Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Szaleństwo Serialowe, Tydzień z Doctor Who, Wpisy Archiwalne - Blogspot:

Ratunku, kosmita ukradł mi serce!

[ Tydzień z Doctor Who ]
Dzień drugi: Dziesiąty Doktor

Kiedy w 1966 roku, gra­ją­cy pier­wszego Dok­to­ra William Hart­nell postanow­ił zrezyg­nować ze swo­jej roli, twór­cy seri­alu wymyślili coś równie wspani­ałego, jak telepaty­czny mod­uł tłu­maczą­cy TARDIS – regen­er­ację. Jeśli Dok­tor zostanie ciężko ran­ny, nie umiera, tylko właśnie regeneru­je się, czyli tak jak­by odradza na nowo. Zysku­je przy tym zupełnie nowe ciało, a także zmienia się jego osobowość.

Dzię­ki tej prostej sztuczce twór­cy seri­alu mogli co jak­iś czas nie tylko wymieni­ać akto­ra gra­jącego Dok­to­ra, ale też każdy odtwór­ca głównej roli mógł wykre­ować tą postać zupełnie na nowo.

Kiedy więc po roku współpra­cy, Christo­pher Eccle­ston zrezyg­nował z gra­nia w seri­alu, Dok­tor nie zniknął z telewiz­ji, tylko zmienił się w Davi­da Ten­nan­ta.

Miłość nie od pierwszego wejrzenia

Byłam naprawdę smut­na, kiedy Dziewią­ty Dok­tor „zginął”. I ponieważ uwiel­bi­ałam tą postać – zupełnie nie pokochałam jego następ­cy. Pomyślałam wtedy: „rany, dlaczego tak wspani­ały aktor, jakim jest Eccle­ston, został zastą­pi­ony przez kole­sia, który wyglą­da jak młod­sza i nieco przys­to­jniejsza wer­s­ja Jasia Fasoli?!”

W Ten­nan­cie nie podobało mi się abso­lut­nie wszys­tko: jego uśmiech, sposób mówienia i porusza­nia się, nawet ele­ganc­ki strój, który przy­wdzi­ał. A kiedy w pier­wszym odcinku, w którym się pojaw­ił, wypowiedzi­ał, będące wiz­ytówką swo­jego poprzed­ni­ka słówko Fan­tas­tic!, jęknęłam ze zgrozą – bo brzmi­ało to strasznie nien­at­u­ral­nie i obco.

Obaw­iałam się także, że twór­cy seri­alu wyko­rzys­ta­ją to, iż Ten­nant jest młod­szy od Eccle­stona, by zmienić relac­je pomiędzy Dok­torem i Rose na bardziej roman­ty­czne. I jak się szy­bko przekon­ałam – miałam rację. A to mi się wcale nie podobało.

Inny­mi słowy – poz­nanie nowego Dok­to­ra było dla mnie przeży­ciem bardziej trau­maty­cznym, niż dla samej Rose. A oglą­danie pier­wszych epi­zodów z jego udzi­ałem spraw­iało mi prawdzi­wy ból.

Tenth Doctor Who - Christmas Invasion

Na widok nowego Dok­to­ra zareagowałam dokład­nie tak samo, jak Rose. Nie wiedzi­ałam, kim jest ten idio­ta, ale zupełnie mi się on nie podobał. I chci­ałam z powrotem zobaczyć Dok­to­ra z twarzą Christo­phera Eccle­stona, bo to jego kochałam całym sercem.

Ale potem, niespodziewanie, sama nie wiem kiedy – zaczęłam Dziesiątego Dok­to­ra lubić. Z odcin­ka na odcinek coraz bardziej, z sezonu na sezon coraz moc­niej. I pokochałam go do tego stop­nia, że w obec­nej chwili, gdy myślę o Dok­torze, widzę uśmiech­niętą twarz Davi­da Ten­nan­ta. Bo Christo­pher Eccle­ston był fan­tasty­czny, ale Ten­nant w swo­jej roli spisy­wał się po pros­tu genial­nie.

