Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Ogólnie Rzecz Ujmując, Szaleństwo Serialowe:

Zmęczenie serialowe

Kolejny problem pierwszego świata?

Zbli­ża się nowy sezon seria­lo­wy. I jak co roku mam pewien pro­blem. Nie chce mi się oglą­dać seria­li. Co gor­sza, każ­dej kolej­nej jesie­ni, to poczu­cie znie­chę­ce­nia jest coraz więk­sze. Tro­chę tak, jak w przy­pad­ku Aven­ger­sów – oglą­da­nie pro­duk­cji z super­bo­ha­te­ra­mi sta­je się pew­ne­go rodza­ju ruty­ną i każ­dy nowy film cie­szy mniej od poprzed­nie­go.

W dzi­siej­szym wpi­sie tro­chę poma­ru­dzę i przy oka­zji napi­szę, jak powin­ny wyglą­dać seria­le, by mniej dener­wo­wa­ły.

Uwielbiam cię, ale pora zakończyć nasz związek

Dla­cze­go więk­szość ludzi nie może się ode­rwać od oglą­da­nia seria­li? Bo zży­wa się z boha­te­ra­mi tych pro­duk­cji.

Czę­sto wyba­czam seria­lom kiep­skie sce­na­riu­sze, absur­dal­ne zwro­ty akcji i nie­zno­śną nudę, bo w pro­duk­cji jest postać, któ­rą lubię i któ­rej kibi­cu­ję. Z tego powo­du wciąż trzy­mam kciu­ki, by następ­ny odci­nek był lep­szy, by serial znów stał się tak dobry jak wte­dy, gdy po raz pierw­szy go zoba­czy­łam. Ale nie­ste­ty spra­wy zawsze przy­bie­ra­ją inny obrót i kolej­ne epi­zo­dy są coraz gor­sze.

Nie­cier­pli­wie wycze­ki­wa­łam nowych odcin­ków Pri­son Bre­aka i cie­szy­łam z każ­dej sce­ny z Ficht­ne­rem. Ale jed­no­cze­śnie gdzieś tak od poło­wy trze­ciej serii chcia­łam, by gra­ny przez akto­ra agent Maho­ne zgi­nął tra­gicz­ną i boha­ter­ską śmier­cią. Bo dzię­ki temu mogła­bym daro­wać sobie dal­sze oglą­da­nie tej pro­duk­cji. Przy­kla­ski­wa­łam za każ­dym razem, gdy ogła­sza­no, że powsta­nie jesz­cze jeden sezon Dok­to­ra House'a, w duchu robi­łam jed­nak face­palm „rany, ile to jesz­cze będzie trwa­ło?” A to zale­d­wie dwa z wie­lu podob­nych przy­pad­ków.

Dość” uda­ło mi się powie­dzieć tyl­ko Super­na­tu­ra­lo­wi. Efekt? Teraz zamiast roz­cza­ro­wa­nia po obej­rze­niu kolej­ne­go nie­uda­ne­go odcin­ka, czu­ję się jak­bym była na die­cie i patrzy­ła na talerz pełen cia­stek. „Może jed­nak wró­cę do oglą­da­nia? Może następ­ne odcin­ki będą lep­sze? Prze­cież uwiel­biam boha­te­rów seria­lu, więc może powin­nam dać im jesz­cze jed­ną szan­sę?” I wiem, że nie odzy­skam spo­ko­ju ducha dopó­ki Super­na­tu­ral się nie skoń­czy i nie prze­sta­nie mnie kusić nowy­mi epi­zo­da­mi. A to raczej szyb­ko nie nastą­pi.

To zbyt skomplikowane!

Seria­le o cią­głej, roz­pi­sa­nej na wie­le sezo­nów fabu­le przy­cią­ga­ją widzów nie tyl­ko z powo­du boha­te­rów, ale tak­że histo­rii. Co wyda­rzy się dalej? Kto stoi za tym strasz­nym spi­skiem? Czy świat zosta­nie ura­to­wa­ny? I przede wszyst­kim, czy nasze­mu ulu­bio­ne­mu boha­te­ro­wi uda się prze­trwać kolej­ny clif­fhan­ger?

