Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

Dyrdymały Filmowo‑Serialowe

oraz inne związane z tym głupoty

Filmy Przeróżne, Ogólnie Rzecz Ujmując, Wpisy Archiwalne – LiveJournal:

Wiara czyni cuda?

Człowiek, który gapił się na kozy / The Men Who Stare at Goats

Po obej­rze­niu fil­mu Czło­wiek, któ­ry gapił się na kozy dłu­gą chwi­lę sie­dzia­łam nie­ru­cho­mo i wpa­try­wa­łam w moni­tor. Nie mia­łam jed­nak zamia­ru wyłą­czyć kom­pu­te­ra siłą woli. Po pro­stu byłam tro­chę zdez­o­rien­to­wa­na, nie mia­łam poję­cia, jak zin­ter­pre­to­wać to, co wła­śnie obej­rza­łam. A spra­wy nie uła­twiał fakt, że nie wie­dzia­łam, w jakim tonie zosta­ła napi­sa­na książ­ka, na pod­sta­wie któ­rej powstał film.

To skomplikowane

Ostat­nio jeden z wykła­dow­ców powie­dział, że my, biblio­te­ka­rze lubi­my wszyst­ko kom­pli­ko­wać. Miał w tym tro­chę racji, bo ja uwiel­biam gdy­bać, zasta­na­wiać się, roz­dzie­lać włos na czwo­ro i robić z igły widły. Z Czło­wie­kiem, któ­ry gapił się na kozy było podob­nie, bo gdy zaczę­łam się zasta­na­wiać nad prze­ka­zem fil­mu, w mojej gło­wie powsta­ło kil­ka inter­pre­ta­cji i jed­na wiel­ka nad­in­ter­pre­ta­cja – o czym się za chwi­lę prze­ko­na­cie.

Kilka nadinterpretacji

Naj­prost­sza inter­pre­ta­cja jest taka: facet usły­szał plot­kę o oddzia­le żoł­nie­rzy z para­nor­mal­ny­mi zdol­no­ścia­mi i posta­no­wił napi­sać o tym książ­kę. Krop­ka.

Jed­nak­że, gdy­by się nad tym tro­chę bar­dziej zasta­no­wić i wziąć pod uwa­gę:

  1. prze­wrot­ny tytuł fil­mu,
  2. pew­ne wyda­rze­nia wcho­dzą­ce w skład fabu­ły,
  3. losy nie­któ­rych boha­te­rów,

wyj­dzie nam inter­pre­ta­cja numer dwa – film (i być może tak­że książ­ka) miał poka­zać na jak absur­dal­ne rze­czy ame­ry­kań­ski rząd wyda­je pie­nią­dze swo­ich podat­ni­ków.

Gdy jed­nak spoj­rza­łam na Czło­wie­ka, któ­ry gapił się na kozy przez pry­zmat głów­ne­go boha­te­ra – Boba Wil­to­na (w któ­re­go wcie­lił się jak zawsze świet­ny Ewan McGre­gor), któ­ry z nie­do­wiar­ka stał się naj­pierw uczniem ryce­rza Jedi, a potem samym Jedi (swo­ją dro­gą – więk­sze­go nawią­za­nia Gwiezd­nych Wojen nie mogli już chy­ba zro­bić), to wyszło mi, że film tak napraw­dę opo­wia­da o ludz­kiej wie­rze i o tym jak łatwo tą wia­rę stwa­rzać i nią mani­pu­lo­wać.

Histo­ria jest bowiem taka – Wil­ton spo­ty­ka Lyna Cassady'ego (w tej roli Geo­r­ge Clo­oney), któ­ry twier­dzi, że nale­żał do super­taj­ne­go oddzia­łu woj­sko­we­go, a dzię­ki swo­im nad­przy­ro­dzo­nym zdol­no­ściom potra­fi mię­dzy psuć kom­pu­te­ry, odnaj­dy­wać zagi­nio­nych ludzi i zatrzy­mać bicie ser­ca kozy. Wil­ton uwie­rzył w te opo­wie­ści, bo zna­lazł dowo­dy, któ­re je potwier­dza­ły – spo­tkał ludzi, z któ­ry­mi pra­co­wał Cas­sa­dy, był świad­kiem cudów, któ­rych doko­nał Lyn i odkrył, że w nim samym tak­że drze­mie moc ryce­rza Jedi.

Pro­ble­mem są jed­nak cuda, któ­rych doko­ny­wał Cas­sa­dy. Dla przy­kła­du facet roz­wiał chmu­ry siłą woli. Też potra­fię coś takie­go zro­bić. Serio! To zna­czy – z chmu­rą nigdy nie pró­bo­wa­łam, ale sło­wo daję, jeśli będę wpa­try­wać się na pta­ka sie­dzą­ce­go na pło­cie lub gałę­zi, to po pew­nym cza­sie siłą woli spra­wię, że ptak odle­ci. Zdra­dzę wam nawet sekret: jeśli wy dosta­tecz­nie się sku­pi­cie – tak­że będzie­cie potra­fi­li tego doko­nać!

