Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Szaleństwo Serialowe, Tydzień z Doctor Who, Wpisy Archiwalne - Blogspot:

Fantastyczny kosmita z Wielkiej Brytanii

[ Tydzień z Doctor Who ]
Dzień pierwszy: Dziewiąty Doktor

Tydzień z Bat­tlestar Galac­ti­ca nie bez powodu zakończyłam odcinkiem Port­landii, w którego finale bohaterowie zasi­ada­ją do oglą­da­nia Doc­tor Who. To był ide­al­ny punkt wyjś­cia dla nowego „Tygod­nia z…”, w którym opowiem wam – a jakże! – o mojej tegorocznej, waka­cyjnej miłoś­ci seri­alowej, czyli właśnie o Dok­torze.

Zaparz­cie więc herbatę, przy­go­tu­j­cie przekąs­ki, rozsiądź­cie się wygod­nie i zap­ni­j­cie pasy – od następ­nego aka­pitu czeka na was sza­lona podróż w cza­sie i przestrzeni!

Stary, ale… nowy

Pier­wszy odcinek Doc­tor Who pojaw­ił się na ante­nie BBC w 1963 roku (cieka­wost­ka: Doc­tor Who jest najdłużej emi­towanym seri­alem sci­ence-fic­tion ever). To spraw­ia, że jest to pro­gram niemal tak stary, jak telewiz­ja, a Bry­tyjczy­cy darzą Dok­to­ra podob­nym sen­ty­mentem, jak Amerykanie Gwiezdne Wojny.

Classic Who by Big Blue Box Podcast

Tak wyglą­dało pier­wszych ośmiu Dok­torów. Czemu było ich ośmiu i dlaczego tem­atem dzisiejszego Dyrdy­mała jest Dziewią­ty Dok­tor? Spoko­jnie, po przeczy­ta­niu „Tygod­nia z Doc­tor Who” wszys­tko stanie się dla was jasne!

źródło: Big Blue Box Pod­cast

Nieste­ty w lat­ach osiemdziesią­tych ser­i­al stracił widzów i został zdję­ty z ante­ny. To doprowadz­iło do tego, że na świecie pojaw­iło się całe pokole­nie dzieci­aków, które nie wiedzi­ały kim jest Dok­tor i nie znały stra­chu przed Daleka­mi. Na szczęś­cie na początku XXI wieku mądrzy ludzie z BBC dostrzegli ten prob­lem i stwierdzili, że nie mogą poz­wolić na to, by tak ważny ele­ment kul­tu­ry Bry­tyjskiej, jakim jest Doc­tor Who, uległ zapom­nie­niu.

New Who Doctor

Dok­tor na miarę XXI wieku!

źródło: The Tiger Who­Came To Tea

Ser­i­al postanowiono wskrze­sić w taki sposób, by był on dos­tosowany zarówno do widzów, którzy wcześniej go oglą­dali, jak i takich, którzy w ogóle nie wiedzieli kim jest Dok­tor. Dzię­ki temu, żeby zrozu­mieć o co chodzi w Doc­tor Who nie trze­ba oglą­dać odcinków z XX wieku – wystar­czą te, które były emi­towane od 2005 roku*.


* Dla rozróżnienia stara, pow­stała w XX wieku wer­s­ja seri­alu nazy­wana jest Clas­sic Who i była ona dzielona na sezony. Ta XXI-wiecz­na nazwana jest inaczej New Who i dzieli się ją na serie (ja jed­nak, żeby uniknąć słownych powtórzeń, będę naprzemi­en­nie uży­wać ter­minów sezon i seria). Przy okazji wyze­rowano w niej licznik odcinków, więc pier­wszy wyemi­towany w 2005 roku epi­zod jest pier­wszym odcinkiem pier­wszej serii.

Pierwsze spotkanie z Doktorem

W tym miejs­cu muszę się wam do czegoś przyz­nać. Choć od dłuższego cza­su zdawałam sobie sprawę z ist­nienia Doc­tor Who, ani trochę nie ciągnęło mnie do jego oglą­da­nia. Dlaczego? Bo oceniłam ser­i­al po okład­ce (a dokład­niej: po zdję­ci­ach, jakie znalazłam w internecie) i wydał mi się on przez to niepoważnym dzi­wactwem, na które nie warto tracić cza­su. Och, jak bard­zo się myliłam!!!

Doctor Who Silly

Ser­i­al, którego bohaterowie na zdję­ci­ach pro­mo­cyjnych robią takie dzi­wne miny musi być głupi, praw­da? Praw­da?!