Tenth Doctor Who - Not so bad

Tak, przyz­na­ję, myliłam się. Najpierw ogól­nie co do seri­alu, potem co do Dziesiątego Dok­to­ra. Ale hej, błądz­ić jest rzeczą ludzką! ;)

Przy czym, sama byłam ciekawa, co spraw­iło, że zmieniłam nastaw­ie­nie do nowego Dok­to­ra. Czy Ten­nant z cza­sem lep­iej wczuł się w rolę? Czy może chodz­iło o coś zupełnie innego? Wró­ciłam więc do pier­wszych odcinków z Dziesią­tym Dok­torem. I wtedy wszys­tko stało się dla mnie jasne. Ten­nant przez cały czas spisy­wał się tak samo dobrze. To moja siła przyzwycza­je­nia spraw­iła, że na początku oceniłam go tak surowo.

Dlat­ego, jeśli wy również uwiel­bial­iś­cie Eccle­stona i nie zakocha­cie się w Ten­nan­cie od pier­wszego wejrzenia, to daj­cie chłopakowi nieco cza­su. Gwaran­tu­ję wam, że zmieni­cie zdanie na jego tem­at.

Doktor i Rose

Na początek bard­zo waż­na infor­ma­c­ja: zan­im przys­tąpicie do oglą­da­nia Christ­mas Inva­sion, czyli pier­wszego odcin­ka, w którym pojaw­ił się Ten­nant, koniecznie zerkni­j­cie na krót­ki filmik Born Again. Czemu? Bo to tam została zaprezen­towana pier­wsza reakc­ja Rose na zre­gen­erowanego, nowego Dok­to­ra. A ta – dość istot­na kwes­t­ia doty­czą­ca zaak­cep­towa­nia Dok­to­ra przez jego towarzyszkę – została moim zdaniem w późniejszym, świątecznym odcinku, nieco zmar­gin­al­i­zowana.

A sko­ro o Christ­mas Inva­sion wspom­i­nam – był jeszcze jeden powód, dla którego Dziesią­ty Dok­tor nie przy­padł mi do gus­tu od samego początku. Mianowicie zarówno tamten odcinek, jak i kil­ka późniejszych, nie należało do naj­ciekawszych. Na szczęś­cie potem sce­narzyś­ci wró­cili do dawnej formy. A nawet, zaczęli pisać odcin­ki dużo lep­sze od tych z pier­wszej serii.

Tenth Doctor Who - School Reunion

School Reunion był pier­wszym w miarę udanym odcinkiem z Dziesią­tym Dok­torem. Kole­jny – The Girl in the Fire­place – wielu fanów Doc­tor Who (w tym także ja) zal­icza do jed­nego z lep­szych epi­zodów, jakie w ogóle pojaw­iły się w seri­alu.

Jak już wspom­i­nałam, twór­cy seri­alu zde­cy­dowali się na to, by pomiędzy Dok­torem i Rose coś zaiskrzyło. Niek­tórzy uważa­ją to za wiel­ki błąd. Ja też początkowo tak myślałam, ale z cza­sem zmieniłam zdanie.

Przede wszys­tkim romans pomiędzy dwójką głównych bohaterów nie pole­gał na ciągłym spoglą­da­niu sobie głęboko w oczy, szep­ta­niu czułych słówek i innych, podob­nych rzeczach. Była to relac­ja zbu­dowana przede wszys­tkim na przy­jaźni. A poza tym na niedopowiedzeni­ach. Dok­tor kochał Rose, Rose kochała Dok­to­ra, i oby­d­wo­je zdawali sobie z tego sprawę, ale żadne z nich nigdy nie powiedzi­ało tego głośno. Jed­nocześnie oby­d­wo­je obaw­iali się tego, co czu­ją, wręcz martwiła ich per­spek­ty­wa wiąza­nia się z tą drugą osobą. I w tym wszys­tkim było coś naprawdę pięknego.

Tenth Doctor Who and Rose

Uczu­cie, jakie połączyło Dok­to­ra i Rose było bard­zo prawdzi­we, bo opier­ało się na tym, że on i ona pole­gali na sobie nawza­jem, wspier­ali się i przede wszys­tkim – dobrze czuli się w swoim towarzys­t­wie. To była taka czys­ta, wręcz niewin­na miłość.