Pro­blem pole­ga na tym, że twór­cy seria­lu zwy­kle mają pomysł na jeden, może dwa sezo­ny. Potem zaczy­na­ją impro­wi­zo­wać. I zazwy­czaj nie wycho­dzi im to dobrze. A z począt­ku pro­sta, mają­ca dwie ręce i nogi histo­ria, prze­ra­dza się w wypo­sa­żo­ne w dzie­sięć macek mon­strum. Co nie tyl­ko nie wyglą­da pięk­nie, ale tak­że – spra­wia wra­że­nie moc­no absur­dal­ne­go.

Zako­cha­łam się w seria­lu Orphan Black z powo­du pro­sto­ty fabu­ły. Głów­na boha­ter­ka spo­ty­ka na dwor­cu kobie­tę, któ­ra wyglą­da dokład­nie tak samo, jak ona. A potem nie­zna­jo­ma rzu­ca się pod pociąg, a nasza boha­ter­ka pró­bu­je dowie­dzieć się o co cho­dzi. Pro­ste i intry­gu­ją­ce. Każ­dy odci­nek odkry­wał kolej­ną tajem­ni­cę, jed­no­cze­śnie sta­wia­jąc kil­ka nowych pytań. To powol­ne dowia­dy­wa­nie się, o co w tym wszyst­kim cho­dzi dawa­ło mi naj­więk­szą fraj­dę pod­czas oglą­da­nia. Ale gdy głów­ne kar­ty zosta­ły już odkry­te, fabu­ła zaczę­ła zja­dać wła­sny ogon. Za jed­nym spi­skiem krył się dru­gi, jesz­cze więk­szy. Za zły­mi ludź­mi sta­li jesz­cze gor­si ludzie, za któ­ry­mi z kolei sta­ła zła kor­po­ra­cja, za któ­rą sta­ła jesz­cze gor­sza kor­po­ra­cja. Mia­łam dość. Prze­rwa­łam oglą­da­nie w poło­wie trze­cie­go sezo­nu. Ale znów, podob­nie jak w przy­pad­ku Super­na­tu­ral zamiast ulgi odczu­wam fru­stra­cję. Bo kolej­ne odcin­ki są na wycią­gnię­cie ręki, a mnie mimo wszyst­ko cie­ka­wi, jak ta histo­ria się skoń­czy.

Rozstańmy się kulturalnie

Jak skrzyw­dzić widza? Zakoń­czyć sezon clif­fhan­ge­rem i anu­lo­wać serial. Powin­no ist­nieć pra­wo mówią­ce, że do fina­ło­we­go odcin­ka każ­de­go sezo­nu nale­ży krę­cić dwa zakoń­cze­nia: jed­no będą­ce pre­lu­dium następ­ne­go sezo­nu, a dru­gie – będą­ce osta­tecz­nym zakoń­cze­niem seria­lu. A potem, w zależ­no­ści od tego, czy serial był­by kon­ty­nu­owa­ny, czy też nie – tele­wi­zja emi­to­wa­ła­by jed­no lub dru­gie zakoń­cze­nie.

Inna spra­wa, że sto­so­wa­nie clif­fhan­ge­rów pod koniec sezo­nu jest pew­ną ozna­ką bra­ku sza­cun­ku do widzów. Jak­by twór­cy seria­lu nie ufa­li, że wró­ci­my do ich pro­duk­cji. Dla­te­go cenię sobie takie seria­le, któ­re dają cał­ko­wi­cie wol­ny wybór. Na przy­kład Bro­ad­church. Pierw­szy sezon sta­no­wi zamknię­tą histo­rię. Mogłam skoń­czyć oglą­da­nie na fina­ło­wym odcin­ku albo przejść do sezo­nu dru­gie­go, któ­ry kon­ty­nu­uje histo­rię. Teraz też mogła­bym bez bólu roz­stać się z seria­lem, bo w dru­giej serii histo­ria ponow­nie zosta­ła cał­ko­wi­cie zamknię­ta. Ale aku­rat w tym przy­pad­ku nie­cier­pli­wie cze­kam na trze­ci sezon.

