Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Szaleństwo Serialowe:

O trzech mnichów za daleko

Doctor Who / Doktor Who, sezon 10, odcinki 6-8

Dzie­sią­ta seria Dok­to­ra Who była pierw­szym od kil­ku lat sezo­nem, któ­re­go oglą­da­nie spra­wia­ło mi ogrom­ną fraj­dę. I cie­szy­łam się na myśl o tym, że po fina­ło­wym odcin­ku będę mogła napi­sać roz­en­tu­zja­zmo­wa­ną not­kę, w któ­rej stwier­dzę, że oto wró­cił Dok­tor, któ­re­go kocha­łam.

Nie­ste­ty trzy naj­now­sze odcin­ki spra­wi­ły, że cała moja radość wypa­ro­wa­ła i pla­no­wa­na pochwal­na not­ka na cześć dzie­sią­tej serii sta­nę­ła pod zna­kiem zapy­ta­nia. A ponie­waż muszę z sie­bie wyrzu­cić te wszyst­kie nega­tyw­ne emo­cje, któ­re nagro­ma­dzi­ły się w moim ser­du­chu przez ostat­nie trzy tygo­dnie, dzi­siej­szy wpis będzie o tym, cze­mu te trzy odcin­ki Dok­to­ra Who tak strasz­nie mnie roz­cza­ro­wa­ły.

Aha – tekst jest skie­ro­wa­ny do fanów seria­lu (nie będę tłu­ma­czyć kim jest Dok­tor, czym jest TARDIS i tak dalej) i poja­wią się w nim więk­sze (zakry­te) oraz mniej­sze spo­ile­ry. O ile spo­ile­rem moż­na nazwać coś, cze­go moż­na się domy­ślić na dłu­go przed obej­rze­niem opi­sy­wa­nych prze­ze mnie odcin­ków.

A zaczęło się tak pięknie!

Dzie­sią­ty sezon jest świet­nym punk­tem star­to­wym. Nie nawią­zu­je do poprzed­nich serii i poja­wia się w nim nowa towa­rzysz­ka, któ­ra zada­je masę pytań w sty­lu „jak dzia­ła TARDIS”. Dzię­ki temu bez wzglę­du na to, czy nigdy wcze­śniej nie oglą­da­li­ście Dok­to­ra Who, czy też stra­ci­li­ście do nie­go cier­pli­wość i prze­sta­li­ście śle­dzić fabu­łę seria­lu jakiś czas temu – ten sezon jest dobrym momen­tem by po raz pierw­szy lub na nowo zaprzy­jaź­nić się z Dok­to­rem.

Na tym jed­nak plu­sy dzie­sią­tej serii się nie koń­czą. Po pierw­sze nowa towa­rzysz­ka Dok­to­ra – Bill (w tej roli fan­ta­stycz­na Pearl Mac­kie), jest świet­nie napi­sa­ną posta­cią, któ­rą lubi się od pierw­szej sce­ny. Po dru­gie odcin­ki są bar­dzo w sty­lu naj­lep­szych epi­zo­dów z cza­sów Rus­sel­la T. Davie­sa, czy­li mamy masę rado­sne­go ucie­ka­nia przed potwo­ra­mi i poja­wia­ją­ce się mię­dzy wier­sza­mi, dają­ce do myśle­nia bar­dziej poważ­ne kwe­stie. I wresz­cie po trze­cie – chy­ba naj­waż­niej­sze – twór­cy seria­lu naresz­cie wyko­rzy­sta­li poten­cjał Pete­ra Capal­die­go. Dwu­na­sty Dok­tor w koń­cu, po pro­stu jest Dok­to­rem, a nie kimś kto sta­ra się Dok­to­rem być. A jak­by tego wszyst­kie­go było mało, mamy jesz­cze wisien­kę na tor­cie, któ­rą jest (gra­ny przez Mat­ta Luca­sa) Nar­do­le.

Doctor Who - Extremis

Na to, jak odbie­ra­my zarów­no postać Dok­to­ra, jak i cały serial, naj­więk­szy wpływ mają towa­rzy­sze Wład­cy Cza­su. A ci w dzie­sią­tej serii są zna­ko­mi­ci!

źró­dło: Ars Tech­ni­ca UK

Pierw­sze pięć odcin­ków (i przy oka­zji tak­że poprze­dza­ją­cy je odci­nek świą­tecz­ny) spra­wi­ły, że byłam wręcz zasko­czo­na tym, iż oglą­da­nie Dok­to­ra Who może mi dawać aż taką rado­chę. Serio, Mof­fat spra­wił, że nie­mal zapo­mnia­łam, dla­cze­go tak bar­dzo poko­cha­łam ten serial. Miło więc było sobie to uczu­cie przy­po­mnieć.

