Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Ogólnie Rzecz Ujmując:

Niewinna rola aktora

Czy aktorów* powinno obwiniać się za to, że grają kiepskie role, w złych filmach?

Kie­dy film lub serial jest nie­uda­ny, winą za taki stan rze­czy zwy­kle obar­cza się sce­na­rzy­stę, reży­se­ra lub akto­rów. Tych ostat­nich albo za to, że byli drew­nia­ni, albo – że w ogó­le zde­cy­do­wa­li się wziąć udział w danej pro­duk­cji. Sama nie sta­no­wię tutaj wyjąt­ku, bo nie­raz zda­rza mi się blu­zgać wła­śnie pod adre­sem osób na tych sta­no­wi­skach. Przy czym zda­ję sobie spra­wę z tego, że jest to myśle­nie na skró­ty. Wszak two­rze­nie fil­mu lub seria­lu jest pro­ce­sem bar­dzo skom­pli­ko­wa­nym. I tak, jak w przy­pad­ku moty­la wywo­łu­ją­ce­go hura­gan w teo­rii cha­osu – trud­no jest dociec, kto lub co tak napraw­dę dopro­wa­dzi­ło do tego, że dana pro­duk­cja się nie uda­ła.

W dzi­siej­szym Dyr­dy­ma­le odło­żę na bok sce­na­rzy­stów oraz reży­se­rów i sku­pię na samych akto­rach. I na tym, dla­cze­go cza­sem poja­wia­ją się oni w nie­uda­nych pro­duk­cjach lub też ich wystę­py są kiep­skie. Przy czym nie będzie to zbiór fak­tów, tyl­ko moich przy­pusz­czeń i gdy­bań – bo prze­cież nie wiem, jak tak napraw­dę wyglą­da pra­ca w Hol­ly­wo­od.

Choć przy­to­czę tu róż­ne przy­kła­dy, głów­nym boha­te­rem wpi­su będzie Wil­liam Ficht­ner. Czę­ścio­wo z powo­du tego, że fil­mo­gra­fia akto­ra peł­na jest kiep­skich fil­mów, a czę­ścio­wo – ponie­waż Bill miał tydzień temu uro­dzi­ny, więc nale­ży mu się Dyr­dy­mał ode mnie. :)


* Trak­tuj­cie sło­wo aktor jako wyraz w for­mie bez­oso­bo­wej, ozna­cza­ją­cej zarów­no akto­ra jak i aktor­kę.

Szanuj agenta swojego…

Nie­któ­rzy kpią z tego, że za każ­dym razem, kie­dy aktor zdo­by­wa jakąś nagro­dę, pod­czas jej odbie­ra­nia dzię­ku­je swo­im agen­tom bar­dziej, niż człon­kom rodzi­ny. Tak napraw­dę nie ma się z cze­go śmiać, bo bez dobre­go agen­ta nasz aktor był­by praw­do­po­dob­nie nikim, a jego rodzi­na przy­mie­ra­ła­by gło­dem.

Halle Berry Oscar

– Chcia­łam podzię­ko­wać moje­mu agen­to­wi, agen­to­wi moje­go agen­ta oraz agent­ce agen­ta moje­go agen­ta… A przy oka­zji tak­że wszyst­kim człon­kom mojej rodzi­ny.

źró­dło zdję­cia: Vox

Im lep­szy (i czę­sto: mają­cy więk­sze zna­jo­mo­ści) agent, tym cie­kaw­sze będą pro­po­zy­cje ról, któ­re uda mu się zdo­być dla akto­ra. W inte­re­sie akto­ra jest więc zna­le­zie­nie sobie jak naj­lep­sze­go agen­ta. Przy czym jest w tym pewien haczyk: dobrzy agen­ci mają wie­lu klien­tów i w pierw­szej kolej­no­ści dba­ją o naj­sław­niej­szych z nich, bo zara­bia­ją na nich naj­wię­cej pie­nię­dzy. Co za tym idzie: role dla mniej popu­lar­nych gwiazd zała­twia­ją w dru­giej kolej­no­ści, przez co dla takie­go akto­ra posia­da­nie dobre­go agen­ta zamiast udo­god­nie­niem może stać się utra­pie­niem. Tym­cza­sem mniej wpły­wo­wy (choć nie­ko­niecz­nie gor­szy) agent może lepiej trosz­czyć się o swo­ich klien­tów z racji tego, że ma ich zale­d­wie kil­ku. Ale ponie­waż ma mniej­sze wty­ki – będzie mu trud­niej zała­twić akto­ro­wi cie­ka­we role w dobrych fil­mach… Ot, takie błęd­ne koło.

William Fichtner Prison Break Season 2 Promo

Pod­czas jed­ne­go z wywia­dów, któ­re prze­pro­wa­dzo­no w cza­sie, w któ­rym Wil­liam Ficht­ner grał w Ska­za­nym na śmierć, aktor zdra­dził, że zre­zy­gno­wał z dotych­cza­so­wej, wie­lo­let­niej współ­pra­cy ze swo­ją agent­ką. Nie wia­do­mo, co było powo­dem tego roz­sta­nia (podej­rze­wam, że mogło cho­dzić albo o to, że Ficht­ner prze­pro­wa­dził się wte­dy z Nowe­go Jor­ku do Los Ange­les i współ­pra­ca na odle­głość oka­za­ła się nie­moż­li­wa, albo aktor stał się na tyle sław­ny, że jego agent­ka stwier­dzi­ła, iż zasłu­gu­je on na kogoś lep­sze­go od niej), nie­mniej od tam­te­go cza­su Bill ma mniej­sze szczę­ście do gra­nia w dobrych fil­mach.

źró­dło zdję­cia: DVD­bash

Nie zapo­mi­naj­my też o tym, że agent jest tym, któ­ry doko­nu­je pierw­sze­go selek­cji – nie mówi akto­ro­wi o wszyst­kich pro­po­zy­cjach ról, któ­re ten dostał, tyl­ko wybie­ra te, któ­ry­mi aktor – jego zda­niem – będzie naj­bar­dziej zain­te­re­so­wa­ny. Tyl­ko, czy wszyst­kie decy­zje, któ­rych agent doko­nu­je „za ple­ca­mi” akto­ra, zawsze są słusz­ne?


Jak­by tego było mało, rela­cja agent-aktor musi się opie­rać na pew­ne­go rodza­ju zro­zu­mie­niu; żeby współ­pra­ca prze­bie­ga­ła dobrze, oby­dwo­je muszą się świet­nie doga­dy­wać. Jeśli tego nie uda­je się osią­gnąć – aktor decy­du­je się na zmia­nę agen­ta i cały pro­ces szu­ka­nia wspól­ne­go języ­ka zaczy­na się na nowo.


Z tych aktor­skich podzię­ko­wań dla agen­tów pod­czas odbie­ra­nia nagród nie ma się wiec co śmiać, bo to agen­ci są tymi, któ­rzy w dużej mie­rze kształ­tu­ją aktor­skie fil­mo­gra­fie. I jeśli uważ­nie przyj­rzy­my się dorob­ko­wi nie­któ­rych akto­rów, uda się dostrzec, kie­dy zmie­ni­li agen­tów. Cza­sem ich karie­ry nagle zaczę­ły szy­bo­wać w górę, albo piko­wać w dół. A cza­sem z fil­mu na film akto­rzy zaczę­li spe­cja­li­zo­wać się w gra­niu typów posta­ci, w któ­re wcze­śniej się nie wcie­la­li lub poja­wiać w gatun­kach fil­mo­wych, w któ­rych do tej pory nie wystę­po­wa­li.