Podo­ba mi się tak­że – ostat­nio dość popu­lar­ne – two­rze­nie seria­li-anto­lo­gii, gdzie każ­dy sezon sta­no­wi osob­ną, cał­ko­wi­cie indy­wi­du­al­ną histo­rię.

Za dużo tego dobrego

Być może tyl­ko mi się wyda­je (a jestem leń i nie chce mi się spraw­dzać), ale czy daw­niej nie pro­du­ko­wa­no mniej­szej ilo­ści seria­li? A nawet, jeśli było ich tyle samo, więk­szość nie zali­cza­ła się do kate­go­rii must-see. Teraz nato­miast, w inter­ne­cie co chwi­la napo­ty­kam się na tytuł jakiejś pro­duk­cji któ­rą – jak twier­dzą recen­zen­ci – koniecz­nie trze­ba zoba­czyć. Oczy­wi­ście nie oglą­dam wszyst­kie­go. Ale wła­śnie z tego powo­du cza­sem mam poczu­cie, że coś mnie omi­ja. I nie cho­dzi tu tyl­ko sam serial, ale też to, jaki ma on wpływ na spo­łe­czeń­stwo.

Nie kumam memów z The Big Bang The­ory, nie rozu­miem odnie­sień do Lostów i nie zorien­tu­ję się, gdy w roz­mo­wie nawią­żesz do Przy­ja­ciół. Owszem, brak wie­dzy na temat tych i innych seria­li, któ­rych nie oglą­da­łam, nie powo­du­je wyklu­cze­nia spo­łecz­ne­go. Ale w komu­ni­ka­cji – zwłasz­cza tej inter­ne­to­wej – momen­ta­mi daje uczu­cie pew­ne­go zagu­bie­nia.

Jest kil­ka pro­duk­cji, któ­rych oglą­da­nie prze­sta­ło spra­wiać mi fraj­dę, ale wciąż zapo­zna­ję się z nowy­mi odcin­ka­mi, by w szer­szym, kul­tu­ral­nym sen­sie być na bie­żą­co. Takie seria­lo­we FOMO. Weź­my na przy­kład Grę o Tron. Przez kil­ka tygo­dni to głów­ny temat dys­ku­sji w inter­ne­cie. Oczy­wi­ście mogła­bym wzru­szyć ramio­na­mi, stwier­dzić, że mnie to wszyst­ko nie inte­re­su­je. Ale z dru­giej stro­ny – śle­dze­nie tych wszyst­kich teo­rii spi­sko­wych doty­czą­cych na przy­kład tego, czy­im synem jest John Snow i czy facet w następ­nym sezo­nie będzie żywy – jest cza­sem dużo cie­kaw­sze od fabu­ły same­go seria­lu. Tyl­ko, że wła­śnie: bez zna­jo­mo­ści seria­lu, teo­rie spi­sko­we prze­sta­ją być zro­zu­mia­łe.

Boję się pilotów

Nie mam cier­pli­wo­ści. Jeśli pierw­szy odci­nek seria­lu mnie nie zain­te­re­su­je, nie oglą­dam dalej. Ale para­dok­sal­nie, boję się też dobrych, zachwy­ca­ją­cych pilo­tów. Dla­cze­go? Ponie­waż te, tro­chę jak zwia­stu­ny fil­mów, czę­sto oszu­ku­ją.