Nie­ste­ty moja radość nie trwa­ła tak dłu­go, jak bym chcia­ła (czy­li do koń­ca dzie­sią­tej serii). Wszyst­ko popsu­li Upior­ni Mni­si, któ­rzy nie tyl­ko poja­wi­li się w seria­lu, ale też – spę­dzi­li w nim sta­now­czo za dużo cza­su.

Katastrofa na początku nigdy nie wygląda katastrofalnie

Szó­sty odci­nek – Extre­mis – sam w sobie nie był zły. Dok­to­ra popro­sił o pomoc sam papież (papież w TARDIS, how cool is that?), poja­wi­ła się zagad­ko­wa książ­ka, po prze­czy­ta­niu któ­rej każ­dy popeł­niał samo­bój­stwo, boha­te­ro­wie seria­lu wylą­do­wa­li w sekret­nej, waty­kań­skiej biblio­te­ce, w któ­rej roiło się od zom­bie-mni­chów i jak­by tego wszyst­kie­go było mało – w odcin­ku zada­no pyta­nie, na któ­re do tej pory nie potra­fię zna­leźć odpo­wie­dzi.

Doctor Who - Upiorny Mnich

Upior­ni Mni­si byli­by świet­nym potwo­rem tygo­dnia. Nie­ste­ty stra­szy­li widzów przez wię­cej niż jeden odci­nek i to był błąd.

źró­dło: BBC

Jed­no­cze­śnie już w tym odcin­ku poja­wi­ło się coś, za co prze­sta­łam lubić serial pod rzą­da­mi Mof­fa­ta – roz­wią­za­nie WIELKIEJ ZAGADKI oka­za­ło się być nie tyl­ko prze­kom­bi­no­wa­ne, ale przede wszyst­kim – zupeł­nie nie­sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce. Wie­cie, niby dało mi do myśle­nia pyta­nie „czy popeł­ni­ła­byś samo­bój­stwo, gdy­byś dowie­dzia­ła się, że żyjesz w symu­la­cji?”, ale jed­no­cze­śnie pod koniec odcin­ka wzru­szy­łam ramio­na­mi, bo prze­cież wszyst­ko, co się w nim wyda­rzy­ło nie mia­ło zna­cze­nia, bo mia­ło miej­sce w wir­tu­al­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Ale ponie­waż po wcze­śniej­szych odcin­kach seria­lu byłam pozy­tyw­nie nakrę­co­na, nie maru­dzi­łam, tyl­ko cier­pli­wie cze­ka­łam na to, co wyda­rzy się dalej. Extre­mis zakoń­czył się bowiem clif­fhan­ge­rem.

Piramidalna nuda

Dru­gi odci­nek o Upior­nych Mni­chach – The Pyra­mid at the End of the World – był dokład­nie takim epi­zo­dem, jakich było peł­no w poprzed­nich, tak nie­lu­bia­nych prze­ze mnie, sezo­nach. Poja­wi­ły się więc efek­ciar­skie deko­ra­cje, któ­re w ogó­le nie zachwy­ca­ły, zwro­ty akcji, któ­re wywo­ły­wa­ły jedy­nie wzru­sze­nie ramion i peł­ne napię­cia sce­ny, któ­re nudzi­ły.

Doctor Who - The Pyramid at the End of the World

Złe odcin­ki Dok­to­ra Who to takie, w któ­rych widzisz pira­mi­dę i zamiast się nią zachwy­cić jedy­nie wzru­szasz ramio­na­mi.

źró­dło: BBC

Jedy­nym plu­sem była Rachel Den­ning w roli Eri­ci – aktor­ka (i jej postać) po pro­stu skra­dła cały odci­nek. Ale co z tego, sko­ro nie tyl­ko nie poja­wi­ła się ona w następ­nym epi­zo­dzie, ale też do koń­ca nie wia­do­mo, jak skoń­czy­ły się jej losy.


Pomi­mo tego, jak bar­dzo mi się ten epi­zod nie podo­bał – cią­gle byłam dobrej myśli. W koń­cu każ­dy serial ma lep­sze i gor­sze odcin­ki. I pew­nie przy­mknę­ła­bym oko na to, że oglą­da­nie The Pyra­mid at the End of the World tak bar­dzo mnie wymę­czy­ło, gdy­by nie to, że histo­ria Upior­nych Mni­chów nie dobie­gła jesz­cze koń­ca.