I choć agen­ci fil­mo­wi nie są jedy­ny­mi oso­ba­mi, któ­re mają wpływ na czyjś doro­bek aktor­ski – na pew­no wie­le od nich zale­ży.

Wszystko kręci się wokół pieniędzy

David Ten­nant czę­sto zwra­ca uwa­gę na to, że bycie akto­rem przy­po­mi­na zawód fre­elan­ce­ra – wszę­dzie zosta­jesz zatrud­nio­ny tyl­ko na chwi­lę i nigdy nie wiesz, kie­dy uda ci się zna­leźć następ­ną pra­cę. I czy to w ogó­le nastą­pi, bo każ­da rola może być jed­no­cze­śnie two­im ostat­nim zle­ce­niem. A sko­ro przy­szłość jest taka nie­pew­na – trze­ba zara­biać pie­nią­dze póki się da, bo potem może już nie być takiej moż­li­wo­ści. Wiem, że przy­kład może być tro­chę nie na miej­scu, ale spójrz­cie, co teraz sta­ło się z Kevi­nem Spa­cey­em, któ­ry z dnia na dzień nie tyl­ko stał się bez­ro­bot­ny, ale wręcz zna­lazł na czar­nej liście akto­rów, któ­rych nikt nie chce zatrud­nić.

David Tennant Scrooge McQuack Disneyland

David Ten­nant nie jest ste­reo­ty­po­wym Szko­tem – ską­pym i łasym na pie­nią­dze, niczym Skne­rus McKwacz. Aktor po pro­stu zda­je sobie spra­wę z tego, że jego sła­wa jest czymś ulot­nym i kie­dyś może zabrak­nąć zarów­no jej, jak i pro­fi­tów, któ­re daje. Dla­te­go zara­bia na niej teraz, póki może.

źró­dło zdję­cia: Oh My Disney

Gdy­by­ście byli na miej­scu akto­ra, któ­re­mu ktoś pro­po­nu­je rolę w let­nim block­bu­ste­rze – fil­mie któ­ry na pew­no zosta­nie zmiaż­dżo­ny przez kry­ty­ków, ale jed­no­cze­śnie zaro­bi na sie­bie i na pew­no nakrę­cą jego kolej­ne czę­ści (w któ­rych tak­że będzie­cie mogli zagrać) – odrzu­ci­li­by­ście taką pro­po­zy­cję?

Być może stwier­dzi­cie teraz zło­śli­wie, że akto­rzy zara­bia­ją masę pie­nię­dzy, i że to, iż sta­ra­ją się zaro­bić jesz­cze wię­cej świad­czy tyl­ko o ich chci­wo­ści. Bo prze­cież gdy­by­ście wy zgar­nę­li za występ w jed­nym fil­mie kil­ka milio­nów dola­rów, to potem do koń­ca życia nie musie­li­by­ście się już mar­twić o to, ile zara­bia­cie. Nie zapo­mi­naj­my jed­nak o tym, że po pierw­sze akto­rzy czę­sto są jedy­ny­mi żywi­cie­la­mi rodzi­ny i chcą zapew­nić swo­im bli­skim moż­li­wie jak naj­lep­szy byt – a to prze­cież kosz­tu­je. Po dru­gie życie w mia­stach takich, jak Los Ange­les jest dużo droż­sze niż w Pol­sce, więc nie tyl­ko wię­cej się tam zara­bia, ale też wię­cej wyda­je. I po trze­cie akto­rzy muszą dbać o swój publicz­ny wize­ru­nek (dobry ima­ge to więk­sza szan­sa na zdo­by­cie pra­cy, a papa­raz­zi nie śpią i tyl­ko cze­ka­ją, aż cele­bry­ta wyj­dzie z domu w sta­rym dre­sie i bez maki­ja­żu) przez co nie mogą sobie pozwo­lić na miesz­ka­nie w byle jakiej dziel­ni­cy, jeż­dże­nie kiep­ski­mi samo­cho­da­mi lub nosze­nie nie­mod­nych ciu­chów. Bo choć na byciu cele­bry­tą się zara­bia – jed­no­cze­śnie dość spo­ro ono kosz­tu­je.

William Fichtner Independence Day Resurgence

Przy­zna­ję: kie­dyś byłam naiw­ną ide­alist­ką i potę­pia­łam tych, któ­rzy robi­li coś tyl­ko (albo głów­nie) dla pie­nię­dzy. Dziś rozu­miem, że posia­da­nie pie­nię­dzy daje wol­ność pole­ga­ją­cą na tym, że czło­wiek nie musi się mar­twić o przy­szłość (bliż­szą lub dal­szą – w zależ­no­ści od ilo­ści tych pie­nię­dzy). Dla­te­go gdy­bym była na miej­scu Ficht­ne­ra i ktoś zapro­po­no­wał­by mi rolę w głu­pim, let­nim block­bu­ste­rze – przy­ję­ła­bym ją bez mru­gnię­cia okiem.

źró­dło zdję­cia: Three Rows Back

Para­dok­sal­nie, jeśli napraw­dę zale­ży nam na karie­rze jakie­goś akto­ra, powin­ni­śmy mu wyba­czać, że cza­sem poja­wia się w kiep­skich fil­mach tyl­ko dla pie­nię­dzy. Dla­cze­go? Bo kie­dy aktor zaro­bi i nie musi już mar­twić się o stan kon­ta, zysku­je arty­stycz­ną wol­ność. I tym samym może sobie pozwo­lić na gra­nie w pro­duk­cjach, za któ­re zgar­nie mniej­szą gadżę, ale za to będzie mógł się w nich znacz­nie bar­dziej popi­sać swo­imi zdol­no­ścia­mi aktor­ski­mi. Nie wie­rzy­cie? Ponow­nie spójrz­cie na IMDb lub Film­web, a zoba­czy­cie, że wie­lu akto­rów na zmia­nę poja­wia się w block­bu­ste­rach i tanich, mało zna­nych, ale przez wie­lu chwa­lo­nych fil­mach nie­za­leż­nych.

Kiedy walutą jest renoma

Sła­wa to nie wszyst­ko. Owszem, faj­nie jeśli widzo­wie akto­ra kocha­ją, kry­ty­cy chwa­lą, a dzien­ni­ka­rze odsprze­da­dzą ner­kę, by móc prze­pro­wa­dzić z nim wywiad. Rów­nie waż­ne jest jed­nak to, jaką reno­mą gwiaz­dor cie­szy się w bran­ży. A oso­by pra­cu­ją­ce w prze­my­śle fil­mo­wym cenią sobie nie­co inne war­to­ści, niż fani. Więk­sze zna­cze­nie ma dla nich to, by aktor był solid­nym pra­cow­ni­kiem: dobrze wyko­nu­ją­cym swo­ją pra­cę, bez­kon­flik­to­wym i przy oka­zji uta­len­to­wa­nym.

Marlon Brando Godfather

Mar­lon Bran­do był wspa­nia­łym akto­rem, ale jed­no­cze­śnie sły­nął z tego, że bar­dzo cięż­ko się z nim współ­pra­co­wa­ło.