Dobre-oszu­kań­cze pilo­ty poka­zu­ją boha­te­rów, któ­rych zaczy­nam lubić od pierw­szej sce­ny i pre­zen­tu­ją histo­rię, w któ­rą natych­miast się wcią­gam. Po pro­stu: miłość od pierw­sze­go wej­rze­nia. Ale potem poja­wia się dru­gi odci­nek i nagle wszyst­ko to, co tak zachwy­ca­ło w pilo­cie, gdzieś zni­ka. Boha­te­ro­wie prze­sta­ją być inte­re­su­ją­cy i zaczy­na­ją iry­to­wać. A fabu­ła sta­je się peł­na powta­rzal­nych, zna­nych do bólu sche­ma­tów. Ale już za póź­no – po pilo­cie ser­ce wciąż bije moc­niej i tro­chę jak w przy­pad­ku seria­li, któ­re oglą­dam od kil­ku sezo­nów, zaczy­nam patrzeć przez pal­ce i przy­my­kać oczy. Bo prze­cież następ­ny odci­nek na pew­no będzie lep­szy.

Mniej znaczy więcej

Roz­po­czę­cie oglą­da­nia seria­lu przy­po­mi­na tro­chę zacią­gnię­cie kre­dy­tu – jeśli się wcią­gniesz, to pochło­nie cię na co naj­mniej kil­ka lat. I to jest dość prze­ra­ża­ją­ce. Zwłasz­cza, że nigdy nie wia­do­mo jak dłu­go taki serial będzie trwał. Znów odnio­sę się do Aven­ger­sów – może sta­cje tele­wi­zyj­ne powin­ny, podob­nie jak Marvel, infor­mo­wać widzów co pla­nu­ją nada­wać przez naj­bliż­sze kil­ka lat? Ja na pew­no czu­ła­bym się lepiej, gdy­bym zasia­da­jąc do pilo­to­we­go odcin­ka wie­dzia­ła ile sezo­nów na mnie cze­ka. Z resz­tą mię­dzy inny­mi z tego powo­du wie­lu ludzi oglą­da tyl­ko seria­le, któ­re już się skoń­czy­ły, i o któ­rych tym samym wia­do­mo, z ilu dokład­nie skła­da­ją się odcin­ków.

Poza tym więk­szość seria­li zaczy­na się psuć po dwóch, trzech sezo­nach. Czy nie było­by więc pro­ściej skoń­czyć pro­duk­cję po tych kil­ku seriach? Duże zna­cze­nie ma tak­że ilość odcin­ków w sezo­nie. Zauwa­ży­li­ście, że seria­le, któ­re mają 10 – 13 odcin­ków w serii są lep­sze od tych z 20 – 24 odcin­ka­mi? Jest w nich mniej wodo­lej­stwa i przy oka­zji – dobre pomy­sły sce­na­rzy­stów zda­ją się wyczer­py­wać znacz­nie wol­niej. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że wypro­du­ko­wa­nie krót­sze­go sezo­nu kosz­tu­je znacz­nie mniej, ale jed­no­cze­śnie wca­le nie ozna­cza mniej­szych zysków dla sta­cji tele­wi­zyj­nej.

Chcę oderwać się od rzeczywistości

Jed­ni piją alko­hol, inni zaży­wa­ją nar­ko­ty­ki, ja oglą­dam seria­le. Nie wiem, czy jest to używ­ka lep­sza, czy też gor­sza od pozo­sta­łych dwóch, ale naj­waż­niej­sze, że dzia­ła – pozwa­la ode­rwać się od sza­rej rze­czy­wi­sto­ści. Dla­te­go wła­śnie nie chcę oglą­dać seria­li zbyt praw­dzi­wych, dołu­ją­cych albo tak zwy­czaj­nych, że aż nud­nych.

Hitem tego lata był Mr. Robot. Uda­ło mi się prze­brnąć przez pierw­sze kil­ka odcin­ków pro­duk­cji. Dalej nie mogłam. Mia­łam dość słu­cha­nia, że świa­tem rzą­dzą złe kor­po­ra­cje, a ludzie kawa­łe­czek po kawa­łecz­ku odda­ją im swo­je dusze. Bo to jest, kur­cze, praw­da. Wiem, bo widzę to po sobie. Ale ponie­waż nie jestem aspo­łecz­nym hake­rem, nie mogę powie­dzieć fuck the sys­tem i zre­zy­gno­wać z tego wszyst­kie­go. Aku­rat pod tym wzglę­dem życie to nie serial.

