Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Pojedynki Filmowo-Serialowe, Szaleństwo Serialowe:

Czy brytyjskie klify są ładniejsze od amerykańskich?

Broadchurch kontra Gracepoint

Kie­dy usły­sza­łam pierw­sze plot­ki o tym, że powsta­nie ame­ry­kań­ski rema­ke Bro­ad­churchbyłam temu prze­ciw­na. Ale potem poja­wi­ły się dwa, sprzecz­ne uczu­cia. Z jed­nej stro­ny, ze wzglę­du na Davi­da Ten­nan­ta chcia­łam, by nowy serial się udał (bo prze­cież nikt nie lubi oglą­dać swo­ich ulu­bio­nych akto­rów w kiep­skich pro­duk­cjach). Z dru­giej nato­miast – z powo­du miło­ści do Bro­ad­church, mia­łam nadzie­ję, że ame­ry­kań­ski rema­ke będzie gor­szy od ory­gi­na­łu.

W koń­cu nad­szedł dzień pre­mie­ry Gra­ce­po­int i pierw­szy odci­nek oka­zał się być dokład­nie taki, jak przy­pusz­cza­łam: kiep­ski. Ale upar­cie oglą­da­łam dalej, licząc na to, że póź­niej będzie lepiej. Zwłasz­cza, że twór­cy zapo­wia­da­li, iż Gra­ce­po­int nie będzie dokład­ną kopią Bro­ad­church, i że nawet zakoń­cze­nie będzie inne. Teraz jestem po obej­rze­niu fina­łu i mojej pier­wot­nej opi­nii o seria­lu nie zmie­niam. Ale ponie­waż krót­kie stwier­dze­nie, że „Gra­ce­po­int jest złe”, było­by zbyt pro­ste, w dzi­siej­szym wpi­sie posta­ram się wyja­śnić, dla­cze­go coś, co uda­ło się Bry­tyj­czy­kom w Bro­ad­church, Ame­ry­ka­nom już nie wyszło.

Runda I: Mieszkańcy miasta

Posta­ci w Bro­ad­church w wie­lu przy­pad­kach były dość arche­ty­picz­ne. Ale to mi nie prze­szka­dza­ło i spra­wia­ło, że nie­mal od począt­ku wie­dzia­łam, kto jest kim w mia­stecz­ku. Mło­dy, ambit­ny dzien­ni­karz, zgryź­li­wy sta­ru­szek, ksiądz, któ­ry pró­bu­je spra­wić, by ludzie na nowo zaczę­li cho­dzić do kościo­ła; dłu­go jesz­cze moż­na by wymie­niać. Serial jed­nak szyb­ko uciekł od utar­tych sche­ma­tów, ale nie za dale­ko, dzię­ki cze­mu boha­te­ro­wie nie byli papie­ro­wi, ale jed­no­cze­śnie nie spra­wia­li wra­że­nia obcych i zbyt dzi­wacz­nych.

Każ­da postać mia­ła swo­je zale­ty i wady, ale nikt nie był zepsu­tym do szpi­ku kości, czar­nym cha­rak­te­rem. Wręcz prze­ciw­nie – wszy­scy wyda­wa­li się na swój spo­sób sym­pa­tycz­ni, przez co nawet, gdy popeł­nia­li błę­dy, nie zra­ża­li do sie­bie – jedy­nie zda­wa­li się być przez to jesz­cze bar­dziej ludz­cy. To tyczy się nawet oso­by, któ­ra pod koniec oka­za­ła się być mor­der­cą. Byłam w szo­ku, gdy to wyszło na jaw i nie mogłam uwie­rzyć, bo prze­cież bar­dzo lubi­łam tą postać. I co cie­ka­we: choć powin­nam zabój­cę jedy­nie potę­pić, gdzieś w głę­bi ser­ca czu­łam też, że jest mi go żal.

Przy czym to wszyst­ko, co napi­sa­łam wyżej, nie było­by moż­li­we do poka­za­nia bez odpo­wied­niej obsa­dy. A ta w Bro­ad­church była wspa­nia­ła. Każ­dy aktor ide­al­nie paso­wał do swo­jej roli i grał bar­dzo reali­stycz­nie. Ta praw­dzi­wość powo­do­wa­ła nato­miast, że nie­zwy­kle łatwo było mi zro­zu­mieć pro­ble­my boha­te­rów, a z nie­któ­ry­mi z nich – nawet czę­ścio­wo się iden­ty­fi­ko­wać.


O tym, jak duże zna­cze­nie dla odbio­ru histo­rii mia­ła obsa­da, mogłam się prze­ko­nać oglą­da­jąc Gra­ce­po­int, bo tam nie­mal wszy­scy akto­rzy nie paso­wa­li do swo­ich ról. Posta­ci stra­ci­ły przez to na reali­zmie, wie­le z nich wyda­wa­ło się nie­sym­pa­tycz­nych (a cza­sem i jed­no, i dru­gie). Z tego powo­du rów­nie sztucz­nie wypa­dły rela­cje pomię­dzy poszcze­gól­ny­mi boha­te­ra­mi. W Bro­ad­church dało się je okre­ślić na pod­sta­wie same­go tyl­ko zacho­wa­nia boha­te­rów. Oglą­da­jąc Gra­ce­po­int iden­tycz­nych rze­czy dowia­dy­wa­łam się jedy­nie na pod­sta­wie dia­lo­gów (któ­re swo­ją dro­gą też wypa­da­ły strasz­nie drę­two).

Efekt był taki, że nie iden­ty­fi­ko­wa­łam się z miesz­kań­ca­mi mia­sta, nie obcho­dził mnie ich los. A z racji tego, że odbiór całej histo­rii w dużej mie­rze zale­żał od tego, jak bar­dzo widz zży­je się z boha­te­ra­mi – na więk­szość wyda­rzeń poka­za­ny w Gra­ce­po­int zare­ago­wa­łam jedy­nie wzru­sze­niem ramio­na­mi.


Rundę I wygrywają: mieszkańcy Broadchurch


Runda II: Śledztwo

Kolej­nym ele­men­tem potę­gu­ją­cym realizm Bro­ad­church było to, że poli­cjan­ci za bar­dzo nie wie­dzie­li, jak pro­wa­dzić docho­dze­nie. Koro­ner bada­ją­cy zwło­ki był prze­ra­żo­ny tym co widzi, do pra­cy przy śledz­twie bra­ko­wa­ło ludzi, bo aku­rat był dłu­gi week­end i wszy­scy wyje­cha­li poza mia­sto. A funk­cjo­na­riusz któ­ry pil­no­wał rodzi­ny zamor­do­wa­ne­go chłop­ca nie za bar­dzo wie­dział, jak się zacho­wać więc głów­nie krzą­tał się po kuch­ni i parzył domow­ni­kom her­ba­tę (co przy oka­zji czy­ni­ło go sym­pa­tycz­ną i zapa­da­ją­cą w pamięć posta­cią). Te wszyst­kie drob­nost­ki spra­wia­ły, że jesz­cze bar­dziej wczu­łam się w kli­mat małe­go mia­stecz­ka, w któ­rym do tej pory naj­więk­szą zbrod­nią było to, że ktoś w nocy pod­kradł rol­ni­ko­wi pali­wo z trak­to­ra.


W Gra­ce­po­int nie­mal wszy­scy stró­że pra­wa byli chłod­ny­mi pro­fe­sjo­na­li­sta­mi. Przez to ani przez moment nie czu­łam, że śmierć chłop­ca wstrzą­snę­ła miej­sco­wy­mi. Owszem, boha­te­ro­wie stwier­dza­li to na każ­dym kro­ku, ale same sło­wa nie wystar­cza­ły. Poza tym ten pro­fe­sjo­na­lizm poli­cji spra­wiał, że mor­der­stwo z Gra­ce­po­int pra­wie nie róż­ni­ło się od zbrod­ni, któ­re zna­łam z innych ame­ry­kań­skich kry­mi­na­łów.


Rundę II wygrywa: komenda policji w Broadchurch


Runda III: Tata Danny'ego

Całą rodzi­nę zamor­do­wa­ne­go chłop­ca dość trud­no jest porów­nać, bo zosta­ła ona do Gra­ce­po­int bar­dzo dokład­nie sko­pio­wa­na. Posta­ci mamy, sio­stry i bab­ci Danny'ego (a przy oka­zji tak­że chło­pa­ka sio­stry) były nie­mal iden­tycz­ne (nie­któ­re nie tyl­ko z zacho­wa­nia, ale tak­że z wyglą­du). Skup­my się więc na ojcu chłop­ca bo tyl­ko jego postać była inna.