źródło: Spoil­er TV

Tym­cza­sem już na samym początku oglą­da­nia czekało mnie miłe zaskocze­nie. Z całym sza­cunkiem dla wciela­jącego się w główną rolę Christo­phera Eccle­stona – Dok­tor nie wyglą­dał, jak typowy, hol­ly­woodz­ki bohater. Nie był młody i przys­to­jny. A do tego spraw­iał wraże­nie oso­by, która do CV w rubryce „hob­by” wpisu­je „wszczy­nanie bójek w barze”.

Jeszcze bardziej zaim­ponowało mi to, co Dok­tor zro­bił, gdy pojaw­ił się na ekranie. Chwycił zna­j­du­jącą się w opałach dziew­czynę za rękę i krzyknął „Uciekaj!”. Ilu zna­cie fil­mowo-seri­alowych bohaterów, którzy zami­ast wal­czyć z wro­giem, biorą nogi za pas? I ilu z tych, którzy gdzieś bieg­ną, trzy­ma za rękę inną osobę, która bieg­nie razem z nimi? Czegoś takiego po pros­tu nigdy wcześniej nie widzi­ałam. I to właśnie spraw­iło, że zakochałam się w Dok­torze od pier­wszego wejrzenia.

Ninth Doctor Who and Rose

Chłopa­ki, chce­cie poz­nać fajny sposób na podryw?

Złap­cie dziew­czynę za rękę i krzykni­j­cie „Run!”

Wiem, że najpraw­dopodob­niej dostaniecie w twarz albo zostaniecie potrak­towani gazem pieprzowym. Ist­nieje jed­nak cień szan­sy, że tra­fi­cie na osobę, która po usłysze­niu tych słów pobieg­nie z wami wszędzie, choć­by i na kraniec wszechświa­ta.

źródło: Zim­bio

W pilo­towym odcinku wraże­nie zro­bił na mnie także sce­nar­iusz – zwłaszcza dialo­gi. Tam, gdzie w innych wypad­kach główny bohater po usłysze­niu „Wyjaśnij mi, co się dzieje!” mówił, o co chodzi, Dok­tor stwierdzał, że nie będzie niczego tłu­maczył. I odwrot­nie, kiedy zdawało się, że nasz bohater postanowi zachować jakąś tajem­nicę dla siebie – wyjaw­iał nam swój sekret (choć to, co wtedy mówił rodz­iło jeszcze więcej pytań). A do tego wszys­tkiego dochodz­ił jeszcze inteligent­ny, ang­iel­s­ki humor. Gdy to wszys­tko oglą­dałam, byłam po pros­tu w niebo wzię­ta.

Następ­ne odcin­ki ujawniły kole­jne ciekawe cechy Dok­to­ra – kos­mi­ty, który jest wyposażonym w dwa ser­ducha, Ostat­nim Wład­cą Cza­su. Koleś jest nieco zrzędli­wy, lubi się popisy­wać i bywa aro­ganc­ki. Najlep­sze jest w nim nato­mias to, że na widok strasznych pot­worów lub w obliczu innego niebez­pieczeńst­wa, będzie zach­wycał się pięknem tego, co mu zagraża i z entuz­jazmem małego chłop­ca krzy­czał, że to jest FANTASTYCZNE. Przy­na­jm­niej dopó­ty, dopó­ki nie zori­en­tu­je się, że powinien wziąć nogi za pas.

Ninth Doctor Who Sad

Dok­tor zda­je się być wesołą i niepoważną osobą. Ale kiedy przes­ta­je się uśmiechać widać, że to znacznie bardziej skom­p­likowana postać.

Pomi­mo tego, że Dok­tor jest osobą niezwyk­le mądrą i dobrą, posi­a­da też swo­ją drugą, mroczniejszą stronę. Cier­pi z powodu samot­noś­ci, potrafi być okrut­ny, a cza­sem zachowu­je się po pros­tu nie­ludzko. Poza tym częs­to trak­tu­je ludzi z góry, jak głupie małpy, które dopiero co zlazły z drze­wa. Zdarza mu się też strze­lać fochy. Przy czym to ostat­nie zawsze wychodzi mu z wielką gracją. Podob­nie, jak mówie­nie ludziom, żeby się zamknęli.

Policyjna budka, śrubokręt i wizytówka

Najwięk­szym (także w dosłownym tego słowa znacze­niu) sym­bol­em Doc­tor Who jest TARDIS, czyli przy­pom­i­na­ją­cy niebieską, bry­tyjską, pol­i­cyjną bud­kę tele­fon­iczną z lat sześćdziesią­tych, środek trans­portu Dok­to­ra. Niezwykłość TARDIS pole­ga na tym, że potrafi ona (tak, „ona”, bo TARDIS jest rodza­ju żeńskiego) latać jak statek kos­miczny, tele­por­tować się i… podróżować w cza­sie (TARDIS to skrót od Time And Rel­a­tive Dimen­sion In Space).

