Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Filmy Przeróżne, Prosto z Kina:

Apo­ka­lip­sy nie było

X-Men Apocalypse

Uwiel­biam X-Men First Class oraz X-Men Days of Futu­re Past. Dla­te­go zanie­po­ko­iły mnie pierw­sze, nie­zbyt pochleb­ne, recen­zje X-Men Apo­ca­lyp­se. Z tą masą obaw wybra­łam się w pią­tek na noc­ny mara­ton fil­mo­wy z X-Mena­mi. Wiel­kim plu­sem takich imprez jest to, że naj­now­szą odsło­nę serii oglą­da się mając w pamię­ci świe­żo obej­rza­ne poprzed­nie czę­ści. Poza tym pre­mie­ro­wy film jest pod­da­wa­ny dodat­ko­wej pró­bie spraw­dza­ją­cej, czy nie uśpi widza o czwar­tej nad ranem. Tym razem nie tyl­ko nie zasnę­łam, ale też wyszłam z kina cał­kiem zado­wo­lo­na, bo jak się oka­zu­je X-Men Apo­ca­lyp­se nie jest aż tak strasz­ny, jak go recen­zu­ją.

UWA­GA! Wpis zawie­ra drob­ne, „ocen­zu­ro­wa­ne” spo­ile­ry.

Trze­cie czę­ści nigdy nie są dobre?

W porów­na­niu z poprzed­ni­mi dwo­ma fil­ma­mi, X-Men Apo­ca­lyp­se jest mniej dyna­micz­ny, fabu­ła sku­pia­ła się bar­dziej na dia­lo­gach, niż mor­do­bi­ciu. Z tego powo­du pro­duk­cja może się wyda­wać tro­chę nud­na i prze­ga­da­na. Ale czy to na pew­no jest minus?

Dla mnie naj­więk­szą siłą X-Menów zawsze było to, że za para­wa­nem efek­tow­nych poka­zów super­mo­cy, kry­ły się roz­wa­ża­nia o tole­ran­cji i samo­ak­cep­ta­cji. Tak było i tym razem, przez co wca­le nie ode­bra­łam X-Men Apo­ca­lyp­se gorzej od pozo­sta­łych fil­mów (choć dale­ko mu do moje­go ulu­bio­ne­go First Class).

X-Meni 2.0

First Class poko­cha­łam mię­dzy inny­mi za to, że nowa seria nie odci­na­ła kupo­nów od sta­rej, tyl­ko bra­ła zna­ne nam posta­ci i robi­ła im upgra­de do wyż­sze­go pozio­mu. To samo ma miej­sce w X-Men Apo­ca­lyp­se. Jeśli lubi­cie poprzed­nie, star­sze wcie­le­nia Jean Grey*, Cyc­lop­sa, Night­craw­le­ra lub Storm, te nowe tak­że przy­pad­ną wam do gustu. A jeśli z jakie­goś powo­du nie prze­pa­da­li­ście za wcze­śniej­szy­mi wer­sja­mi tych boha­te­rów, na pew­no poko­cha­cie ich młod­sze odpo­wied­ni­ki.


* Wiem, że to głu­pie, ale obsta­wiam, że w inter­ne­cie za jakiś czas poja­wi się wideo poka­zu­ją­ce, że (gra­na przez Sophie Tur­ner) Jean Grey ma kosz­ma­ry, bo śni o Grze o Tron.

Hel­lo, old friend

Prze­czy­ta­łam kil­ka recen­zji stwier­dza­ją­cych, że Misti­que i Magne­to nie­zbyt się w tym fil­mie uda­li. Jestem zupeł­nie inne­go zda­nia!

Uwiel­biam Jen­ni­fer Law­ren­ce w roli Misti­que, a jej postać, któ­ra w Days of Futu­re Past nie­co mnie iry­to­wa­ła, tym razem wyszła na pro­stą. Do tego stop­nia, że spo­koj­nie mogła­by stać się głów­ną boha­ter­ką następ­ne­go fil­mu.