Przy okazji, właśnie od drugiego sezonu poruszany był pewien dość istot­ny i bard­zo ciekawy aspekt: to, jak podróżowanie z Dok­torem zmienia towarzyszące mu oso­by. Świet­nie zostało to przed­staw­ione w odcinku Army of Ghosts, w którym mama Rose stwierdz­iła, iż zna­jo­mość jej cór­ki z Dok­torem spraw­iła, że dziew­czy­na stała się zupełnie inną osobą. Ale wcale nie zmieniła się na lep­sze, tylko utraciła pewną cząstkę swo­jego człowieczeńst­wa.

Doktor i uciekająca panna młoda

Jed­ną z rzeczy, za które cenię sobie serie Doc­tor Who stwor­zone przez Julie Gard­ner i Rus­sel­la T. Daviesa, jest to, że widać, iż darzyli oni oso­by oglą­da­jące ser­i­al olbrzymim sza­cunkiem. Nie wciskali wid­zom kitu, nie prezen­towali rzeczy głupich i niel­og­icznych. Sza­cunek twór­ców dało się wyczuć także w finałowym odcinku drugiej serii. Gard­ner i Davies mogli wtedy zostaw­ić zapłakanych widzów w Zatoce Złego Wil­ka. Ale nie dość, że tego nie zro­bili, to jeszcze zafun­dowali im niezwyk­le zaskaku­ją­cy i jed­nocześnie bard­zo zabawny cliffhang­er. Otóż na pokładzie TARDIS, nie wiado­mo skąd pojaw­iła się pan­na mło­da. I to o niej opowiadał późniejszy odcinek spec­jal­ny, który jest moim ulu­bionym świątecznym epi­zo­dem Doc­to­ra Who.

Tenth Doctor Who - Runaway Bride

Kiedy myślisz, że w Doc­tor Who nic cię już nie zaskoczy, na pokładzie TARDIS zupełnie znikąd pojaw­ia się pan­na mło­da. I jak tu nie kochać tego seri­alu!

Czemu ten odcinek jest taki super? Po pier­wsze w towarzyszkę Dok­to­ra wcieliła się Cather­ine Tate – niezwyk­le utal­en­towana, bry­tyjs­ka aktor­ka kome­diowa. Po drugie, grana przez Tate Don­na Noble, była chy­ba naj­ciekawszą damską postacią, jaka pojaw­iła się w seri­alu. Mega wygadana, stras­zli­wie aser­ty­w­na, a przy tym niezwyk­le wrażli­wa i mądra. A dodatkowo, w odróżnie­niu od Rose, nie wyglą­da­ją­ca jak śliczne dziew­czątko. Była to także jedy­na pasażer­ka TARDIS, która budz­iła w Dok­torze nie tylko fas­cy­nację, ale także stra­ch. Czemu nie ma się co dzi­wić – chudz­i­ut­ki Ten­nant przy Cather­ine Tate zdawał się być po pros­tu kruchy, a sama Don­na, raz czy dwa moc­no trzep­nęła Dok­to­ra w ramię lub trza­s­nęła go w policzek (ale nie z powodu tego, że była bru­tal­ną kobi­etą, tylko Dok­torowi po pros­tu się należało!).

Poza tym The Run­away Bride posi­a­da naprawdę dobry, ciekawy i śmieszny sce­nar­iusz. A to, paradok­sal­nie, w spec­jal­nych odcinkach Dok­to­ra Who nie zdarza się częs­to, bo zazwyczaj są one moc­no przekom­bi­nowane i nieste­ty nai­wne.

Doktor i Martha

Nie płakałam pod koniec drugiej serii, gdy Dok­tor żeg­nał się z Rose w Zatoce Złego Wil­ka. Byłam bowiem świę­cie przeko­nana, że na początku następ­nego sezonu Ostat­ni Wład­ca Cza­su zna­jdzie jak­iś mag­iczny sposób, za sprawą którego odzys­ka swo­ją towarzyszkę. Zapom­ni­ałam jed­nak, że takie rzeczy zdarza­ją się w seri­alach amerykańs­kich, a nie bry­tyjs­kich.