Mark Lati­mer z Bro­ad­church był posta­cią, któ­rą naj­pro­ściej okre­ślić sło­wa­mi „swój chłop”. Miły, sym­pa­tycz­ny, pra­wie zawsze uśmiech­nię­ty. Zaga­da do każ­de­go na uli­cy i każ­dy mu odpo­wie, bo prze­cież wszy­scy go lubią. Kie­dy póź­niej widzia­łam go zdo­ło­wa­ne­go śmier­cią syna lub z róż­nych powo­dów – wście­kłe­go, przej­mo­wa­łam się dużo bar­dziej, niż w sytu­acji, gdy­bym te same emo­cje obser­wo­wa­ła u kogoś, kto na co dzień się smu­ci lub dener­wu­je.


W Gra­ce­po­int mamy Mar­ka Sola­no. Teo­re­tycz­nie nale­ża­ło­by tu przy­kla­snąć, że do seria­lu zatrud­nio­no akto­ra laty­no­skie­go pocho­dze­nia i dla nie­go zmie­nio­no nazwi­sko posta­ci. Nie­ste­ty w prak­ty­ce aktor zupeł­nie do tej roli nie paso­wał. Koleś przez cały czas miał wku­rzo­no-nabur­mu­szo­ną minę, przez co cięż­ko było uwie­rzyć, że jest on „swo­im chło­pem”, i jesz­cze trud­niej prze­jąć jego póź­niej­szym dra­ma­tem.

Poja­wi­ły się też dwie istot­ne zmia­ny, któ­re nie­co zmie­ni­ły mój odbiór tej posta­ci. Otóż w Bro­ad­church Lati­mer miał romans z wła­ści­ciel­ką hote­lu – posta­cią ład­ną i roz­ta­cza­ją­cą wokół sie­bie urok, przez co nie dzi­wi­łam się, że facet się nią zain­te­re­so­wał. Ta sama postać w Gra­ce­po­int była pozba­wio­na tych cech, spra­wia wra­że­nie nie­co głu­piut­kiej i (w moim mnie­ma­niu) mniej uro­dzi­wej od żony Mar­ka. To powo­do­wa­ło, że romans nie tyl­ko wyda­wał się być gru­by­mi nić­mi szy­ty, ale też – wpi­sy­wał Sola­no w ste­reo­typ gorą­co­kr­wi­ste­go Laty­no­sa uga­nia­ją­ce­go się za kobie­ta­mi.

Jak­by tego było mało, w Gra­ce­po­int miej­sco­wy ksiądz i mama Danny'ego w mło­do­ści uczęsz­cza­li do tej samej szko­ły i byli w sobie zako­cha­ni (w Bro­ad­church duchow­ny i kobie­ta w ogó­le się w prze­szło­ści nie zna­li). To powo­do­wa­ło, że gdy Sola­no zaczął wro­go odno­sić się do księ­dza, moż­na było to czę­ścio­wo odczy­tać jako prze­jaw zazdro­ści. I spra­wia­ło, że ojciec Danny'ego jawi się jako Laty­nos-pies ogrod­ni­ka, któ­ry zdra­dza żonę, ale jed­no­cze­śnie nie godzi się na to, by ona zdra­dza­ła jego.


Rundę III wygrywa: stuprocentowo brytyjski Latimer z Broadchurch


Runda IV: Ellie Miller

Poli­cjant­ka była boha­ter­ką, z per­spek­ty­wy któ­rej oglą­da­ło się prze­bieg całe­go śledz­twa. Waż­ne było więc to, by się z nią zżyć. A to, jak moc­no będzie się tą postać lubić, mia­ło duże zna­cze­nie przy odbio­rze fina­ło­we­go odcin­ka. Poza tym Mil­ler mia­ła wiel­ki wpływ na to, jak postrze­ga­ło się postać gra­ną przez Davi­da Ten­nan­ta – to ona naj­czę­ściej z nim roz­ma­wia­ła, komen­to­wa­ła jego zacho­wa­nie i sprze­ci­wia­ła jego decy­zjom.


Oli­via Col­man, któ­ra wcie­li­ła się w tą postać w Bro­ad­church, paso­wa­ła do roli jak ulał. Czę­ścio­wo z powo­du swo­je­go wyglą­du (kobie­ta nie jest jak wycię­ta z żur­na­la), ale przede wszyst­kim ze wzglę­du na grę aktor­ską.

Mil­ler jest przede wszyst­kim dobrą mat­ką i żoną. Pra­cu­je w poli­cji, ale w żad­nym wypad­ku nie przy­po­mi­na stró­żów pra­wa, któ­rych zna­my z innych fil­mów i seria­li. I gdy­by nikt nie powie­dział mi, że jest funk­cjo­na­riusz­ką – praw­do­po­dob­nie wzię­li­bym ją za panią, któ­ra pra­cu­je na poczcie. Poza tym Ellie zawsze zacho­wu­je się tak, jak wypa­da: przy­wie­zie ci pre­zent z waka­cji, zapa­rzy her­ba­ty, a jeśli przy­pad­kiem powie coś nie­grzecz­ne­go, to natych­miast za to prze­pro­si. Cza­sem się zde­ner­wu­je, ale wte­dy jedy­nie tup­nie nogą, nigdy nie prze­klnie. Jest to więc postać bar­dzo zwy­czaj­na, praw­dzi­wa. Przez to przy­wią­za­łam się do niej i rozu­mia­łam ją. Kie­dy pła­ka­ła po śmier­ci naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la swo­je­go syna, pła­ka­łam razem z nią. Gdy przy­tu­la­ła się do swo­je­go męża i mówi­ła, że go kocha – wie­rzy­łam jej na sło­wo. A kie­dy wście­ka­ła się na sze­fa – w peł­ni ją popie­ra­łam, bo mia­ła do tego pra­wo. Ale co naj­waż­niej­sze – gdy w fina­le dowie­dzia­łam się, kto zabił Danny'ego, byłam prze­ję­ta nie tyle tym, kto doko­nał zbrod­ni, ale wła­śnie Ellie, bo prze­cież to ją roz­wią­za­nie zagad­ki skrzyw­dzi­ło naj­bar­dziej.

Oli­vii Col­man uda­ło się to wszyst­ko zagrać. Spra­wi­ła, że postać Mil­ler, była dokład­nie taka, jak opi­sa­łam wyżej. Żad­nej z jej cech nie pod­da­wa­łam w wąt­pli­wość. I byłam w sta­nie uwie­rzyć, że gdzieś na świe­cie taka Ellie może ist­nieć napraw­dę.


Ta sama postać w Gra­ce­po­int była zupeł­nie inna. Nie wiem co praw­da, na ile sta­ło się tak za spra­wą Anny Gunn, któ­ra gra­ła Mil­ler, a ile spo­wo­do­wał sce­na­riusz i reży­se­ria. Obsta­wiam jed­nak, że zawi­ni­ła przede wszyst­kim aktor­ka, któ­ra zagra­ła mniej wię­cej tak samo, jak wcze­śniej w Bre­aking Bad. Tam jej postać była poważ­na i nie­co ozię­bła, ale to jej paso­wa­ło. W przy­pad­ku Ellie jest zupeł­nie ina­czej.

W efek­cie ani przez moment nie wie­rzy­łam, iż Mil­ler z Gra­ce­po­int jest poli­cjant­ką z małe­go mia­sta. Kobie­ta bar­dziej wyda­wa­ła się być byłą super agent­ką FBI, któ­ra posta­no­wi­ła osiąść w spo­koj­nym mia­stecz­ku i wycho­wy­wać dzie­ci. Ellie w wyko­na­niu Gunn nie pła­cze, jedy­nie roni poje­dyn­cze łzy. Mówi że liczy się dla niej rodzi­na i miesz­kań­cy Gra­ce­po­int, ale to tyl­ko puste sło­wa. Kie­dy prze­słu­chu­je czło­wie­ka, któ­ry być może upro­wa­dził jej syna – nie widzi­my zroz­pa­czo­nej mat­ki, tyl­ko typo­wą, wście­kłą poli­cjant­kę z ame­ry­kań­skich fil­mów lub seria­li. A w fina­ło­wym odcin­ku zupeł­nie nie widać, że całe jej życie legło w gru­zach.