źró­dło zdję­cia: The Inde­pen­dent

Bran­ża fil­mo­wa jest jed­ną z tych, w któ­rej liczą się zna­jo­mo­ści. Cele­bry­ci poja­wia­ją się na ban­kie­tach lub innych impre­zach, nie tyl­ko po to, by zabły­snąć, ale tak­że, żeby zdo­być „punk­ty reno­my” – zamie­nić choć dwa zda­nia z ludź­mi, któ­rzy są od nich sław­niej­si lub bar­dziej wpły­wo­wi. I podej­rze­wam, że cza­sem z tego same­go powo­du akto­rzy (zwłasz­cza ci nie zali­cza­ją­cy się do czo­ło­wych gwiazd Hol­ly­wo­od) podej­mu­ją się zagra­nia w pew­nych fil­mach. Czy­li nie dla sła­wy bądź pie­nię­dzy, ale po to, by móc z kimś popra­co­wać, choć­by przez jeden dzień – bo a nuż taka oso­ba akto­ra doce­ni i zapro­po­nu­je mu pra­cę w swo­jej następ­nej pro­duk­cji.

William Fichtner Black Hawk Down

Pro­szę o uwa­gę, następ­ny aka­pit będzie nie­co skom­pli­ko­wa­ny!

źró­dło zdję­cia: kadr z fil­mu Heli­kop­ter w ogniu

Wyci­nek fil­mo­gra­fii Ficht­ne­ra znów jest w tym przy­pad­ku świet­nym przy­kła­dem. Arma­ged­don był pierw­szym fil­mem, na pla­nie któ­re­go Bill spo­tkał się z pro­du­cen­tem, Jer­rym Bruc­khe­ime­rem. Potem pano­wie pra­co­wa­li wspól­nie przy wie­lu innych fil­mach, mię­dzy inny­mi w Heli­kop­te­rze w ogniu. Wła­śnie wte­dy aktor poznał Rolan­da Emme­ri­cha, któ­ry pew­ne­go dnia ot tak, odwie­dził na pla­nie Bruc­khe­ime­ra. Emme­rich i Bruc­khe­imer zje­dli wspól­ny obiad, w któ­rym uczest­ni­czył tak­że Ficht­ner. Tyl­ko tyle i aż tyle. AŻ, bo ostat­nio, po pięt­na­stu latach(!), Emme­rich przy­po­mniał sobie o Ficht­ne­rze i zapro­po­no­wał mu rolę w dru­giej czę­ści Dnia Nie­pod­le­gło­ści. Aktor zagrał w tym fil­mie z Lia­mem Hem­swor­them i Jef­fem Gold­blu­mem. A na począt­ku przy­szłe­go roku pre­mie­rę będzie miał film 12 Strong, w któ­rym Ficht­ner poja­wi się u boku Chri­sa Hem­swor­tha, któ­ry jest bra­tem Lia­ma i zagrał z Gold­blu­mem w naj­now­szym Tho­rze. I jak­by tego było mało, pro­du­cen­tem 12 Strong zno­wu jest Jer­ry Bruc­khe­imer.

Zga­dza się, ten łań­cu­szek powią­zań może być czy­sto przy­pad­ko­wy. Ale może też być tak, że pod­czas pra­cy w Dniu Nie­pod­le­gło­ści Ficht­ner zdo­był „punk­ty reno­my”, dzię­ki któ­rym Chris Hem­sworth usły­szał od bra­ta i od Jef­fa Gold­blu­ma, że z Wil­lia­mem dobrze się współ­pra­cu­je, przez co zapro­po­no­wał, by aktor został zatrud­nio­ny w 12 Strong. Nie wspo­mi­na­jąc już o „punk­tach reno­my”, któ­re Ficht­ner zyski­wał za każ­dym razem, kie­dy współ­pra­co­wał z Bruc­khe­ime­rem.

William Fichtner and Liam Hemsworth on set of Independence Day

Kie­dy liczą się zna­jo­mo­ści dobrze jest móc pochwa­lić się tym, że brat Tho­ra to twój kole­ga z pra­cy.

autor zdjęć: Migu­el Agu­ilar; źró­dło: Daily Mail One

Oczy­wi­ście wszyst­ko to może być zwy­kłym przy­pad­kiem. Jed­nak w Hol­ly­wo­od takie zbie­gi oko­licz­no­ści zda­rza­ją się nad­zwy­czaj czę­sto. Dla­te­go nie moż­na mieć aktom za złe tego, że cza­sem poja­wia­ją się w kiep­skich pro­duk­cjach tyl­ko po to, by zdo­być „punk­ty reno­my”.

Niedopasowanie

Jed­ną z gor­szych rze­czy, jaka może przy­da­rzyć się akto­ro­wi jest to, że zosta­nie zaszu­flad­ko­wa­ny do gra­nia posta­ci jed­ne­go typu. Gor­sza od tego jest tyl­ko sytu­acja, w któ­rej aktor zosta­nie zaszu­flad­ko­wa­ny do ról, do któ­rych zupeł­nie nie pasu­je.

Liam Neeson Taken

Głę­bo­ki głos i spo­koj­ne, nie­co zatro­ska­ne spoj­rze­nie spra­wia­ją, że Liam Neeson świet­nie spi­su­je się w rolach nie­po­zor­nych face­tów lub men­to­rów. Dla­te­go nie mogę prze­bo­leć tego, że od jakie­goś cza­su ktoś chce prze­ro­bić akto­ra na gwiaz­do­ra kina akcji.

źró­dło zdję­cia: Mama M!a

Przy czym przy­zna­ję – podzi­wiam tych wszyst­kich agen­tów, spe­ców od mar­ke­tin­gu oraz innych PR-owców, któ­rzy potra­fią prze­ko­nać zarów­no hol­ly­wo­odz­kich pro­du­cen­tów, jak i same­go akto­ra do tego, że świet­nie spi­su­je się on w rolach, do któ­rych zupeł­nie nie pasu­je. Jaką siłę per­swa­zji trze­ba mieć, by móc doko­nać cze­goś takie­go!

Przyjaciele królika i inne pokusy

Aktor to też czło­wiek i czę­sto gra w jakiejś pro­duk­cji z bar­dzo ludz­kich powo­dów. Jakich? Na przy­kład w eki­pie fil­mo­wej poja­wia się ktoś, z kim nasz aktor lubi pra­co­wać lub też zawsze chciał pra­co­wać. Albo film ma być krę­co­ny w jakimś nie­zwy­kły miej­scu lub wśród nie­co­dzien­nej sce­no­gra­fii. Lub też, po pro­stu – jakiś zna­jo­my popro­si nasze­go akto­ra o przy­słu­gę.

I tak przy­kła­do­wo, Wil­lia­ma Ficht­ne­ra zda­je się zupeł­nie nie obcho­dzić, że The Lone Ran­ger był kiep­skim fil­mem i jed­ną z naj­więk­szych klap finan­so­wych w histo­rii Hol­ly­wo­od. Dla nie­go liczy się to, że na pla­nie bawił się jak pię­cio­la­tek.

William Fichtner Lone Ranger

Gdy­by­ście mogli speł­nić marze­nie z dzie­ciń­stwa i zostać kow­bo­ja­mi, i jesz­cze ktoś by wam za to zapła­cił – przej­mo­wa­li­by­ście się miał­ko­ścią sce­na­riu­sza fil­mo­we­go?

źró­dło zdję­cia: IMDb

Ciężkie życie na planie

Nasze­mu akto­ro­wi uda­ło się w koń­cu sta­nąć przed kame­rą, ale to wca­le nie ozna­cza koń­ca jego pro­ble­mów. Wręcz prze­ciw­nie – tutaj ilość zmien­nych mogą­cych pozy­tyw­nie lub nega­tyw­nie wpły­nąć na jego pra­cę jesz­cze bar­dziej się zwięk­sza!

