakie kiedykol­wiek przeczy­tałam! :)