Dlat­ego też, ku moje­mu, naprawdę wielkiemu zaskocze­niu, Rose nie wró­ciła, a zami­ast niej pojaw­iła się Martha Jones (w którą wcieliła się Freema Agye­man). Na tym jed­nak niespodzian­ki się nie skończyły. Myślałam bowiem, że nowa towarzysz­ka zastąpi swo­ją poprzed­niczkę w stu pro­cen­tach. Tym­cza­sem okaza­ło się, że jej relac­ja z Dok­torem była zupełnie inna. Martha zakochała się w Dok­torze niemal od pier­wszego wejrzenia, tym­cza­sem on myśla­mi wciąż powracał do Rose i zupełnie nie dostrze­gał tego, co czu­je jego nowa towarzysz­ka.

Tenth Doctor Who and Martha

Jedyną stałą w Doc­tor Who jest to, że co chwilę następu­ją w nim jakieś zmi­any. Ser­i­al uczy nas jed­nak, że – podob­nie jak w życiu – choć te zmi­any mogą nas prz­er­ażać i smu­cić, nie należy się ich bać, bo może z nich wyniknąć coś wspani­ałego.

Brawa dla sce­narzys­tów należą się także za to, że udało się im zro­bić z Marthy postać, którą dało się lubić tak samo, jak Rose. I szcz­erze mówiąc, w obec­nej chwili nie jestem w stanie powiedzieć, której z towarzyszek Dziesiątego Dok­to­ra kibi­cow­ałam najbardziej, bo każ­da z nich była w na swój włas­ny sposób wspani­ała oraz niezwykła.

Tenth Doctor Who - Martha Jones

Nie potrafię wskazać, którą towarzyszkę Dziesiątego Dok­to­ra lubiłam najbardziej, ale na pewno Martha była osobą, którą „chci­ałabym zostać, gdy doros­nę”.

Trze­cia seria zaw­iera odcin­ki jeszcze lep­sze, niż sezon dru­gi. Ale to, co naj­ciekawsze dzieje się tutaj na końcu. Najpierw mamy ciąg naprawdę świet­nych epi­zodów: 42, dwuczęś­ciowy Human Nature, dalej niemal całkowicie pozbaw­iony Dok­to­ra, ale mimo to wspani­ały Blink. A potem wraca Kap­i­tan Jack Hark­ness! I jeszcze, jak­by tego wszys­tkiego było mało, poz­na­je­my Mis­trza, czyli najwięk­szego wro­ga Dok­to­ra, zaraz po Dalekach (a może nawet na równi z nimi).

Co praw­da dwa finałowe odcin­ki trze­ciej serii były nieco przekom­bi­nowane, ale pomi­mo to, ich koń­cowy wydźwięk naprawdę moc­no mną poruszył. Chy­ba nawet bardziej, niż wcześniejsza Zato­ka Złego Wil­ka.

Tenth Doctor Who and Martha - Gridlock

Choć Dok­to­ra z każdą z towarzyszek łączyły zupełnie inne relac­je, każdy z tych duetów wspaniale oglą­dało się na ekranie.

Ach, i jeszcze jed­na rzecz, w ramach cieka­wost­ki! Okazu­je się, że Bry­tyjczy­cy „wynaleźli” lata­ją­cy lot­niskowiec na dłu­go przed mar­velowy­mi Avenger­sa­mi.

Doktor i Doktor

Świąteczny Voy­age of the Damned był takim sobie odcinkiem. Naprawdę warto jest nato­mi­ast zobaczyć pow­stały w tym samym cza­sie (fab­u­larnie poprzedza­ją­cy Voy­age of the Damned), kró­ci­ut­ki filmik Time Crash, w którym to Dziesią­ty Dok­tor spo­ty­ka Piątego Dok­to­ra. Drob­na rzecz, ale jej oglą­danie naprawdę cieszy:

Przy okazji warto wspom­nieć, że jeden z żartów w tym filmiku pole­ga na tym, że pry­wat­nie David Ten­nant jest wielkim fanem Petera Davi­sona (czyli Piątego Dok­to­ra), a Pią­ty Dok­tor zawsze był jego ulu­bioną inkar­nacją Wład­cy Cza­su.