Przy­po­mi­nam, że aktor nie dzia­ła sam, a na suk­ces fil­mu lub seria­lu pra­cu­je całe sta­do ludzi. I cza­sem tra­fia­ją się wśród nich oso­by nie­kom­pe­tent­ne. Inny aktor może być total­nym bez­ta­len­ciem, przez co dla nasze­go akto­ra, zamiast part­ne­rem – sta­nie się kulą u nogi. A może akto­rzy będą wspa­nia­li, ale reży­ser oka­że się oso­bą nie­do­świad­czo­ną i nie będzie potra­fił nimi odpo­wied­nio pokie­ro­wać. A być może od stro­ny zawo­do­wej wszyst­ko będzie w porząd­ku, ale pry­wat­nie ktoś oka­że się dra­niem i nasz aktor nie będzie się z tą oso­bą doga­dy­wał, co prze­ło­ży się na jego występ przed kame­rą. A może będzie zupeł­nie odwrot­nie – wszak czę­sto naj­więk­sze fil­mo­we arcy­dzie­ła rodzi­ły się w strasz­li­wych mękach, a kie­dy wszy­scy na pla­nie dobrze się bawi­li – jed­no­cze­śnie nie nakrę­ci­li nicze­go dobre­go.

William Fichtner Passion of Mind

Ficht­ner jest praw­dzi­wym dżen­tel­me­nem i nigdy nie wypo­wia­da się źle na temat kole­gów i kole­ża­nek z pla­nu. Ist­nie­ją jed­nak dwa wyjąt­ki od tej regu­ły. W przy­pad­ku jed­ne­go z nich Ficht­ner co praw­da nigdy gło­śno nie powie­dział tytu­łu fil­mu i nazwi­ska oso­by, z któ­rą kiep­sko mu się współ­pra­co­wa­ło, ale odro­bi­na deduk­cji wystar­czy, by odkryć, że tą oso­bą jest Demi Moore, któ­ra pod­czas krę­ce­nia Pas­sion of Mind wszyst­kich dopro­wa­dza­ła do sza­łu swo­im humo­rza­stym zacho­wa­niem i na przy­kład tym, że potra­fi­ła spóź­nić się na plan zdję­cio­wy kil­ka godzin.

źró­dło zdję­cia: On the set of New York

Do tego wszyst­kie­go docho­dzą jesz­cze zmien­ne mniej per­so­nal­ne. Kli­mat oraz warun­ki pogo­do­we w miej­scu, w któ­rym krę­ci się film mogą nie sprzy­jać nasze­mu akto­ro­wi. Może go też roz­pra­szać strój lub cha­rak­te­ry­za­cja (któ­rej nakła­da­nie w szcze­gól­nych przy­pad­kach trwa nawet kil­ka godzin!). Jak widzi­cie moż­li­wo­ści jest napraw­dę spo­ro. I cza­sem cały film może znisz­czyć kil­ka takich drob­no­stek.

Zielone piekło

Pod­czas pra­cy na pla­nie aktor musi się sku­pić nie tyl­ko na gra­niu swo­jej posta­ci, ale też na masie tech­nicz­nych rze­czy, nie­zau­wa­żal­nych dla nas, widzów. Przy­kła­do­wo ruch akto­ra w sce­nie nie jest impro­wi­zo­wa­ny, tyl­ko wcze­śniej dokład­nie zapla­no­wa­ny. W dużym uprosz­cze­niu sztucz­ka pole­ga na tym, że aktor cho­dząc po pla­nie, sta­je na wcze­śniej wyzna­czo­nych znacz­ni­kach (któ­re są kolo­ro­wą taśmą przy­kle­jo­ną do pod­ło­gi). Dzię­ki temu kame­rzy­sta może gwiaz­do­ra dobrze nakrę­cić, oświe­tle­nio­wiec – oświe­tlić, a dźwię­ko­wiec przy­su­nąć mikro­fon na tyle bli­sko, by urzą­dze­nie zare­je­stro­wa­ło, co aktor mówił, ale jed­no­cze­śnie nie było widocz­ne w kadrze.

Osią­gnię­cie tego wszyst­kie­go i jed­no­cze­sne sku­pie­nie się na grze aktor­skiej na pew­no nie jest pro­ste. A teraz wyobraź­cie sobie, że musi­cie zro­bić to samo gra­jąc w fil­mie scien­ce-fic­tion lub fan­ta­sy, w sce­nie, w któ­rej wszyst­kie deko­ra­cje zosta­ły zastą­pio­ne gre­en-scre­enem i zosta­ną póź­niej doda­ne kom­pu­te­ro­wo. W takiej sytu­acji aktor musi przej­mo­wać się nie tyl­ko znacz­ni­ka­mi umiesz­czo­ny­mi na pod­ło­dze, ale tak­że taki­mi, ozna­cza­ją­cy­mi nie­ist­nie­ją­ce przed­mio­ty znaj­du­ją­ce się wokół nie­go. A cza­sem jest jesz­cze gorzej, bo aktor, poza nie­ist­nie­ją­cym oto­cze­niem musi sobie wyobra­zić, że w pomiesz­cze­niu znaj­du­ją się kosmicz­ne lub fan­ta­stycz­ne isto­ty i wejść z nimi w inte­rak­cję.

Game of Thrones dragon

Daene­rys, jesteś pew­na, że to smok? Bo to, na czym sie­dzisz, wyglą­da bar­dziej, jak śmi­gacz z Gwiezd­nych Wojen.

źró­dło zdję­cia: Busi­ness Insi­der

Do tego wszyst­kie­go dodaj­cie to, że pod­czas krę­ce­nia takich scen aktor przez kil­ka godzin, a cza­sem nawet dni, musi prze­by­wać w oczo­jeb­nie zie­lo­nym pomiesz­cze­niu. Pamię­taj­cie o tym, zanim skry­ty­ku­je­cie, że w sce­nie peł­nej kom­pu­te­ro­wych efek­tów spe­cjal­nych aktor wypadł sztucz­nie, drew­nia­nie lub bez­na­dziej­nie.

Ian McKellen Gandalf Hobbit

Choć Ian McKel­len jest uzdol­nio­nym i doświad­czo­nym akto­rem (któ­ry przy oka­zji zda­je się być za pan brat z nowo­cze­sną tech­no­lo­gią) pod­czas wcie­la­nia się w Gan­dal­fa popa­dał w roz­pacz, kie­dy przez dłuż­szy czas musiał grać sam na sam z gre­en-scre­enem.

źró­dło zdję­cia: red­dit

Tego nie było w scenariuszu!

Pierw­sze, co wie­lu z nas zapew­ne przy­cho­dzi na myśl, gdy widzi­cie dobre­go akto­ra w złym fil­mie, to pyta­nie „cze­mu zde­cy­do­wa­łeś się grać w pro­duk­cji o tak kiep­skim sce­na­riu­szu?” Nawet Wil­liam Ficht­ner w wywia­dach jak man­trę powta­rza if it is not on the page, it is not on the sta­ge, czy­li jeśli cze­goś nie ma na stro­nie [sce­na­riu­sza], to nie poja­wi się to na sce­nie [lub przed kame­rą]. Rzecz w tym, że sce­na­riusz nie­mal do same­go koń­ca powsta­wa­nia fil­mu, nie posia­da swo­jej osta­tecz­nej wer­sji.

