Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Filmy Przeróżne, Prosto z Kina:

Kie­dy książ­ka zabi­ja wyobraź­nię

Osobliwy dom pani Peregrine / Miss Peregrine's Home for Peculiar Children

Po zoba­cze­niu pierw­sze­go zwia­stu­na Oso­bli­we­go domu pani Pere­gri­ne pomy­śla­łam „wow, nie mogę się docze­kać pre­mie­ry”. Cie­ka­wość zże­ra­ła mnie tak bar­dzo, że się­gnę­łam po książ­kę, na pod­sta­wie któ­rej powstał film. Powieść była bar­dzo dobra. Jed­nak po jej prze­czy­ta­niu z żalem stwier­dzi­łam, że nie da się z niej zro­bić dobrej ekra­ni­za­cji.

Teraz jestem już po sean­sie fil­mu. I ech, jak ja nie lubię mieć racji!

Mię­dzy wier­sza­mi

Opi­sy książ­ki mówią, że opo­wia­da ona o X-Menach w wik­to­riań­skim sty­lu, czy­li o gro­mad­ce obda­rzo­nych nie­zwy­kły­mi zdol­no­ścia­mi, Oso­bli­wych dzie­ci, któ­re miesz­ka­ją w tajem­ni­czym domu, na angiel­skiej wysep­ce, w cza­sie II woj­ny świa­to­wej. Ale jak wia­do­mo, rekla­mom nie nale­ży ufać, a powyż­sze stresz­cze­nie fabu­ły nie jest do koń­ca praw­dzi­we.

Tytu­ło­wy dom pani Pere­gri­ne poja­wia się dopie­ro w poło­wie (no, może w 13) powie­ści. Wcze­śniej głów­nym tema­tem jest żało­ba po utra­cie bli­skiej oso­by, rodzi­ce, któ­rzy nie rozu­mie­ją swo­ich dzie­ci i dzie­ci, któ­re nie rozu­mie­ją rodzi­ców. Całość jest bar­dziej oby­cza­jo­wa niż fan­ta­stycz­na. Akcja toczy się powo­li, liczy się przede wszyst­kim to, co dzie­je się w gło­wie głów­ne­go boha­te­ra – nasto­let­nie­go Jake'a – oraz roz­ter­ki, jakie chło­pak prze­ży­wa. Podob­no książ­ka jest skie­ro­wa­na do nasto­let­nich czy­tel­ni­ków, ale moim zda­niem młod­sze oso­by lek­tu­ra może znu­dzić, ponie­waż poru­sza­ne w niej tema­ty lepiej zro­zu­mie­ją oso­by bar­dziej doro­słe (ale jesz­cze nie sta­re ;).

Kie­dy Jake w koń­cu odkry­wa Oso­bli­wy dom, akcja nie­co przy­śpie­sza, a fabu­ła sta­je się bar­dziej fan­ta­stycz­na. Ale to, co naj­waż­niej­sze, wciąż dzie­je się w tle – autor poru­sza pew­ne tema­ty, ale ich nie roz­wi­ja, dzię­ki cze­mu pozo­sta­wia czy­tel­ni­ko­wi pole do wła­snych prze­my­śleń i inter­pre­ta­cji.

To wszyst­ko powo­du­je nato­miast, że żeby oddać na fil­mie kli­mat Oso­bli­we­go domu pani Pere­gri­ne, trze­ba by nakrę­cić dra­mat oby­cza­jo­wy. Tym­cza­sem Tim Bur­ton (co widać cho­ciaż­by na zwia­stu­nie) sku­pił się na wąt­kach fan­ta­stycz­no-przy­go­do­wych, któ­rych w powie­ści nie było dużo.