Wiel­ką róż­ni­cę sta­no­wi­ły też rela­cje Mil­ler z Har­dym (postać Ten­nan­ta z Bro­ad­church) i Carve­rem (Ten­nant w Gra­ce­po­int). Wie­le scen i dia­lo­gów pomię­dzy tymi posta­cia­mi zosta­ło sko­pio­wa­nych, ale w Bro­ad­church wszyst­kie wypa­da­ły lepiej, głów­nie dzię­ki Oli­vii Col­man – jej spo­sób mówie­nia i mimi­ka twa­rzy spra­wia­ły, że każ­dą poga­dan­kę Mil­ler z Har­dym oglą­da­łam z przy­jem­no­ścią. Czę­sto śmia­łam się, bo boha­te­ro­wie prze­ko­ma­rza­li się w spo­sób, któ­ry ewi­dent­nie miał roz­ła­do­wać napię­cie w seria­lu. Bez pro­ble­mu dostrze­głam też, iż mię­dzy tą dwój­ką zawią­zał się spe­cy­ficz­ny rodzaj przy­jaź­ni w uprosz­cze­niu pole­ga­ją­cej na tym, że Mil­ler czę­sto w jed­nej chwi­li chcia­ła­by Hardy'ego uści­snąć, a w następ­nej wydra­pać mu oczy.

Te same sce­ny z udzia­łem Anny Gunn były pozba­wio­ną emo­cji*, zwy­kłą wymia­ną zdań. Wszyst­kie te roz­mo­wy, któ­re w przy­pad­ku Bro­ad­church obej­rza­łam kil­ka­krot­nie, bo po pro­stu wyglą­da­ły i brzmia­ły świet­nie, w Gra­ce­po­int jedy­nie mnie roz­cza­ro­wy­wa­ły. I szcze­rze mówiąc to były naj­częst­sze momen­ty, w któ­rych nie­mal krzy­cza­łam do ekra­nu „jak mogli­ście to aż tak bar­dzo spie­przyć?!”


* Ok, może z tym cał­ko­wi­tym bra­kiem emo­cji prze­sa­dzi­łam; Gunn nie­mal przez cały czas wyra­ża­ła jed­ną emo­cję – wciąż zwra­ca się do Ten­nan­ta tak, jak­by mia­ła do nie­go o coś pre­ten­sje.


Rundę IV wygrywa: Olivia Colman z Broadchurch


Runda V: Hardy kontra Carver

Wła­ści­wie jedy­nym powo­dem, dla któ­re­go w ogó­le zasia­dłam do oglą­da­nia Gra­ce­po­int był David Ten­nant. Nie­czę­sto zda­rza się, by jakiś aktor dwa razy zagrał tą samą rolę i byłam bar­dzo cie­ka­wa, co z tego wyj­dzie. Nie­ste­ty znów się roz­cza­ro­wa­łam. Zakła­da­łam bowiem, że nawet jeśli resz­ta się nie uda, to przy­naj­mniej Ten­nant da radę. Ale nic z tego.


Bry­tyj­ski Har­dy był posta­cią nie­co ode­rwa­ną od rze­czy­wi­sto­ści i dodat­ko­wo bar­dzo sku­pio­ną na śledz­twie. To powo­do­wa­ło, że gdy facet zapo­mniał za coś podzię­ko­wać, popro­sić lub prze­pro­sić, albo powie­dział coś za bar­dzo pro­sto z mostu, po dro­dze kogoś obra­ża­jąc – zawsze odczy­ty­wa­łam to jako prze­jaw wyalie­no­wa­nia tej posta­ci, a nie jej wro­dzo­ną zło­śli­wość. Co wię­cej Ten­nant spra­wił, że wie­le z tych nie­mi­łych zacho­wań Hardy'ego wyglą­da­ło wręcz uro­czo i kocha­łam detek­ty­wa wła­śnie za jego zrzę­dze­nie.

Jak­by tego było mało: Har­dy był posta­cią bar­dzo zagad­ko­wą. Łykał jakieś tablet­ki i przez dłu­gi czas nie było wia­do­mo, czy facet jest cho­ry, czy też lubi sobie przy­ćpać. Poza tym w prze­szło­ści detek­tyw nie roz­wią­zał innej zagad­ki kry­mi­nal­nej i spra­wa ta wciąż się za nim cią­gnę­ła. Dzię­ki temu oglą­da­jąc serial nie tyl­ko zasta­na­wia­łam się kto zabił Danny'ego, ale tak­że gło­wi­łam nad tym, co takie­go wcze­śniej przy­da­rzy­ło się Hardy'emu. I gdy w koń­cu tajem­ni­ca wyszła na jaw – napraw­dę prze­ję­łam się losem detek­ty­wa.

Bar­dzo podo­ba­ło mi się tak­że to, w jaki spo­sób zakoń­czo­no wątek tej posta­ci. Niby było to gorz­kie, pyr­ru­so­we zwy­cię­stwo, ale gdy w ostat­niej chwi­li usły­sza­łam o Klu­bie Byłych Detek­ty­wów, to poja­wił się prze­błysk nadziei na to, że w przy­szło­ści Har­dy i Mil­ler jakoś sobie pora­dzą.

Przy oka­zji war­to wspo­mnieć, że w Bro­ad­church zna­la­zło się kil­ka insi­de joków zwią­za­nych z Ten­nan­tem (obsta­wiam, że do dorob­ku innych akto­rów gra­ją­cych w seria­lu też poja­wi­ły się jakieś nawią­za­nia, ale ja nie potra­fi­łam ich wyła­pać). Uśmiech­nę­łam się więc, gdy Har­dy wci­nał lody, niczym detek­tyw z Black­po­ol albo gdy w jed­nym z odcin­ków ktoś zapy­tał go, czy detek­tyw nie jest przy­pad­kiem przy­by­szem z innej pla­ne­ty.


Jak pisa­łam wcze­śniej – ogrom­ny wpływ na to, jak odbie­ra­ło się postać gra­ną przez Ten­nan­ta, mia­ła Ellie Mil­ler. A ta – co już sobie wyja­śni­li­śmy – w Gra­ce­po­int wypa­dła fatal­nie. Jed­nak to nie był jedy­ny pro­blem ame­ry­kań­skie­go Carve­ra. Detek­tyw nie był tak sym­pa­tycz­ny, jak Har­dy i zda­wał się po pro­stu być głu­pim bucem, któ­re­go zupeł­nie nie potra­fi­łam polu­bić.

Nie wiem, ile w tym „zasłu­gi” Ten­nan­ta, a ile reży­se­ra i mon­ta­ży­stów, ale Carver został też znacz­nie gorzej zagra­ny. Har­dy miał błysk w oku, czę­sto roz­glą­dał się cie­ka­wie, cza­sem zro­bił zdzi­wio­ną minę, kie­dy indziej gesty­ku­lo­wał lub mówił coś w bar­dziej dyna­micz­ny spo­sób. Ogól­nie bar­dzo wie­le rze­czy wyra­żał samą tyl­ko mową cia­ła. Nato­miast Carver non stop snuł się po ekra­nie z nie­zmien­ną, nadą­sa­ną miną i smut­nym spoj­rze­niem. Zupeł­nie jak­by Ten­nan­to­wi nie chcia­ło się go grać. A może po pro­stu było mu przy­kro, że nie mógł mówić ze swo­im natu­ral­nym, szkoc­kim akcen­tem?

Tajem­ni­cze tablet­ki zosta­ły zamie­nio­ne na zastrzy­ki, któ­re Carver z roz­ma­chem wbi­jał sobie w udo. Przez to coś, co w Bro­ad­church zosta­ło poka­za­ne sub­tel­nie i w spo­sób pełen nie­do­po­wie­dzeń, Gra­ce­po­int pre­zen­to­wa­ło zbyt wyraź­nie. Zupeł­nie jak­by twór­cy seria­lu chcie­li, by widzo­wie nie mie­li żad­nych wąt­pli­wo­ści, że detek­tyw jest poważ­nie cho­ry. Nato­miast w przy­pad­ku nie­roz­wią­za­nej spra­wy sprzed lat zadzia­łał podob­ny mecha­nizm, jak przy Mil­ler – nie lubi­łam Carve­ra, więc gdy ten w koń­cu wyja­śnił, o co cho­dzi, zupeł­nie się tym nie prze­ję­łam.

Dodat­ko­wo w Gra­ce­po­int roz­wi­nę­ło wątek rodzi­ny detek­ty­wa, poka­za­no jego cór­kę oraz jej rela­cję z ojcem. I nie do koń­ca wiem, co o tym myśleć. Z jed­nej stro­ny faj­nie, bo zoba­czy­łam Carve­ra-rodzi­ca. Z dru­giej nato­miast było to typo­we dla ame­ry­kań­skich pro­duk­cji fami­ly reu­nion. Nie licząc już tego, że zmie­ni­ło ono zakoń­cze­nie losów detek­ty­wa na bar­dziej szczę­śli­we. I wła­śnie ta ostat­nia zmia­na moim zda­niem wca­le nie była dobrym roz­wią­za­niem.