Micha­el Fass­ben­der tak­że spi­sał się na medal. Aktor nie musi nicze­go mówić – w samym tyl­ko spoj­rze­niu potra­fi zawrzeć wszyst­ko, co tra­pi jego boha­te­ra. W jego oczach widać roz­pacz, gniew, zmę­cze­nie, roz­cza­ro­wa­nie i jed­no­cze­sną pust­kę. Gdy­by taki Magne­to sta­nął mi na dro­dze nie wie­dzia­ła­bym, czy facet pra­gnie mnie zabić, czy może potrze­bu­je kogoś, kto by go przy­tu­lił i pocie­szył. A może jed­no i dru­gie? W każ­dym razie – uwiel­biam wewnętrz­nie skon­flik­to­wa­nych boha­te­rów, a Magne­to Fass­ben­de­ra zawsze był i wciąż jest jed­ną z moich ulu­bio­nych posta­ci tego typu.

Ale kim był­by Magne­to bez Pro­fe­so­ra X?! James McA­voy tak­że nie zawo­dzi. W tym przy­pad­ku wró­cił boha­ter, któ­re­go zna­my z First Class. Czy­li z jed­nej stro­ny jest to postać mądra, dobra i opa­no­wa­na, ale z dru­giej – wylu­zo­wa­na i bar­dzo ludz­ka. Widać to na przy­kład przy pierw­szym spo­tka­niu z Moirą (w tej roli, jak zawsze fan­ta­stycz­na Rose Byr­ne), gdzie Pro­fe­sor X tra­ci całą swo­ją wynio­słość i sta­je się uro­czo nie­po­rad­nym Char­le­sem. McA­voy bar­dzo dobrze spi­sał się tak­że pod­czas fina­ło­wej bitwy – sce­ny, któ­re musiał zagrać bar­dzo łatwo moż­na było prze­szar­żo­wać, ale nic takie­go nie nastą­pi­ło.

I na koniec – Quick­si­lver. Chło­pak znów ukradł cały film! Poza tym bar­dzo podo­ba­ło mi się to, że koniec koń­ców nie powie­dział Magne­to, że jest jego synem. I dobrze, bo gdy­by to zro­bił, film stał­by się nie­po­trzeb­nie ckli­wy.

Hen­ryk z Prusz­ko­wa

Na począt­ku fil­mu dość duża część akcji dzie­je się w Pol­sce, gdzie ukry­wa się Hen­ryk, czy­li Magne­to. I sce­ny te wypa­da­ją nie­źle, choć do ide­ału spo­ro im bra­ku­je. Sce­na­rzy­ści obla­li test ze zna­jo­mo­ści geo­gra­fii Pol­ski – akcja dzie­je się w hucie sta­li w Prusz­ko­wie (a tam prze­cież nie ma żad­nej huty). Nato­miast posta­ra­no się jeśli cho­dzi o sce­no­gra­fię i kostiu­my – PRL-owska Pol­ska na pra­wie każ­dym uję­ciu wyglą­da, jak PRL-owska Pol­ska (i miło popa­trzeć na Fass­ben­de­ra-hut­ni­ka).

Gorzej wypa­da­ją kwe­stie języ­ko­we. Nie będę kry­ty­ko­wać Fass­ben­de­ra, któ­re­mu mówie­nie po pol­sku cza­sem wycho­dzi­ło lepiej, a cza­sem gorzej. No i bawi­ło mnie to, że gdy Magne­to musiał powie­dzieć coś istot­ne­go – mówił to po angiel­sku. Gorzej wypa­dli pozo­sta­li akto­rzy. Sły­chać, że nie­któ­rzy są pol­skie­go pocho­dze­nia (jak na przy­kład żona Magne­to), a inni (chy­ba podob­nie, jak Fass­ben­der) nigdy wcze­śniej z naszym języ­kiem nie mie­li nic wspól­ne­go. Z tego powo­du pra­wie każ­da wypo­wie­dzia­na przez „pola­ków” kwe­stia wywo­ły­wa­ła śmiech na sali kino­wej. Co wię­cej kło­po­tli­we było, że nie­któ­re posta­ci (na przy­kład cór­ka Magne­to) mówi­ły tak nie­wy­raź­nie, że chęt­nie zoba­czy­ła­bym napi­sy, tłu­ma­czą­ce ich sło­wa.