Indiana Jones Script

Tak wyglą­da­ją kart­ki ze sce­na­riu­sza Poszu­ki­wa­czy zagi­nio­nej Arki z popraw­ka­mi i notat­ka­mi nanie­sio­ny­mi przez Har­ri­so­na For­da. Cie­ka­we, czy film cią­gle był­by tak dobry, gdy­by nakrę­co­no go na pod­sta­wie pier­wot­ne­go sce­na­riu­sza.

źró­dło zdję­cia: io9

Kie­dy aktor decy­du­je się na zagra­nie w jakiejś pro­duk­cji, zwy­kle widzi dopie­ro jed­ną z pierw­szych wer­sji sce­na­riu­sza. A cza­sem nawet nie sam sce­na­riusz, tyl­ko robo­czy szkic, ogól­ny opis fabu­ły. Póź­niej sce­na­riusz prze­cho­dzi tak dużo mody­fi­ka­cji, że żeby się poła­pać, któ­ra wer­sja jest któ­ra, zwy­kło się nazy­wać je kolo­ra­mi i na kart­kach w danym kolo­rze dru­ko­wać.

Popraw­ki czę­sto są nano­szo­ne do ostat­niej chwi­li. W przy­pad­ku seria­li nie­raz akto­rzy otrzy­mu­ją osta­tecz­ną wer­sję sce­na­riu­sza do scen, któ­re mają grać, dopie­ro na wie­czór przed ich krę­ce­niem. Co wię­cej zda­rza się, że sce­na­riusz jest mody­fi­ko­wa­ny tak­że w trak­cie fil­mo­wa­nia, bo oka­zu­je się, że coś, co na papie­rze wyglą­da­ło dobrze, zupeł­nie nie gra przed kame­rą.

Olivia Colman and David Tennant in Broadchurch

Przy oka­zji jed­ne­go z wywia­dów zwią­za­nych z Bro­ad­church David Ten­nant zwró­cił uwa­gę na jesz­cze jeden pro­blem, któ­ry jest zmo­rą współ­cze­snych akto­rów – wzglę­dy bez­pie­czeń­stwa, mają­ce na celu ochro­nę sce­na­riu­sza przed wyciek­nię­ciem do inter­ne­tu.


Obec­nie sce­na­riu­sze są akto­rom dostar­cza­ne w for­mie cyfro­wej. Tyle, że żeby je obej­rzeć, trze­ba się zalo­go­wać się na spe­cjal­nej stro­nie inter­ne­to­wej, do któ­rej hasło zosta­ło wcze­śniej wyge­ne­ro­wa­ne auto­ma­tycz­nie (przez co aktor nie może go sobie wybrać samo­dziel­nie). I w ramach kolej­nych zabez­pie­czeń – kod dostę­pu jest co jakiś czas zmie­nia­ny, przez co nie idzie go zapa­mię­tać. Z tego powo­du David Ten­nant, któ­ry gene­ral­nie jest fanem nowych tech­no­lo­gii, wręcz żąda, by dostar­czać mu tyl­ko wydru­ko­wa­ne sce­na­riu­sze, ponie­waż pro­ces dosta­wa­nia się do ich wer­sji cyfro­wych jest dla nie­go zbyt cza­so­chłon­ny i iry­tu­ją­cy.

źró­dło zdję­cia: BBC Ame­ri­ca
źró­dło wypo­wie­dzi Ten­nan­ta: Top Gear, czas: 11:10

Ale to cią­gle nie wszyst­ko! Jeśli w przy­pad­ku fil­mu z dużym budże­tem oka­że się, że nakrę­co­ny mate­riał nie jest dobry, w sce­na­riu­szu nano­szo­ne są kolej­ne popraw­ki. Co spra­wia, że nie­któ­re sce­ny krę­ci się ponow­nie (czę­sto wie­le mie­się­cy po zakoń­cze­niu wła­ści­wych prac na pla­nie fil­mo­wym), a inne mon­tu­je ina­czej (co z kolei gene­ru­je kolej­ny pro­blem, o któ­rym napi­szę za moment).

Dla­te­go następ­nym razem, zanim zacznie­cie psio­czyć na to, że wasz ulu­bio­ny aktor zde­cy­do­wał się na zagra­nie w złym fil­mie – zasta­nów­cie się, czy przy­pad­kiem w pier­wot­nej wer­sji sce­na­riu­sza wszyst­ko nie wyglą­da­ło lepiej.

Rzeźnia w montażowni

Aktor świet­nie zagrał swo­ją rolę, po czym skoń­czył pra­cę na pla­nie. Czy to ozna­cza, że może już ode­tchnąć z ulgą? Nie! Mate­riał z jego udzia­łem tra­fia do mon­ta­żow­ni i tutaj znów coś może pójść źle.


Zacznij­my od zwy­kłe­go, ludz­kie­go błę­du. Mon­ta­ży­sta może oka­zać się oso­bą bez wyczu­cia i ze wszyst­kich dubli z naszym akto­rem wybrać te, w któ­rych gwiaz­dor wypadł naj­go­rzej. Wiem, że taka sytu­acja jest mało praw­do­po­dob­na, ale to nie zna­czy, że zupeł­nie nie­moż­li­wa.


Wróć­my do zmian w sce­na­riu­szu, któ­re nastę­pu­ją na eta­pie post-pro­duk­cji, czy­li po nakrę­ce­niu mate­ria­łu fil­mo­we­go. W takim przy­pad­ku nie­któ­re sce­ny krę­ci się ponow­nie, ale to gene­ru­je kosz­ty. Dla­te­go twór­cy, jeśli jest taka moż­li­wość, decy­du­ją się ma tań­sze roz­wią­za­nie, czy­li prze­mon­to­wa­nie już posia­da­ne­go fil­mu. A zdol­ny mon­ta­ży­sta potra­fi dostar­czo­ny mu mate­riał pociąć i zło­żyć do kupy tak, że stwo­rzy z ory­gi­nal­ne­go nagra­nia zupeł­nie inny film.


Tu dosko­na­łym przy­kła­dem znów jest Wil­liam Ficht­ner. W Wojow­ni­czych Żół­wiach Nin­ja aktor począt­ko­wo miał wcie­lić się w Shred­de­ra. Nie­ste­ty w inter­ne­cie wybu­chła awan­tu­ra doty­czą­ca tego, że bia­ły aktor nie powi­nien grać posta­ci, któ­ra ory­gi­nal­nie była Azja­tą. Pro­du­cen­ci Wojow­ni­czych Żół­wi Nin­ja prze­stra­szy­li się tego obu­rze­nia tak bar­dzo, że po tym, jak cały mate­riał fil­mo­wy został już daw­no nagra­ny, zmo­dy­fi­ko­wa­li sce­na­riusz, obsa­dzi­li w roli Shred­de­ra inne­go akto­ra, dokrę­ci­li kil­ka scen z jego udzia­łem, a resz­tę mate­ria­łu prze­mon­to­wa­li. I tak Ficht­ner prze­stał grać głów­ne­go szwarc­cha­rak­te­ra, a jego rola w fil­mie ogra­ni­czy­ła się do bycia złym, boga­tym biz­nes­me­nem, któ­ry chciał się stać jesz­cze bar­dziej boga­ty.

William Fichtner Shredder

Wojow­ni­cze Żół­wie Nin­ja nie tyl­ko były złą pro­duk­cją, ale też – Ficht­ner nie wypadł w nich naj­le­piej. Pyta­nie, czy film był rów­nie kiep­ski, a występ akto­ra tak samo zły, zanim nagra­nie tra­fi­ło do mon­ta­żow­ni.