Doktor i Donna

Ucieka­ją­ca pan­na mło­da, którą Dok­tor poz­nał na przełomie drugiej i trze­ciej serii, nie pozostała obo­jęt­na na urok Wład­cy Cza­su i wró­ciła – tym razem nie na chwilę, ale na stałe!

A tak na mar­gin­e­sie, zadzi­wia­jące w Doc­tor Who jest to, że o ile inne seri­ale, zazwyczaj z roku na rok sta­ją się gorsze, tak ta pro­dukc­ja odwrot­nie, z każdym odcinkiem rozk­wi­ta coraz bardziej. I tak czwarta seria jest moim zdaniem tą najlep­szą, i to nie tylko ze wzglę­du na duet Ten­nant-Tate, ale także z powodu zagęszczenia naprawdę świet­nych odcinków.

Tenth-Doctor Who and Donna - Unicorn and the Wasp

Fun­ny fact: pier­wot­nie w czwartej serii towarzyszką Dok­to­ra miała zostać zupełnie nowa bohater­ka, która z charak­teru miała bard­zo przy­pom­i­nać Don­nę. I w pewnej chwili twór­cy seri­alu doz­nali olśnienia „hej, może po pros­tu zapy­tamy Cather­ine Tate, czy zagrała­by Don­nę jeszcze raz?” A Cather­ine Tate powiedzi­ała „TAK!” :)

Bry­tyjczy­cy, to taki śmieszny naród, który nie lubi zaskoczeń. Dlat­ego niek­tóre infor­ma­c­je związane z fabułą Doc­tor Who – takie, jak to, kto będzie nowym towarzyszem lub nowym Dok­torem – zawsze są ogłaszane wcześniej. Inny­mi słowy, w chwili, w której BBC emi­towało czwartą ser­ię seri­alu, wid­zowie już wiedzieli, że to będzie ostat­ni sezon z Davi­dem Ten­nan­tem. I wiecie co? Twór­cy Doc­tor Who bard­zo spry­t­nie ten fakt wyko­rzys­tali i co jak­iś – zwłaszcza w ostat­nim odcinku czwartej serii – trol­lowali oso­by oglą­da­jące ser­i­al.

Tenth Doctor Who and Donna - Planet of the Ood

To zdję­cie nie ma więk­szego związku z tek­stem – wstaw­iam je, bo jest śmieszne. :)

Nato­mi­ast sam finał sezonu (który jed­nocześnie nie był ostat­nim epi­zo­dem z Ten­nan­tem, bo aktor wys­tąpił jeszcze w odcinkach świątecznych, o których za chwilę) był po pros­tu majster­sz­tykiem! Dynam­iczny, pełen emocji i niespodziewanych zwrotów akcji. A jed­nocześnie będą­cy chy­ba najlep­szym odcinkiem pożeg­nal­nym, jaki kiedykol­wiek oglą­dałam. Na ekranie pojaw­ili się bowiem wszyscy najważniejsi, doty­chcza­sowi przy­ja­ciele oraz towarzysze Dok­to­ra. Oglą­danie ich zma­gań było nie lada zabawą, ale też czymś strasznie smut­nym – w końcu przez cały czas wiado­mo było, że po wszys­tkim przyjdzie się nam z tą wesołą ekipą rozs­tać i to praw­dopodob­nie raz na zawsze. I choć może to być jedynie moją nad­in­ter­pre­tacją, to wyda­je mi się, że zarówno aktorzy, jak i twór­cy seri­alu przed­staw­ili na ekranie emoc­je, które sami w tamtej chwili odczuwali. I właśnie dzię­ki temu finał czwartej serii był tak porusza­ją­cy.

Tenth Doctor Who Companions

Piękne w Doc­tor Who jest to, że oso­by zatrud­nione w seri­alu zda­ją się być niczym wiel­ka rodz­i­na, a każdy trak­tu­je pracę w tym pro­gramie, jako coś więcej niż tylko możli­wość zarobku.