Rundę V wygrywa: Hardy, czyli znowu Broadchurch


Runda VI: Klify

Kra­jo­braz w Bro­ad­church był nie tyl­ko tłem i deko­ra­cją, ale tak­że w pew­nym sen­sie dodat­ko­wym boha­te­rem. Kli­fy były świad­ka­mi mor­der­stwa, zło­wro­go pię­trzy­ły się nad gło­wa­mi boha­te­rów, pod­kre­śla­ły ich małość i samot­ność. Ale zara­zem: wido­ki były pięk­ne, nie moż­na było ode­rwać od nich wzro­ku. Czło­wiek chciał­by się zachwy­cić, ale do koń­ca nie wypa­da­ło, bo prze­cież w tych wspa­nia­łych oko­licz­no­ściach przy­ro­dy popeł­nio­na zosta­ła strasz­li­wa zbrod­nia. Bar­dzo faj­nie pre­zen­to­wa­ły się też wstaw­ki z tytu­łem seria­lu, któ­re poja­wia­ły się przed i po prze­rwach rekla­mo­wych – niby były to zupeł­nie nie­win­ne widocz­ki, ale ich oglą­da­nie wywo­ły­wa­ło ciar­ki.


W Gra­ce­po­int spra­wa ma się pro­sto: kli­fy nie przy­po­mi­na­ją kli­fów, tyl­ko pozba­wio­ne maje­sta­tu góry bło­ta. Przy­ro­da jest jedy­nie tłem, jej poka­zy­wa­nie ogra­ni­cza się do mini­mum, a jeśli się już poja­wia – nie wywo­łu­je żad­nych emo­cji.


Rundę VI wygrywają: klify z Broadchurch


Runda VII: Sceny dodane

Gra­ce­po­int mia­ło jed­ną prze­wa­gę nad Bro­ad­church: ame­ry­kań­ska wer­sja seria­lu mia­ła o dwa odcin­ki wię­cej. Czy za to pro­duk­cji nale­ży się przy­naj­mniej jeden, hono­ro­wy punkt? Nie.

Więk­szość dodat­ko­wych scen wyglą­da­ła bowiem jak rze­czy usu­nię­te z Bro­ad­church, z któ­rych zre­zy­gno­wa­no, bo stwier­dzo­no, że nie będą dobrze wyglą­dać (jak na przy­kład poka­za­nie momen­tu samo­bój­stwa Jac­ka). Poja­wił się też, roz­pi­sa­ny na cały odci­nek, motyw z włó­czę­gą i zagi­nię­ciem syna Ellie Mil­ler, któ­ry oka­zał się być jedy­nie nic nie wno­szą­cym do fabu­ły zapy­cha­czem.

Zupeł­nie nie podo­ba­ły mi się też zmia­ny w fabu­le (przy­kła­do­wo wspo­mnia­ne już poka­za­nie cór­ki Carve­ra oraz wątek szkol­nej zna­jo­mo­ści księ­dza i mamy Danny'ego) oraz zmo­dy­fi­ko­wa­ne zakoń­cze­nie.


Runda VII: minus jeden punkt dla Gracepoint


Końcowy wynik:

Bro­ad­church: 7 punk­tów

Gra­ce­po­int: mniej niż zero

Amerykanie strollowani?

Tak jak od począt­ku przy­pusz­cza­łam: Gra­ce­po­int oka­za­ło się bar­dzo kiep­ską pod­rób­ką Bro­ad­church. Nic nie było lep­sze, a wie­le rze­czy wypa­dło nawet dużo gorzej, niż w ory­gi­na­le. Ame­ry­ka­nom nie tyl­ko nie uda­ło się odwzo­ro­wać kli­ma­tu bry­tyj­skiej pro­duk­cji, ale też nie zgro­ma­dzi­li odpo­wied­niej gru­py akto­rów, któ­rzy paso­wa­li­by do ról, któ­re mie­li zagrać. Tro­chę szko­da Anny Gunn, bo tą zawsze okre­śla się mia­nem uta­len­to­wa­nej aktor­ki, a tu nagle wyszło, że w porów­na­niu z Oli­vią Col­man, Gunn jest total­nym bez­ta­len­ciem.

Zasta­na­wia mnie nato­miast jed­no. Ame­ry­ka­nie zapro­si­li do współ­pra­cy nie tyl­ko Ten­nan­ta, ale tak­że twór­cę Bro­ad­church – Chri­sa Chib­nal­la. Dla­cze­go więc Gra­ce­po­int się nie uda­ło, sko­ro za ste­ra­mi seria­lu sie­dzia­ła ta sama oso­ba? Racjo­nal­ne wytłu­ma­cze­nie jest pro­ste: Chib­nall i Ten­nant musie­li dosto­so­wać się do wymo­gów ame­ry­kań­skich pro­du­cen­tów (dla­te­go Ten­nant porzu­cił swój pięk­ny, szkoc­ki akcent) i tym samym tak napraw­dę nie mie­li duże­go wpły­wu na koń­co­wy wygląd serii.

Ja jed­nak mam nie­co inną, bar­dziej zło­śli­wą (i przy oka­zji dość nie­praw­do­po­dob­ną) teo­rię. Mia­no­wi­cie myślę, że Chib­nall spe­cjal­nie nie sta­rał się, by Gra­ce­po­int się uda­ło. Bo czy coś może być lep­szą pro­mo­cją dla Bro­ad­church niż komen­ta­rze widzów „Gra­ce­po­int jest do kitu, bry­tyj­ski ory­gi­nał był znacz­nie lep­szy”. I czy to tyl­ko zbieg oko­licz­no­ści, że zwia­stun dru­gie­go sezo­nu Bro­ad­church został poka­za­ny tego same­go dnia, co finał Gra­ce­po­int? Nie wyda­je mi się! Jak dla mnie prze­kaz był ewi­dent­ny: „spo­koj­nie, w stycz­niu wró­ci wasz ulu­bio­ny serial, nie musi­cie już oglą­dać ame­ry­kań­skich pod­ró­bek”. Czy wy też dostrze­ga­cie w tym wiel­ki spi­sek?


A tu ten zwia­stun, tak na dobre zakoń­cze­nie wpi­su:

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: Cuber Toy's

  • jaś

    Zga­dzam się w 100%. Nie ma co porów­ny­wać wer­sji ame­ry­kań­skiej do angiel­skiej ,bo gów­na z twa­ro­giem nie da się porów­nać. Tak samo jak ame­ry­kań­skiej wer­sji The Kil­ling z duń­ską dokład­nie jest to samo czy­li ame­ry­kań­skie gów­no. Pozdra­wiam

  • jaś

    Zga­dzam się w 100%. Nie ma co porów­ny­wać wer­sji ame­ry­kań­skiej do angiel­skiej ,bo gów­na z twa­ro­giem nie da się porów­nać. Tak samo jak ame­ry­kań­skiej wer­sji The Kil­ling z duń­ską dokład­nie jest to samo czy­li ame­ry­kań­skie gów­no. Pozdra­wiam

  • Pingback: Hardy wrócił! | Dyrdymały Filmowo-Serialowe()

  • sis

    Wła­śnie skoń­czy­li­śmy dwa sezo­ny Bro­ad­church – serial wyśmie­ni­ty, uję­cia wręcz foto­gra­ficz­ne, pocz­tów­ko­we. Prze­czy­ta­łam two­je porów­na­nie ame­ry­kań­skiej wer­sji i bry­tyj­skiej aż z wypie­ka­mi na twa­rzy, bo widzisz mi wystar­czy­ło, że naj­rza­łam tra­iler do Gra­ce­po­int i już zapach­nia­ło w powie­trzu szmi­rą. Twój post mnie upew­nił jedy­nie. Cze­ka­my teraz na sezon 3 :)

    • Też nie mogę docze­kać się 3-go sezo­nu!
      Cie­szę się, że mój wpis znie­chę­cił cię do Gra­ce­po­int, bo na ten serial napraw­dę szko­da ner­wów. Cho­ciaż sły­sza­łam, że ludzie, któ­rzy nie zna­li Bro­ad­church i zoba­czy­li jedy­nie Gra­ce­po­int, byli tą ame­ry­kań­ską pod­rób­ką zachwy­ce­ni.