TARDIS in Space by katnipsonfire

Sky is the lim­it? Nie, jeśli masz pod ręką TARDIS – wtedy nie ist­nieją żadne granice.

autor: kat­nip­son­fire

Na tym dzi­wnoś­ci się nie kończą, bo TARDIS jest big­ger in the inside, co oznacza, że wewnątrz bud­ki tele­fon­icznej mieś­ci się gigan­ty­czne wnętrze. Jak duże? Nie wiado­mo, bo zawsze widz­imy tylko, zna­j­du­jące się przy wejś­ciu, pomieszcze­nie steru­jące statkiem. Resz­ta nigdy nie zosta­je nam pokazana. Czy to źle? Wręcz prze­ci­wnie, bo takie niedopowiedze­nie pobudza naszą wyobraźnię – sami sobie musimy odpowiedzieć na pytanie, co jeszcze skry­wa w sobie TARDIS.

Ninth Doctor Who TARDIS Inside

Wchodzisz do malutkiej bud­ki tele­fon­icznej, a w środ­ku czeka na ciebie coś takiego!

Wspom­nę jeszcze, że choć z zewnątrz TARDIS zawsze wyglą­da mniej więcej tak samo (na przestrzeni lat mody­fikowano tylko pewne detale), tak jej wnętrze w pewnym sen­sie odzwier­cied­la charak­ter Dok­to­ra i podob­nie jak on – zmienia się co jak­iś czas. TARDIS z 2005 roku jest więc, podob­nie jak jej właś­ci­ciel, zniszc­zona po wielu prze­jś­ci­ach. To nie jest błyszczą­cy niczym Star Trek, pojazd między­plan­e­tarny. Kokpit TARDIS zda­je się być złożony z ele­men­tów znalezionych na zło­mowisku, tar­gu staro­ci i śmiet­niku – rzeczy, o których nor­mal­nie nigdy nie pomyślelibyśmy, że mogą być częś­ci­a­mi statku kos­micznego.

Mało tego, trochę jak Fiat 126p, TARDIS miewa swo­je humory i lubi się psuć w najm­niej odpowied­nim momen­cie. Na szczęś­cie Dok­tor zawsze zna­j­du­je sposób, by ją napraw­ić.

TARDIS Console

Cza­sem lep­iej nie zas­tanaw­iać się, gdzie Dok­tor znalazł niek­tóre z ele­men­tów wys­tro­ju TARDIS. Ale wiecie co? Ja uwiel­bi­am to wnętrze TARDIS właśnie za jego niesz­tam­powy wygląd.

autor: Kei­th Schengili-Roberts

Co ciekawe, TARDIS nie posi­a­da typowego kom­put­era pokład­owego lub sztucznej inteligencji, z którą Dok­tor mógł­by dysku­tować. Zami­ast tego TARDIS ma włas­ną duszę i charak­ter. Co z kolei powodu­je, że cza­sa­mi jest nieposłusz­na i nie leci tam, gdzie chcieli­by tego jej pasażerowie. Ba, potrafi nawet sama z siebie wys­tar­tować. Inny­mi słowy, TARDIS jest bard­zo nieprzewidy­wal­na. Ale na tym właśnie pole­ga jej urok!

TARDIS console (and chair)

TARDIS, podob­nie jak Dok­tor, jest ostat­nim przed­staw­icielem swo­jego „gatunku”. TARDISy nie były bowiem budowane, tylko hodowane (jak? tego aku­rat nie wiado­mo), co wskazu­je na to, że TARDIS to coś więcej, niż tylko maszy­na.

Na koniec warto wspom­nieć o jeszcze jed­nej, naprawdę przy­dat­nej właś­ci­woś­ci TARDIS – posi­a­da ona telepaty­czny mod­uł tłu­maczą­cy, dzię­ki które­mu jej pasażerowie, bez wzglę­du na to, w jakim miejs­cu i cza­sie się zna­jdą, zawsze słyszą napotkane oso­by tak, jak­by mówiły współczes­nym językiem ang­iel­skim. Proste, ale wręcz genialne rozwiązanie prob­le­mu z którym boryka­ją się inne seri­ale sci­ence-fic­tion, jakim jest log­iczne wyjaśnie­nie, dlaczego na innych plan­e­tach kos­mi­ci mówią po ang­iel­sku.