Moc­no zach­wyciło mnie też to, w jaki sposób finał połączył ze sobą wąt­ki ze wszys­t­kich czterech serii. Bo tak, naw­iązano tutaj nawet do rzeczy, które pojaw­iły się jeszcze za cza­sów Dziewiątego Dok­to­ra! Do tej pory nie mogę wyjść z podzi­wu i cały czas zas­tanaw­iam się, czy Julie Gard­ner i Rus­sell T. Davies planowali to wszys­tko od samego początku. Ale bez wzglę­du na to, czy tak było, czy też nie – cieszy mnie, że pier­wsze cztery serie Doc­tor Who tworzą inte­gral­ną całość, której wszys­tkie ele­men­ty ide­al­nie do siebie pasu­ją.

Tenth Doctor Who Sad

Korzys­ta­jąc z okazji, chci­ałam napisać, że David Ten­nant jest nieprzyz­woicie dobrym aktorem. I pięknie wyglą­da, kiedy się smu­ci.

Jeszcze z drob­nos­tek: duże wraże­nie zro­biła na mnie sce­na z odcin­ka The Stolen Earth, w której Dok­torowi skończyły się pomysły, nie wiedzi­ał, jak odnaleźć ukradzioną Ziemię. I wtedy po pros­tu zamilkł. Ten, które­mu buzia się praw­ie nigdy nie zamykała, w tej jed­nej chwili nie wiedzi­ał, co powiedzieć. I to było znacznie bardziej prz­er­aża­jące, niż hordy Daleków ataku­jące Ziemię.

Doktor i ostatnie odcinki specjalne

Nie mam poję­cia, czym to było spowodowane, ale o ile w poprzed­nich lat­ach twór­cy seri­alu fun­dowali telewid­zom po jed­nym odcinku świątecznym, tak po czwartej serii wyemi­towano aż cztery takie epi­zody (w tym jeden dwuczęś­ciowy).

W całym tym zestaw­ie­niu naj­gorzej wypa­da chy­ba The Next Doc­tor, który choć sym­pa­ty­czny, jest moim zdaniem po pros­tu świąteczną głupotką.

Najlepiej dla odmi­any prezen­tu­je się Plan­et of the Dead – bard­zo śmieszny i dynam­iczny, a przy okazji pełen naprawdę ciekawych postaci. Do tej pory nie mogę prze­boleć, że Dok­tor nie zakumplował się na dłużej z Lady Christiną de Souzą, bo dziewucha była po pros­tu stwor­zona do bycia jego towarzyszką. A wraca­jąc do fabuły – pokazany na końcu, lata­ją­cy czer­wony auto­bus, był jed­ną z najpiękniejszych rzeczy, jakie w Doc­tor Who widzi­ałam.

Ciężko jest mi nato­mi­ast ocenić The Waters of Mars, bo z jed­nej strony, przez więk­szość cza­su odcinek ten był taki sobie, ale pod koniec wszys­tko diame­tral­nie się zmieniło. I wydarzenia z ostat­nich – bo ja wiem – dziesię­ciu min­ut, wywołały u mnie prawdzi­wy opad szczę­ki.

Tenth Doctor and Lady Christina

Niby lep­iej czuć niedosyt niż nad­mi­ar, niem­niej nie mogę prze­boleć, że Lady Christi­na była towarzyszką Dziesiątego Dok­to­ra tylko przez jeden odcinek. Prze­cież ta dwój­ka stanow­iła ide­al­ną parę!

Najbardziej kłopotli­wy jest nato­mi­ast The End of Time. Po finale czwartej serii wypadało­by bowiem, by ta ostat­nia przy­go­da Dziesiątego Dok­to­ra, była czymś równie dobrym, a nawet znacznie lep­szym od tamtego odcin­ka. I z jed­nej strony udało się to osiągnąć. Poważniejsze wąt­ki wypadły bowiem naprawdę dobrze. A David Ten­nant dał popis genial­nej gry aktorskiej. Nieste­ty wszys­tko to pop­suły ele­men­ty fan­tasty­czne. Lata­ją­cy Mis­trz, powraca­ją­cy Wład­cy Cza­su i kos­mi­ci-kak­tusy. Widząc to odniosłam wraże­nie, że twór­cy seri­alu mieli za duży budżet i nie wiedzieli jak go wyko­rzys­tać, więc wydawali kasę na niepotrzeb­ne efek­ty spec­jalne.