źró­dło zdję­cia: Col­li­der

Tak, jak wspo­mi­na­łam, Wil­liam Ficht­ner lubi powta­rzać: if it is not on the page, it is not on the sta­ge. Ale cza­sem myślę, że aktor powi­nien do tego mot­ta dodać jesz­cze: and even if it is on the sta­ge, it might disap­pe­ar in post-pro­duc­tion, czy­li że nawet jeśli coś jest na sce­nie, to może znik­nąć w post-pro­duk­cji.

Niewiadoma liczba niewiadomych

Jest jesz­cze jed­na rzecz, któ­rą nale­ży brać pod uwa­gę przy oce­nia­niu dorob­ku jakie­goś akto­ra. Nie wszyst­kie pro­duk­cje, któ­re zosta­ły nakrę­co­ne, tra­fia­ją potem na ekra­ny.

Każ­de­go roku sta­cje tele­wi­zyj­ne wyrzu­ca­ją do śmie­ci masę pilo­tów seria­li, któ­re nigdy nie zosta­ną wyemi­to­wa­ne, a w któ­rych prze­cież ktoś musiał zagrać (przy oka­zji, kie­dy aktor cze­ka na decy­zję doty­czą­cą tego, czy serial z jego udzia­łem powsta­nie, czę­sto nie podej­mu­je się pra­cy w innych pro­duk­cjach, przez co sprzed nosa mogą mu uciec faj­ne role). Rów­nie dużą nie­wia­do­mą są fil­my, do któ­rych mate­riał został nakrę­co­ny, a któ­re pomi­mo tego nie mogą wyjść z fazy post-pro­duk­cji i tra­fić do maso­wej dys­try­bu­cji.

William Fichtner St. Sebastian

Kil­ka lat temu Ficht­ner wystą­pił w – wyre­ży­se­ro­wa­nej przez Danny'ego DeVi­to – hor­ro­ro-kome­dii St. Seba­stian. Czas mija, a film, choć ukoń­czo­ny, do tej pory nie jest moż­li­wy do obej­rze­nia. I nie wia­do­mo, czy kie­dy­kol­wiek będzie.

Na tym lista nie­wia­do­mych się nie koń­czy, bo akto­rzy lubią cza­sem, nie­mal zupeł­nie inco­gni­to, wziąć udział w mniej­szych pro­duk­cjach. Zatań­czyć w tele­dy­sku, zachwa­lić jakiś pro­dukt w rekla­mie, powy­głu­piać się w śmiesz­nym fil­mi­ku na YouTu­be. To małe rze­czy, któ­re czę­sto umy­ka­ją nawet fanom, choć bywa­ją praw­dzi­wy­mi pereł­ka­mi i gdy­by połą­czyć je w całość – pew­nie zro­bi­ły­by więk­sze wra­że­nie, niż nie­je­den osca­ro­wy występ.

Ciekawy przypadek nieudanego małpowania

Po tym, jak pierw­szy sezon bry­tyj­skie­go seria­lu Bro­ad­church oka­zał się wiel­kim suk­ce­sem, ame­ry­ka­nie posta­wi­li zro­bić wła­sną wer­sję seria­lu – Gre­ace­po­int. Wyszedł im klon nie­mal ide­al­ny: więk­szość scen zosta­ła nakrę­co­na tak samo, a jeśli coś zmie­nio­no – za prze­rób­ki odpo­wia­dał Chris Chib­nall, czy­li autor sce­na­riu­sza do Bro­ad­church. Ame­ry­ka­nie zatrud­ni­li też tego same­go reży­se­ra – Jame­sa Stron­ga, a w jed­nej z głów­nych ról obsa­dzi­li Davi­da Ten­nan­ta, któ­ry wcze­śniej zagrał w Bro­ad­church tego same­go boha­te­ra (choć obda­rzo­ne­go innym imie­niem i nazwi­skiem). Jed­nak pomi­mo tych podo­bieństw – Gra­ce­po­int oka­za­ło się strasz­ną kichą.

Nie będę tu wymie­niać wszyst­kich ele­men­tów, któ­re spra­wia­ją, że ame­ry­kań­ska pro­duk­cja nie dora­sta do pięt bry­tyj­skie­mu ory­gi­na­ło­wi. Zwłasz­cza, że popeł­ni­łam kie­dyś na ten temat dłu­gie­go Dyr­dy­ma­ła. Gra­ce­po­int jest jed­nak cie­ka­wym przy­pad­kiem poka­zu­ją­cym, jak wie­le czyn­ni­ków może wpły­nąć na czyjś występ aktor­ski.

Anna Gunn and David Tennant in Gracepoint

Choć o Gra­ce­po­int moż­na napi­sać wie­le złe­go, serial ma jed­ną zale­tę – świet­nie poka­zu­je jak dużo zmien­nych wpły­wa na jakość fil­mo­wo-seria­lo­wych pro­duk­cji i jak cien­ka jest gra­ni­ca pomię­dzy arcy­dzie­łem i kaszan­ką.

źró­dło zdję­cia: IMDb

David Ten­nant jest nie tyl­ko akto­rem fil­mo­wo-seria­lo­wym, ale tak­że teatral­nym, więc ponow­ne odgry­wa­nie tej samej roli nie jest dla nie­go czymś nie­zwy­kłym. A ponie­waż za reży­se­rię Bro­ad­church oraz Gra­ce­po­int odpo­wia­dał ten sam czło­wiek, raczej nie ma mowy, by na pla­nie ame­ry­kań­skiej wer­sji były jakieś zgrzy­ty na linii aktor-reży­ser. Pomi­mo tych podo­bieństw – występ Ten­nan­ta w Gra­ce­po­int był kiep­ski (przy czym Bry­tyj­czyk jest tak zdol­nym akto­rem, że nawet kie­dy gra źle – wypa­da znacz­nie powy­żej śred­niej).

David Tennant in Gracepoint

Co cie­ka­we, w 2015 roku, za występ w Gra­ce­po­int Ten­nant został nagro­dzo­ny People's Cho­ice Award – zupeł­nie, jak­by Ame­ry­ka­nie do same­go koń­ca sta­ra­li się wmó­wić resz­cie świa­ta, że ich wer­sja Bro­ad­church była dobrym seria­lem.

źró­dło zdję­cia: IMDb

Co więc poszło nie tak? Czy Ten­nan­to­wi źle współ­pra­co­wa­ło się z akto­ra­mi zza oce­anu? A może ame­ry­kań­ski spo­sób krę­ce­nia seria­lu mu nie odpo­wia­dał? Czy akto­ra roz­pra­sza­ło to, że musiał mówić z innym akcen­tem? Czy dener­wo­wa­ła go głu­pia fry­zu­ra? A może dał mu w kość ame­ry­kań­ski kli­mat, zmia­na stre­fy cza­so­wej lub jedze­nie? A co, jeśli Ten­nant zagrał tak samo dobrze jak w Bro­ad­church (a nawet lepiej!), ale przy mon­ta­żu pra­co­wał zło­śli­wy troll, któ­ry do osta­tecz­nej wer­sji seria­lu wrzu­cił te uję­cia, w któ­rych aktor wypadł naj­go­rzej?