I jesz­cze taka drob­na, ale faj­na spra­wa. Gdy akcja prze­nio­sła się do Auschwitz, miej­sce to było pod­pi­sa­ne po pro­stu „Auschwitz”, a nie „Auschwitz, Pol­ska”. Niby głu­po­ta, ale cie­szy mnie, że twór­cy napi­sów zde­cy­do­wa­li się na coś takie­go.

Wście­kły Roso­mak

W fil­mie na moment poja­wił się Hugh Jack­man. I poka­za­no nam nową (trze­cią w histo­rii fil­mo­wych X-Menów) wer­sję uciecz­ki Wolve­ri­na z pla­ców­ki woj­sko­wej, w któ­rej nasz Roso­mak został uzbro­jo­ny w szkie­let z ada­man­tium i stra­cił wspo­mnie­nia. Te kil­ka scen wypa­dło bar­dzo dobrze. Zarów­no roz­wście­czo­ny Wolve­ri­ne roz­szar­pu­ją­cy każ­de­go, kto sta­nął mu dro­dze, jak i koń­co­we spo­tka­nie z Jean Grey*, któ­ra przy­po­mi­na mu, kim jest. Zupeł­nie nie rozu­miem, dla­cze­go nie­któ­rym recen­zen­tom cameo Jack­ma­na się nie podo­ba­ło.


* Przy­po­mi­nam, że przy­szłość zosta­ła zre­se­to­wa­na w Days of Futu­re Past, dla­te­go nie moż­na tu wyty­kać błę­du, że sko­ro Jean Grey spo­tka­ła Wolve­ri­na w mło­do­ści, to powin­na go pamię­tać póź­niej (czy­li w try­lo­gii X-Men).

Nie­co inna apo­ka­lip­sa

Tytu­ło­wy Apo­ca­lyp­se nie jest inte­re­su­ją­cym boha­te­rem, a wcie­la­ją­cy się w nie­go Oscar Isa­ac nie miał pola do popi­sów aktor­skich. Nie nale­ży jed­nak tej posta­ci moc­no kry­ty­ko­wać, bo na tle innych zło­czyń­ców z ekra­ni­za­cji komik­sów, Apo­ca­lyp­se wpi­su­je się w śred­nią. Zda­rza­ły się czar­ne cha­rak­te­ry jako­ścio­wo gor­sze od nie­go.

Podo­ba­ło mi się nato­miast zna­cze­nie fina­ło­wej bitwy. Na pierw­szy rzut oka staw­ką był los ludz­ko­ści, ale jak to czę­sto u X-Menów bywa – mię­dzy wier­sza­mi dzia­ły się cie­kaw­sze rze­czy. I tak napraw­dę wal­ka toczy­ła się o cia­ło, umysł (i duszę?) Pro­fe­so­ra X*. Bar­dziej meta­fo­rycz­nie był to tak­że bój o duszę Magne­to. A w przy­pad­ku nie­któ­rych mutan­tów, cho­dzi­ło o wal­kę z ich wła­sny­mi sła­bo­ścia­mi.

Do gustu przy­pa­dła mi tak­że sym­bo­li­ka. To, że Apo­ca­lyp­se, któ­ry miał znisz­czyć świat przy pomo­cy czte­rech jeźdź­ców, został poko­na­ny przez czte­rech mutan­tów.


* Swo­ją dro­gą: podo­bał mi się powód, z jakie­go Char­les stał się łysy.

Lep­sze, niż Civil War

Kil­ka dni temu zachwy­ca­łam się nowym Kapi­ta­nem Ame­ry­ką. Rzecz w tym, że nie chcia­ło­by mi się ponow­nie iść do kina na Civil War. W przy­pad­ku X-Men Apo­ca­lyp­se jest zupeł­nie ina­czej.