Ninth Doctor Who and TARDIS

Niek­tórzy nazy­wa­ją Dok­to­ra sza­leńcem z niebieskią bud­ką. To bard­zo trafne określe­nie!

Dok­tor, podob­nie jak Mac­Gyver, nie przepa­da za bronią pal­ną. Nie rozs­ta­je się nato­mi­ast ze śrubokrętem son­icznym, który jest połącze­niem szwa­j­carskiego scy­zo­ry­ka i mag­icznej różdż­ki. Co to dokład­nie oznacza? To, że śrubokręt son­iczny, w zależnoś­ci od potrzeb, potrafi między inny­mi wszys­tko napraw­ić lub pop­suć, otworzyć każdy zamek w drzwiach oraz odwró­cić dzi­ałanie niek­tórych urządzeń. Genialne, praw­da?

Ninth Doctor Who Sonic Screwdriver

Czy to dłu­gopis? Czy to latar­ka? Nie! To śrubokręt son­iczny!

Najwięk­szą zaletą śrubokrę­ta son­icznego jest nato­mi­ast to, że jest on na pozór niegroźny. Wro­gowie Dok­to­ra na widok tego urządzenia kpią z Ostat­niego Wład­cy Cza­su: „phi, my mamy super śmier­cionośne dzi­ał­ka laserowe, nie boimy się two­jego głupiego śrubokrę­ta”. A potem boleśnie żału­ją swo­jej igno­rancji.

Ninth Doctor Who Sonic Screwdriver

Jeśli masz na pieńku z Dok­torem, na widok śrubokrę­ta son­icznego nie powinieneś się śmi­ać. Powinieneś uciekać.

źródło: The Doc­tor Who Com­pan­ion

Do nowej odsłony seri­alu wprowad­zono jeszcze jeden gadżet, którego nie posi­adały wcześniejsze wcie­le­nia Dok­to­ra – para­psy­chiczną wiz­ytówkę. Co to takiego? Kawałek papieru który pokazu­je ci dokład­nie to, co oczeku­jesz, że zobaczysz lub też, co chce ci pokazać właś­ci­ciel takiego papier­ka. Dzię­ki takiej wiz­ytów­ce Dok­tor może podać się za dowol­ną osobę: polic­jan­ta, inspek­to­ra skar­bów­ki, a nawet… króla Bel­gii.

Doctor Who -
 Psychic Paper

Jak widzi­cie, napis na para­psy­chicznej wiz­ytów­ce mówi, że najws­panial­sze rzeczy w fil­mach i seri­alach pow­sta­ją wtedy, kiedy ich twór­cy nie mają budże­tu na super-bajer­anck­ie rozwiąza­nia.

Nie widzi­cie tego napisu? W takim razie uru­chom­cie wyobraźnię!

źródło: Doc­tor Who: Time Crash

Dzię­ki właś­ci­woś­ciom para­psy­chicznej wiz­ytów­ki wszys­tkie drzwi sto­ją przed Dok­torem otworem (prze­cież nikt nie odmówi królowi Bel­gii wstępu do strzeżonych pomieszczeń). A ponieważ nasz bohater lubi zaglą­dać tam, gdzie nieupoważnionym wchodz­ić nie wol­no, mag­icz­na wiz­ytówka bard­zo ułatwia mu pracę (lub prędzej – zabawę).

Towarzyszka, Rose Tyler

Kole­jną niezmi­en­ną od chwili pow­sta­nia, charak­terysty­czną cechą seri­alu jest to, że Dok­tor nie może podróżować sam. Musi posi­adać towarzyszkę (lub rzadziej: towarzysza) – osobę, której będzie mógł tłu­maczyć wszys­tkie skom­p­likowane sprawy związane z funkcjonowaniem cza­su, przestrzeni oraz wszechświa­ta. I przed którą przy okazji będzie mógł się popisy­wać.

Ponieważ nie oglą­dałam Clas­sic Who nie wiem, jak prezen­towały się towarzysz­ki Dok­torów z XX wieku. Czy były odważne, wygadane, nieza­leżne i sym­pa­ty­czne? A może wręcz prze­ci­wnie – przy­pom­i­nały damy, które co chwilę wpadały w opały, i które Dok­tor musi­ał nieustan­nie ratować? Ponieważ nie znam odpowiedzi na te pyta­nia, nie jestem w stanie stwierdz­ić, czy (grana przez Bil­lie Piper) Rose Tyler, która wsi­adła do TARDIS w 2005 roku, była postacią innowa­cyjną, czy może wpisu­jącą się w stan­dardy seri­alu. Ale szcz­erze mówiąc, tak pol­u­biłam tą bohaterkę, że mało mnie to obchodzi.