Tenth Doctor TARDIS dark

The End of Time to bard­zo nierówny odcinek – sce­ny, o których wolało­by się zapom­nieć przeplata­ją się w nim z taki­mi, które pozosta­ją w pamię­ci na długie lata.

Szczęś­cie w nieszczęś­ciu, te głupo­ty jakoś rekom­pen­su­je bard­zo kam­er­alne zakończe­nie. Najpierw prze­j­mu­ją­ca i naprawdę świet­na sce­na z czterokrot­nym zapukaniem, a potem Dok­tor odbier­a­ją­cy swo­ją nagrodę.

Nie płakałam nad Zatoką Złego Wil­ka. Ale tutaj, gdy wiedzi­ałam, że to naprawdę są ostat­nie sce­ny z Ten­nan­tem w roli Dok­to­ra, łzy spły­wały mi po policzkach.

Doktor i scenarzyści

Pisałam już, że twór­com seri­alu udało się spraw­ić, że z cza­sem Doc­tor Who zyski­wał na jakoś­ci. Ale to nie jest ich jedy­na zasłu­ga.

Pomi­mo kos­mitów i fan­tasty­cznych deko­racji, ser­i­al opowiadał przede wszys­t­kich o ludzi­ach. Piękne było to, jak poszczególne postaci z upły­wem cza­su zmieni­ały się, wręcz ewolu­owały. Przy Dziewią­tym Dok­torze podałam za przykład Mick­ey Smitha, ale on nie był jedyną osobą, którą odmieniła zna­jo­mość z Wład­cą Cza­su.

Tenth Doctor Who and Wilfred

Zagapiłam się i zapom­ni­ałam napisać, że ostat­ni towarzysz Dok­to­ra – Wil­fred – był jed­nocześnie najlep­szym ze wszys­t­kich kom­panów Ostat­niego Wład­cy Cza­su.

Z resztą sam Dok­tor także nie był od początku do koń­ca takim samym bohaterem. A sce­narzys­tom brawa należą się za to, że potrafili widza czymś zaskoczyć, dodać do cech charak­terysty­cznych Dok­to­ra jak­iś nowy ele­ment. Zazwyczaj były to drob­nos­t­ki, takie jak to, że Wład­ca Cza­su, nie wiado­mo kiedy, poza śrubokrętem son­icznym zaczął uży­wać także ste­toskopu lekarskiego. Albo, że pod koniec drugiego sezonu krzyknął Allons-y i słówko to tak mu się spodobało, że potem wypowiadał je częś­ciej.

Tenth Doctor Who - Stethoscope

TARDIS był chory i leżał w łóżeczku,
I przyszedł pan Dok­tor: „Jak się masz, TARDIS­eczku?”

Przed kamerą, poza Davi­dem Ten­nan­tem, pojaw­iła się masa utal­en­towanych bry­tyjs­kich aktorów. A sce­narzyś­ci potrafili ich potenc­jał wyko­rzys­tać, tworząc postaci z krwi i koś­ci, których losy nas obchodz­iły.

To samo tyczyło się Dok­to­ra, którego nie bano się przed­staw­iać w trud­nych sytu­ac­jach, cza­sem nawet w złym świ­etle. Dzię­ki temu Ten­nant mógł się nie tylko wygłu­pi­ać przed kamerą, ale też pokazać stra­ch, gniew, smutek i wyniosłość głównego bohat­era. Kilka­krot­nie nawet sobie popłakał, ale zro­bił to tak, że zalany łza­mi Dok­tor w jego wyda­niu wcale nie wyglą­dał żałośnie. A ostat­nie uję­cie, gdy powiedzi­ał I don’t want to go zła­mało mi serce.

Tenth Doctor Who Finale

Niewielu jest aktorów, którzy swo­ją grą potrafią ścis­nąć mój żołądek, wywołać łzy i zła­mać mi serce. Jed­nym z takich artys­tów jest David Ten­nant.