  • sis

    Wła­śnie skoń­czy­li­śmy dwa sezo­ny Bro­ad­church – serial wyśmie­ni­ty, uję­cia wręcz foto­gra­ficz­ne, pocz­tów­ko­we. Prze­czy­ta­łam two­je porów­na­nie ame­ry­kań­skiej wer­sji i bry­tyj­skiej aż z wypie­ka­mi na twa­rzy, bo widzisz mi wystar­czy­ło, że naj­rza­łam tra­iler do Gra­ce­po­int i już zapach­nia­ło w powie­trzu szmi­rą. Twój post mnie upew­nił jedy­nie. Cze­ka­my teraz na sezon 3 :)

    • Też nie mogę docze­kać się 3-go sezo­nu!
      Cie­szę się, że mój wpis znie­chę­cił cię do Gra­ce­po­int, bo na ten serial napraw­dę szko­da ner­wów. Cho­ciaż sły­sza­łam, że ludzie, któ­rzy nie zna­li Bro­ad­church i zoba­czy­li jedy­nie Gra­ce­po­int, byli tą ame­ry­kań­ską pod­rób­ką zachwy­ce­ni.

  • Pingback: Perfekcyjnie niedobrani detektywi* | Dyrdymały Filmowo‑Serialowe()

  • Mar­le­na Bier

    Bar­dzo inte­re­su­ją­ce jest to Two­je porów­naw­cze spoj­rze­nie :) Widzisz, cier­pli­wie i cier­pięt­ni­czo oglą­da­jąc „Gra­ce­po­int”, trzy­ma­jąc wyso­ko swój fanow­ski sztan­dar, cały czas zada­wa­łam sobie bowiem dwa pyta­nia: Czy polu­bi­ła­bym Gra­ce­po­int gdy­bym nie zna­ła Bro­ad­church? I czy mia­ła­bym szan­sę zostać fan­ką Davi­da Ten­nan­ta, gdy­bym była sta­ty­stycz­nym Ame­ry­ka­ni­nem, któ­ry go widział tyl­ko w tej roli, a powiedz­my, że sły­szał o innych?

    Moim skrom­nym zda­niem Gra­ce­po­int prze­gra­ło głów­nie dla­te­go, że nie było Bro­ad­church, co Twój tekst świet­nie wyła­pał. Nie chcą powta­rzać Two­ich argu­men­tów pod­kre­ślę tyl­ko, że zga­dzam się z tym, że tutej­si miesz­kań­cy jed­nak byli zupeł­nie papie­ro­wi, nie wzbu­dza­ją­cy już tych emo­cji, w więk­szo­ści sztucz­ni, pozba­wie­ni odpo­wied­nich emo­cji. Może i nie jestem spe­cja­li­stą, ale wybór akto­ra do roli Mar­ka Sola­no to jakiś castin­go­wy kosz­mar… Z góry prze­pra­szam fanów tego akto­ra, ale chy­ba w życiu nie widzia­łam kogoś, kto by mi tak nie paso­wał do roli… Poza tym chy­ba nikt inny też spe­cjal­nie nie pasu­je tu do swo­jej roli. Chloe nie wyglą­da na 15 lat, Ellie nie wyglą­da jak­by kocha­ła męża i syna, pan Mil­ler nie jest łysy, co jak wie­my mia­ło zna­cze­nie, Owen nie wyglą­da na żół­to­dzio­ba w swo­im fachu, a Renee jest zbyt mło­da na men­tor­kę, sze­fo­wa gaze­ty jest zło­śli­wa, a nie docie­kli­wa, a Mark nie umie pła­kać i wyra­żać miło­ści, że nie wspo­mnę o księ­dzu, któ­ry w dziw­ny spo­sób usku­tecz­nia ideę miło­ści bliź­nie­go… Do tego to, co zosta­ło z cudow­nej rela­cji pomię­dzy dwój­ka głów­nych detek­ty­wów, to nawet nie są reszt­ki. Anna Gun to moim zda­niem nie­zła aktor­ka, ale rolę Ellie zagra­ła bar­dzo pła­sko, nie­mal bez emo­cji, a gdy pró­bo­wa­ła swój punkt widze­nia wyja­śniać Emet­to­wi, to zamiast zagu­bio­nej czy zroz­pa­czo­nej była wprost pro­tek­cjo­nal­na i nie­przy­jem­na, cza­sem jak­by tłu­ma­czy­ła coś małe­mu dziec­ku. Przy­kro mi, ale nie­wia­ry­god­na też była jej roz­pacz po zagi­nię­ciu syna czy smu­tek, gdy infor­mo­wa­ła go o śmier­ci przy­ja­cie­la… Zaś Emett, o mat­ko jedy­na, o tym to ja bym esej napi­sa­ła! Począw­szy od idio­tycz­ne­go imie­nia, przez jesz­cze bar­dziej idio­tycz­ną fry­zu­rę, aż po jego nie­ustan­ną pod­skór­ną złość na cały świat i apa­ry­cję wście­kłe­go psa, goto­we­go do ata­ku w każ­dym momen­cie… Oj, nie była to wca­le żad­na tam zamknię­ta na świat, skrzyw­dzo­na isto­ta, ale zwy­kły … oj, kil­ka mi się tu okre­śleń ciśnie na usta, ale to może nie na Two­im pięk­nym blo­gu :)
    I tak oglą­da­jąc kolej­ne odcin­ki naszła mnie reflek­sja, że może i serial ten mógł­by być dobrze ode­bra­ny przez ame­ry­kań­skie spo­łe­czeń­stwo, któ­re pro­ce­du­ra­le na temat pra­cy poli­cji, zwłasz­cza wydzia­łu zabójstw, wysy­sa z mle­kiem matek… Gdy zna się ory­gi­nał, to aż rzu­ca się w oczy to podo­bień­stwo do tego co od lat oglą­da­my, to, że wszyst­ko nagle sta­ło się takie ame­ry­kań­skie aż do bólu zębów i kości… No wiec po pierw­sze detek­ty­wi… Oczy­wi­ście muszą pić kawę (cho­ciaż Alec jej nie pił z sen­sow­nych powo­dów), nosić broń niczym powie­wa­ją­cy sztan­dar, koniecz­nie w kabu­rze przy pasie (jeny, dobrze, że nie na tych śmiesz­nych szel­kach) i robić wiel­kie halo, gdy szef karze ja odło­żyć na biur­ko w osta­tecz­nym sym­bo­lu degra­da­cji, muszą urzą­dzać wiel­kie pości­gi i wrzesz­czeć na sze­fa, żeby zdo­był nakaz prze­szu­ka­nia domu… Koniecz­nie musi być sce­na, w któ­rej CSI prze­sie­wa dowo­dy poszu­ku­jąc włó­kien na ubra­niach i w nad­przy­ro­dzo­ny spo­sób łączy mate­riał, z któ­re­go wyko­na­na jest desko­rol­ka z inny­mi dowo­da­mi, tudzież chwa­li się ile dokład­nie paznok­ci zba­da­li na pla­ży. Oczy­wi­ście, musi być wię­cej dra­ma­tycz­nie agre­syw­nych scen, w tym obo­wiąz­ko­wy pra­wy lub lewy sier­po­wy, patrzeć: Emett wyrzu­ca­ją­cy jasno­wi­dza z domu Sola­no albo Mark dobie­ra­ją­cy się do skó­ry księ­dza, tudzież radzą­cy sobie z foto­re­por­te­ra­mi, no że nie wspo­mnę o samym duchow­nym tłu­ma­czą­cym bar­dzo dobit­nie jasno­wi­dzo­wi jak dale­ko ma się trzy­mać od Beth… Sko­ro ame­ry­kań­skie stan­dar­dy, to musi być też ame­ry­kań­skie spoj­rze­nie na związ­ki… Zamiast porad mał­żeń­skich, mamy nie­mal­że romans Beth z księ­dzem, pod­szy­ty szum­ną prze­szło­ścią (no i po co mi wie­dzieć z kim się cało­wał ksiądz pierw­szy raz), zaś dia­log mię­dzy Ellie a „dir­ty Hugo” idzie zde­cy­do­wa­nie zbyt dale­ko, że nie wspo­mnę o pło­mien­nym związ­ku mło­dych dzien­ni­ka­rzy, brrr… Dalej, dziw­ne podej­ście do funk­cji kościo­ła (bo z tym kościo­łem to raczej euro­pej­ski wymysł), gdzie ksiądz mówi krót­kie kaza­nia, za to śpie­wa pie­śni Boże dla kura­żu w środ­ku lasu… Do tego musi być koniecz­nie dra­mat, a więc mamy domnie­ma­ne porwa­nie syna poli­cjant­ki i jego dra­ma­tycz­ne poszu­ki­wa­nia… Musi być też popraw­ność poli­tycz­na w sty­lu ame­ry­kań­skim, w imię któ­rej zapew­ne ksiądz nie mówi Hard’emu, że ten w nic nie wie­rzy, poja­wia się rodzi­na Mek­sy­kań­ska i przed­sta­wi­cie­le rasy czar­nej, któ­rym jest cię­żej niż innym, a … wszy­scy sze­fo­wie (z wyjat­kiej nie­wiel­kiej lokalnj gaze­ty) to męż­czyź­ni hehe :) No i na koniec, po ame­ry­kań­sku, a więc łopa­to­lo­gicz­nie, bo nicze­go nie moż­na zosta­wić przy­pad­ko­wi, dokład­nie więc widzi­my sce­nę samo­bój­stwa Jac­ka Rein­hol­da, wywiad Beth dla gaze­ty czy roz­wój rela­cji Hardy’ego z cór­ką, żad­nych nie­do­po­wie­dzeń, żeby tam widz sobie nie wymy­ślił cze­goś, co by było nie­zgod­ne z zamy­słem twór­ców … A co naj­śmiesz­niej­sze, to ska­so­wa­no naj­bar­dziej ame­ry­kań­ski motyw ze wszyst­kich, czy­li… chłop­ców roz­wo­żą­cych gaze­ty i gdzie ta logi­ka ?! No i ta drma­tycz­na koń­ców­ka… Serio? Taki mały jesz­cze jed­nak chło­piec ani sło­wem czy gestem nie zdra­dził­by jakie brze­mię mu cią­ży? Żad­nych poro­zu­mie­waw­czych spoj­rzeń z ojcem, itp.?
    No więc wer­dykt… Gdy­bym widzia­ła Gra­ce­po­int nie zna­jąc ory­gi­na­łu, jako rodo­wi­ty Ame­ry­ka­nin, pew­nie bym je polu­bi­ła, jak milion innych podob­nych seria­li, choć pew­nie zasta­na­wia­ła­bym się „o co tyle szu­mu”, nie sadząc wca­le, że jest genial­ne. Ot, przy­jem­na wie­czor­na roz­ryw­ka i tyle. Jed­nak sko­ro pozna­łam miesz­kań­ców Bro­ad­church, oh… nie mogę się oprzeć myśli, że to dru­gie to tyl­ko kiep­ska pod­rób­ka, jak szkol­ne wypra­co­wa­nie napi­sa­ne przez kole­gę, w któ­rym zmie­nia się parę imion i fak­tów „dla nie­po­zna­ki”, powo­du­jąc total­ny bała­gan. Brrr… wrr…
    Jeśli idzie zaś o Davi­da, to strasz­nie mi przy­kro, ale nie… nie mogła­bym go poko­chać po Gra­ce­po­int. No i tak szcze­rze, to pew­nie odrzu­ci­ła­bym kolej­ny film z jego udzia­łem, gdy­bym sobie przy­po­mnia­ła gębę Emet­ta Carve­ra … Jak dobrze, że zagrał póź­niej tego paskud­ne­go Kilgrav’a, bo teraz ame­ry­ka­nie mają peł­ne pra­wo go uwiel­biać, jak­kol­wiek dziw­nie to brzmi w kon­tek­ście tej roli ;) David wyrzu­cił ze swo­jej posta­ci wszyst­ko, co w niej było pięk­ne i szcze­rze, jak­bym mia­ła takie­go sze­fa, to bym go chy­ba poda­ła o mob­bing, a Ame­ry­ka­nie prze­cież lubią się podob­no sądzić… No i przez cały czas mia­łam wra­że­nie, ze jego tak potwor­nie męczy ame­ry­kań­ski akcent. Poza tym oni tam w ogó­le nie umie­ją się obcho­dzić z twa­rzą Davi­da, któ­ra jest jego chy­ba naj­bar­dziej feno­me­nal­nym aktor­skim narzę­dziem! Pra­wie w cale nie dali mu zbli­żeń na oczy, a w mojej uko­cha­nej sce­nie wyzna­nia praw­dy foto­re­por­te­rom zepsu­li wszyst­kie nie­mal uję­cia, krę­cą go jakoś tak z boku, nie mówiąc o tym, że ją skró­ci­li i odł­za­wi­li, tak­że, serio, pomy­śla­łam raczej „dobrze ci tak”, niż „przy­tul­cie go”. Och, ależ ja się nazgrzy­ta­łam zęba­mi. No i nie mogłam potem uwie­rzyć, ze David tej roli tak bro­nił w wywia­dach… No wiem, wiem, cudow­ny gen­tel­man, raso­wy dyplo­ma­ta, ale jed­nak to mu nie wyszło i czu­ję, ze on o tym wie… I dobrze może, bo jak­by nam David za oce­anem został, to pew­nie prze­stał­by gry­wać w cud­nych pro­duk­cjach typu „Reco­ve­ry”, na rzecz szum­nych tytu­łów, po któ­rych się z kacem z kina wycho­dzi ;)