Ninth Doctor Who - Rose

Czy­tałam w internecie, że niek­tórzy nie lubią Rose. Zupełnie nie rozu­miem, dlaczego!

Rose jest typową dziewięt­nas­to­latką z klasy śred­niej. Zdała maturę, ale nie intere­su­ją jej stu­dia, pracu­je w sklepie z ciucha­mi, miesz­ka w bloku razem z mamą i posi­a­da sym­pa­ty­cznego, choć na pier­wszy rzut oka niezbyt roz­gar­niętego chłopa­ka. Jest życ­zli­wa dla innych, ale gdy trze­ba potrafi odpyskować i na pewno nie daje sobie w kaszę dmuchać. Moż­na więc powiedzieć, że to postać dość stan­dar­d­owa, jakich pełno we współczes­nej pop­kul­turze. Ale podob­nie, jak w przy­pad­ku Dok­to­ra, z każdym odcinkiem poz­na­je­my ją lep­iej, odkry­wamy więcej cech jej charak­teru. I okazu­je się, że tak naprawdę daleko jej do stan­dard­ów.

Jeśli chodzi o mnie, to najbardziej lubiłam Rose za to, jak reagowała na rzeczy, jakie pokazy­wał jej Dok­tor. I tak przykład­owo, gdy pod­czas jed­nej z podróży do przyszłoś­ci Rose zobaczyła moment, w którym opuszc­zona Ziemia została zniszc­zona przez eksplo­du­jące Słońce, nie myślała o tym, że oto stała się świad­kiem his­to­rycznego wydarzenia (tak, jak zro­bił to Dok­tor). Wró­ciła myśla­mi do swoich blis­kich, rozważała jak mało, w odniesie­niu do ogro­mu cza­su i przestrzeni, znaczy poje­dyncze życie. Tak, wiem: na papierze brz­mi to bard­zo emo, ale w rzeczy­wis­toś­ci reakc­ja Rose była niezwyk­le prawdzi­wa, ludz­ka i przede wszys­tkim – porusza­ją­ca.

Ninth Doctor Who - Rose not silly

Cechą wspól­ną wszys­t­kich towarzyszek Dok­to­ra (z New Who) jest to, że są one osoba­mi zarazem zupełnie zwykły­mi i całkowicie niezwykły­mi.

Jed­ną z rzeczy, które spraw­iły, że zakochałam się w seri­alu, była relac­ja Dok­to­ra i Rose. Nie było mowy o żad­nym roman­tyzmie, maślanych oczach i innych takich. Twór­cy Doc­tor Who nawet nie sug­erowali, że pomiędzy dwójką głównych bohaterów może zaist­nieć jak­iś romans. Co nie znaczy, że między Dok­torem i Rose nie było chemii. Wręcz prze­ci­wnie – było jej naprawdę sporo!

Ninth Doctor Who and Rose - Not a Couple

W każdym innym seri­alu od pier­wszej sce­ny było­by wiado­mo, że ta dwój­ka bohaterów się w sobie zakocha. Ale jak już ustalil­iśmy, Doc­tor Who nie jest jak każdy inny ser­i­al.

Dziewią­ty Dok­tor był bowiem dla Rose niczym mis­trz… choć nie, wróć – w przy­pad­ku Dok­tor Who „mis­trz” nie jest najlep­szym słowem (dlaczego? tego dowiecie się jutro!). Więc jeszcze raz: Rose była niczym hob­bit, który wybrał się w niezwykłą podróż. A Dok­tor był jej Gan­dalfem. Czy ist­nieje na Zie­mi ktoś (poza part­nerem Iana McK­el­lena), kto miał­by jakieś fan­taz­je eroty­czne związane z Gan­dalfem? Wąt­pię.

Podob­nie sprawy miały się w przy­pad­ku Dziewiątego Dok­to­ra, który kochał Rose, i to z wza­jem­noś­cią, ale była to miłość tylko i wyłącznie pla­ton­icz­na. Co jest dla mnie kole­jną niezwykłą rzeczą, niemal niespo­tykaną w fil­mach i seri­alach.

Strzeż się Daleków

Dok­to­ra, jako postać, świet­nie sym­bol­izu­je jego niebies­ka bud­ka tele­fon­icz­na (on też jest „więk­szy w środ­ku” i kry­je w sobie wiele tajem­nic). A co jest najlep­szą metaforą dla seri­alu samego w sobie? Moim zdaniem Dalekowie.