Widzi­cie więc, na czym pole­ga pro­blem. Cas­sa­dy doko­ny­wał cudów, któ­re tak napraw­dę moż­na nazy­wać zbie­ga­mi oko­licz­no­ści. Ale Wil­ton wziął je za prze­jaw praw­dzi­wej mocy. I uwie­rzył.

Osta­tecz­nie scep­ty­ków mia­ła prze­ko­nać fina­ło­wa sce­na fil­mu, w któ­rej Wil­ton prze­szedł przez ścia­nę. Tyl­ko, że w tym wypad­ku tak­że doko­na­łam odpo­wied­niej (nad)interpretacji i stwier­dzi­łam, że całość była tyl­ko ale­go­rią, że nie­moż­li­we­go doko­nał duch, a nie cia­ło Wil­to­na. Albo jesz­cze lepiej: zde­rze­nie z rze­czy­wi­sto­ścią było tak duże, że cia­ło zosta­ło w miej­scu, a duch pobiegł dalej – z tym, że losów cia­ła już nam nie poka­za­no.

I cią­gle trzy­ma­jąc się powyż­szych inter­pre­ta­cji – osta­tecz­nie doszłam do wnio­sku, że film powstał po to, by zmu­sić widzów do zasta­no­wie­nia się nad tym w co wie­rzą i dla­cze­go w to wie­rzą.

Wierzyć, czy nie wierzyć?

Z wia­rą jest pewien pro­blem wyni­ka­ją­cy z defi­ni­cji same­go sło­wa „wia­ra”. Wie­rzy­my w koń­cu w to, cze­go ist­nie­nia nie da się udo­wod­nić. A gdy znaj­dzie­my jakieś dowo­dy – wia­ra auto­ma­tycz­nie zmie­nia się w wie­dzę. Inny­mi sło­wy, jeśli ktoś mówi, że wie­rzy w Boga, bo zna­lazł dowód na jego ist­nie­nie – powi­nien się moim zda­niem zasta­no­wić, czy napraw­dę to, co czu­je, wciąż jest wia­rą.

A sama wia­ra – czy nie jest ona jedy­nie kwe­stią odpo­wied­niej inter­pre­ta­cji? Tak jak w tym fil­mie – jeden powie, że chmu­ry roz­wia­ły się, bo zawiał wiatr i nie mia­ło na nie żad­ne­go wpły­wu to, że ktoś aku­rat się w nie wpa­try­wał. A ktoś inny stwier­dzi z kolei – facet roz­wiał chmu­ry siłą woli, a nawet jeśli zawiał wiatr – zawi­ro­wa­nia powie­trza tak­że powsta­ły za spra­wą tego obda­rzo­ne­go nie­zwy­kłą mocą czło­wie­ka. Albo weź­my przy­kład bar­dziej z życia wzię­ty – co myśli czło­wiek, któ­re­go pra­wie potrą­cił samo­chód? Jeden stwier­dzi „uff, ktoś tam na górze nade mną czu­wa”, a ktoś inny „dzię­ki dobre­mu reflek­so­wi zdą­ży­łem odsko­czyć w ostat­niej chwi­li”.

Chce­cie wie­dzieć, w co ja wie­rzę? Wie­rzę w to, że wie­le zale­ży od nas. Że jeśli zało­ży­my, że czu­wa nad nami jakaś wyż­sza siła albo uwie­rzy­my w moc tali­zma­nów – to te rze­czy napraw­dę będą nas chro­nić. I odwrot­nie – jeśli w pią­tek trzy­na­ste­go zbi­je­my lustro gdy czar­ny kot prze­bie­gnie nam dro­gę, kie­dy będzie­my prze­cho­dzić pod dra­bi­ną i uzna­my, że mamy prze­chla­pa­ne, to napraw­dę dopad­nie nas pech.

Wiem, że to wszyst­ko brzmi, jak wycią­gnię­te z fil­mu Sekret. Ale mam nadzie­ję, że to jed­nak praw­da.

Przy odrobinie szczęścia każdy może zabić kozę

W rze­czy­wi­sto­ści wszyst­ko zale­ży od zwy­kłych zbie­gów oko­licz­no­ści. Od masy drob­nych, na pierw­szy rzut oka nie­po­wią­za­nych ze sobą zda­rzeń, któ­re na koń­cu zło­żą się w zna­ny z teo­rii cha­osu, efekt moty­la.

Wyda­je mi się, że każ­dy z nas, jeśli dosta­tecz­nie dłu­go wpa­try­wał­by się w kozę, mógł­by dopro­wa­dzić do jej śmier­ci. Po pew­nym cza­sie bied­ne zwie­rze padło­by prze­cież z gło­du i pra­gnie­nia lub też z nudów. Jedy­ny pro­blem pole­ga na tym, że ten kij ma dwa koń­ce. I rów­nie dobrze koza swo­im spoj­rze­niem mogła­by zabić nas. Bo coś takie­go jest prze­cież rów­nie praw­do­po­dob­ne.

Wpis pocho­dzi z poprzed­niej odsło­ny blo­ga.

Został zre­da­go­wa­ny i nie­znacz­nie zmo­dy­fi­ko­wa­ny.

Ory­gi­nal­ny tekst możesz zoba­czyć w ser­wi­sie Live​Jo​ur​nal​.com.

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: JoBlo Posters