Ważne jest także to, o czym wspom­i­nałam już wczo­raj: Doc­tor Who jest chy­ba najlep­szym przykła­dem seri­alu famil­i­jnego, którego oglą­danie będzie baw­ić tak samo młodych, jak i dorosłych widzów. I jest to bard­zo waż­na rzecz, o której, jak mi się zdawało, częs­to zapom­i­nali autorzy innych recen­zji, które czy­tałam. Powtórzę więc jeszcze raz: famil­i­jne pro­dukc­je muszą mieć odrobinę ele­men­tów, które rozbaw­ią dzieci­a­ki, ale wid­zom dorosłym będą wydawać się głupie. Nic się na to nie poradzi.

Jeśli trzy serie z Dziesiątym Doktorem to za mało

Pokochal­iś­cie Davi­da Ten­nan­ta w roli Dok­to­ra? Mam wiec dla was kil­ka dobrych wiado­moś­ci! Po pier­wsze – może­cie sami stać się towarzysza­mi Dok­to­ra. Serio! Wystar­czy, że zajrzy­cie na stronę BBC.

Po drugie, równole­gle do przygód Dziesiątego Dok­to­ra krę­cony był spin-off The Sarah Jane Adven­tures, gdzie Ten­nant pojaw­ił się gościn­nie, w dwuod­cinkowym epi­zodzie The Wed­ding of Sarah Jane Smith. Pow­stały także dwa ani­mowane mini-seri­ale o przy­go­dach Dziesiątego Dok­to­ra: The Infi­nite Quest oraz Dream­land. A raz Wład­ca Cza­su okazał się nawet być kom­pozy­torem muzy­ki:

(TUTAJ może­cie zobaczyć, jak to wyglą­dało na żywo)


I po trze­cie – Doc­tor Who, to nie tylko ser­i­al telewiz­yjny, pow­stała też masa powieś­ci, komik­sów oraz audio­booków opowiada­ją­cych o przy­go­dach Ostat­niego Wład­cy Cza­su. A niek­tóre z tych ostat­nich czy­tał David Ten­nant. Słuchałam ich i brzmią one naprawdę nieźle. Są napisane prostym językiem, a Ten­nant na nagra­ni­ach mówi bard­zo wyraźnie, więc nawet oso­by niezbyt zna­jące język ang­iel­s­ki nie powin­ny mieć prob­lemów z ich zrozu­mie­niem. Poza tym Ten­nant jako lek­tor wypa­da bard­zo dobrze – zmieni­an­ie tonu gło­su przy czy­ta­niu kwestii różnych bohaterów wychodzi mu bez zarzu­tu, dzię­ki czemu praw­ie nigdy nie zdarza się sytu­ac­ja (będą­ca najwięk­szym prob­le­mem audio­booków czy­tanych przez jed­ną osobę), w której nie wiado­mo kto, co mówi.

Co praw­da od strony treś­ci, książ­ki czy­tane przez Ten­nan­ta nie prezen­tu­ją bard­zo wysok­iego poziomu. Ale z drugiej strony – każdy z takich audio­booków trwa około dwóch godzin, więc tak naprawdę kończy się on, zan­im zdąży stać się zbyt nużą­cy. Do słucha­nia pod­czas waka­cyjnego lenist­wa nada­je się więc ide­al­nie.

Tenth Doctor Who Funny

Dyrdy­mał praw­ie dobiegł koń­ca, więc dla tych, którzy dotr­wali do tego momen­tu – śmieszne zdję­cie Dok­to­ra w nagrodę! :)

Wciąż wam mało? No dobrze, w takim razie, już zupełnie na koniec: jedyny, wspani­ały i niepow­tarzal­ny duet – David Ten­nant i Cather­ine Tate:


(TUTAJ to samo, w nieco lep­szej jakoś­ci, ale bez napisów)

Keep calm and yes, it is bigger on the inside

Tydzień z Doctor Who – pozostałe wpisy:

Wpis pochodzi z poprzed­niej odsłony blo­ga.

Został zredagowany i nien­az­nacze­nie zmody­fikowany.

Ory­gi­nal­ny tekst możesz zobaczyć w ser­wisie Blogspot.com.

źródło wszys­t­kich zdjęć ilus­tru­ją­cych wpis: DVD­bash