Anna Gunn and David Tennant on set in Gracepoint

Jeśli wie­rzyć zdję­ciom z pla­nu – pod­czas krę­ce­nia Gra­ce­po­int atmos­fe­ra była rów­nie sym­pa­tycz­na, jak w Bro­ad­church. Jed­nak pomi­mo tego, że to zawę­ża listę „podej­rza­nych”, cią­gle nie wia­do­mo, co spra­wi­ło, że ame­ry­kań­ska wer­sja seria­lu się nie uda­ła i cze­mu Ten­nant wypadł w niej tak źle.

źró­dło zdję­cia: Gra­ce­po­int Face­bo­ok

Mogła­bym tak jesz­cze dłu­go gdy­bać, bo jak widzi­cie, moż­li­wo­ści jest spo­ro. Co tak napraw­dę zawi­ni­ło? Tego praw­do­po­dob­nie nie dowie­my się nigdy. Rzecz w tym, że role Ten­nan­ta w Bro­ad­churchGra­ce­po­int dosko­na­le poka­zu­ją, że na to, jak osta­tecz­nie będzie się pre­zen­to­wał aktor­ski występ, wpły­wa wie­le, na pozór nie­mal nie­istot­nych zmien­nych.

Wysoki sądzie, mój klient jest niewinny!

Tak, jak wspo­mnia­łam na począt­ku – dzi­siej­szy Dyr­dy­mał jest jed­nym, wiel­kim gdy­ba­niem. Jed­nak bez wzglę­du na to, ile jest w nim praw­dy, pole­cam wam byście cza­sem, zanim jed­no­znacz­nie skry­ty­ku­je­cie występ akto­ra w jakimś fil­mie lub seria­lu, albo gene­ral­nie potę­pi­cie go za to, że poja­wił się w danej pro­duk­cji, zasta­no­wi­li się czy nie jeste­ście w swo­jej oce­nie zbyt suro­wi lub powierz­chow­ni. Bo fil­my i seria­le przy­po­mi­na­ją górę lodo­wą – my, widzo­wie widzi­my zale­d­wie koń­co­wy efekt, wysta­ją­cy z ekra­nu czu­bek, któ­ry jest nie­wiel­kim frag­men­tem dużo więk­szej cało­ści, scho­wa­nej za kuli­sa­mi.


Dzi­siej­sze­go Dyr­dy­ma­ła (z tygo­dnio­wym opóź­nie­niem, ale jed­nak!) dedy­ku­ję Wil­lia­mo­wi Ficht­ne­ro­wi. By miał zdro­wie, żeby poja­wiać się w nowych fil­mach i seria­lach. I by dosta­wał role tyl­ko w takich pro­duk­cjach, w któ­rych gra­nie będzie spra­wia­ło mu radość. I żeby dopi­sy­wa­ło mu szczę­ście i koń­co­wy efekt jego pra­cy zawsze oka­zy­wał się wspa­nia­ły. Choć jak pew­nie wie­cie – będę mu kibi­co­wać bez wzglę­du na jakość fil­mów i seria­li, w któ­rych wystę­pu­je. Zwłasz­cza, że nawet w kiep­skich pro­duk­cjach Ficht­ner potra­fi dać świet­ny popis swo­ich zdol­no­ści aktor­skich. I za to, mię­dzy inny­mi, tak bar­dzo go lubię!


PS. Ten Dyr­dy­mał jest roz­wi­nię­ciem mojej wypo­wie­dzi z komen­ta­rza pod wpi­sem Szkot, któ­re­go musi­cie poznać. Korzy­sta­jąc z oka­zji, chcę podzię­ko­wać Mar­le­nie za wspól­ne dys­ku­sje, któ­re spra­wia­ją mi masę fraj­dy, a przy oka­zji – jak widzi­cie – są bar­dzo inspi­ru­ją­ce! :)

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: Time­Out

  • Mar­le­na Bier

    Ludzie na Two­im fan page mar­twi­li się bra­kiem wpi­su, a ja wca­le nie ;) Cze­ka­łam cier­pli­wie, bo tak mi się wła­śnie wyda­wa­ło, że wkrót­ce poja­wi się coś nie­coś w związ­ku z uro­dzi­na­mi Bil­la :)

    Ogrom­nie podo­ba mi się Two­je podej­ście do aktor­stwa :) Wyda­je mi się, że czę­sto bywa tak, że zako­cha­ni w jakiejś posta­ci ekra­no­wej widzo­wie prze­kła­da­ją jej cechy na akto­ra i jeste­śmy sza­le­nie zawie­dze­ni, gdy rze­czy­wi­stość oka­że się inna, jak­że łatwo wte­dy zmie­szać owe­go bie­da­ka z bło­tem… Zawsze wyda­wa­ło mi się też, że aktor­stwo to jeden z naj­trud­niej­szych ist­nie­ją­cych zawo­dów. Jest tak nie tyl­ko dla­te­go, że wciąż jest się na świecz­ni­ku, że trze­ba nie­ustan­nie uwa­żać na to co się mówi, robi, jak się wyglą­da, gdzie i z kim się spo­ty­ka, itd., ani nawet ze wzglę­du na potęż­ny ładu­nek emo­cjo­nal­ny, któ­ry wią­że się z codzien­ną pra­cą. Naj­gor­sze jest chy­ba osta­tecz­nie to, m. in. wspo­mi­nasz w swo­im dyr­dy­ma­le, czy­li, że na nie­wie­le ma się tu w sumie wpływ, począw­szy od wybo­ru roli, skoń­czyw­szy na spo­so­bie pro­mo­wa­nia „swo­jej” posta­ci, i jak chy­ba w żad­nym innym zawo­dzie, moż­na z pręd­ko­ścią świa­tła spaść w dół dra­bi­ny, po któ­rej mozol­nie się wspi­na­ło przez lata. Wywo­ła­ny przez Cie­bie do tabli­cy David Ten­nant czę­sto zwykł też mówić, że do swo­jej pra­cy potrze­bu­je tyl­ko budzi­ka i dobrej pamię­ci. Uwa­żam, że ten cudow­nie pozy­tyw­ny czło­wiek tro­chę nas jed­nak kokie­tu­je, bo choć on i jego "kole­dzy po fachu" nie muszą posia­dać waliz­ki gadże­tów, to na pew­no nie może obejść się bez świę­tej cier­pli­wo­ści zwłasz­cza do legen­dar­ne­go ocze­ki­wa­nia na uję­cie w peł­nej cha­rak­te­ry­za­cji, spo­rej daw­ki odwa­gi, gru­bej skó­ry opor­nej na kry­ty­kę i jesz­cze nie­złej dozy poko­ry. Poza tym wszyst­kim zaś to musi być pie­kiel­nie trud­ne gdy każ­dy zda­je się mieć tak wie­le do powie­dze­nia na Twój temat, a Ty możesz tyl­ko stać obok i się uśmie­chać… Poza tym wszyst­kim czę­sto zapo­mi­na­my o tym, co Ty tu wspa­nia­le wyłusz­czy­łaś, że na dzie­ło fil­mo­we pra­cu­je znacz­nie wię­cej osób niż tyl­ko aktor. Jed­nak nawet mimo tego, że jeste­śmy świa­do­mi pew­nych mecha­ni­zmów rzą­dzą­cych świa­tem fil­mu, to wła­śnie akto­ra widzi­my przed soba, to on sta­je się twa­rzą dzie­ła, jego naj­waż­niej­szym repre­zen­tan­tem i amba­sa­do­rem, pew­nie dla­te­go to na nim sku­pia się prze­waż­nie cała kry­ty­ka. Cała resz­ta eki­py to dla więk­szo­ści z nas tyl­ko jakieś nie­skład­ne liter­ki w napi­sach koń­co­wych… Dla­te­go uwiel­biam zda­nie, w któ­rym piszesz: “(…) and even if it is on the sta­ge, it might disap­pe­ar in post-pro­duc­tion”. Jed­na z naj­traf­niej­szych uwag jakie prze­czy­ta­łam od jakie­goś cza­su, któ­rą zde­cy­do­wa­nie wie­lu hej­te­rów powin­no sobie powta­rzać codzien­nie rano dla otrzeź­wie­nia :) Och, i masz bar­dzo zdro­we podej­ście do zara­bia­nych przez akto­rów pie­nię­dzy :)
    I wiesz co? Bar­dzo bym chcia­ła zoba­czyć Davi­da w jakimś kino­wym hicie, chcia­ła­bym, żeby świat go jesz­cze bar­dzie doce­nił, oddał mu należ­ną sła­wę I chwa­łę, i jesz­cze jakąś zaszczyt­ną fil­mo­wą nagro­dę, takie­go Oska­ra cho­ciaż­by ;) … Jed­nak jesz­cze bar­dziej chcia­ła­bym, żeby jego oczy zawsze się tak śmia­ły, jak wte­dy gdy opo­wia­da gdy został Dok­to­rem albo tak błysz­cza­ły, jak wte­dy, gdy tłu­ma­czy dla­cze­go z Ryszar­da III był „such a twat” :) To dzię­ki temu wie­rzę jego emo­cjom i ta praw­da przy­cią­ga mnie do nie­go i jego dzieł jak magnes. Tego też wła­śnie życzę Bil­lo­wi w oko­li­cy jego uro­dzin, tj. całej masy dobrych pro­duk­cji, ale przede wszyst­kim żeby miał od cza­su do cza­su praw­dzi­wą fraj­dę ze swo­jej pra­cy i pal wte­dy licho jakość pro­duk­cji :)