Bezsensowna regeneracja

Jeśli cho­dzi o seria­le, któ­re lubię, jestem naiw­ną opty­mist­ką i zawsze liczę na to, że następ­ny odci­nek będzie lep­szy, nawet gdy wszyst­kie zna­ki na nie­bie, zie­mi i na ekra­nie, wska­zu­ją na coś inne­go. Tym razem tak­że dałam twór­com Dok­to­ra Who gigan­tycz­ny kre­dyt zaufa­nia i wie­rzy­łam w to, iż The Lie of the Land – czy­li ostat­ni odci­nek o Upior­nych Mni­chach – nada cało­ści tej try­lo­gii jakiś głęb­szy sens. Że po jego obej­rze­niu spoj­rzę wstecz na poprzed­nie epi­zo­dy i stwier­dzę „hmm, to jed­nak wca­le nie było takie głu­pie”. No, ale gdy­by tak się sta­ło, to nie psio­czy­ła­bym dziś na Dok­to­ra na Dyr­dy­ma­łach…

Naj­więk­szą wadą The Lie of the Land nie jest jed­nak to, że powie­la wady poprzed­nie­go epi­zo­du (znów jest nud­no i zupeł­nie nie­emo­cjo­nu­ją­co), ale złe wyczu­cie cza­su. W tym odcin­ku bowiem Upior­ni Mni­si pra­wie poko­nu­ją Dok­to­ra, Dok­tor pra­wie umie­ra, a Bill pra­wie odda­je życie by ura­to­wać ludz­kość. No wła­śnie: pra­wie.

Doctor Who - Fake Regeneration

Czy wśród doro­słych widzów Dok­to­ra Who była choć jed­na oso­ba, któ­ra dała się na to nabrać?

źró­dło: Doctor Who Gene­ral Wikia

Gdy­by ten epi­zod został wyemi­to­wa­ny pod koniec serii, napię­cie się­ga­ło­by zeni­tu. Ale odci­nek poja­wił się w środ­ku sezo­nu, więc było wia­do­mo, że boha­te­ro­wie są bez­piecz­ni, bo nawet Mof­fat nie był­by tak sza­lo­ny, by na czte­ry odcin­ki przed koń­cem serii wymie­nić Dok­to­ra i/​lub jego towa­rzysz­kę na now­szy model.

Efekt? Znów ziew­nię­cie i wzru­sze­nie ramion. Dodat­ko­wo oka­za­ło się, że The Lie of the Land jed­nak nie miał do zaofe­ro­wa­nia cze­goś, co spra­wi­ło­by, że spoj­rza­łam przy­chyl­niej na poprzed­nie odcin­ki. Mało tego: myślę, że fabu­łę Try­lo­gii o Upior­nych Mni­chach (jak nazy­wa­ją te odcin­ki twór­cy seria­lu) spo­koj­nie dało­by się zmie­ścić w dwóch epi­zo­dach.

Pozostaje naiwny optymizm

Od jakie­goś cza­su nie mam tary­fy ulgo­wej dla seria­li. Nie włą­czam dru­gie­go odcin­ka, jeśli nie zacie­ka­wił mnie pilot. Prze­ry­wam oglą­da­nie w poło­wie sezo­nu, jeśli serial zacznie mnie nużyć. I bez skru­pu­łów porzu­cam pro­duk­cje, któ­rych fabu­łę śle­dzę od kil­ku sezo­nów, gdy tyl­ko prze­sta­ją wyda­wać mi się inte­re­su­ją­ce.

Nie mam jed­nak ser­ca wykre­ślić z moje­go życia Dok­to­ra Who. Głów­nie za spra­wą tego, że serial cią­gle daje mi nadzie­ję. Nadzie­ję na to, że nowy odci­nek będzie lep­szy, że polu­bię nową towa­rzysz­kę, że zako­cham się w nowym Dok­to­rze, i że nowy show­run­ner posta­wi serial na nogi.

Doctor Who - Series 10

Ja napraw­dę nie wyma­gam od Dok­to­ra Who wie­le! Pra­gnę jedy­nie sza­lo­nych, eks­cy­tu­ją­cych i odro­bi­nę dają­cych do myśle­nia przy­gód w cza­sie i prze­strze­ni.

źró­dło: Doctor Who Fan­pa­ge

Mof­fat cza­sem potra­fi mnie pozy­tyw­nie zasko­czyć. Wła­śnie to uda­ło mu się osią­gnąć na począt­ku dzie­sią­tej serii. Ale też Mof­fat, jak nikt inny, potra­fi mnie roz­cza­ro­wać i znie­chę­cić do dal­sze­go oglą­da­nia. Dokład­nie tak, jak robił to przez ostat­nie trzy odcin­ki.

Nato­miast ja, ste­ty, bądź też nie­ste­ty, znów z opty­mi­zmem patrzę w przy­szłość, naiw­nie licząc na to, że następ­ne odcin­ki będą lep­sze. Czy tym razem się nie zawio­dę? I czy w następ­nym sezo­nie, kie­dy zmie­ni się towa­rzysz­ka, Dok­tor i show­run­ner będzie lepiej?

Nie mogę się docze­kać chwi­li, kie­dy poznam odpo­wie­dzi na te pyta­nia. I jed­no­cze­śnie strasz­li­wie się tego momen­tu boję. Ale chy­ba taka już dola każ­de­go fana Dok­to­ra.

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: minia­tu­ra fil­mu Giving Away The Pla­net – Doctor Who: Series 10