Przy czym chęć ode­rwa­nia się od rze­czy­wi­sto­ści wca­le nie ozna­cza, że zado­wo­lę się byle jaką for­mą roz­ryw­ki. Nie chcę się doło­wać, ale nie chcę też, by oglą­da­nie seria­lu dopro­wa­dzi­ło do atro­fii moje­go mózgu. Pra­gnę pro­duk­cji inte­li­gent­nych, nie­co zabaw­nych, cza­sem dają­cych do myśle­nia i przede wszyst­kim – cie­ka­wych. Wyda­je się, że to nie­wie­le, ale z roku na rok coraz trud­niej zna­leźć mi pro­duk­cje, któ­re speł­nia­ły­by te kry­te­ria.

Nie potrafię przestać

Zapew­ne po prze­czy­ta­niu całe­go powyż­sze­go wywo­du zada­je­cie sobie jed­no, zasad­ni­cze pyta­nie: „Hoł­ka, sko­ro tak męczą się seria­le, to dla­cze­go po pro­stu nie prze­sta­niesz ich oglą­dać?!”

Otóż jestem w dość kom­for­to­wej sytu­acji: mogę oglą­dać seria­le jed­no­cze­śnie nie tra­cąc cza­su na ich oglą­da­nie. Nie mogę wyja­śnić dokład­nie, jak to jest moż­li­we. Więc pro­szę, nie pytaj­cie o szcze­gó­ły. Żeby jed­nak przy­naj­mniej czę­ścio­wo zaspo­ko­ić waszą cie­ka­wość: nie, nie posia­dam wehi­ku­łu cza­su. Po pro­stu w cią­gu kil­ku godzin dzien­nie mogę albo: a) nie robić abso­lut­nie nicze­go, albo b) słu­chać muzy­ki, lub też c) słu­chać audio­bo­oka, lub d) oglą­dać seria­le. Wyko­ny­wa­nie innych czyn­no­ści nie­ste­ty nie wcho­dzi w tym cza­sie w grę. Zda­ję sobie spra­wę, że od słu­cha­nia audio­bo­oków być może sta­ła­bym się mądrzej­sza, ale oglą­da­nie seria­li przy­cho­dzi mi znacz­nie łatwiej. I przede wszyst­kim: jest lep­sze od bez­czyn­ne­go sie­dze­nia.

Maru­dzę, ale jak pisa­łam na wstę­pie – zmę­cze­nie seria­lo­we dopa­da mnie co roku. I zawsze koń­czy się ono w ten sam spo­sób – wra­cam do oglą­da­nia seria­li.

Nie mam poję­cia, co przy­nie­sie ten sezon seria­lo­wy, ale paru rze­czy jestem pew­na. Znów kil­ka z moich ulu­bio­nych pro­duk­cji mnie zachwy­ci, a kil­ka innych moc­no roz­cza­ru­je. Znów też się­gnę po nowe seria­le – z któ­rych więk­szość prze­sta­nę oglą­dać po kil­ku odcin­kach, inne po jed­nym sezo­nie, a jesz­cze inne – polu­bię na tyle, że zwią­żę się z nimi na naj­bliż­sze kil­ka lat. A potem znów skoń­czy się lato, a ja ponow­nie stwier­dzę, że nie chce mi się oglą­dać seria­li. Ale i tak będę oglą­dać je dalej.


A jakie jest wasze zda­nie na ten temat? To zna­czy: czy też jeste­ście zmę­cze­ni oglą­da­niem seria­li? Czy jest to kolej­ny z pro­ble­mów pierw­sze­go świa­ta? Czy też jestem odosob­nio­nym przy­pad­kiem, bo resz­ta ludz­ko­ści nie przej­mu­je się taki­mi głu­po­ta­mi? Nie wstydź­cie się i napisz­cie w komen­ta­rzu. Bar­dzo cie­ka­wi mnie, co macie w tej kwe­stii do powie­dze­nia.

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: Quick Meme