Spójrzmy na te stwor­ki. Wyglą­da­ją śmiesznie i niepo­zornie, wręcz głu­pio. Bry­tyjczy­cy zwyk­li je nazy­wać wielki­mi pieprzniczka­mi. Mnie, gdy po raz pier­wszy zobaczyłam Dale­ka najbardziej rozbaw­iło to, że był on uzbro­jony w trzepaczkę od mik­sera, przepy­chacz do kibla, niebieską latarkę na kiju i lamp­ki na „głowie”, które spraw­iały, że kojarzył mi się z Myszką Miki. Inny­mi słowy – prezen­tował się po pros­tu kic­zowa­to. Tak samo, jak kic­zowaty na pier­wszy rzut oka wyda­je się Doc­tor Who. Tym­cza­sem Daleków (podob­nie, jak Doc­to­ra Who), nie należy trak­tować niepoważnie. I już śpieszę z wyjaśnie­niem, dlaczego.

Ninth Doctor Who - Dalek

Bohaterowie seri­alu też śmi­ali się z Daleków. Do cza­su.

Zan­im zobaczyłam Doc­tor Who myślałam, że najs­traszniejszym stworem, który może cza­ić się w przestrzeni kos­micznej, jest Obcy. Plu­je kwasem, trak­tu­je ludzi jak inku­ba­to­ry i gen­er­al­nie jeśli się z nim spotkamy, nasze szanse na przeży­cie zmale­ją niemalże do zera. Ale Obcy są jedynie zwierzę­ta­mi, które nie mają ambicji pole­ga­ją­cych na zawład­nię­ciu wszechświatem. I jeśli nie wejdziemy im w drogę, oni sami raczej nie zapuka­ją do naszych drzwi i nie prze­r­o­bią nas na swo­ją kolację.

Z tego też powodu Obcy przy Dalekach są jak terier­ki miniatur­ki. Dalekowie są mega-inteligent­ni, całkowicie pozbaw­ieni uczuć i skrupułów, a ich jedynym celem ist­nienia jest zawład­nię­cie wszechświatem oraz zniszcze­nie wszys­t­kich form życia, które spotka­ją (w tym praw­dopodob­nie także Obcych). Niemal niepoko­nani, otoczeni grubym pancerzem i polem siłowym, których nie prze­bi­je więk­szość pocisków, suną przed siebie powoli, niczym miniatur­owe czoł­gi i ekster­min­u­ją wszys­tko, co stanie im na drodze.

Dalek Exterminate

Jeśli prz­er­aża was świszczą­cy odd­ech Dartha Vadera, to Dalekowie też będą przypraw­iać was o cia­r­ki.

źródło: Exter­mi­nate! | Doc­tor Who

Właśnie, EKSTERMINUJĄ! Dalek jest straszny. Dalek krzy­czą­cy EXTERMINATE! spraw­ia, że w człowieku odzy­wa się jak­iś pras­tary instynkt pod­powiada­ją­cy, że powinien uciekać. Co było­by trochę trudne, bo głos Daleków mrozi krew w żyłach. Jest chrapli­wy, mechan­iczny, pełen gniewu i pog­a­rdy, ale jed­nocześnie zaw­ier­a­ją­cy odrobinę sza­leńst­wa isto­ty, która przez całe swo­je życie była zamknię­ta w met­alowym pudle (pieprzniczce?).

Warto wspom­nieć o tym, że twór­cy seri­alu nie naduży­wali mocy Daleków. To nie są krea­tu­ry, które uga­ni­a­ją się za Dok­torem w każdym odcinku. Dzię­ki temu na widok Daleków nie wzdy­cha się „o rany, to znowu oni, ileż moż­na?!”, tylko za każdym razem ich pojaw­ie­nie się jest dla widzów tak samo (nie)miłą niespodzianką.

Doctor Who, seria pierwsza

Napisałam wam o Dok­torze i innych bohat­er­ach, pora wspom­nieć co nieco o treś­ci pier­wszej serii seri­alu.

Autorzy innych artykułów na tem­at Doc­tor Who, jakie przeczy­tałam, zarzu­cali pier­wszej odsłonie seri­alu dużą kic­zowa­tość. Pisali, że efek­ty spec­jalne wyglą­dały kiep­sko, a sam sce­nar­iusz był momen­ta­mi bard­zo głupi. Ja jed­nak jestem zupełnie innego zda­nia.

Ninth Doctor Who Silly

Przyz­na­ję, pier­wsza ser­i­al Doc­tor Who wyglą­dała dość… specy­ficznie. Nie oznacza to jed­nak, że była kiep­s­ka!