    Ps. Och, jak mi się cie­plut­ko zro­bi­ło w ten zim­no-wietrz­ny dzień, gdy prze­czy­łam dopi­sek na koń­cu :) I tak, masz 100% racji, nasze roz­mo­wy są nie­zwy­kle inspi­ru­ją­ce, cie­szę się, że dla Cie­bie też :) No nie mówiąc o tym, jakie to cudow­ne prze­czy­tać wła­sne imię, w takim faj­nym tek­ście, w któ­rym od Bil­la i Davi­da dzie­li mnie tyl­ko kil­ka aka­pi­tów :P :D

    • czę­sto bywa tak, że zako­cha­ni w jakiejś posta­ci ekra­no­wej widzo­wie prze­kła­da­ją jej cechy na akto­ra

      Zga­dza się! To jest kolej­ne, cie­ka­we zja­wi­sko. Albo gene­ral­nie to, że akto­rzy publicz­nie i pry­wat­nie są zupeł­nie inny­mi ludź­mi. Kie­dyś obej­rza­łam wywiad z Rober­tem Downey Jr. w któ­rym ten powie­dział, że ludzie, któ­rzy pra­cu­ją z nim po raz pierw­szy, zawsze są nim na począt­ku tro­chę roz­cza­ro­wa­ni, bo odkry­wa­ją, że aktor na co dzień nie jest tak prze­bo­jo­wy, jak w wywia­dach. I nawet: że w rze­czy­wi­sto­ści jest tro­chę nud­nym czło­wie­kiem. Kto by pomy­ślał, praw­da? :D

      Zawsze wyda­wa­ło mi się też, że aktor­stwo to jeden z naj­trud­niej­szych ist­nie­ją­cych zawo­dów.

      Nie wiem, czy naj­trud­niej­szym, ale na pew­no nie aż tak pro­stym, jak się nie­któ­rym wyda­je. Poza wspo­mnia­ny­mi przez cie­bie pro­ble­ma­mi, war­to pamię­tać o jesz­cze jed­nej rze­czy (o któ­rej w wywia­dach wspo­mi­na cza­sa­mi Ficht­ner i Ten­nant) – akto­rzy, czę­ściej niż przed­sta­wi­cie­le innych zawo­dów, co chwi­la dozna­ją pora­żek. Cho­dzi o to, że czę­ściej zda­rza się im nie dostać roli, o któ­rą się sta­ra­li, niż ją otrzy­mać. I to cią­głe „poczu­cie odrzu­ce­nia” też nie jest dla ludzi o sła­bych ner­wach.

      Naj­gor­sze jest chy­ba osta­tecz­nie to, […] że na nie­wie­le ma się tu w sumie wpływ

      Tu muszę przy­to­czyć sło­wa mamy Ficht­ne­ra, któ­ra udzie­li­ła kie­dyś swo­je­mu syno­wi pro­stej rady mówiąc, że jedy­ne na co mamy w życiu wpływ to porzą­dek w naszym poko­ju. Bar­dzo mądre i życio­we prze­my­śle­nie. Choć dla mnie oso­bi­ście też tro­chę prze­ra­ża­ją­ce, bo bała­gan w moim poko­ju jest jed­ną z tych rze­czy, nad któ­rą nie potra­fię zapa­no­wać. :P

      Poza tym wszyst­kim zaś to musi być pie­kiel­nie trud­ne gdy każ­dy zda­je się mieć tak wie­le do powie­dze­nia na Twój temat, a Ty możesz tyl­ko stać obok i się uśmie­chać…

      Kur­cze, o tym nie pomy­śla­łam. A prze­cież masz rację – to też jest nie lada wyzwa­nie!

      Och, i masz bar­dzo zdro­we podej­ście do zara­bia­nych przez akto­rów pie­nię­dzy :)

      Dzię­ku­ję. Przy czym myślę, że to bar­dziej smut­ne, niż „zdro­we” – ot doro­słam i prze­sta­łam mieć złu­dze­nia. Daw­niej, kie­dy nie dostrze­ga­łam, jak bar­dzo w życiu liczą się pie­nią­dze, świat wyda­wał mi się lep­szym miej­scem. :P

      Bar­dzo bym chcia­ła zoba­czyć Davi­da w jakimś kino­wym hicie, chcia­ła­bym, żeby świat go jesz­cze bar­dzie doce­nił, oddał mu należ­ną sła­wę I chwa­łę, i jesz­cze jakąś zaszczyt­ną fil­mo­wą nagro­dę, takie­go Oska­ra cho­ciaż­by ;) … Jed­nak jesz­cze bar­dziej chcia­ła­bym, żeby jego oczy zawsze się tak śmia­ły, jak wte­dy gdy opo­wia­da gdy został Dok­to­rem albo tak błysz­cza­ły, jak wte­dy, gdy tłu­ma­czy dla­cze­go z Ryszar­da III był „such a twat” :)

      Mam dokład­nie tak samo. To jest pew­ne­go rodza­ju para­doks w byciu fanem. Z jed­nej stro­ny chcia­ła­bym by moi ulu­bień­cy byli moż­li­wie jak naj­bar­dziej zna­ni i doce­nia­ni, ale z dru­giej więk­sza sła­wa wią­że się z więk­szą ilo­ścią zmar­twień i obo­wiąz­ków, a prze­cież tego niko­mu bym nie życzy­ła!

      to cudow­ne prze­czy­tać wła­sne imię, w takim faj­nym tek­ście, w któ­rym od Bil­la i Davi­da dzie­li mnie tyl­ko kil­ka aka­pi­tów :P :D

      Zasłu­ży­łaś sobie na prze­by­wa­nie w tak zacnym towa­rzy­stwie! ;)