    Mam nadzie­ję że niko­go nie ura­zi­łam pisząc o tej "ame­ry­kań­sko­ści" Gra­ce­po­int z przmu­ru­że­niem oka, jed­nak aż chce się­tu zało­żyć chec­kli­stę i wykre­ślać kolej­ne punk­ty w tej mate­rii…

    • Och, jak ty pięk­nie hej­tu­jesz ten serial! :D

      Jak dobrze, że zagrał póź­niej tego paskud­ne­go Kilgrav’a, bo teraz ame­ry­ka­nie mają peł­ne pra­wo go uwiel­biać

      To jest praw­do­po­dob­nie naj­lep­sza rzecz, jaką prze­czy­ta­łam – zarów­no odno­śnie Gra­ce­po­int, jak i Kilgrav’a! Bra­wo!!! :D

      przez cały czas mia­łam wra­że­nie, ze jego tak potwor­nie męczy ame­ry­kań­ski akcent

      Tak. A Ten­nant maru­dzi, że nie wycho­dzi mu mówie­nie z połu­dnio­wo-afry­kań­skim akcen­tem. Czy on nie sły­szał, jak brzmi, kie­dy mówi po ame­ry­kań­sku? :P

      Swo­ją dro­gą, po trze­cim sezo­nie Bro­ad­church, z cie­ka­wo­ści jesz­cze raz obej­rza­łam jak w Gra­ce­po­int wyglą­da­ła rela­cja Carve­ra z jego cór­ką. I nie – nawet to nie wyszło im dobrze. Nawet wte­dy, kie­dy nie mie­li jesz­cze od kogo „odga­piać”.

      PS. Prze­pra­szam, że piszę tak krót­ko, ale zbie­ram się do dłu­go-week­en­do­we­go wyjaz­du i nie mam cza­su na dłuż­sze Dyr­dy­ma­le­nie. Może po powro­cie dopi­szę tu jesz­cze jeden, dłuż­szy komen­tarz. :)

      • Mar­le­na Bier

        Super, że jed­nak zna­la­złaś minut­kę dla mnie :) Życzę uda­ne­go wyjaz­du i prze­mi­le spę­dzo­ne­go cza­su :) A tak na mar­gi­ne­sie, w naszej kon­wer­sa­cji za naj­pięk­niej­sze uwa­żam to, że nikt nie wywie­ra na nikim pre­sji, więc jeśli kie­dy­kol­wiek nie mia­ła­byś cza­su, nie przej­muj się, zawsze pocze­kam cier­pli­wie :)
        Dzię­ku­ję za kom­ple­ment i cie­szę się, że Ci się spodo­bał komen­tarz, bo się przez chwi­lę zasta­na­wia­łam, czy nie prze­sa­dzi­łam trosz­kę z tą zło­śli­wo­ścią, ale aż mi ulży­ło gdy się tak pisem­nie wyzło­ści­łam na ten seria, tak­że znów dzię­ki, tym razem za oka­zję l :) Jeśli będzie Ci się chcia­ło to chęt­nie poczy­tam Twój dłuż­szy komen­tarz, bo mówiąc szcze­rze, choć gene­ral­nie jestem pozy­tyw­nie nasta­wio­na do świa­ta, a do wszyst­kie­go co się pre­zen­tu­je na szkla­nym ekra­nie pod­cho­dzę zawsze z dozą dużej wyro­zu­mia­ło­ści, to ten serial nie­co mnie roz­stro­ił. Szczę­ście, że cho­ciaż uśmiech Davi­da się nie zmie­nił :) Zaś jeśli idzie o jego akcent… świet­nie to uję­łaś :) Z ame­ry­kań­skim akcen­tem bie­dak brzmi tak nie­na­tu­ral­nie, że aż bole­śnie. Myślę sobie, że na to, jak dosko­na­ły oka­zał się być w roli Kilgrav'a też miał wpływ fakt,że mógł mówić z angiel­skim, nie ame­ry­kań­skim, akcen­tem hehe :)