Po pier­wsze właśnie te dzi­waczne efek­ty spec­jalne nadawały Doc­tor Who niezwykły kli­mat, którego próżno szukać w innych pro­dukc­jach sci­ence-fic­tion. Od strony formy, ser­i­al bard­zo przy­pom­i­nał Autostopem przez galak­tykę z 2005 roku. Oczy­wiś­cie rozu­miem, że niek­tórym tego typu styl­isty­ka może nie odpowiadać. Ale jeśli widzieliś­cie wspom­ni­any film i przy­padł on wam do gus­tu, jestem przeko­nana, że pokocha­cie także Dok­to­ra.

Ninth Doctor Who - Aliens

Warto pamię­tać o tym, że jakieś 90% efek­tów spec­jal­nych, jakie widz­imy w seri­alu nie została wygen­erowana kom­put­erowo. Wybuchy, deko­rac­je i gumowi kos­mi­ci byli „prawdzi­wi”. Należy to docenić, a nie kry­tykować.

Po drugie Julie Gard­ner i Rus­sell T. Davies, którzy przez pier­wsze cztery sezony odpowiadali za wygląd i treść seri­alu, byli moim zdaniem parą geniuszy, a nie par­taczy. Wiem, że jeśli ktoś chce udowod­nić, iż Davies i Gard­ner (zwłaszcza Davies, bo on, poza byciem pro­du­cen­tem seri­alu, pisy­wał też do niego sce­nar­iusze) nie spra­wowali się dobrze, zawsze wskazu­je na odcinek o puszcza­ją­cych bąki kos­mi­tach. Odpowiem na to w taki sposób: wbrew temu, co myślą star­si wid­zowie, Doc­tor Who jest seri­alem famil­i­jnym, czyli takim, pod­czas oglą­da­nia którego dobrze mają baw­ić się nie tylko dorośli, ale także (a nawet: przede wszys­tkim!) dzieci. A każdy mało­lat będzie śmi­ał się do rozpuku, gdy ktoś na ekranie telewiz­o­ra puś­ci bąka. I nie mów­cie mi, że gdy wy byliś­cie dzieć­mi, nie chi­chotal­iś­cie z tego samego powodu, bo po pros­tu w to nie uwierzę.

Dlat­ego moim zdaniem Gard­ner i Daviesowi udało się ide­al­nie wpisać Doc­tor Who w ramy seri­alu famil­i­jnego. Dzieci­a­ki dostały pierdzą­cych kos­mitów i inne śmieszne stwor­ki, a dorośli sporo treś­ci ukry­tych między wier­sza­mi.

Doctor Who - Julie Gardner Doctor Who - Russell T. Davies

Nie lubię się kłó­cić o to, który showrun­ner Doc­tor Who był lep­szy, bo w przy­pad­ku tego seri­alu log­iczne argu­men­ty nie mają znaczenia – liczy się to, co czuło się pod­czas oglą­da­nia. A mnie Doc­tor Who najbardziej poruszał wtedy, kiedy za jego stera­mi siedzi­ała Julie Gard­ner i Rus­sel T. Davies.

Tydzień temu pisałam o Bat­tlestar Galac­ti­ca. Doc­tor Who to zupełnie inna liga, ale wyda­je mi się, że ma on równie dużo mądrych i dają­cych do myśle­nia wątków. Nie potrafię w tej chwili przy­toczyć żad­nego innego tytułu, który w tak porusza­ją­cy sposób opowiadał­by o samot­noś­ci, upły­wie cza­su i tym, że with great pow­er comes great respon­si­bil­i­ty.

Poza tym, o czym już wspom­i­nałam, sce­nar­iusze poszczegól­nych odcinków były naprawdę świet­nie napisane. Ide­al­nie bal­an­sowały pomiędzy komedią i dra­matem, ser­wowały masę fan­tasty­cznych dialogów, wiele niekon­wencjon­al­nych rozwiązań oraz ciekawych zwrotów akcji. Nie znam innego seri­alu, który dostar­cza­ł­by wszys­t­kich tych rzeczy jed­nocześnie.

Ninth Doctor Who - Empty Child

Cza­sem wzrusza­ją­cy, cza­sem sza­lony, momen­ta­mi śmieszny, momen­ta­mi straszny, częs­to kic­zowaty, zawsze mądry – mało jest seri­ali, których oglą­danie wzbudza­ło­by tyle emocji i dawały do myśle­nia tak bard­zo, jak Doc­tor Who.

Pisałam o Rose i Dok­torze, ale w seri­alu pojaw­iła się też cała masa innych postaci. Wszys­tkie one zostały świet­nie rozpisane, posi­adały włas­ną osobowość i nie były jedynie deko­rac­ja­mi, o których zapom­i­nało się, gdy tylko pojaw­iły się napisy koń­cowe. I tyczy się to zarówno bohaterów epi­zody­cznych, z który­mi nasza zna­jo­mość defin­i­ty­wnie kończyła się po jed­nym odcinku, jak i takich, którzy powracali do seri­alu co jak­iś czas.