X-Meni byli w podob­ny spo­sób jak Civil War prze­ga­da­ni, ale mie­li w sobie znacz­nie więk­szy ładu­nek emo­cjo­nal­ny. Gdy­by w Civil War w grę nie wcho­dził Buc­ky – Kapi­tan Ame­ry­ka i Iron Man praw­do­po­dob­nie jakoś by się doga­da­li. W przy­pad­ku X-Menów Pro­fe­sor X i Magne­to zawsze będą jed­no­cze­śnie wro­ga­mi i przy­ja­ciół­mi, tro­chę niczym Yin i Yang. Poza tym, kie­dy Stark dowie­dział się, kto zabił jego rodzi­ców, to choć rozu­mia­łam jego roz­pacz, jed­no­cze­śnie wyda­wa­ło mi się tro­chę nie­wia­ry­god­ne, ze po ponad dwu­dzie­stu latach Tony nie potra­fił podejść do spra­wy bar­dziej na chłod­no. W porów­na­niu z tym, świe­ży żal Magne­to był przej­mu­ją­cy i praw­dzi­wy.

Swo­ją dro­gą: X-Meni są bar­dziej płacz­li­wi od Aven­ger­sów, ale to wca­le gorzej o nich nie świad­czy. A zabe­cza­ny Fass­ben­der albo McA­voy chwy­ta­ją za ser­ce, jak nikt inny. Wąt­pię, czy podob­na sztucz­ka uda­ła­by się któ­re­muś akto­ro­wi z Aven­ger­sów (no może poza Rober­tem Downey Jr.).

Pod­su­mo­wu­jąc, X-Men Apo­ca­lyp­se bar­dzo mi się podo­bał i nie rozu­miem tak moc­nej kry­ty­ki tego fil­mu. Podej­rze­wam, że pro­duk­cja znaj­dzie rów­nie dużo zwo­len­ni­ków co prze­ciw­ni­ków. I dobrze – w koń­cu takie fil­my są cie­kaw­sze od tych, któ­re więk­szość widzów okrzyk­nę­ła dobry­mi lub zły­mi. Co wię­cej, to ozna­cza, że nie powin­ni­ście zda­wać się na recen­zen­tów i zoba­czyć film na wła­sne oczy, by wyro­bić sobie o nim opi­nię. Co moc­no pole­cam wam zro­bić!

Bra­wa dla Bonar­ki

Na koniec słów­ko o samym noc­nym mara­to­nie, bo dobre rze­czy nale­ży chwa­lić.

Mara­ton w Cine­ma City w Bonar­ce nie był ofi­cjal­nym ENE­MEF-em, bo te odby­wa­ją się w Mul­ti­ki­nie. Ale wypadł o nie­bo lepiej od ory­gi­na­łu. Mniej­sza sala, niż w Mul­ti­ki­nie spra­wi­ła, że widzów było mniej, a co za tym idzie zarów­no kolej­ki do toa­le­ty, jak i do bufe­tu pra­wie nie ist­nia­ły. Poza tym, w odróż­nie­niu od Mul­ti­ki­na, pomię­dzy fil­ma­mi nie pusz­cza­no dłu­gich, iry­tu­ją­cych blo­ków rekla­mo­wych. No i przed wej­ściem do sali kino­wej nie sta­ło dwóch ochro­nia­rzy, któ­rzy każ­de­mu robi­li­by rewi­zję oso­bi­stą i spraw­dza­li, czy nie wno­si wła­snych prze­ką­sek.

Inny­mi sło­wy: bra­wo, Cine­ma City! W przy­szło­ści czę­ściej będę cho­dzić na orga­ni­zo­wa­ne przez was mara­to­ny fil­mo­we.

X-Men Apo­ca­lyp­se może­cie kupić mię­dzy inny­mi w tych skle­pach:

X-Men Apocalypse okładka

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: JoBlo Posters