        • jeśli kie­dy­kol­wiek nie mia­ła­byś cza­su, nie przej­muj się, zawsze pocze­kam cier­pli­wie :)

          Tak, wiem. Ale wola­łam ci zgło­sić, że mnie nie będzie, żebyś nie mar­twi­ła się, że nie­spo­dzie­wa­nie prze­pa­dłam bez wie­ści. :)

          się przez chwi­lę zasta­na­wia­łam, czy nie prze­sa­dzi­łam trosz­kę z tą zło­śli­wo­ścią

          Daj spo­kój – kul­tu­ral­nej zło­śli­wo­ści nigdy za wie­le! ;)

          A wra­ca­jąc do two­je­go poprzed­nie­go komen­ta­rza…

          cały czas zada­wa­łam sobie bowiem dwa pyta­nia: Czy polu­bi­ła­bym Gra­ce­po­int gdy­bym nie zna­ła Bro­ad­church? I czy mia­ła­bym szan­sę zostać fan­ką Davi­da Ten­nan­ta, gdy­bym była sta­ty­stycz­nym Ame­ry­ka­ni­nem, któ­ry go widział tyl­ko w tej roli, a powiedz­my, że sły­szał o innych?

          Ja pod­czas oglą­da­nia też zasta­na­wia­łam się nad tym pierw­szym i doszłam do wnio­sku, że raczej bym Gra­ce­po­int nie polu­bi­ła, bo serial nawet na tle innych, ame­ry­kań­skich pro­duk­cji wypadł kiep­sko (i nawet w USA się nie spodo­bał, bo miał kiep­ską oglą­dal­ność).

          Nie zasta­na­wia­łam się jed­nak nad tym, czy polu­bi­ła­bym Ten­nan­ta, gdy­bym widzia­ła go tyl­ko w tej roli. Ale wyda­je mi się, że raczej nie. Z pro­ste­go powo­du – żeby zain­te­re­so­wać się jakimś akto­rem naj­pierw muszę zain­te­re­so­wać się posta­cią, któ­rą gra. A Carver nie był boha­te­rem, któ­ry by mnie zacie­ka­wił.

          Może i nie jestem spe­cja­li­stą, ale wybór akto­ra do roli Mar­ka Sola­no to jakiś castin­go­wy kosz­mar

          To jest w ogó­le cie­ka­we, że w Gra­ce­po­int gra­ło wie­lu dobrych akto­rów, ale nie potra­fi­li się oni zna­leźć w swo­ich rolach. Przy czym, jak już kie­dyś wspo­mi­na­łam – na suk­ces fil­mu lub seria­lu wpły­wa tak wie­le czyn­ni­ków, że cięż­ko jest stwier­dzić, co dokład­nie w przy­pad­ku Gra­ce­po­int poszło nie tak jak trze­ba. Ile było w tym winy akto­rów, ile złe­go castin­gu lub sce­na­riu­sza, a ile reży­se­ra (podob­no nie­któ­rzy Ame­ry­ka­nie nie rozu­mie­ją bry­tyj­skie­go akcen­tu, więc może akto­rzy nie mogli się doga­dać z bry­tyj­skim reży­se­rem, Jame­sem Stron­giem? :P ).

          Przy czym, pyta­nie „co poszło nie tak?” jest w tym przy­pad­ku tak cie­ka­we, że napraw­dę chcia­ła­bym mieć TARDIS oraz czap­kę-nie­wid­kę, cof­nąć się w cza­sie i zoba­czyć, co dzia­ło się zarów­no za kuli­sa­mi Bro­ad­church, jak i Gra­ce­po­int, i tym samym spraw­dzić, cze­mu te dwa seria­le jako­ścio­wo tak bar­dzo się od sie­bie róż­nią.

          Dodat­ko­wo wyda­je mi się, że mógł tu zadzia­łać mecha­nizm, któ­ry ostat­nio jest zmo­rą wie­lu block­bu­ste­rów – twór­cy Gra­ce­po­int z góry zało­ży­li, że serial będzie hitem (zupeł­nie ina­czej, niż w przy­pad­ku Bro­ad­church, gdzie prze­cież wszy­scy byli zasko­cze­ni suk­ce­sem tej pro­duk­cji). A jak to mówią: „pycha kro­czy przed upad­kiem”.

          Zaś Emett, o mat­ko jedy­na, o tym to ja bym esej napi­sa­ła! Począw­szy od idio­tycz­ne­go imie­nia

          Oj, tu prze­sa­dzi­łaś! Emmett to bar­dzo dobre imię, jak możesz na nie narze­kać?! :P

          https://​media​.giphy​.com/​m​e​d​i​a​/​K​a​y​V​J​5​l​k​B​8​4​r​m​/​g​i​p​h​y​.​gif

          David wyrzu­cił ze swo­jej posta­ci wszyst­ko, co w niej było pięk­ne i szcze­rze

          Zasta­na­wiam się nad tym, czy postać Carve­ra była­by lep­sza, gdy­by po pierw­sze David mówił ze szkoc­kim akcen­tem (bo mówiąc w ten spo­sób spra­wiał, że nawet obe­lgi oraz inne zło­śli­wo­ści były miłe dla ucha), a po dru­gie – gdy­by znów towa­rzy­szy­ła mu Oli­via Col­man (BTW, cie­ka­we, jak Oli­via pora­dzi­ła­by sobie z ame­ry­kań­skim akcen­tem? :P )

          No i nie mogłam potem uwie­rzyć, ze David tej roli tak bro­nił w wywia­dach…

          Pomi­ja­jąc to, że jak już wspo­mnia­łaś – Ten­nant jest gen­tle­ma­nem, myślę, że dla nie­go to było cie­ka­we, aktor­skie wyzwa­nie – zagrać tą samą, ale jed­no­cze­śnie nie­co inną postać. Może dla­te­go tak bro­ni tego seria­lu? I może przy oka­zji wie, że zarów­no on, jak i resz­ta eki­py Gra­ce­po­int, wło­ży­ła w pra­cę masę ser­ca i dała z sie­bie wszyt­ko, ale potem, w post-pro­duk­cji, coś poszło nie tak.

          Muszę jed­nak dodać, że oso­bi­ście – zupeł­nie nie­ra­cjo­nal­nie – będę obsta­wać przy teo­rii spi­sko­wej, że Ten­nant, Chib­nall i Strong umyśl­nie nie przy­ło­ży­li się do pra­cy, wręcz ją sabo­to­wa­li i tym samym wyki­wa­li Ame­ry­ka­nów i spra­wi­li, że Gra­ce­po­int było wiel­ką rekla­mą Bro­ad­church, mówią­cą: „bry­tyj­ska wer­sja seria­lu jest lep­sza i tak, dru­gi sezon poja­wi się już nie­dłu­go!” :D

          I dobrze może, bo jak­by nam David za oce­anem został, to pew­nie prze­stał­by gry­wać w cud­nych pro­duk­cjach typu „Reco­ve­ry”, na rzecz szum­nych tytu­łów

          Swo­ją dro­gą – co myślisz o tym, że Ten­nant znów zagra Kil­gra­va? Bo ja z jed­nej stro­ny się cie­szę (na zdję­ciach z pla­nu David wyglą­da jesz­cze bar­dziej obłęd­nie, niż w pierw­szym sezo­nie!) i gra­tu­lu­ję Ten­nan­to­wi suk­ce­su, ale z dru­giej – boję się, że David sta­nie się kolej­nym akto­rem zawo­do­wo gra­ją­cym zło­czyń­ców w hol­ly­wo­odz­kich pro­duk­cjach. To zna­czy: wiem, że Ten­nant ma na tyle dobre wyczu­cie, wspa­nia­łych agen­tów oraz szczę­ście, że raczej nie da się tak łatwo zaszu­flad­ko­wać, ale jed­nak – ist­nie­je nie­wiel­ka szan­sa, że tak się jed­nak sta­nie. I wła­śnie tego się tro­chę boję.

          • Mar­le­na Bier

            (…)bo serial nawet na tle innych, ame­ry­kań­skich pro­duk­cji wypadł kiep­sko (i nawet w USA się nie spodo­bał, bo miał kiep­ską oglą­dal­ność).”