Z takich powraca­ją­cych postaci najwięk­sze wraże­nie zro­bił na mnie (grany przez Noela Clar­ka) chłopak Rose – Mick­ey, który z tchór­zli­wego i nieco głup­kowa­t­ego kole­sia, jakiego poz­nal­iśmy w pier­wszym odcinku, z cza­sem zmienił się w mężnego herosa na miarę Hol­ly­wood.

Nie mogę też nie wspom­nieć o kap­i­tanie Jacku Hark­nessie (w tej roli wspani­ały John Bar­row­man). Kto to taki i dlaczego nie moż­na go nie lubić? Tego osobom nie zna­ją­cym seri­alu zdradzać nie będę. Napiszę jedynie, że był to chy­ba jedyny facet w seri­alu, który potrafił zawró­cić mi w głowie bardziej, niż Dok­tor.

Ninth Doctor Who - Captain Jack

Za sprawą Doc­tor Who po usłysze­niu słów „kap­i­tan Jack” już nigdy nie pomyśli­cie o Pirat­ach z Karaibów i John­nym Dep­pie. Zami­ast tego przed ocza­mi stanie wam ten pan, a wy na myśl o nim praw­dopodob­nie lekko się uśmiech­niecie.

W pamięć zapada­ją nie tylko bohaterowie, ale także same odcin­ki. Częś­ciowo jest to spowodowane tym, że za każdym razem TARDIS lądu­je w innym miejs­cu i cza­sie, dzię­ki czemu Dok­tor nigdy nie przeży­wa dwóch podob­nych do siebie przygód.

Co ważne, twór­cy seri­alu ewident­nie czuli, iż w his­torii o face­cie, którzy przemierza czas i przestrzeń w bud­ce tele­fon­icznej, jest coś absurdal­nego. I nie próbowali od tej absurdal­noś­ci uciekać. Wręcz prze­ci­wnie, wyko­rzysty­wali ją, i to z bard­zo dobrym skutkiem.

Absurdal­ność nie szła jed­nak w parze z niel­og­icznoś­cią. Wszys­tkie związ­ki przy­czynowo-skutkowe były więc w Doc­tor Who jak najbardziej poprawne. I byłam w stanie uwierzyć na przykład w to, że gdy­by TARDIS, son­iczny śrubokręt oraz inne ele­men­ty ze świa­ta seri­alu ist­ni­ały naprawdę, to ich funkcjonowanie było­by całkiem praw­dopodob­ne.

Ninth Doctor Who - Charles Dickens

Cud­owność i magia Doc­tor Who pole­ga­ją między inny­mi na tym, że Dok­tor może w XIX wieku ratować Charlesa Dick­en­sa przed ducha­mi z innego wymi­aru, a my ani przez moment nie pomyślimy, że to niepraw­dopodob­ne i niel­og­iczne.

A przy okazji – tak na zakończe­nie – jaką mamy pewność, że Dok­tor nie jest prawdzi­wy? Mówi się, że gdy­by podróże w cza­sie były możli­we, to spo­tykalibyśmy oso­by z przyszłoś­ci, a tak się nie dzieje. Tylko, czy aby na pewno?

Google ma takie ciekawe narzędzie, o nazwie Ngram View­er, które pokazu­je jak częs­to, od 1800 roku do cza­sów obec­nych, w książkach pojaw­iały się wybrane przez nas słowa. I ter­az niech mi ktoś wyjaśni, czemu zarówno o Dok­torze, jak i TARDIS, w bry­tyjskiej lit­er­aturze moż­na było przeczy­tać na dłu­go przed pow­staniem seri­alu, jeszcze w XIX wieku?

Google Ngram -  TARDIS, Doctor Who

Przy­padek? Nie sądzę!

źródło: Google Ngram

Keep calm and yes, it is bigger on the inside

Tydzień z Doctor Who – pozostałe wpisy:

Pierwszą serię Doctor Who możecie kupić między innymi w tych sklepach:

Doctor Who Series 1 - Cover

Wpis pochodzi z poprzed­niej odsłony blo­ga.

Został zredagowany i nien­az­nacze­nie zmody­fikowany.

Ory­gi­nal­ny tekst możesz zobaczyć w ser­wisie Blogspot.com.

źródło zdję­cia ilus­tru­jącego wpis: DVD­bash; jeśli nie zostało stwierd­zone inaczej, zdję­cia umieszc­zone we wpisie także pochodzą z ser­wisu DVD­bash