Za mało, zbyt wier­na ekra­ni­za­cja

Tim Bur­ton nie mógł więc dokład­nie prze­nieść na ekran tego, o czym był książ­ko­wi Oso­bli­wy dom pani Pere­gri­ne. Żeby nie przy­nu­dzać do mini­mum ogra­ni­czył tema­ty oby­cza­jo­we. Wątek żało­by Jake'a po stra­cie dziad­ka został zapre­zen­to­wa­ny w kil­ka minut i zupeł­nie pozba­wio­ny emo­cji. Podob­nie odkry­wa­nie domu pani Pere­gri­ne – w powie­ści trwa­ło to kil­ka tygo­dni, Jake naj­pierw nie­do­wie­rzał temu, co widział, potem powo­li zdo­by­wał zaufa­nie Oso­bli­wych dzie­ci, zaprzy­jaź­niał się z nimi i dowia­dy­wał o ich super­mo­cach. W fil­mie chło­pak po pro­stu dostał się do domu pani Pere­gri­ne i stwier­dził „super, więc jeste­ście praw­dzi­wi… Aha, nie musi­cie się przed­sta­wiać, bo znam was wszyst­kich z opo­wie­ści dziad­ka”.

Z dru­giej stro­ny, po wycię­ciu wszyst­kich „nud­nych” ele­men­tów twór­cy fil­mu posta­no­wi­li nie­mal zupeł­nie nie zmie­niać nicze­go inne­go. Ale jak już pisa­łam, w powie­ści wątek fan­ta­stycz­ny był tyl­ko dodat­kiem, czy­li nie było go wie­le. A z puste­go i Salo­mon nie nale­je, Tim Bur­ton tak­że nie. I wła­śnie dla­te­go ekra­ni­za­cja się nie uda­ła – film został obdar­ty z oso­bli­we­go kli­ma­tu i nie wypeł­nio­no tej pust­ki niczym nowym.

Co wię­cej to, jak bar­dzo trzy­ma­nie się książ­ko­we­go ory­gi­na­łu ogra­ni­cza­ło wyobraź­nię reży­se­ra, widać w fina­le. Zakoń­cze­nie bowiem było zupeł­nie inne niż w powie­ści. I dopie­ro w nim zaczę­ło się dziać coś cie­ka­we­go!

Inny­mi sło­wy, film był­by dobry, gdy­by Bur­ton wyrzu­cił książ­kę do kosza, wcze­śniej jej nie czy­ta­jąc i ekra­ni­za­cję oparł na tym, co jest napi­sa­ne w jej stresz­cze­niu. Czy­li o X-Menach w wik­to­riań­skim sty­lu.

Film, któ­re­go nie było

To, co napi­sa­łam poni­żej, w cało­ści jest spo­ile­rem (któ­re­go nie chce mi się zakry­wać), więc czy­ta­cie go na wła­sną odpo­wie­dzial­ność.

Książ­ka skoń­czy­ła się tak, że pętla cza­so­wa, w któ­rej znaj­do­wał się dom pani Pere­gri­ne, zosta­ła zamknię­ta i wszy­scy, razem z Jakem utknę­li w 1944 roku. W fil­mie po zamknię­ciu pętli Jake zna­lazł się we współ­cze­sno­ści, a potem, wyko­rzy­stu­jąc inne ist­nie­ją­ce pętle cza­so­we, posta­no­wił wró­cić do Oso­bli­wych dzie­ci w 1944 roku. W jed­nej, trwa­ją­cej jakąś minu­tę sce­nie poka­za­no, jak wyglą­da­ła jego, peł­na przy­gód, podróż. I wie­cie co? Te kil­ka ujęć to naj­bar­dziej „Bur­to­no­wy” moment fil­mu!

Ta jed­na sce­na podo­ba­ła mi się tak bar­dzo, że pomy­śla­łam „chrza­nić Oso­bli­we dzie­ci! Ja chcę zoba­czyć, peł­no­me­tra­żo­wy, dwu­go­dzin­ny film o Jake'u cofa­ją­cym się w cza­sie!” Oczy­wi­ście taki film nigdy nie powsta­nie, a szko­da, bo był­by o nie­bo lep­szy od tego, co obec­nie może­my oglą­dać w kinie.

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: Face­bo­ok Fan­pa­ge