            To jest dla mnie nie­zmier­nie cie­ka­we wła­śnie… Wia­do­mo, że serial miał dosko­na­łe źró­dło, obsa­da, choć jak dla mnie nie pasu­ją­ca do swo­ich ról w więk­szo­ści, był napraw­dę dobra, sam pomysł też był napraw­dę dobry… Zauwa­ży­łam, ze w ostat­nich latach seria­le o nie­wiel­kich mia­stecz­kach czy wio­skach lub nie­wiel­kich spo­łecz­no­ściach świę­cą trium­fy. Na takiej małej powierzch­ni zazwy­czaj bar­dzo wie­le dzie­je się mię­dzy ludź­mi i to w tego typu pro­duk­cjach widać… Zaś sami widzo­wie w więk­szo­ści chy­ba, zaczy­na­ją żądać nie­co wię­cej niż „zła­pa­ny w 45 minut” albo „zabi­li go i uciekł”… No i ten taki kli­mat zagro­że­nia niby zni­kąd, któ­ry jest na pew­no jed­nym z głów­nych czyn­ni­ków odpo­wie­dzial­nych np. za suk­ces pro­zy Ste­phe­na Kin­ga, bo niby nic się nie dzie­je, a jed­nak … masa­kra! Co więc nie zagra­ło? Hehe, też bym sobie wypo­ży­czy­ła TARDIS, żeby zoba­czyć co wła­ści­wie dzia­ło się na pla­nie i w post pro­duk­cji, że bra­kło tej che­mii… Podo­ba mi się też Two­ja teo­ria o trol­lo­wa­niu Ame­ry­ka­nów na rzecz wiel­kiej rekla­my „Bro­ad­church” kto wie? :D Cie­ka­we ile osób się­gnę­ło po ory­gi­nał zachę­co­nych tą dys­ku­sją porów­nu­ją­cą oba seria­le :P

            Wra­ca­jąc do spra­wy akto­rów… Wiesz, że bar­dzo cie­ka­we jest to, że więk­szość z nich widzia­ła „Bro­ad­church” na krót­ko przed lub po roz­po­czę­ciu pra­cy nad „Gra­ce­po­int”, do cze­go się otwar­cie przy­zna­ją. Anna Gun powie­dzia­ła nawet, że popro­si­ła pro­du­cen­tów o moż­li­wość zoba­cze­nia pier­wo­wzo­ru i został jej udo­stęp­nio­ny (faj­nie, że akto­rzy sami mogli doko­nać tego wybo­ru i nie było im to narzu­co­ne :) ). Świa­do­mie nie zro­bił tego chy­ba tyl­ko Micha­el Pena i wyraź­nie widać, że gra Mar­ka ina­czej niż Andy Buchan, na zupeł­nie innej nucie emo­cjo­nal­nej powie­dzia­ła­bym. Nie­ste­ty nie wycho­dzi to posta­ci na dobre, bo o ile Andy ude­rzał w nutę: "chło­pa­ki jed­nak pła­czą", to Micha­el raczej szedł w kie­run­ku "jestem taki wście­kły, ze zaraz kogoś zjem". Wra­ca­jąc jed­nak do tych dwóch seria­li… Widzia­łam bar­dzo faj­ny wywiad dla SAGA z odtwór­czy­nia­mi ról Beth, Ellie i Susan, w któ­rym zwłasz­cza Susan kil­ka­krot­nie pod­kre­śli­ła, żeby nie oglą­dać „Bro­ad­church” zanim nie obej­rzy się „Gra­ce­po­int”, cho­ciaż przy­zna­ła, że sama to zro­bi­ła i zosta­ła po pro­stu obez­wład­nio­na tym jak genial­na jest ta pierw­sza pro­duk­cja. To samo sły­sza­łam z ust innych akto­rów tej pro­duk­cji, więc jest jakaś taka świa­do­mość, że jed­no moc­no wpły­wa na dru­gie i od tego nie da się uciec… Sły­sza­łam też kil­ka­krot­nie, jak w wypo­wie­dziach pod­kre­śla­no, ze „Gra­ce­po­int” jest zro­bio­ne głów­nie dla tych, któ­rzy nie widzie­li „Bro­ad­church”. Hmm… na pew­no coś w tym jest. Tyle tyl­ko, że moim zda­niem, miesz­kań­ców Gra­ce­po­int było­by jed­nak trud­no poko­chać, nawet nie zna­jąc ich bry­tyj­skich odpo­wied­ni­ków…

            Gdy mowa o akto­rach, koniecz­nie muszę wró­cić do Davi­da. Opo­wia­da­jąc (choć nad wyraz nie­chęt­nie i oszczęd­nie) o tych dwóch rolach, David czę­sto odwo­łu­je się do doświad­czeń teatral­nych, w któ­rych po wie­lo­kroć opo­wia­da te samą histo­rię. Jed­nak wyda­je mi się, ze wte­dy on gra postać bar­dzo spój­ną, dogłęb­nie prze­my­śla­ną w cza­sie prób, a tutaj jed­nak zagrał dwie jed­nak z zało­że­nia inne posta­ci, któ­re tak się zda­rzy­ło, że mają podob­ny życio­rys. Niech już będzie, że imię ma nie takie złe (:P), cho­ciaż są takie imio­na, któ­re są dla mnie irra­cjo­nal­nie odpy­cha­ją­ce (w języ­ku pol­skim też :) )… Jed­nak Emett nie ma w sobie tego bły­sku, tej cha­ry­zmy, któ­rą miał Alec. Trud­no powie­dzieć dla­cze­go, cho­ciaż moim zda­niem głów­nie przez brak che­mii pomię­dzy nim, a pozo­sta­ły­mi człon­ka­mi obsa­dy. Może jest w coś w tym, że on tu był jak „fish out of water” i być może jest jed­nak wię­cej róż­nic w pra­cy na pla­nie w oby­dwu kra­jach, niż David jest gotów publicz­nie przy­znać, nie wspo­mi­na­jąc ponow­nie o akcen­tach… Osta­tecz­nie zamiast humo­ru otrzy­mu­je­my raczej w jego wyko­na­niu zestaw scen o tym, jak nie postę­pu­je się z ludź­mi w ogó­le i współ­pra­cow­ni­ka­mi w szcze­gó­le… Zasta­na­wiam się też czy cza­sem David nie został wyraź­nie popro­szo­ny o to, żeby zagrać swo­ją postać ina­czej, może dostał jakieś kon­kret­ne wska­zów­ki, albo popro­szo­no go, żeby cze­goś wła­śnie nie robił, żeby się jakoś wyraź­nie odciął od Ale­ca, żeby się nie­co ina­czej koja­rzył… Możesz mieć też rację, że David bro­nił tej roli w wywia­dach, bo wło­żył w nią wraz z całą eki­pą wie­le sta­rań i może sam jest zasko­czo­ny koń­co­wym efek­tem, jed­nak ja bym tam wola­ła zapo­mnieć, że w ogó­le ją zagrał… Jed­nak, ponie­waż spe­cja­li­zu­ję się w wyszu­ki­wa­niu u Davi­da "momen­tów", to oso­bi­ście uwa­żam, ze naj­ostat­niej­sze uję­cie Davi­da, gdy tak idzie przez pla­żę z mar­so­wą miną, jest chy­ba jego naj­lep­szym w całym seria­lu. To wła­śnie powin­ni byli łapać twór­cy seria­lu, jego nie­sa­mo­wi­tą mimi­kę, ten wyraz oczu, któ­ry przy­pra­wia o dresz­cze, a wte­dy nawet inny for­mat posta­ci by aż tak nie raził… Alec był bowiem bar­dzo spój­ny, wie­dzie­li­śmy, że jest bar­dzo wraż­li­wy i uczu­cio­wy, ale moc­no sta­ra się to ukryć. U Emet­ta uczuć nie było widać, za to moż­na było z powo­dze­niem stwo­rzyć twar­de­go, doświad­czo­ne­go przez życie face­ta, któ­re­mu nie w gło­wie "umi­zgi", a osta­nia sce­na poka­zu­je, że David był­by i w takiej posta­ci bar­dzo dobry… Tyl­ko, ze nie było tej kon­se­kwen­cji, bo jak­by na siłę chcia­no wtło­czyć w Emet­ta jakieś ludz­kie odru­chy, któ­re w tej posta­ci wyraź­nie zgrzy­ta­ły.

            No i na koniec, sce­na­riusz znów pisał Chris Chib­nall, więc dla­cze­go te dia­lo­gi są takie inne, tak mało kli­ma­tycz­ne, tak bra­ku­je tego humo­ru i tej zwy­czaj­no­ści… Czyż­by Chris tak­że nie umiał się odna­leźć w innych realiach kul­tu­ro­wych? No i to na siłę inne zakoń­cze­nie… Rany! To napraw­dę pisał Chris? Chy­ba, że jed­nak Two­ja teo­ria jest praw­dzi­wa :P